strona główna
powieści
początek
tekstu
mniejsze
formy

Halina Danilczyk




Instytut kształcenia charakterów





Letnie przedpołudnie. Asfaltowa ścieżka przecina starannie przystrzyżony skwer. Kwatery czerwonych róż. Kępy tamaryszku. Znów róże. Młody człowiek lat około czterdziestu idzie, paląc papierosa. Ma na sobie ubiór obieżyświata ze sfer intelektualnych. Na piersi zwisa mu aparat fotograficzny Practica. Torba przewieszona przez ramię pstrzy się egzotycznymi nalepkami, przyciągając uwagę przechodniów bardziej, niż widok szczupłej i wysokiej, małpiej sylwetki oraz lwiej grzywy, którą przegarnia ciepły powiew. Elastycznymi stąpnięciami nóg obutych w welury mija niezbyt ruchliwą jezdnię i kieruje się ku bramie narożnego budynku o dziewiętnastowiecznym wystroju. Przed nim, w cieniu rosnących wzdłuż ulicy, cherlawych wiązów, stoi kilka zaparkowanych samochodów, krajowej przeważnie marki. Przystaje i odczytuje treść tabliczki umieszczonej obok bramy: Instytut Kształcenia Charakterów - Centrum Nowego Ziemiaństwa.

Owym młodym człowiekiem jest Marek Hałas, redaktor tygodniowego magazynu Przez Łzy do Szczęścia, podpisujący się zwykle skromnymi inicjałami red. M.H. Wybierając się tu wiedział już, że przełożonym tego Instytutu jest niejaki Józef Gleba, zwany popularnie naczelnikiem. Zetknął się też z pojęciem glebizmu, lecz nie wie, co ono znaczy i właśnie zamierza tego dociec. Nim wejdzie, przydeptuje niedopałek i rozglądając się po otoczeniu zanosi się flegmatycznym kaszlem. Na ten sygnał podrywa się z dachu stado gołębi i szybuje w uliczce pogodnego nieba, by z łopotem skrzydeł rzucić się na żer. Jest nim garść pokruszonego chleba, który siwowłosa babunia rzuciła z balkonu po drugiej stronie ulicy. Z uchylonego okna na piętrze, nad bramą Instytutu, dolatuje stukot maszyny do pisania i raz po raz brzęczy telefon. Redaktor poprawia rzemienie torby i aparatu, po czym stanowczym ruchem popycha ciężkie, dębowe drzwi.

W przedsionku zatrzymuje się przed tablicą informacyjną i odczytuje nazwy pomieszczeń. Zagląda w obszerny, widny hol zajmujący sporą część parteru. Konstatuje ze zdumieniem, że wraz z nim kieruje tu spojrzenie wielu podobnych mu ludzi, lecz natychmiast spostrzega, że uległ halucynacji. Prócz niego nie ma tu nikogo. To on sam, przedziwnie zwielokrotniony, przebywa w opustoszałym wnętrzu. Jest to stan zawieszenia, w którym unosi się jego osoba rozmnożona we wszelkie możliwe jej upostaciowania. Otrząsa się dotknięty zimnym dreszczem, spogląda przytomniej.

Wokół holu, wśród ścian o barwie spalonej słońcem ziemi, widnieją liczne drzwi z surowego drewna, na których powtarzają się napisy z tablicy informacyjnej. Strop, świetlisty jak nieboskłon o wschodzie, lekko przymglony, podpiera kilka masywnych, czworokątnych filarów z marmuru. Trwa zupełna niemal cisza.

Szczególna akustyka sprawia, że odgłos jego stąpnięć, powtarzany i zwielokrotniony echem, niczym niewidzialny pościg zdaje się nadlatywać zewsząd i znikąd, okrążać go, przedrzeźniać. Jest sam, lecz zdaje się być obserwowany. Spostrzega lustra; wiele luster wprawionych w ściany, we wnęki, w filary, w obramowanie drzwi - w miejsca, w których trudno się ich spodziewać. To on sam siebie obserwuje. To on sam wyskakuje sobie na spotkanie zza węgła, zza filaru, zza zakrętu schodów, tworząc tłum reporterów.

Zbliża się do drzwi opatrzonych napisem: Glebowisko Specjalne. Nikt nie odpowiada na pukanie. Razem z nim zagląda do wnętrza trzech dziennikarzy o takim samym jak jego wyglądzie: ściany wyłożone są lustrami. Prócz niego w potrójnej postaci, nie ma tu nikogo. Jest to pomieszczenie niewielkie, rodzaj kabiny. Pośrodku stoją dwa wygodne, niskie fotele pokryte samodziałem, dosunięte do również niskiego stolika, zasłanego lnianym, haftowanym obrusem. Znajduje się na nim kilka lampek do koniaku, pusta butelka po napoleonie, gliniana popielniczka oraz ceramiczny komplet. Redaktor upewnia się, że jest sam, po czym bezkarnie zagląda do ciemnego pomieszczenia obok i dostrzega rząd kołków, a na nich zawieszone jakieś kostiumy w kilku odmianach, przeznaczonych, jak się zdaje, na rozmaite okazje. Jest to więc rodzaj garderoby czy rekwizytorni teatralnej. Wycofuje się, staje pośrodku kabiny, próbuje wczuć się w sytuację domniemanych użytkowników tegoż wnętrza. W tym celu wykonuje kilka uroczystych gestów jak ktoś, kto zamierza przemawiać, po czym robi małpi grymas i wyszedłszy do holu, kieruje się ku drzwiom innym. Nie pukając, wchodzi.

Jest to Glebowisko Ćwiczeń Precyzyjnych. Stoją tu trzy szeregi zgrzebnych stołów, pełniących rolę zapewne biurek, sądząc po akcesoriach. Zastanawia szczególny porządek, tak idealny, że aż posunięty do absurdu - jak też identyczność powtarzających się szczegółów. Na każdym bowiem stole znajduje się ta sama ilość jednakowych i tak samo, ściśle jednakowo ułożonych przedmiotów - głównie piśmiennych przyborów. Maniakalna wręcz pedanteria ich ułożenia, wykluczająca - jak się zdaje - możność jakiejkolwiek zmiany powodującej zakłócenie, zdaje się narzucać raz na zawsze ustalony ład.

Redaktor utrwala w pamięci i na kliszy widok tego pomieszczenia, po czym kieruje się do następnego, nieco zdziwiony pustką i faktem, że drzwi są tu wszędzie pootwierane z klucza, także te, na których widnieje napis: Glebowisko Pokazowe. Tu też nie ma nikogo. Widocznie jest to dzień jakiś wyjątkowy, specjalny, albo zawieszono zajęcia. A może ich w ogóle jeszcze nie rozpoczęto? Wszystko bowiem, co go tu otacza, tchnie nowością. Całe wyposażenie wygląda tak, jakby prawie że nie było jeszcze używane. Spostrzega rzędy skórzanych foteli, duży ekran i mównicę, a na niej iskrzy się nieskazitelnie czysta szklanka i karafka z rżniętego szkła.

W Glebowisku Doskonalenia, największym spośród wszystkich, zastanawia wrażenie rytmu panującego w układzie tego wnętrza - rytmu monotonnego, a jednak działającego ożywczo. Pod ścianami widać rzędy półek napełnionych obfitym księgozbiorem i stertami czasopism. Pośrodku - rzędy ławek z pulpitami, różne jakieś warsztaty, stoły kreślarskie z identycznie na nich ułożonymi przyborami. Ponadto - stoły czy biurka, zapewne dla pracowników naukowych, wnioskując ze znajdujących się na każdym z nich, ściśle jednakowo rozmieszczonych dzieł podręcznych, przyborów piśmienniczych i innych rodzajów pomocy. Wśród nich zwracają uwagę szklanki, ustawione stale z tej samej strony biurka, do wysokości trzech czwartych napełnione kawą... Nie, one są tylko pomalowane na kolor naśladujący kawę. Redaktor przekonał się o tym, gdy ulegając pokusie, sięgnął po jedną z nich. Wycofuje się więc, potrząsając głową jak ktoś, kto powątpiewa o sensie - po czym wychodzi do kolejnej spośród pracowni, chyba już ostatniej.

Jest to Glebowisko Usprawnienia Informacji i Organizacji. Zaskakuje go - czyżby zamierzony? - nieporządek. Biurka czy stoliki są tu nierówno poustawiane, a na każdym z nich - wielość przedmiotów i nieład, ostro kontrastujący z rygorem panującym w poprzednim pomieszczeniu. Być może, ćwiczenia polegają tu na jak najszybszym zaprowadzeniu ładu. Nie brak tu kartotek, informatorów, statystyk, bezładnie rozrzuconych przyborów do pisania, a nawet książek telefonicznych.

Zwielokrotniony lustrami, podąża wzwyż po szerokich schodach. Na półpiętrze rzuca się na niego ogromny napis: Od Glebiaństwa do Ziemiaństwa. Wszyscy w nieustannej posłudze Ziemi. Robi zdjęcie. U szczytu schodów wyłania się wielka, dwuskrzydłowa brama Glebowiska Obrad, skąd dolatuje gwar podobny do nosowego brzęczenia owadów. Na lewo, w głębi korytarza sklepionego jak nawa czy krużganek, zapewne są pokoje personelu, gdyż widać tam kilka snujących się, widmowych postaci o ruchach manekinów i o twarzach skamieniałych w pozbawione wyrazu maski. Zza heblowanych drzwi po prawej słychać wyraźny już stukot maszyny do pisania. To tu. To tu mieści się serce, mózg i wątroba Instytutu. I gdyby nawet zabrakło tabliczki informacyjnej, to i tak o bliskości ośrodka zarządzania świadczyłby rząd ław w korytarzu pod ścianą, w przerwach między oknami; ław czekających na potencjalnych przybyszy czy - pątników... Dzwoni właśnie telefon, wdzierając się w stukot maszyny, który cichnie gwałtownie. Dźwięczny głosik uprzejmie zgłasza się do słuchawki, a redaktor odczytuje napisy: Skrybownia i Kącina Instytutu Kształcenia Charakterów - Ośrodek Glebnictwa - Centrum Nowego Ziemiaństwa. Dziwi się tej wielości nazw, bo idąc tu, nie domyślał się jej. Puka, po czym wchodzi, nie czekając zaproszenia.

Tu także sporo jest luster, poza tym ściany są bielone jak wnętrze izby. Stół na krzyżakach bokiem przylega do niskiego płotu. Twarzą zwrócona w stronę wejścia wysoka, przystojna blondynka o przystrzyżonych na pazia włosach, w zgrabnie skrojonym ubiorze a la Piast, odkłada właśnie słuchawkę. Nim się z nią przywita, szybkim spojrzeniem obiega wnętrze. Wydaje mu się tak bliskie, jakby znał je, nim przyszedł na świat. W otwartym oknie faluje firanka utworzona z rozkwitłego powoju; działa on tak pociągająco, jakby wchłonął urok lata i wszystkich powoi ziemi, by nim wabić. Płotek, wydzielający rodzaj przejścia wzdłuż okna ku wrotom nieco ozdobniejszym niż stodolne, zachęca, by wspierając się o niego poddać się sugestii podążania ku czemuś, co było, jest i będzie; ku obszarom słońca i obfitości. Takie bowiem znaczenie nasuwa widok stodolnych właśnie wrót. Na stole wszakże widnieją przeczące takim skojarzeniom przybory piśmiennicze, ułożone w takim samym porządku, jak w Glebowisku Ćwiczeń Precyzyjnych. Na wprost stołu, a na lewo od wejścia mieści się szereg półek z surowego drewna. Są na nich rzędem poustawiane tradycyjne skoroszyty, widać też czarne grzbiety segregatorów oraz grupy książek o rozmaitym formacie i w różnorakiej oprawie. Na ścianie przeciwległej, za plecami dziewczyny, ciągnie się długi stół, a na nim leżą w nieładzie rozrzucone czasopisma, informatory, kartoteki, roczniki statystyczne oraz książki adresowe i telefoniczne. Zdają się one być nieodzownymi intruzami; czymś zbędnym, lecz koniecznym; czymś obcym, co dopiero się przyswoi; czymś pustym i błahym, co dopiero tutaj nabierze znaczenia. Lustra powielają to wnętrze, tworząc złudzenie rozległej, nieskończonej dali. Na ścianie nad stołem umieszczono dewizy sporządzone z liter o barwie nadziei: Ziemia dla każdego - Przez glebownictwo do raju - Zrozumiecie później.

Wnętrze to powtarza więc na ogół w skrócie i w zagęszczeniu treść poszczególnych wnętrz na parterze, stanowiąc ich sens i kwintesencję. Spełnia jednak tę rolę w sposób bardziej przytulny i zachęcający. Widoczny w głębi, wysoki parkan wprowadza jeszcze więcej intymności w zamknięty murami Instytutu świat - w odczuciu redaktora - wysterylizowanego, krystalicznego i bezosobowego porządku. Rozciągnięty na całą szerokość pomieszczenia, zawiera - teraz nieco uchyloną - furtkę, która odsłania szereg kołków z zawieszonym na nich odzieniem oraz dzban i misę do obmywania rąk. Lustro zastępuje wypolerowana, miedziana tarcza. Z ukrytego w kącie saganka, wspartego o trójnóg, dobywa się syczenie gotującej się wody, dolatuje też zapach świeżo mielonej - tak! - kawy. Jest to zatem rodzaj zaplecza, a pewnie i garderoba personelu. Zakątek kusi, by tam wejść, odprężyć się i posilić; zdaje się być rozkosznym odpryskiem raju. Lecz pora na anons i powitanie, zawierające pochwałę dnia i przeprosiny za przeszkodzenie w urzędowaniu.

Redaktor Marek Hałas wymienia tedy swe imię, nazwisko i nazwę magazynu. Objaśnia jego profil: liczne przykłady z życia, poradnictwo rodzinne, wypowiedzi uczonych oraz szarych ludzi, sylwetki znanych i tych, którzy dopiero dzięki magazynowi staną się znani. Prowadzona jest też stała rubryka pod tytułem: Z życia i obyczajów szefa. I właśnie chciałby... Na razie ma w głowie chaos. Toteż z pierwszych pytań i odpowiedzi, drogą skojarzeń, tworzy mu się kakofonia, może wariacje na temat... Brzmią one mniej więcej tak:

Oczywiście że chciałby, chcenie to jego atrybut. Ale naczelnika nie ma. Nie, nie w ogóle. On istnieje. To tylko znaczy, że właśnie jest na zwidzeniówce. Na czym? Nie szkodzi. Kto? Komu? O, to potrwa. Długo? To nic. (Długo równa się nic?). Cierpliwość jest matką, chyba że matka jest cierpliwością. Powodzenia. A nie można tam wejść? Góra lodowa. Ona nie radzi. W czym? Komu? Naczelnik nie lubi, jak mu się zagląda pod pokrywki? Ależ tam jest mównica. Chyba że jest zmówiony albo namówiony. Ale wtedy to nie byłaby zwidzeniówka, tylko pokazówka.

- Wiem (wiesz? - wiem: świergot wróbli). Ale ja jestem umówiony, dzwoniłem do pana naczelnika (może spiżowym dzwonem by trzeba?).

- Zapomniał pewnie. Czyli brak mu pewnie. Taki rwetes. (Jaki? Siaki). Pan wie. Sługa też. Sługą pan. Przeurządzenie.

- A to ciekawe. Ale, proszę pani, jestem człowiekiem z zewnątrz. Mówmy potocznie, bo nie chwytam. Więc - reorganizacja? Jakieś istotne zmiany dotyczące metod?

- To już pan redaktor z samym naczelnikiem. Wie pan co? Niech pan sobie tymczasem obejrzy kronikę. Glebożywczości? Kawy, znaczy...

Zgłasza usilną chęć, ale za parkan wpuszczony nie zostaje. Blondyna wynosi mu stamtąd gliniany kubek aromatycznego napoju, stawia na brzegu swego stołu, dosuwa zydel. Podczas gdy redaktor pije, kładzie obok niego potężnych rozmiarów księgę w czerwonej okładce. Redaktor waży w rękach tomiszcze, nazywa je Kroniką przez duże ka, po czym wyraża domysł, że będzie kopalnią wiedzy o nich. Wątpi, czy zdąży teraz zgłębić.

- To niech pan zabierze do chaty. Na moją odrzekalność. Warto jak glebochleba. Tym bardziej, że wiedziona jest od początku naszej epoki. Instytutu, znaczy.

Red. M.H. warunkowo zapewnia, że skorzysta z pozwolenia. I niech ona wie, gdzie go szukać, bo zostawi swój adres.

- Ależ panie redaktorze!

Powątpiewa o szczerości, apeluje o życzliwość. Zapewnia, że zadzwoni, to się umówią. Upewnia się, czy tak będzie dobrze?

W ładzie. Tylko proszę się porychlić, jeśli chce pan udzierżyć załogę w bywliwym poczcie, bo zda się, będą przeimieny.

Zmiany? Rozumie. Zagląda do Kroniki. Chwali za to, że rzecz jest ciekawie prowadzona. Ogląda zdjęcia umieszczone przy danych biograficznych każdego uczestnika. Stwierdza, że owe dane ujęte są nietypowo.

- Bo to składnie i snadnie spisuje samojeden.

- Niechże się pani nade mną zlituje.

- Zgoda. Niezatwierdzona. Nie znam tedy człowieka, kronika to jest sprawa między nim a naczelnikiem. Proszę zajrzeć dalej.

Redaktor pyta, czy kronikarz rokrocznie aktualizuje zespół? Jego skład?

- O tak. I dołącza nowe zdjęcia. O, tu jest moje. Ładne? I uzupełnia dane, także te dotyczące faktów biograficznych, które wzbogaca spostrzeżeniami o zmianach zaszłych nie tylko w życiu, lecz i w charakterach.

Czyli zgodnie z duchem Instytutu. O ile się może zorientować, ich działalność (dawczobiorczość lub nadczynienie, panie redaktorze) sprowadza się nie tylko do opracowywania metod przekształcającego wpływania na rozwój młodego pokolenia, ale zmierza także do urabiania uczestników; do formowania takiego wewnętrznego obrazu Instytutu, aby odpowiadał jego uzewnętrznionej myśli przewodniej. Zaznacza się dążność do uzyskania tożsamości...

- Chwileczkę, panie redaktorze. My nie przewidujemy wpływania na młode pokolenie, bo od tego są szkoły i uczelnie, więc jeśli wpływać, to na nie. Byle tylko nie krążownikiem.

Red. M.H. cieszy się (a widzi pani?), że rozgadała się jednak, i to po ludzku. I że on już co nieco chwyta: oto zamierzają w sposób specyficzny kształtować psychiczne sylwetki ludzi już dojrzałych, już wciągniętych w tryby swego zawodu. Tak?

- No chyba. Z tym, że u nas nie ma zawodu, nie używa się tak przykrego, dwuznacznego słowa. Mówi się: glebiarstwo, glebnictwo lub glebownictwo, zależnie od rodzaju, sensu i znaczenia tego procesu czy zjawiska. A odpowiednikiem pracy jest u nas glebanie lub glebowanie. Między innymi, wyrabiamy nowe sposoby ziemskiego bycia. W tym również zachowań.

Pyta, jak ma to rozumieć. Czy chodzi o to, by uchować się, zachować siebie, czy też odpowiednio i stosownie postępować? Bo biorąc pod uwagę specyfikę tutejszości...

- Może pan redaktor przeczyta motto kroniki?

Odczytuje: Instytut Kształcenia Charakterów nie jest zespołem głupców i cwaniaków - i dziwi się, że kronikarz zdaje się bronić racji bytu Instytutu przed podejrzeniami ludzi z zewnątrz, którzy skłonni są do pomówień, choć zaledwie co nieco słyszeli o nim. Czyta dalej: Odrzućmy okowy właściwości, jakie narzuca cielesność, a otrzymamy obraz duchowej jedności, jaką przedstawia zespół jednolity, choć złożony z jednostkowych cech - obraz, w którym dominuje otwarcie i uwrażliwienie na ponadjednostkowe potrzeby... Powtarza to sformułowanie, próbując je zrozumieć. Powątpiewa, czy również i ona wie, co to znaczy?

- Proszę zapytać pana naczelnika. My mamy zrozumieć później.

Wyjaśnia, że zapytał tylko ot tak, od niechcenia, bo faktycznie trudno zgadnąć, co Gleba miał na myśli. Pewnie potrzeby dla potrzeb. Pyta, czy naczelnik rzeczywiście kieruje się taką zasadą, opracowując swój system, o którym jest już głośno?

- O, nie. Pan naczelnik często ostatnio używa słowa etap.

Domyśla się, że naczelnik wiedzie ich dokądś?

- Przez łzy do szczęścia, panie redaktorze. Zabawne?

Potwierdza: pewnie do raju. "Ewa Rajska. Wykształcenie... Glebnictwo. Wysoka blondynka...". Upewnia się, czy to ona.

- Jakby pan zgadł. Skrybianką jestem. Siedzę tu przy glebstole i pilnuję telefonu, bo pani Maria, wie pan, nasza skrybica, wyszła właśnie na ćwiczenia.

Znów dziwi się faktowi praktykowania tu jakichś ćwiczeń.

- Tak, to należy do naszych obowiązków. Raczej glebobowiązków. Odbywanie ćwiczeń stanowi istotną część naszego programu. To innowacja i wynalazek naczelnika. Musimy wyzbyć się potocznych nawyków, by zyskać nowe. Są tu różnego rodzaju stosowne glebowiska i glebownie...

Mówi, że widział. I że to ciekawe. Rad by zapoznać się z ćwiczeniami. Zaglądał tam, ale nikogo nie widział, nawet pani Marii.

- Pewnie rozminęliście się. A w ogóle wszystko jest dopiero nadzieją.

On rozumie, że to dziś niemożliwe. Może kiedy indziej? Pyta, czy ona wie coś, a mianowicie, że on teraz sobie pójdzie, a ona powie szefowi, że był.

- Najlepiej proszę zateleglebnąć, to znaczy zatelefonować, umówić się z szefem. A w kronice znajdzie pan redaktor taką jedną ciekawą rzecz, która na pewno pana ubawi. To jest referat naszego Adasia Glebiarczyka.

- To on tu jest? Znam go z dawnych lat.

- Jest, jest. Chyba także i dlatego, że nosi takie nazwisko.

- A czemu jego referat ma mnie ubawić?

- Bo to jest kuriozum i dlatego został uwieczniony w kronice. Kiedyś naczelnik zadał Adasiowi taki temat na pełną odsiadówkę: "Wpływ glebosobowości naczelnika na środowisko oraz otoczenie". No i wyszedł ubaw. O, tutaj. Niech pan zerknie.

- Chętnie. Bo uśmiech, proszę państwa... Uśmiech o każdej porze i w różnych sytuacjach znaczy znaczy coś innego. Racja, ale... Szef był więc niezadowolony?

- A jak? Pewnie, że zmył mu głowę za niepoważne podejście, ale nie za bardzo, bo sam śmiał się do łez. A Adaś chodził cały dumny, że potraktował rzecz nietypowo. Panie redaktorze, gdy pan będzie pisał o nas, to z łaski swojej proszę uwzględnić, prócz szefa oczywiście, również właśnie Adasia i panią Marię. A o mnie pan nie zapomni?

Oburza się: jakże by mógł?

- Bo my tu jesteśmy od początku Instytutu i z nami szef jest najbliżej związany. Znał nas zresztą znacznie wcześniej, sam dobierał i uważa, że jesteśmy już wciągnięci w pracę i doświadczenia Instytutu. My się tu liczymy w sposób specjalny i wyjątkowy. Jakoś nas sobie przy tym upodobał...

Redaktor na te słowa uważa za stosowne wydać okrzyk podziwu. Przypuszcza, że ci troje stanowią rdzeń tutejszych doświadczeń. Zgłasza jeszcze jedną prośbę. Otóż jeśli chce mieć pełną sylwetkę naczelnika, to powinien wiedzieć również coś o jego pochodzeniu, o środowisku rodzinnym...

- To pan znajdzie częściowo w kronice. Matkę ma na wsi.

Red. M.H. Ślicznie dziękuje i zapewniając, że następne spotkanie będzie równie jak dziś miłe, wychodzi. Z Glebowiska Obrad wciąż dolatuje nosowy pomruk, przez który raz po raz przebija czyjś dźwięczny i mocny jak rąbnięcie siekierą głos. To zapewne naczelnik Józef Gleba przemawia. Echo tego głosu, odbite ścianami wyludnionych pomieszczeń, otacza redaktora, zdaje się pochodzić zewsząd i znikąd - wypełnia wnętrze, tym samym stając się, być może, główną treścią Instytutu. Marek Hałas uchyla wrót, dyskretnie zagląda do wnętrza. Dostrzega najpierw - za sprawą wszechobecnych, wszystko powielających luster - wypełniający tę salę dziarski uśmiech, a następnie - odbicie w jednym z nich stojącego na mównicy, dorodnie wyglądającego człowieka w sile wieku, w nienagannie skrojonej siermiędze. Człowiek ten wygłasza jakiś tekst z ufną, promieniującą z oblicza pogodą i afirmacją życia. A więc tak wygląda słynny już chyba uśmiech naczelnika Gleby? Red. M.H. kieruje kose spojrzenie w głąb pomieszczenia i widzi wielu tak samo wyglądających mężczyzn. O dziwo, każdy z nich stoi na mównicy, każdy też przemawia, wykonując te same gesty. Poza tym nie ma tu nikogo. No tak, to przecież znów jest sprawką powielonych odbić, wszak ściany pokryte są wmontowanymi w nie lustrami. Nosowy pomruk narady jest złudzeniem powstałym za sprawą przemyślnie zainstalowanych głośników. Pobieżna penetracja pomieszczenia pozwala stwierdzić, że fotele jednak nie wszystkie są puste. W niektórych tkwią nieruchome postacie, uderzająco podobne do naczelnika. To manekiny. Woskowe figury ukształtowane na wzór szefa.

Red. Hałas bezszelestnie przymyka wrota i w popłochu zbiega po schodach. Wmawia sobie, że może jest to generalna próba mającej się odbyć narady. Z niejakim trudem odciąga ciężką, dębową bramę, z chłodnej sieni wydostaje się w rozprażoną, jakże zwyczajną ulicę. Mija kilka przypadkiem tu widać zaparkowanych samochodów, przecina jezdnię, kieruje się w stronę skweru, gdzie spodziewa się znaleźć trochę chłodu. Jako zdobycz, dźwiga kronikę oprawną w dermę, lecz sam już nie wie, co dźwiga. Jest to niby zwyczajna księga o dużym formacie, ale dziwnie go jakoś uwiera, wciska się między żebra, wwierca jakby w serce. Nie mieści się w torbie, niesie ją więc pod pachą. Jest gorąco, śliska oprawa wymyka mu się ze spoconych rąk, zdaje się wciągać go czy pociągać dokądś za sobą. Na przekór jej, próbuje stawić bierny opór, siada więc w cieniu na ławce, z dala od gromady dzieci, które jak wróble obsiadły piaskownicę. Red. M.H. stara się myśleć swymi własnymi kategoriami, wbrew przewidywanej, acz bezsłownej jeszcze treści, jaka zdaje się przenikać w niego z kart księgi. Nie pójdzie do redakcji ani dziś, ani w ciągu najbliższych dni. Później zadzwoni, że pracuje w terenie, bo znalazł ciekawy temat. Może pozwolić sobie na trochę swobody, ma przecież od dawna już ugruntowaną pozycję.

Zapala papierosa, ostrożnie kładzie księgę na kolanach, otwiera, delikatnie odchyla bibułki osłaniające strony wypełnione zdjęciami i starannym, technicznym pismem. Nie, nic się nie dzieje, a cóż miałoby się dziać? śmiesznym byłoby przypuszczać, że spomiędzy kart wyskoczy coś niesamowitego, że wybuchnie coś budzącego grozę. Na pierwszej bowiem stronie barwne zdjęcie dużego formatu po prostu przedstawia energiczną, przystojną twarz o wyrazistych rysach, szeroko sklepionym czole, o mocno zarysowanych szczękach i mądrych, inteligentnych, szaroniebieskich oczach; twarz wyrażającą zarówno zdolność do twórczej myśli, jak i trzeźwej kalkulacji. To naczelnik; obok i poniżej - obszerna biografia. Czyta ją uważnie, odnotowuje dane. Jest mu niewygodnie, przy biurku byłoby o wiele poręczniej, ale żal mu pogodnego dnia. Żal mu też (niesłychane, że aż tak bardzo) zrywać tylko co nawiązaną łączność z treścią Instytutu, w niepojęty sposób wciągającą go i coraz to bardziej mu bliską, a tu oto przedłożoną w kronice. Zmienia więc tylko pozycję, gdyż oślepiło go słońce, które przedarło się ku niemu przez liście kasztana. Mrukliwym burknięciem odpędza dzieci, które zapędziły się aż tu za piłką i zaglądają mu przez ramię: co pan pisze? Odwraca ostrożnie sprężyste, nieugięte karty, ogląda zdjęcia, uważnie czyta życiorysy i charakterystyki, wiedząc, że nie raz jeszcze do nich wróci.

To są więc te trzy osoby, o których wspominała Ewa, pozostające z naczelnikiem w związkach nie tylko chyba służbowych, a każda z nich służy zapewne jako materiał dla coraz to innych prób. Czy są tego świadome? Nie wiadomo, mimo to warto poznać opinię o naczelniku tych ludzi podlegających mu, a może też głęboko od niego uzależnionych. Na pewno przez swą różnorodność współtworzą oni nie tylko dzieje, ale i znaczenie Instytutu, jak również sylwetkę psychiczną Gleby. Bo chyba wpływy i uzależnienia bywają tu wzajemne? Ale jak daleko sięgają? Dane, które właśnie przegląda, są rodzajem zaledwie pobieżnego, zapoznawczego przedstawienia mu się tych osób, uzupełnionego kilkoma wstępnymi informacjami, niezbędnymi dla nawiązania kontaktu.

Odwraca kilka kartek wypełnionych rozmaitością twarzy, życiorysów i informacji dotyczących ludzi, którymi prawdopodobnie nie warto się zajmować. Nieco dalej znajduje kilka wklejonych kartek maszynopisu. "Wpływ glebosobowości naczelnika na...". To ten osławiony referat, czyli Z dziejów pewnego uśmiechu. No tak. Chowa do torby notes i ołówek, zapala papierosa, odpędza natrętne muchy, czyta:

...Bo uśmiech, proszę państwa - uśmiech o każdej porze i w różnych sytuacjach znaczy coraz to coś innego. Staje się oznaką czasu. Wyznacza fazy życia. Określa etapy. Przemienia się w kronikę, z której można odczytać dzieje człowieka. Nie zdarza się, aby twarz zachowała niezmienny rodzaj uśmiechu. I tylko niekiedy oczy i usta starca powtarzają odruchy duszy zabrane z dzieciństwa i przeniesione przez życie. Kiedy dziecko uśmiecha się, jest to stan na ogół bezinteresowny - stwierdzam to jednak z pewnym zastrzeżeniem. Ono nie wie, lecz zaledwie wyczuwa, że przymilnością można coś zyskać albo podarować, co zwykle na jedno wychodzi, jeśli daje ten sam wynik. Dziecko czyni zjednywujące zabiegi podświadomie, nie zdając sobie sprawy z niezamierzonej ich interesowności. Wiedzę o wartości czy potrzebie wychodzenia naprzeciw otrzymuje niekiedy wcześnie, czasem późno albo - nigdy. Są twarze, które w ogóle nie nauczyły się uśmiechu.

A przecież oznacza on stany, które zaledwie w przybliżeniu można nazwać i streścić rozmaitymi określeniami, z grubsza tylko przylegającymi do istoty doznań i do jakości chwili czy okresu życia. Kolejność nie bywa stała i rzadko kiedy jest zachowywana - nie idzie tu oczywiście o celowe, zamierzone działanie, ale o odruchy wywołane potrzebą chwili. Niektóre fazy nie pojawiają się wcale. Inne są przemieszane i występują równocześnie oraz w każdym okresie życia. Jednakże przewaga któregoś spośród wielu rodzajów uśmiechu - czy raczej zdolności uśmiechania się w ten, a nie inny sposób - w przybliżeniu wyznacza przemianę duchową człowieka. Przy czym nie podlega ona wyborowi świadomemu. Tym samym nie wchodzi w rachubę uśmiech stylizowany, lecz ten, który pojawia się w niekontrolowanych stanach psychicznych jako ich uzewnętrzniony wynik.

We wczesnych fazach życia uśmiech sam się naprasza, gdy przyjmujemy świat. W późniejszych trzeba się już o niego starać. Gdy stopniowo zanika spontaniczność, trzeba zdobywać się na wysiłek, by uśmiech nie przemienił się w grymas. Jest to zatem świadomie przywoływany układ mięśni twarzy i wyraz oczu, który uczymy się stosować w razie potrzeby i na doraźny użytek. Konieczność posługiwania się takim to uśmiechem - który nazwę uśmiechem stosowanym - narasta zwłaszcza wówczas, gdy towarzyszy wspinaczce na stanowisko. Tu dodam, że starania o nie winno się podejmować po to, by móc urzeczywistniać ideały. Wówczas, czyli po osiągnięciu celu, uśmiechu już się udziela. Ten o wadze gołębiego piórka staje się obarczony wiedzą i doświadczeniem. Staje się ciężki od znaczeń, bogaty w doznania. I wtedy to właśnie staje się sztuką użytkową. Warto posiąść bodaj taką sztukę. Warto, aby ją opanowali nasi szefowie. I w tym dopiero kontekście można się pokusić o interpretację wpływów - oczywiście, wzajemnych.

No nie, to wcale nie jest głupie i nie wiadomo, z jakiego powodu stało się przedmiotem naigrawań. Tylko że na razie dalej czytać nie warto; później się to wykorzysta, i to na pewno. Redaktor zamyka księgę kroniki - i natychmiast powraca redakcyjna zwykłość. Już wie, że zrobi cykl artykułów oraz wywiadów. Znaczenie Instytutu może urosnąć, trzeba tedy jak najrychlej nakierować uwagę publiczną na jego działalność. Nie wolno przegapić koniunktury. Zebrany materiał trzeba będzie poddać jakiemuś prawidłu. Wybrać aspekt i skupić się na nim; podporządkować mu treść wypowiedzi. Reportaż powinno poprzedzić ukazanie sylwetki naczelnika. W sporządzaniu przeprowadzonego z nim wywiadu, po którym wiele sobie obiecuje, uwzględni się tematykę kształtowania duchowego krajobrazu społeczeństwa. Powyższe względy uzasadniają potrzebę napisania kilku tekstów. Red. M.H. uśmiecha się na myśl o wielostronnych korzyściach wynikłych z ich opublikowania. Naczelny powinien zrozumieć, że wymaga tego ważność tematu. Dziś jeszcze spróbuje go o tym przekonać... Na razie siedzi oparty o poręcz ławki, z twarzą podaną ku słońcu - i obmyśla sposób opracowania tekstów.

Taaak... Naczelnika trzeba potraktować życzliwie, lecz bez unikania ciemnych plam (nietrudno przewidzieć, że znajdzie się niejedna), aby uniknąć podejrzanej, zniekształcającej bieli. Bo nie wiadomo, jaki kolor będzie dominować, trudno też chyba ustalić, jaki rodzaj oblicza Gleby może okazać się właściwy. Na użytek tłumu trzeba postarać się o wykazanie psychologicznego prawdopodobieństwa, niekoniecznie opierając się o dane zawarte w kronice i te zaczerpnięte z relacji naocznych świadków jego życia. Spostrzeżenia mają być mocno podbudowane faktami, pogłębione analizą zjawiska zwanego naczelnikiem. Musi to być sylwetka człowieka mocnego, całkowicie oddanego sprawom Instytutu, poprzez które chce urzeczywistnić swój twórczy zamysł. Jaki? To samo jakoś dalej wyniknie. Powinno wypaść tak, by Instytut okazał się środkiem, a nie celem. Stan rzeczy trzeba przekonująco uzasadnić wiarygodnymi jego przyczynami. Dotyczy to zarówno osoby naczelnika, którego cechy czy właściwości są zapewne wynikiem i następstwem niepojętych przemian poglądowych, jakim podlegał w przeszłości - jak również Instytutu, który także chyba ulegał przeobrażeniom, uzależnionym - od czego? Od potrzeby chwili? Od pojmowania przez Glebę roli, jaką ma spełniać ta instytucja? Od sytuacji ogólnej?

Red. M.H. rozgląda się: jest sam. Słońce przygrzewa. Siedzi rozparty na ławce, z wyciągniętymi przed siebie nogami i w myślach komponuje tekst. Brzęczą muchy, a może to tak roją się słowa i zdania układanego w tychże myślach wstępu? Jednakże nie ma dziś siły ani ochoty przebierać w sformułowaniach. Niech sobie brzęczą jak te muchy. Zasypia.


Wieczorem siedzi przy biurku w swojej garsonierze i stuka na maszynie. Otwarte okno - czarny, złowrogi otwór - wpuszcza nieco chłodu i sporo ciem. Walczy więc z nimi, raz po raz zrywając się od maszyny w pogoni za oszalałymi od nadmiaru światła intruzami. Gdy tylko przydybie któregoś z nich, w chwili osłabnięcia przysiadłego na ścianie czy stosie papieru, natychmiast rozpłaszcza go klapnięciem złożonej gazety. Już walczy o Instytut! Ustawiczna walka nie przerywa toku pisania, które mu idzie dziś nader gładko.

Biurko oświetla krąg stojącej lampy z zielonym abażurem, zaś klawiaturę - przytwierdzona do blatu lampa techniczna. Obok stoi szklaneczka i ledwie napoczęta butelka rislingu o mocy wystarczającej, by pobudzić, a nie zmącić procesu myślenia. Leży też w zasięgu ręki kronika, z której obficie czerpie, zaglądając tu i ówdzie, jak również z referatu Adama, przy czym nie wzgardził wymyślonym przez tamtego tytułem. Wsparty siłą wyobraźni, układa początek artykułu oraz szkicuje felieton o dziejach uśmiechu.


Wyobraźcie sobie państwo nietypowy gabinet zwierzchnika, którym jest - również nietypowy - naczelnik Gleba. Wyobraźcie sobie jego oryginalność, świadczącą o niezwykłości tego człowieka, jak i wszystkiego, co sobą reprezentuje. W gabinecie tym, zwanym tu kąciną, za glebstołem czyli biurkiem (które godziłoby się nazwać ołtarzem) siedzi człowiek nieustannie czymś zajęty: coś pisze, to znów dyktuje, nad czymś rozmyśla, kogoś wzywa, wybiera numer telefonu, a równocześnie ruchem ręki zaprasza przybyłego, by usiadł. Beszta kogoś spośród pracowników, to znów chwali, ustawia, zachęca, odradza, na coś wskazuje, coś innego poleca. Takim widuje się go codziennie. Jest w tym zresztą podobny do większości szefów i dlatego, proszę państwa, tracąc z oczu ukrytą w naczelniku zwykłą istotę ludzką na rzecz niezwykłości tego niepowtarzalnego człowieka - nie tracimy nic: zostaje wśród nas dowolną ilość razy powielony jej wizerunek. Tak mogłoby być, zakładając, że szef wcielił się we wszelkich możliwych szefów, lub raczej, że to oni wcielili się w niego i że tym samym on ich sobą uosabia.

Tak zatem zdawać by się mogło - ale tak jest tylko pozornie. Naczelnikiem Glebą nie może być ktokolwiek, a więc każdy spośród nas - a to ze względu na wyróżniające tę osobistość cechy, które zwłaszcza uwydatniają się, i to w sposób szczególny, poprzez zajmowane przezeń stanowisko. Czyni go ono kimś nader widocznym i dlatego łatwiej, a zarazem trudniej jest sprawdzić na nim prawa rządzące nie tylko ludzką naturą, lecz przede wszystkim osobowością lidera - oraz prześledzić prawidłowości i odchylenia. Jest to więc ktoś, na kim może potwierdzić się albo załamać teoria przeobrażeń wybitnych jednostek; przeobrażeń, które nie zawsze bywają rozwojem. Kierując się zatem obserwacją w zakresie sposobów bycia, przyjrzyjmy się temu zjawisku, które daje się upowszechniać, bo streszcza cechy pewnego gatunku ludzkiego, i to niezależnie od typu zajmowanych stanowisk.

Przedstawiciel tegoż gatunku nosi jednakże określające go, znane nazwisko. Któż z nas nie słyszał o Józefie Glebie, naczelniku Instytutu Kształcenia Charakterów? Ponieważ jednak jest właśnie przedstawicielem i bardziej tu idzie o całość zjawiska niż o wybrany fenomen, tedy nazwisko schodzi niejako na drugi plan. Musi ustąpić na rzecz roli odgrywanej w środowisku przez tegoż naczelnika - bo ta jest najważniejsza - oraz pierwszorzędnej wartości, jaką sobą przedstawia zarówno jego system, jak i on sam, twórca precedensu. Proponuję państwu krótką przechadzkę po jego życiu w poszukiwaniu uzasadnień obecnego kształtu jego osoby oraz jej jakości. I niech przewodnikiem w tej przechadzce będzie zmienny rodzaj uśmiechu, aczkolwiek dalecy jesteśmy od przekonania, że mogłoby to być narzędzie zdradliwe z tego tylko powodu, że miłe jest i łagodne w użyciu oraz oddziaływaniu.

Jest młody, ma zaledwie około czterdziestki. A jednak już cokolwiek posiwiał, zapewne wskutek nadmiaru trosk i wysilonej pracy, które stały się dlań wyczerpujące, odkąd objął kierownicze stanowisko. Wszak podjął się tej misji w przeświadczeniu, że spełni powinność w świecie, dla której się urodził. Po niedawno przebytej, jakiejś poważnej chorobie zaczął już nabierać tuszy, ale nie za gwałtownie, gdyż hamuje ją dieta. Zresztą Józef Gleba nosi doskonale skrojone ubiory. Przybór zatem sił i zdrowia uwidacznia głównie tchnąca energią twarz, na której co chwilę pojawia się uśmiech - zmienny, stosowny do okoliczności, funkcjonalny co się zowie.

Uśmiech ów jest teraz inny niż wówczas, gdy Józef Gleba nastał na stanowisko szefa Instytutu. Różni się też zapewne od tamtych, które przyniósł tu z poprzednich stanowisk, z lat studiów, z rodzinnej miejscowości. Uśmiech więc, którym wita teraz podwładnych, z pewnością jest odmienny od poprzednich i na pewno nie jest podobny do przejawów pogody, z jaką witał kiedyś matkę, kolegów, dziewczynę. Nie przypomina także i tego wyrazu twarzy, jaki powoływał i nadal powołuje (a jest to okoliczność nieunikniona w stosunkach służbowych) w zetknięciu ze swymi zwierzchnikami - bo przecież z pewnością ich ma. Jedno jest pewne: to, że Józef Gleba nie tylko (jak twierdzą podwładni) opanował, ale doprowadził do perfekcji sztukę uśmiechu. Jako szef, stanowi w tym względzie niedościgły wzorzec, sztuka ta bowiem jest istotnym składnikiem jego programu, a zarazem systemu zwanego glebizmem. Być może chce też udowodnić, że mimo wszelkich napotykanych przeciwności stać go na uśmiech dla wszystkich, nawet tych besztanych. Kiedy i gdzie się tej sztuki nauczył? Odpowiedzi dostarczy nam prześledzenie kolei jego losu.


Sen zmrużone skleja oczy, mącą się myśli - nie ma sensu dłużej ciągnąć dziś wątku twórczej fantazji. Dość, dość. Uczyniło się już zachęcający początek, ciągi dalsze nasuną się same. Trzeba będzie zresztą dla przyzwoitości pogadać z ludźmi.

Układając rozmaite wersje, szykuje się do snu, gasi światło. Zasypia wśród krążących wokół niego pasm złożonych z liter, które układają się w treść - wciąż ponawiającą się - ostatniego spośród napisanych zdań: Stać go na uśmiech dla wszystkich - kiedy się tej sztuki nauczył? - Odpowiedzi dostarczy prześledzenie kolei... kolein... stukot kół... szurgotanie piasku... piasek...


Nazajutrz, stojąc w budce telefonicznej, widzi po drugiej stronie ulicy gzymsy, wykusze i wnęki szaro otynkowanego budynku Instytutu. Zwyczajny, szablonowy niemal, bezosobowy wśród niezliczonej liczby pozostałości dziewiętnastego wieku - wywołuje odkrywcze zdziwienie, że treść tak bardzo może się różnić od powierzchownego wyglądu. Wszak te banalne mury kryją w sobie aż tak niezwykłe wnętrze. Wybiera numer po raz chyba dziesiąty, uporczywie walcząc z krótkim sygnałem - i wreszcie zgłasza się ktoś, ale nie Ewa.

- Proszę chwileczkę zaczekać - odpowiada na jego prośbę połączenia z naczelnikiem.

Czekając, liczy dziurki w bilecie tramwajowym: przyjmie - nie przyjmie? Odzywa się ten sam głos kobiecy.

- Pan naczelnik prosi, żeby pan redaktor zechciał przyjść, jeśli dysponuje czasem. Nie ręczy jednak, czy dziś, a w ogóle w najbliższym czasie będzie mógł pana przyjąć. Po prostu nie wiadomo, czy i kiedy znajdzie wolną chwilę. Bardzo więc pana redaktora przeprasza i liczy na wyrozumiałość oraz dalsze kontakty.

Red. M.H. dziękuje i wyjaśnia, że nie ma mocy dysponowania czasem, bo ten przywilej nie jest ludzki, ale przychodzić może aż do us..., pardon, śmierci, co wcale nie oznacza, że aż do skutku. Skrzywienie zawodowe? Coś tam jednak chlapnął niechcący, za co jak najmocniej przeprasza.

- Nic nie szkodzi. Cieszę się, że się pan redaktor nie zraża.

Lekki, uradowany, jakby miał wywiad w kieszeni, a skrzydełka u pięt, popycha dębową bramę i - zaskakuje go cisza. Tak samo, jak poprzednio, echo jego stąpnięć odbijają ściany opustoszałych pomieszczeń, tworząc złudzenie pościgu. Pościg samego siebie? Nie, nie ściga go nikt. Bo też niemal nikogo tu nie ma i dostrzec można tylko nieliczne, snujące się gdzieś tam w głębi sylwetki ludzkich pajacyków czy szmacianych lalek. Marionetki z teatrzyku złudzeń. Jedna, druga... A wokół atrapy, same atrapy. I może dlatego, gdy wchodzi do skrybowni, z niejakim zdziwieniem spostrzega, że siedząca za biurkiem kobieta nie jest manekinem, ale człowiekiem. I to z człowiekiem emanującym pełnią życia, mimo że otacza ją tchnący martwotą, znieruchomiały ład; porządek rzeczy, raz na stałe zaprowadzony i ugruntowany. Rozpoznał ją ze zdjęcia: to pani Maria Niekonieczna, zwana tu skrybicą. Jej nazwisko... Czyżby nomen omen? Czyżby mogło się zdarzyć, że to, co niezbędne, nie bywało potrzebne? Kłania się jej jako on, właśnie przybyły oraz ten, który dzwonił przed chwilą.

- Witam pana. Bardzo proszę.

Ocenia ją w mgnieniu oka, między chwilą powitania a przedłożeniem sprawy. Jakże do tego otoczenia pasuje - i jak zarazem nie pasuje ta pani... Tyle ma dystynkcji w wyrazie twarzy i w każdym geście, i tyle w niej skupienia oraz godności, że mimo woli wzbudza szacunek. Coś tę kobietę czy damę (tak, damę!) wynosi na niedostrzegalny piedestał. Stojąc przed nią, trzeba się wyzbyć niedbałej pozy i nonszalanckich gestów, a witając, skłonić z szacunkiem głowę. Sucha, szczupła, wyprostowana... Imponuje porządek panujący na jej biurku czy stole, zaprowadzony wśród przedmiotów, których wygląd i ułożenie powtarza starannie tu opracowany wzór doskonałej kancelarii. Nie, skrybowni. Ta pani zdaje się być nienagannym wynikiem tutejszego systemu; jego uosobieniem. To niesłychane, że nosi (tutaj, gdzie, jak się zdaje, obowiązuje siermiężność?) elegancki, szary kostium, a ponadto wytworne uczesanie i dyskretny makijaż. Już po chwili pobytu, po kilku zamienionych z nią słowach dostrzega się wykwintny sposób poruszania się, celowość gestów, staranność w doborze słów i swobodną elegancję w mówieniu. Czyżby nie obowiązywała jej tutejsza frazeologia? (O właśnie: powinien ją sobie przyswoić; przypomnieć sobie choć niektóre zwroty - nie tylko po to, żeby się przypodobać, ale by nie okazać się ignorantem, lecz kimś zadomowionym). To pracownik, którego na pewno szkoda byłoby utracić. Gdyby to on, Marek Hałas, był naczelnikiem, hołubiłby ją i chyba tylko jakieś niezwykłe, wręcz wyjątkowe okoliczności mogłyby go skłonić do bezsensownej decyzji zwolnienia jej. Jest zresztą niemal pewien, że cechy i właściwości pani Marii, kontrastujące bodaj z zewnętrznymi objawami tutejszości, są tutaj uznawane, bo z jakichś powodów potrzebne. Owo skontrastowanie ma zapewne jakiś ścisły związek z jej swoistą, może odrębną przydatnością dla zamysłów naczelnika; związek, którego jeszcze nie chwyta, ale już przeczuwa. Być może rzecz polega na tej właśnie staranności mowy i ubioru - czegoś więc, co używane jest, a zarazem stosowne w światowych kręgach, ale nie tu! Kontrast jest nader wyraźny. Może ta pani ma być łącznikiem ze światem? Idealnym dla niego wzorem? Może w przeciwnym razie tutejszość byłaby niezrozumiała czy nieprzekładalna na tegoż świata pojęcia? Red. M.H. naraz spostrzega, że pani Maria coś mówi do niego, więc kłania się niepewnie...

- Ogromnie mi przykro, ale zechce pan chwilę poczekać, ponieważ pana naczelnika absorbują jakieś pilne sprawy. Bardzo więc pana przeprasza za marnowany czas: ludzie prasy są zawsze tak bardzo spieszący się, tak zajęci. Proszę więc o wyrozumiałość i cierpliwość.

- Red. M.H. wyraża gotowość czekania i zapewnia, że cierpliwość jest warunkiem sukcesu - a nie tylko pracowitość.

- Pan naczelnik zapowiedział, że mnie wezwie, bym pana wprowadziła, gdy tylko będzie mógł pana przyjąć. Jak na razie, ta zapowiedź się nie spełnia. Przykro mi, ale jestem zupełnie bezradna.

Red. M.H. zapewnia, że to jemu jest przykro, gdyż z jego powodu trzeba tę godną najwyższego szacunku panią aż... wzywać. Wszak jest osobą, którą należałoby raczej prosić...

- Jest pan bardzo miły, dziękuję.

Identyfikuje ją, wymieniając jej godność.

- Tak. A skąd pan redaktor zna moje nazwisko?

Mówi, że był tu wczoraj. I że pani Ewa pokazała mu kronikę.

- Tak, rzeczywiście, mówiła mi. Szkoda tylko, że nie zapytała pana naczelnika o zgodę. Miała trochę nieprzyjemności. Wprawdzie odbywał zwidzeniówkę, niemniej wyraził niezadowolenie.

Obiecuje, że jakoś to naprawi. Weźmie winę na siebie.

- Myślę, że wybaczy i Ewie, i panu redaktorowi. Powinien być usatysfakcjonowany, że prasa się nim interesuje i że ukaże się w niej wzmianka o naszym Instytucie. I to w dodatku w tak popularnym i cenionym magazynie...

Zapewnia, że to będzie nie tylko wzmianka, lecz coś o wiele więcej. Proponuje, by wstępnie porozmawiać o tutejszych sprawach.

- Ze mną? Panie redaktorze, myślę, że wypada, aby pan najpierw porozmawiał z panem naczelnikiem.

No nie, on nie przypuszcza, aby w ten sposób uchybił grzeczności. Uzasadnia warunek stworzenia należytej jego sylwetki potrzebą zebrania i możnością zgromadzenia opinii pochodzących z różnych niezależnych źródeł; powinnością więc poznania go z rozmaitych stron. Naczelnik to chyba zrozumie.

- Ja jednak zaanonsuję pana i zapytam. Przepraszam na chwileczkę.

Wychodzi. On tymczasem wymija płotek, zbliża się do stołu i odsuwa leżące na nim przybory, by postawić wśród nich swój magnetofon. Jest to chwyt psychologiczny: gdy ona wróci, postawiona wobec faktu dokonanego nie odmówi rozmowy. Spoglądając na pomoce i przybory dziwi się im, że są - współczesne... Czemu nie używa się tu na przykład pergaminu, gęsiego pióra i inkaustu? Widać, mimo pielęgnowania dawności, nie da się uniknąć ingerencji współczesności. A może jest jakaś celowość w tym pomieszaniu czy powiązaniu epok?

Pani Maria wraca po chwili, krytycznie spogląda na magnetofon, dając do zrozumienia, że nie jest to właściwe dla niego miejsce, po czym, stając za stołem, w milczeniu układa na nim rzeczy w poprzednim porządku: z lewej telefon, z prawej stojący kalendarz, notes, zielony długopis typu zenit, czarny i czerwony pisak, ostro zakończony ołówek, gumkę. Red. M.H. przeprasza za wprowadzenie zamętu, przy czym spogląda na te czynności cokolwiek zdumiony: porządek, jak widać, musi tu być. Czy to rytuał?

- To jest nieodzowny składnik naszego programu.

Próbuje kusić: czy nie wolałaby mieć na przykład czerwonego długopisu i niebieskiego pisaka, a obok jakąś maskotkę - małpkę lub pieska? Otaczanie się zabawnymi przedmiotami znakomicie poprawia samopoczucie.

- Jestem glebownicą Instytutu i nie jest ważne, co bym wolała. Pan naczelnik zgodził się, abym panu redaktorowi udzieliła wstępnych informacji. Sporządza właśnie pilną krążeniówkę, więc na razie nie może z panem rozmawiać.

Redaktor upewnia się, czy nie peszy jej mikrofon?

- Och, jeśli to konieczne... Jakich pan oczekuje informacji?

- Wolałbym, aby mi pani wpierw coś o sobie opowiedziała. To pomoże mi stworzyć sobie wizję naczelnika - poprzez sylwetki jego podopiecznych. Może na przykład coś z życia i obyczajów skrybowni? Albo osobiste doświadczenia z zetknięć z szefem?

- Nie wiem doprawdy, o czym mam lub powinnam mówić.

Podpowiada: Podobno przewidywane są jakieś zmiany? Czy będą istotne? Dotyczące więc podstaw działania i struktury Instytutu?

- Och, wie pan... Mówi się o nowym etapie, ale nie orientuję się, na czym rzecz będzie polegać. Być może, będzie reorganizacja.

- No dobrze. A jak panią traktuje szef? Jak pani się tu czuje?

- Dziękuję, bardzo dobrze. Przynajmniej tak było dotychczas.

Red. M.H. powątpiewa w szczerość tych zapewnień, lecz przezornie nie wyraża swych wątpliwości. Zachęca natomiast, aby mu co nieco opowiedziała o owej dotychczasowości. Domyśla się, że coś przykrego musiało ją ostatnio spotkać?

- Panie redaktorze, nie chciałabym wypowiadać pochopnych sądów, ale mimo woli ulega się rozgoryczeniu wobec przejawów... A broń Boże, nie lekceważenia czy też niechęci, bo tych nam szef nigdy nie okazuje. Jeśli natomiast stosuje wobec nas jakieś formy strofowania, to jedynie takie, które mogą być co najwyżej rodzajem dopingu czy formą zachęty. Poza tym nie mogę być poniżona, bo tym samym poniżałoby się Instytut. Stanowię przecież jego własność. No, może raczej część składową. Mam tu określoną i wyznaczoną porcję uczestnictwa, a prócz funkcji skrybicy - specyficzną rolę do spełnienia czy odegrania, z powodu której pan naczelnik ceni mnie i potrzebuje.

- Czy dla jemu tylko wiadomych, a pani jedynie dawanych do zrozumienia celów?

- Chyba tak. Nigdy by sobie zresztą nie pozwolił na jawne okazywanie komuś swej wyższości - w myśl zasady tworzonego tu i obowiązującego nas systemu oraz preferowanych wartości, takich jak równość, wzajemny szacunek i pielęgnowanie przejawów przeszłości. To w oparciu o nią ma równocześnie następować dążenie do tworzenia przyszłości... Niemniej faktem jest, że to właśnie ja zostałam zatrzymana w fazie wykluczającej rozwój dla uczestnictwa w nowym etapie; że mam doskonalić się jedynie w tym, co dotyczy najniższego stopnia wtajemniczenia; że uwięziono mnie w dotychczasowym stanie rzeczy, bez szans i nadziei na czynny udział w przewidywanej przyszłości, gdyż mam być zjawiskiem zrozumiałym dla rzesz. Wszystko to wyklucza lekceważenie, skoro zostałam do takiej funkcji wyznaczona. A jednak bywa mi niekiedy przykro z tego powodu, zwłaszcza że szefowi zdarzają się chwile zapomnienia, które budzą w nas rozczarowanie i zniechęcenie. Gdy pan naczelnik bardzo jest czymś zajęty, przestaje panować nad sobą i traci z oczu usilnie tu u nas wyrabiane i propagowane cechy. A przecież to on głównie, jako nasz kierownik, opiekun i przywódca duchowy, winien je reprezentować. Wówczas wychodzą na jaw różne niedociągnięcia...

Pani Maria milknie, wobec czego red. M.H. prosi, by nadal mówiła; zapewnia przy tym dyskrecję. Idzie mu tylko o wyrobienie sobie możliwie obiektywnego sądu.

- Rozumiem. Pan redaktor wybaczy moje nieoczekiwane i mnie samą zaskakujące wzburzenie, ale jestem pod wrażeniem wczorajszego zdarzenia. Zasadniczo jest to drobiazg, lecz choć znam intencję i przyczyny, nie umiem oprzeć się wrażeniu, że spotyka mnie niezasłużona krzywda. Wiem zresztą, że taki a nie inny stan odczuć jest wobec mnie - ależ tak! - przewidywany, i to właśnie teraz, gdyż tego wymaga chwila bieżąca. A mimo to... Tak, tak, zdaję sobie sprawę, że po prostu zostałam umyślnie i specjalnie uczulona, by nie rzec - zaprogramowana na sposób, w jaki się mnie tu traktuje, ponieważ ma się wciąż i rozmaicie okazywać, że całą duszą jestem oddana Instytutowi. To postępowanie wobec mnie ma być czymś w rodzaju poddawania mnie próbie; ma być wypróbowywaniem mojej wierności. A jednak zbyt osobiście, zbyt boleśnie to przeżywam.

- Mają zapewne być poddawane doświadczeniom następstwa takiego wobec pani postępowania? Czy też stopień oddania? Dla celów, oczywiście, naukowo-badawczych...

- Prawdopodobnie tak. Otóż pan naczelnik wezwał mnie wczoraj do swojej kąciny, zapowiadając, że zamierza ze mną porozmawiać. Dał mi przy tym do zrozumienia, że rozmowa dotyczyć będzie mojej osoby. Będzie czymś w rodzaju oceny, połączonej z jej przedyskutowaniem. Regularnie bowiem konsultuje się z nami, więc też i ze mną, w sprawie wyników naszych i moich ćwiczeń, by je ewentualnie skorygować w oparciu o wprowadzanie ich przez nas i przeze mnie w praktykę. Wchodzę więc - i cóż się okazuje? Pan naczelnik teraz nie ma dla mnie czasu. Może nie przygotował się do rozmowy? - bo zawsze jednak starannie się przygotowuje. A zatem, jeśli tak, to po cóż mnie wzywał? Daje mi wszakże ręką uprzejmy znak, abym usiadła, i czyni to zgodnie z obowiązującymi u nas przepisami, ale nie odejmuje słuchawki telefonicznej od ucha. A tu znów Ewa wykrzykuje, że międzymiastowa... Pomyślałam: poczekam tak, aby nie przeszkadzać, zatem usiądę sobie na uboczu, na zydlu obok stołu, na którym podczas przyjmowania znakomitych gości pojawia się i napoleon, i kawa w filiżankach z zastawy reprezentacyjnej, wzorowanej na wykopaliskach. Siedzę spokojnie i prawidłowo, zgodnie z instrukcją dotyczącą zachowania się przewidzianego na okoliczność udzielonego komuś posłuchania u pana naczelnika...

Red. M.H. upewnia się, czy słusznie się domyśla, że obowiązują ich w tym względzie - nawet w tym względzie - jakieś rygorystyczne przepisy?

- Ależ tak. Jeśli mamy kształtować charaktery innych, to zacząć musimy od siebie. Dyscyplina jest, panie redaktorze, podstawowym u nas środkiem działania. Siedzę więc w postawie wyprostowanej, stopy ustawione równo, ręce złożone na kolanach - i zastanawiam się, czego pan naczelnik w tej chwili ode mnie oczekuje? Może znów zechce mi udzielić napomnienia, choć doprawdy nie wiem za co. Przecież chyba pamięta, że zachowuję się nienagannie i postępuję zgodnie z programem, zwłaszcza tymi jego partiami, które mnie szczególnie dotyczą, oraz że pracuję ile sił. A może - wmawiam sobie - chce mnie tylko poddać zwykłej próbie cierpliwości i posłuszeństwa? Lecz trzeźwość, a także podejrzliwość podpowiadają mi, że szef chce mi doradzić, abym uczyniła długotrwałą przerwę w pracy dla poratowania zdrowia, a potem przeszła na przedwczesne wysłużbienie. Murzyn zrobił swoje... Moje obawy nie sprawdziły się, gdy doszło wreszcie do rozmowy, i to nie one są powodem mojego teraz zdenerwowania, lecz fakt, że kazano mi czekać, ignorując poniekąd moją obecność. Mogłam później być nawet zadowolona, gdyż chodziło o uzgodnienie opinii o jednym z pracowników. Zasięgając jej u mnie, pan naczelnik mnie zaszczycił, niemniej... O tak, mam niejasne, acz uzasadnione przeświadczenie, że z ulgą przyjąłby moje odejście. Przecież od pewnego czasu w różny sposób nastawia mnie na taką decyzję.

Red. M.H. wyraża powątpiewanie. Bo czy to możliwe? Przecież skoro ją zaproszono, aby zasięgnąć u niej rady...? A ponadto - sama dopiero co stwierdziła, że została zaprogramowana na bycie taką, jaka jest, czyli że jest tu jednak potrzebna.

- No tak, no tak, ale... Może zresztą jestem przewrażliwiona, ale niekiedy wydaje mi się, że mimo wszystko nie zawsze odpowiadam jego wyobrażeniom o nowoczesnych - według jego pojęć - glebownikach, choć bezbłędnie spełniam zasadnicze wymagania metodyczne, które - ależ tak! - sprawdzały się właśnie przeze mnie.

Red. M.H. pyta, co naczelnik rozumie przez pojęcie glebownictwa.

- Doprawdy nie wiem. Jakiś rodzaj czynienia, ale... Odnoszę wrażenie, że nie zawsze się tu liczy solidne glebiarstwo, skoro jest tylko stanem przejściowym, oraz ścisłe przestrzeganie przepisów, skoro zapewne wkrótce będą obowiązywać inne. Może trzeba niekiedy złamać je? Sprawić zawód, by dać możność czy pretekst skarcenia, a następnie sposobność poprawy? Także - stworzyć powód do zmiany tychże przepisów? Być może, w jakiś sposób przeszkadzam w takich to, dalekosiężnych projektach. A może w rachubę też wchodzi odmłodzenie załogi glebowników w związku z tym nowym jakimś, wciąż jeszcze nieujawnionym etapem naszej dawczobiorczości? Byliby to ludzie młodzi - więc ulegli i podatni na tutejsze wpływy, lecz na pewno nie od razu i nie w tym stopniu, jak ja, przejęci duchem Instytutu. Przyglądam się niekiedy tym nowo przyjętym: i cóż ci ludzie - wpatrzeni w złudzenia dotyczące swych domniemanych karier - mogą wiedzieć o oddaniu się bez reszty służbie idei, jak też o obowiązkach szarego, solidnego glebownika? Nie wiedzą, że tu kariery nie zrobią, bo nie po to ich przyjęto, lecz po to, by poddać ich naszemu wpływowi.

Red. M.H. pyta, czy nie przemawia przez nią gorycz?

- Może krzywdzę pana naczelnika niesłusznymi podejrzeniami, lecz przeświadczona jestem, że odpowiedzialność (a na niej przecież panu naczelnikowi głównie zależy przy wznoszeniu i rozbudowywaniu konstrukcji glebizmu) nie jest sprawą, którą można wprowadzić zarządzeniami, gdyż musi być albo cechą wrodzoną, albo wynikiem działania glebołaski. Powiedziałam mu o tym podczas wspomnianej rozmowy, gdy doszło do dość żywej, dla mnie samej zaskakującej wymiany zdań. Staram się bowiem powstrzymywać od wypowiadania swoich opinii, a jednak zdobyłam się na to z racji ocenienia glebownictwa jednego spośród tych niezręcznych czy mało sprytnych, szeregowych biedaków, co to nie umieją się przebić. - A cóż on tam glebi? - pyta pan naczelnik. - Jak to - mówię - przecież zaprowadzenie należytego bezglebia, czyli obiektywizmu w zakresie usprawnienia informacji i organizacji wymaga wiele wysiłku i inwencji w doborze i układzie wystawienników, czyli różnorakich środków pomocniczych, dających przy tym świadectwo prawdzie. - Tak? Nic mi o tym nie wiadomo. - No rzeczywiście, tamten nieszczęśnik nie tylko całym sobą przyjął dotchnienia, ale dobrowolnie zaglebowywuje się i wiele wykazuje pomysłowości. Lecz nie składa wyczerpujących meldunków, na których panu naczelnikowi ostatnio szczególnie zależy, nie zgłasza toku swej codzienności, nie przechwala się też swymi osiągnięciami.

Red. M.H. tyle tylko zrozumiał, że któryś z pracowników, mimo że stara się jak najwydatniej pracować, jest niedoceniany, więc skrzywdzony. Próbując ukryć mglistość domysłów, niepewnie pyta, czy pani Maria zna już powód nasilenia wymagań szefa?

- Są sprzeczne z zaplanowanym stopniowaniem rozwoju, bo gwałtowność i przyspieszenie procesów glebtwórczych spowodował nacisk pochodzący od nadczuwalnictwa. Kto więc wie, czy to nie tą rozmową sobie zaszkodziłam, jak i paroma innymi? Wytknęłam bowiem szefowi brak konsekwencji, a ponadto wzięłam w obronę tamtego nieboraka. Jest on człowiekiem niepozornym; pracuje w sposób skromny i cichy, a tymczasem glebtwórczość musi odbywać się głośno, wręcz hucznie.

- Pani, jak się zdaje, taki styl nie odpowiada. Jest niezbyt wytworny.

- Tak. Jednakże moje upodobania nie mogą wchodzić w rachubę. Naraziłam się w inny sposób, a mianowicie przez wyrażenie swojej opinii. Poza tym nadmierne wykazywanie inicjatywy nigdy nie wchodziło w zakres moich glebobowiązków; nie było też przewidziane w przeprowadzanych na mnie doświadczeniach - a przynajmniej moje w tym względzie uczestnictwo miało być sprowadzone jedynie do pewnego stopnia i w ściśle przewidzianym, ograniczonym zakresie. Ale - czy doprawdy nie liczy się już przeszłość? Bo to przecież on, przepraszam, pan naczelnik swego czasu był dziecięciem, które hołubiłam; on też później zaproponował mi uczestnictwo w Instytucie. Pewnie teraz uważa, że się pomylił. Zresztą nie wiem, może to ja się mylę? Może po prostu wyczerpał się już mój przydział życia w Ikachu? - bo tak między sobą nazywamy nasz Instytut. Przypuszczam, że postępowanie szefa jest taktyką przybraną dla zamaskowania jemu tylko wiadomych zamierzeń. O właśnie: zrozumiecie później... W każdym razie - przynajmniej pozornie - to nie jest ten sam człowiek, którego kiedyś znałam. Za nic nie chciałabym się powoływać na łączącą nas znajomość, ale...

Red. M.H pyta, czy nie mają znaczenia względy ludzkie?

- Otóż to. Utrafił pan w sedno. A wracając do tamtej sytuacji, kiedy to zostałam jakby niepotrzebnie wezwana... Siedziałam zatem wówczas cierpliwie, czekając, aż pan naczelnik skończy przydługą rozmowę telefoniczną. Mówiłam sobie: spokojnie, on jest rzeczywiście zajęty i mniejsza z tym, jakiego rodzaju jest to zajęcie. Miałam za to sposobność przyglądać mu się do woli i po raz kolejny spostrzegłam, że - niczego sobie mężczyzna, tyle że - przepraszam, stwierdzam to z przykrością - cham... Chciałam powiedzieć: pochodzenie pana naczelnika uwidacznia się na każdym kroku; wciąż wychodzi na jaw, i to mimo codziennie uprawianych ćwiczeń specjalnych. No bo jakże to tak można rozpierać się łokciami, a w dodatku na czym? Na glebstole, który tu przecież jest niemal ołtarzem. A ponadto prawie że tyłem do mnie... Ale skłonna jestem usprawiedliwiać ludzi. Może jest zmęczony? - pomyślałam. Aż tu naraz, zupełnie nieoczekiwanie, pan naczelnik uśmiechnął się do mnie przyjaźnie, wciąż w trakcie telefonicznej rozmowy.

Doprawdy, byłam zaskoczona. Więc tego zmęczonego i rzeczywiście bardzo zajętego człowieka stać bodaj jeszcze i na to? Uraza znikła natychmiast. Wydało mi się, że słusznie postąpię, jeśli wyjdę sobie stąd i pójdę napić się herbaty. U nas bowiem w pewnych godzinach obowiązuje owo picie. Zapytałam więc grzecznie i cichutko, aby mu nie przeszkadzać, czy mogę wyjść? Skinął potakująco głową, nie przerywając rozmowy. Podziękowałam również skinieniem i dyskretnym uśmiechem, i na migi dałam mu znać, aby mnie wezwał, gdy tylko zajdzie potrzeba... Tak się też stało. W godzinę później doszło do wspomnianej, przykrej zresztą rozmowy... Przepraszam, panie redaktorze, ale słyszę brzęczyk, pan naczelnik mnie wzywa. O, ma pan w zamian Ewunię.

Red. M.H. dziękuje za tymczasowe spotkanie i zapytuje, czy jutro może przyjść?

- Ależ proszę bardzo, chętnie pana redaktora widzimy.

Pani Maria wypowiada te słowa nader grzecznie, ale widać, że jest napięta. Okrążając stół i płotek, zmierza ku wrotom kąciny krokiem szykownym i zdyscyplinowanym, z lekka postukując wysokimi obcasikami. W tejże chwili wrota skrybowni rozwierają się z impetem i wpada Ewa, niosąc koszyk pełen zakupów i plik czasopism pod pachą. Spostrzega redaktora i zatrzymuje się gwałtownie, a wyraz zaaferowania i pośpiechu znika natychmiast z jej twarzy, zastąpiony uśmiechem z rodzaju tych najpełniejszych, które nie są układem mięśni, lecz wydobywają się z głębi istoty:

- O, pan redaktor?

Wita ją żartobliwie, że to wyrasta on, gdzie go nie posieją. Zapowiada, że będzie tu przychodził codziennie, bo jakoś nie może upolować szefa - wciąż jest czymś zajęty.

- Ależ cieszę się bardzo, proszę przychodzić.

Red. M.H. uprawdopodobnia radość i zgłasza w tym względzie wzajemność. Proponuje, by od razu przez chwilkę sobie porozmawiali.

- Bardzo chętnie - Ewa spiesznie lustruje swój wygląd. - A o czym?

Red. M.H. prosi, by zgadła, po czym odrzuca żarty. Rzecz jasna, chciałby porozmawiać o szefie, ale jakby poprzez nią, czyli niech ona opowiada o sobie, ale tylko a propos naczelnika, w związku więc z jego osobą, i o relacjach zachodzących między nimi.

- To mam być kolorową szybką?

Chwali, że ładnie to określiła. Niechże też stanie się pryzmatem, przy pomocy którego będzie można z rozmaitych stron i punktów widzenia pooglądać szefa.

- O, to wspaniały nadglebowniczy. Chwileczkę, pozwoli pan, że wpierw pozbędę się ciężaru ładunku, czyli zakupów. Zaopatrywanie należy do moich obowiązków, znaczy glebobowiązków, jak też wyciągnięcie pism z dziupli. Skrytki, znaczy.

Nie przestając mówić, na chwilę znika za parkanem. Krząta się trochę bezładnie, rzuca plik pism na stół pod ścianą, powiększając stertę już tam leżących, poprawia uczesanie, podchodzi do stołu, wraca po coś za parkan, pudruje nos i maluje usta, puka w klamkę wrót kąciny, uchyla je i uśmiecha się wdzięcznie, mówiąc: już jestem - a on tymczasem zmienia kasetę i przygląda jej się spod oka.

To atrakcyjna dziewczyna. Miła, ładna, śmigła, chciałoby się powiedzieć: jodła. Do twarzy jej i do figury w obcisłym ubiorze giermka i w krótko ostrzyżonej, jasnej czuprynie. Wszystko to upodabniałoby ją do chłopca, gdyby nie pełen zalotności wdzięk. I te oczy, trochę kocie, a trochę dziecinne. Niepodobna oprzeć się jej urokowi i szkoda, że nie jest on przydatny w Ikachu. Cóż jednak robić, skoro jej właściwości są niezgodne z wykonywaną funkcją - jak to wynika z kroniki, a także ze spostrzeżeń poczynionych nad jej sposobem bycia i obowiązującymi tu obyczajami. Wygląda na nieporządną, roztrzepaną i nieodpowiedzialną. To wprawdzie mogą być tylko pozory, niemniej zapis w kronice informuje, że jej usposobienie bardziej przystoi artystce niż skrybiance, oraz że faktycznie była kiedyś aktorką. Ciekawe, czy nie dostało jej talentu, czy szczęścia - a może niewidzialna, wiadomo czyja ręka zatrzymała ją w pół drogi?

Staje wreszcie przed nim, jak przed kamerą telewizyjną.

- No, już możemy porozmawiać. Ale przejdźmy na korytarz, będziemy swobodniejsi.

- Czemu? Czyżby ukryte kamery albo podsłuch?

- Nie, nie sądzę. Po prostu trochę się oderwę od atrybutów mojego skrybowania, za którym nie przepadam. Drzwi zostawię uchylone, gdyby telefon...

Wychodzą i siadają na ustawionych pod ścianą, między oknami, ławach, które nareszcie, jak się zdaje, zyskały użytkowników. On, widząc stojącą obok popielniczkę - czystą, chyba nie używaną - pyta, czy można tu zapalić. Ona potwierdza, jako że wychodzi się tu naprzeciw ludzkim potrzebom. On skwapliwie korzysta z pozwolenia. Ona z zalotnym wdziękiem zakłada nogę na nogę, zwrócona ku niemu, lecz trochę nieobecna i rozjaśniona wewnętrznie. Z twarzy nie znika jej uśmiech.

- Widzę, że jest pani rozpromieniona. Oj, pani Ewo...

- No nie, bez przesady. Ale faktycznie rzadko można spotkać człowieka, który miałby tak miły stosunek do ludzi.

- Zwłaszcza do pięknych pań. Zasługuje pani na to.

- Dziękuję, jest pan doprawdy miły. To o czym porozmawiamy?

- O czym się pani podoba. Ja i tak opracuję to później. Może najpierw o słynnym, osobistym wdzięku szefa? Bo skoro jego uśmiech odgrywa tu tak ważną rolę...

- O tak, od szefa można się wiele nauczyć. Na przykład, jak łagodzić przykre sytuacje za pomocą uśmiechu. To doprawdy jest sztuka nie lada.

- Czyżby panią jednak coś przykrego spotkało? Coś obraźliwego?

- A bo ja wiem? Nie, nic takiego. Po prostu zdarzają się czasem incydenty, które w przypadku każdego innego niż szef człowieka mogłyby się nieprzyjemnie skończyć. Ale do niego nie można mieć urazy. Na przykład wczoraj wezwał mnie, kazał sobie podać kawę, po czym mówi, że ma do mnie jakąś pilną sprawę. Ciekawe, jaką? - myślę sobie. Czyżby to była ta, której od kilku dni oczekuję? Bo ja mam pewne ambicje i nadzieje, ale o tym to już może później opowiem. No więc wchodzę z tą kawą i widzę, że nad czymś pilnie glebuje, no, robi swoje. Jednak, postawiwszy przed nim kubek, stoję i czekam, co mi powie, a on nic, tylko spojrzał na mnie takim niewidzącym wzrokiem i glebuje dalej.

- Co, proszę?

- No, pisze, czyta, myśli, coś tam ćwiczy. To jest szerokie pojęcie i może pan podstawić pod nie, co tylko zechce. A zatem - stoję jak głupia pod drzwiami: no, co jest? Inna na moim miejscu pewnie by się zaraz obraziła. Ale ja widzę, że człowiek jest faktycznie zajęty. A może mnie poddaje próbie pokory? Różne mogą być przyczyny. Więc może nie zdążył się przygotować? Bo on się przygotowuje nawet do rozmowy ze mną. Zatem postałam jeszcze trochę, po czym okręciłam się na pięcie i poszłam sobie. I w końcu niczego się nie dowiedziałam. Oczywiście, na odchodnym przeprosił mnie uśmiechem, dlatego mu przebaczyłam, bo gdyby nie to... Żeby on wiedział, żeby wiedział, że tylko ze względu na niego tu jestem, bo już mi bokami wyłazi całe to glebownictwo. Wszystko, co się tu robi, objęte jest tym terminem. Wyć się chce. Już lepsza byłaby praca w szpitalu. Tam naprawdę czułam się potrzebna i doceniona.

- W jakim znowu szpitalu?

- To może później opowiem. Ważne jednak jest dla mnie coś innego, co mnie ominęło. I pomyśleć, że przy odrobinie szczęścia mogłam była zostać aktorką. Też opowiem. Śmiać się i płakać chce, kiedy się pomyśli, że wszystko sama zaprzepaściłam.

- Nie powinna pani dawać za wygraną. Nie poznano się na pani?

- E, nie jest tak źle. To był teatr studencki, który rozwiązano, ale miałam szanse gdzie indziej. Niestety, tak się złożyło, że tu wdepnęłam, a teraz jest już za późno. Już sobą nie dysponuję. Zresztą mimo wszystko trochę byłoby mi żal, gdyby trzeba było stąd odejść. Przecież Józek, to znaczy szef, najwyraźniej coś dla mnie szykuje. Może w związku z tym nowym etapem, o którym daje nam do zrozumienia? Te obiecujące miny...

- Oho-ho? Wzajemne upodobanie? Wybranka wśród wybranych?

- No nie, ja się przecież zgrywam. Trudno, trzeba się zdobyć na cierpliwość i czekać na swoją passę, nie tracąc nadziei. Tylko - na co i jak długo? Przez całe życie babrać się w jakichś podejrzanych procederach? Uczestniczyć w tych tu obrzydliwych zgrywach, od których dostaję mdłości? O nie, to nie dla mnie, której marzyły się piękne role. Chyba nie zniosę tego dłużej. Ale zniosę, zniosę, tak tylko mówię. Już, już, pani Mario. Przepraszam pana na chwilę, bo widzę, że ta cholerna zołza... Pardon, pani Maria na mnie kiwa.

Oddala się rozkołysana w biodrach, swobodna. Słyszy jej niski, metaliczny głos, któremu nadaje uprzejmy, aczkolwiek nieco oficjalny zarazem i kpiarski ton, gdy zagadkowo mówi: Nosidło Wiadomości, kwiat srebrzysty z dnia trzeciego zimowego niepoliczonych lat. Niechże się pani nie trudzi, sama podam panu naczelnikowi, tylko uprzedzę pana redaktora.

Wraca z plikiem jakichś dokumentów, znów staje przed nim, wykonuje wdzięczny gest ręką i równie wdzięczne dygnięcie. Szelmowsko przy tym mruży oczy.

- Poczeka pan tutaj, panie redaktorze? Bo mam iść do szefa, a to może chwilę potrwać.

Tu odgrywa przed nim wejście do dyrektorskiego gabinetu.

- Ależ poczekam. Oczywiście, że poczekam na panią, choćby do końca świata.

- Serio? Gotowa jestem w to uwierzyć. A teraz niech mi się pan przypatrzy i oceni moje umiejętności. Wejdę szykownie, oko podmalowane, główka do góry, nóżka malowniczo odstawiona, i powiem: - Panie naczelniku, oto pismo, pardon, przesłanie, którego pan sobie życzył. - Dobrze tak będzie?

- To już jak tam pani uważa. Ja się na tym nie znam.

- Co za skromność. Albo wie pan co? Wślizgnę się potulnie. Albo nie: wbiegnę z dziarskim uśmiechem, przecież tak dobrze mi to zawsze wychodzi, i powiem: - Czy o to przesłanie panu chodzi? - No, pędzę.

Smukła, wiotka, zwiewna, znika za drzwiami, za którymi szef się pewnie niecierpliwi. Red. M.H. wstaje, przechadza się po korytarzu - nie chce tkwić pod sekretariatem jak ktoś, kto podsłuchuje albo musi czekać. Ewy wciąż nie widać, jakoś nadmiernie przedłuża się jej pobyt w tym jakimś pseudosanktuarium.

Red. M.H. myśli o Adamie. Chciałby go dziś jeszcze spotkać, ale jak się zdaje, jest na posyłkach. Albo - znając go - bimba sobie w najlepsze. Z tym dziwakiem i zadzierusem najwięcej mają tu zapewne kłopotu. Chyba trudno go ująć w karby. Ale ze zbuntowanych sceptyków, obdarzonych inteligencją, którzy mają odwagę podważać gładkie nawierzchnie i wyburzać kostniejące trwałości, zwykle wyrastają ludzie co się zowie. Trzeba im tylko dać powąchać odrobinę sukcesu czy bodaj powodzenia, aby mogli uwierzyć w swe możliwości. U Adama, odkąd go pamięta, były one zamazane wiecznym niezadowoleniem i narastającymi kompleksami, a także poczuciem bezsilności. Wyzwolić te możliwości mogłoby danie mu po prostu jakiejkolwiek szansy. Kto wie, czy właśnie tu nie stworzono mu jej? Jeśli tak, to Instytut zyskałby nader wartościowego uczestnika. Kto, jeśli nie Gleba, odgadnie, co za pomysły lęgną się w tej niespokojnej głowie i co się z niej wykluje? Jeszcze nie wiadomo, jakie właściwie Adam zajmuje tu stanowisko, ale jeśli podrzędne, to na pewno nie zadowala go ono. Tacy jak on noszą wielkość w dziadowskiej torbie.

Ciekawe, jak układają się stosunki pomiędzy nim a naczelnikiem. Adam potrafi być niegrzeczny, ale tu, jak się zdaje, nie budzi niechęci. Rzecz w tym, że tacy jak on nie lubią czekać; powinno im się dawać pole działania, i to jak najszybciej. Może mu już dano? O, tu właśnie może wyjść na jaw strategia Gleby, a zapewne choć trochę odsłonią się też zasady jego systemu. Ustosunkowanie się do ludzi takich jak Adam na pewno rzuca światło na jakość Gleby i na jego wewnętrzne, czyli prawdziwe nastawienie na rzeczywistość.

Słyszy za sobą odgłos szybkich stąpnięć, którym, jak niedokładne echo, odpowiadają inne, powolne, dochodzące skądś z dołu. Sprawczynią tych szybkich jest Ewa, która wypadła z drzwi dyrektorskich i zatrzymuje się przed redaktorem Hałasem zdyszana, zarumieniona, a na schodach ukazuje się Adam. Ewa woła:

- Adam, Adam, gdzie ty się podziewasz? Naczelnik cię wzywa. Bardzo pana redaktora przepraszam za długie czekanie, ale szef wyjaśniał mi to i owo, i zwalił na mnie furę roboty. Urwanie głowy. Adam, pospiesz się. I pana redaktora też kazał naczelnik przeprosić, ale dziś doprawdy nie może pana przyjąć.

- Jutro to znów ja nie mogę. Wybieram się w teren.

- No to pojutrze, dobrze? Porozmawiamy. Nie gniewa się pan?

- Pani Ewo, mnie nie wolno się gniewać.

- Zwłaszcza na mnie, prawda? Lecę. Adam, prędzej, pospieszże się.

- Co, pożar?

Red. M.H. nie ogląda się już za Ewą, bo zza krawędzi schodów wyłoniła się wreszcie kudłata głowa, wątły tors w podkoszulku z napisem Superstar, w rozpiętej, szaroniebieskiej bluzie z teksasu - a potem szczudłowate nogi w portkach z takiego samego jak bluza materiału. Ręce w kieszeniach. Ten dryblasowaty chudzielec najwidoczniej lekceważy obowiązujące tu zwyczaje i nawet dowolnością ubioru odcina się od tutejszego stylu. Ale widać taki właśnie został zaakceptowany. Twarz? Ta sama, co niegdyś - i nie ta sama, bo bardziej dojrzała. Oczy proroka uwydatniają się za sprawą długich, ciemnych włosów, które tak wiecznie są zwichrzone, że zdają się jeżyć od nadmiaru sprzeciwu. Gęsta broda kryje jakieś, zapewne urojone defekty.

- Jak się masz, Adam? Poznajesz mnie? Marek Hałas.

- A, to ty? Czeeeeść. Pewnie, że poznaję, jakże by nie? Pana redaktora szacownego magazynu? W akcji, jak widzę.

- W kontrakcji raczej. Z nikim nie mogę się tu dziś dogadać.

- Co ty powiesz? Tacy wszyscy zajęci? A ty chciałbyś koniecznie. Karierka, co?

- Raczej chleb. Człowieku, kariera... Dla takich, jak ja, nie ma zbyt obiecujących widoków. Za solidnie pracuję. A tu trzeba byłoby mieć szerokie plecy, a oczy wiesz gdzie, żeby sobie zapewnić nowy punkt widzenia. Nie gorszy od innych, zapewniam cię.

- A co w ogóle porabiasz?

- Po prostu żyję. Robię teksty, jem i sypiam codziennie, od czasu do czasu spotykam się z dziewczyną. Jak wszyscy. Ale dla ludzi jestem tym, co napiszę. Dla siebie też. Znajdziesz dla mnie trochę czasu?

- Czemu nie? Ale wpierw muszę zajrzeć do szefa, bo czegoś chce.

- Słyszałem, że coś już zostało względem ciebie postanowione...

- Pogadamy o tym, ale za chwilę, bo... Cholera mnie bierze, nie umiem tego tu wszystkiego ścierpieć. To poczekasz chwilę?

- Poczekam. Leć już, żebyś nie miał nieprzyjemności.

- A w glebie mam. Ale pójdę, nie ma rady. Do czasu, do czasu.

Faktycznie, Adam nie pędzi, lecz oddala się niedbałym krokiem. Tyle że ręce wyjął z kieszeni - długie, niezborne z chodem, bezradne jakieś czy też będące w ustawicznym pogotowiu. Wchodząc do sekretariatu, odwraca głowę i przesyła Markowi filuterne przymrużenie oka, po czym starannie zamyka za sobą drzwi, zza których dolatuje teraz gorączkowy stukot maszyny. Red. M.H. zostaje sam.

I znów zadziwia go pustka i cisza, jakby nie działo się tu nic, a Instytut istniał sam dla siebie, bo nawet nie dla swej nazwy. Siada na ławie, zapala papierosa, patrzy na przeciwległą ścianę - soczyście zieloną, pokrytą malowanym listowiem - i próbuje układać ciągi dalsze felietonu. Lecz próby te, jak i wzrok utkwiony w ścianie, utykają na przeszkodzie, którą jest brak prawdopodobieństwa sytuacyjnego. Trzeba stworzyć punkt odniesienia; jakichś realiów otaczających życie prywatne Gleby. Komuś trzeba przypisać najwcześniejszą fazę stawania się wybitną osobistością; wpływom więc otoczenia i środowiska na to jakieś dziecko, w którym trudno jeszcze rozpoznać zadatki na przyszłego dyrektora Ikachu. Dopóki jednak nie zetknie się z kolebką Gleby, nie sposób ruszyć z miejsca z kreacyjnymi zabiegami... Ale może trzeba, by kolebkę tego męża otaczała tajemnica? Bo on podobno wywodzi się ze wsi, a jednak zdaje się pochodzić jakby zewsząd i znikąd, albo też ze wszechczasów. Może to mieć symboliczne znaczenie dla Instytutu. Można by zresztą dorobić jakieś sytuacje dla zadowolenia publiczności, o ile to nie zburzy konstrukcji planowanego wywiadu-rzeki. Tak, stanowczo musi pojechać na wieś, zobaczyć, jak wyglądają realia miejsca urodzenia Gleby. Trzeba koniecznie zapoznać się z nimi, by stworzyć jakie takie prawdopodobieństwo życiowych warunków małego Józka, później Józefa... Przymyka oczy, obmyśla podróż.

- Już jestem.

Adam nosi welury, zjawił się więc tak cicho, że niespostrzeżenie. Rozwala się na ławie, wyciągając nożyska. Nie patrzą na siebie. Adam zdaje się przemawiać do swego niewidzialnego odbicia w ścianie.

- I cóż to za dziwny człowiek. Dotąd jego zachowanie było dla mnie nie do przyjęcia. Uch, jak mnie mierzi jego gęba. Zawsze mierziła, bo jest wprost nie do zniesienia. A już te jego stosowane uśmiechy są chyba największym fałszerstwem epoki.

- Razi cię czyjś uśmiech? Może twój własny? To już niedobrze.

- Ja o nim. Tu nie da się o sobie, bo on nas raz na zawsze ucapił. Daje nam jakieś bzdury do wierzenia i czyni to tak, jakby obdarzał nas sobą, czyli udzielał nam się po trochu jak kapsułki przeczyszczające. Ale gdyby nawet cały nam się dawał, abyśmy go przyjęli, to i tak wątpię, czy by ktoś reflektował. Ja w każdym razie nie. Tylko że de facto on tylko bierze, wciąż bierze, choć głosi coś innego. Zachwycające. Jock. A jednak, a jednak... Gdyby mi ktoś dwa dni temu powiedział, że zdołam zmienić o nim zdanie, to bym tego kogoś wyśmiał.

- A co, czyżby powiodła mu się próba uwiedzenia cię?

- E, co to, to nie. Żartujesz chyba. Tyle że wczoraj pierwszy raz gadał ze mną po ludzku. Mimo to w dalszym ciągu twierdzę, że to obskurny facet, cierpiący na megalomanię. Jakież to on ma prawo nami pomiatać? Batem poganiać? Batem rozkazywać? Na przykład wzywa kogoś, a potem każe czekać. Chociażby tobie. Ale to ma tak wypaść, że prasa się o niego dobija. Jestem pewien, że rży teraz z tego powodu z uciechy, siedząc w swojej dziupli.

- Może nie zdążył się przygotować do rozmowy?

- Skąd wiesz? Faktycznie, bez tego on ani rusz, a ćwiczeń dziś nie odbył. Pewnie później za to poklepie cię po plecach na przeprosiny i poczujesz się, tak jak my, rozbrojony. Co w nim tkwi? Tyle lat przeszło, a nie umiem go rozszyfrować. Jemu się pewnie zdaje, że stworzy od nowa i zbawi świat.

- Podczas gdy jedynie ty potrafisz świat zburzyć i urządzić go na nowo. Jakiż ty jesteś wciąż - młodzieńczy...

- Daj spokój, Mareczku. Sam nie wiem, co ze mną jest. Gdybym rzeczywiście uzyskał choć trochę możliwości...

- Przestałbyś wtedy bluzgać na tę swoją pracę?

- Tym szczytnym mianem nazywasz bzdury, którymi chcąc nie chcąc muszę się tu kalać? To glebiarstwo, glebnictwo, glebowanie...

- Ciągle się tu stykam z tymi określeniami. Co one znaczą?

- Co tylko zechcesz, nie wyłączając czegokolwiek, co dotyczy naczelnika. On z gleby się wywodzi i glebą pozostanie, jak wskazuje nazwisko. Tylko patrzeć, jak w glebę się obróci, a my z nim... w glebotwórczym procesie.

- Pani Ewa też dawała mi do zrozumienia, że nie jest entuzjastką tutejszości. Ale czy ta wszechobecna gleba jest słowem-kluczem?

- Dodaj, dopasuj to słowo do każdego, jakiegokolwiek pojęcia, a otrzymasz, co zechcesz. Cokowiek i wszystko. Albo nic. Tylko żebym choć wiedział, do czego to zmierza...

- Nic ci o tym nie wiadomo?

- Wiem o doraźnych założeniach i ich perspektywach, ale to podobno jest tylko etapem. Przejście do następnego mają poprzedzić staranne przygotowania. A co do Ewy, to jest inteligentna i wartościowa dziewucha, choć sprawia wrażenie wiatraka. Trzeba ją bliżej poznać, żeby docenić. Rozumie więcej, niż nam się wydaje i zna swoją wartość. Tyle że zgrywa się na słodką idiotkę, bo Gleba ją omotał. Ciekawe, jak zareaguje na jego propozycję.

- Jaką znowu propozycję?

- Aaaa... Ale wnerwia mnie jej tania kokieteria, to jest poniżające. Pędzi do niego z zadartym łbem i ani raczy spojrzeć na... ludzi. Śmieszna jest z tym zapatrzeniem na to swoje łysiejące bożyszcze.

- Diabli wiedzą, co się babom podoba.

- I czegóż to ona się w nim dopatruje? Gdyby był o kilka lat młodszy, może wybaczyłbym Ewie głupotę. On to jej cielęce uwielbienie rozumie oczywiście po swojemu...

- Widzę, że nie możesz oderwać się od tematu. Podoba ci się Ewa?

- Nooo... Może trochę. A zresztą, co mnie to wszystko obchodzi? Wiesz? - mam to w... glebie. Co najwyżej będzie z nich trochę ubawu.

- Już się domyślam.

- A jednak nie mam prawa go osądzać, bo wobec mnie jest ostatnio w porządku. Uważałem go dotąd za faceta, który by po trupach dochodził swego. A ja miałbym być jeszcze jedną jego ofiarą? Niedoczekanie. Ale jak długo można się buntować? Czy to zresztą źle, jeśli w kimś, kogo się nie uznaje, a nawet zwalcza, uda się choć czasem doszukać, dopatrzeć godnego szacunku przeciwnika i bodaj niekiedy przyznać mu w czymś rację?

- Jakiż on jest w takim razie, ten wasz Gleba?

- Nie patrz na Glebę. Patrz na nas, ikachowców; na to, jak on na nas działa. Z nas możesz wnioskować o nim. On nas swoją osobą naznacza, piętnuje. Trzeba stwierdzić obiektywnie, że to inteligentny facet, choć mądry to on nie jest. Czy ma dar kierowania ludźmi? I tak, i nie. W każdym razie dyskutować z nim nie sposób. Co powiedział, to już zostało nieodwołalnie powiedziane.

- Taki groźny? Dysponuje skutecznymi środkami wywierania nacisku?

- Nie, nie. On sam cały jest naciskiem. A w jaki sposób? Uderzyć - pogłaskać. Huknąć - zaszczebiotać dobrotliwie. Zadziwia elastycznością. I śliski jest. Nie tak dawno mieliśmy nadwidzenie...

- Co to znaczy?

- Nie wiem. Nikt nie wie. Jakiś jeszcze jeden rodzaj glebienia. Prawdopodobnie znaczy to, że szef doznał jakiegoś olśnienia w zakresie pomysłów; jakiegoś nowego rozumienia spraw i rzeczy, z którego wyniknie inny rodzaj postępowania. Nie jest zresztą wykluczone, że potajemnie otrzymał jakieś wskazówki, pochodzące z nieznanego nam nadzoru... Tak czy inaczej, informacji dotyczących treści wynikłych z tego to zwidzenia czy olśnienia udziela nam poprzez zwidzeniówki, czyli swoiste konferencje, podczas których coś nam jest sugerowane drogą mglistych, graniczących z hipnozą wyjaśnień. Efekt? I tak nikt niczego nie wie, bo nie rozumie.

- Ale czy to coś znaczy? - to, że nikt nie wie... O to chodzi, by nikt nie wiedział?

- To jest takie unicestwianie byłego. Takie wyłanianie znaczeń nieznanych. Podstaw pod to, co chcesz. To nie ma znaczenia, bo i tak Gleba wie swoje. On jeden wie i zawsze to będzie czymś innym niż przypuszczasz. Tak czy siak, zawsze nam wyjdzie glebowizna.

- Nadal nie rozumiem. Czyżby zasadą systemu miała być dowolność? Naciąganie?

- Nie. Nie. A jeśli już, to w ściśle wyznaczonym zakresie. Dowolność bowiem zupełna podważałaby rację systemu i cel, do którego zmierza. A co do zasady glebizmu, to opiera się ona na poglądzie, że wszystko z gleby się wywodzi i do gleby powróci. W nią przemieni się wszystko i my też, byśmy osiągnęli wyższy stopień ziemiaństwa w następnych, lepszych fazach istnienia. Każda rzecz, każda czynność ma być stałym memento; nieustającym przypomnieniem, że drewno na przykład czy glina, skóra czy odzienie - z gleby lub podglebia czerpały siłę kształtującą świat roślin, zwierząt lub minerałów, nim przerobione zostały w kształt inny i przez nas stworzony, aby nam służył. Wszak stół był kiedyś drzewem, wpierw też istniała glina, nim stała się filiżanką. I dlatego stół u nas nazywany jest glebstołem, odzienie glebodzieniem i tak dalej. Praca jest - zależnie od jej znaczenia, a raczej od jej rodzajowego odcienia, charakteru i skuteczności - glebowaniem, glebowizną, glebnictwem, glebaniem, glebieniem, i co tam chcesz. Tylko - jak nazwać pracą coś, co nią w rzeczywistości nie jest? To zaledwie luźny jej odpowiednik. Glebować niezupełnie bowiem znaczy pracować, lecz uczestniczyć w swoistym misterium. Dla nas to już jest zwykłość, ale nie dla ciebie. Dlatego postaram się mówić zwyczajnie, przynajmniej na razie, bo nieobce mi jest poczucie miłosierdzia. Glebsierdzia!

- Glebozapłać. Nie na darmo więc, Adasiu, nosisz swoje nazwisko.

- Nie wiem, kto mi je nadał i dlaczego, ale noszę je jak narzucony na głowę worek. Sam siebie nazywam Glebiarczykiem i tak mnie zwą inni. Wiesz jednak, jak mnie tu pierwotnie czy przewrotnie nazwano? Glebiarzem - gdyż mam być tragarzem ziemi, cokolwiek przez to rozumieć.

- Prędzej wyrobnikiem. A nazwisko szefa? Czy to pseudonim?

- Nie wiadomo, ale chyba nazwisko. Przypuszczam, że natchnęło go, a może nawet - jako fatum - przeznaczyło czy wyznaczyło do stworzenia systemu. Wszak i my zostaliśmy wyznaczeni: wpierw byliśmy ludźmi, nim staliśmy się glebianami. Tam się tu u nas utarło mówić, wszechposługując się glebą. Czyli że wszystko tu zostało utarte. A jako takie, stało się miazgą. Straciło moc. Mimo to niczego nie tracimy, jeśli coś zanika, bo musimy uznać, że zanikłego jakoby nigdy nie było. To samo stało się z owym sławetnym nadwidzeniem, cokolwiek przez nie rozumieć. Było, przeszło. A jednak od tej pory nasz szef głosi nam glebonowinę. Słuchajcie proroka nowej ziemskiej ery. Niemniej dla nadczynników, czyli wyższych jakichś instancji, treść uzasadnieniowa czy udowodnieniowa głosicielstwa - jest, musi być naciągnięta, a glebozdawczość istnieje na pokaz. Lub raczej: na posłuch. Tym samym faktyczny stan rzeczy musi być upozorowany na ten, który Gleba sobie wyobraża i którego od nas wymaga. Głosi więc, co zamierza, a robi, co uważa za stosowne. Gadaniówka - jak my to nazywamy. Usankcjonował postęp - ten specyficznie przez niego rozumiany - żeby dopiąć swego posłannictwa. I niech tam sobie myślą, że reszta to furda, choć to właśnie suma.

- Gubię się w tym wszystkim, a obiecałeś mówić zwyczajnie. Czy chodzi więc o mydlenie oczu tym... nadczynnikom?

- Nadczuwalnictwu. Jakimś władzom. Zmyłka jest trzonem i podstawą taktyki Gleby.

- W jak najlepszej, nie wątpię, wierze?

- No, chyba tak. Właśnie zamierzył jakieś zmiany dotyczące dawczobiorczości Instytutu, zamaskowane krzątaniną wokół drugorzędnych drobiazgów i dotyczącą nieistotnych przekształceń, które on wszakże nazywa nowym stylem glebownictwa i nową jego linią. Uszy, serca i umysły ludu wszystko przyjmą, ale nie przyjmie nadwidzenie, jeśli się znów pojawi.

- Pustki nie da się ukryć. Bo tu pusto...

- On sobą wszystko wypełni. Sprowadzi więcej manekinów, popuści wodze fantazji, w błahostkach mądrze podporządkuje się zaleceniom, pardon, dotchnieniom, pójdzie na ustępstwa w sprawach dziesięciorzędnych i w ten sposób ocali... siebie. Ale daje do zrozumienia, że zależy mu na zachowaniu za wszelką cenę tego, co uważa za myśl przewodnią i zarazem perspektywiczną swego systemu. Glebizmu, przypominam. Obstając przy nim, chce czy też udaje, że chce - wzbogacić go bzdurnym zapewne uzupełnieniem sztafażu. Zdobywa się tedy na coraz to nowe pomysły, odpowiadające jakoby wymaganiom systemu. Po co to wszystko? Bo upatruje w nim czegoś, w czym widzi jakoby szanse i jedyny los współczesności zarazem i przyszłości świata. Ot, wyrocznia.

- W czym jednak rzecz? Przecież jecie mu z ręki i zrobi z wami, co zechce.

- No rzeczywiście. Cóż robić? Tylko że on głosi współodpowiedzialność (pardon: glebodpowiedzialność) i głosi ją tak, jakby to on ją wymyślił. Ale nie wymyśli, choćby zmienił głowę, sposobu na zwyczajną, ludzką gotowość starań i ponoszenia ich następstw. I nie o nią mu chyba idzie. Zresztą prawdopodobnie sam czuje się odpowiedzialny za cały rodzaj ludzki. Jest teraz na etapie ożywionego działania wstępnego: reprezentuje, udziela łask, poszturchuje ile wlezie, obdarza względami - gra.

- Czy zdaje sobie sprawę, że ludzie to widzą i komentują?

- Nie przypuszczam. Jest chyba sam sobą zaślepiony. Mówię ci, nieraz miałem ochotę rzucić to wszystko i pójść sobie w pioruny. Wolałbym tłuc kamienie, bo to miałoby przynajmniej określony sens. A zresztą wydawało mi się, że przy nim nie podrosnę, a mam przecież także wobec siebie obowiązki.

- Cóż cię więc tu trzyma?

- A to już inna sprawa. Pewnie gdzie indziej bym się nie nadał. Zresztą działa tu swoista magia. Jestem bezradny, bom się tu nie prosił, ale mnie wybrano. Lecz mając jakiś bodaj podrzędny rodzaj wglebienia, mógłbym stopniowo próbować postawić na swoim, i to zgodnie z własnymi poglądami, bo je mam, a mieć nie mogę. Słuchaj, ty się nie dziw mojemu rozgoryczeniu. Od dawna byłem tu nikim, czyli chłopcem do wszystkiego, czasem kreślarzem takich tam różnych wykresów, jak wzrost i spadek zjawisk społecznych. Na przykład - samopoczucia ludzi, uzależnionego od obecności wśród nich wyróżniających się jednostek, albo zależności zachodzącej między jakością glebownictwa a sposobem bycia i ludzkimi zachowaniami - i temu podobne pirduły.

- Masz dystans do gleby, widzę. A badanie takich zjawisk można by wysoko ocenić, gdybyś to ty był ich projektowadcą, co?

- Niekoniecznie. Byłbym autorem czy kreatorem innych. A tak - żadnych widoków. No, może teraz... Glebaż jego mać, przetrzymał mnie facet, nie ma co. Gdyby tak wcześniej pojawiła się jakaś zmiana, kto wie, jak mogłoby ze mną być? Może zapobiegłbym swoim różnym skrzywieniom? Tacy jak on nie mają z tym problemów: śpią i żrą zdrowo i bez skrupułów, nie przebierając w środkach. To nie człowiek, to chodząca instytucja. Maszyna do robienia działalności. Pardon: glebdawczobiorczości. I pomyśleć, że nasz start był w pewnym sensie równy: on i ja byliśmy kiedyś chłopcami, którzy się czegoś spodziewają. Ale on potrafił dążyć i dopinać swego, nie plując sobie przy tym codziennie w mordę, jak ja. Tylko że on miał choć dom rodzinny, który prawdopodobnie wyssał już doszczętnie. Nie to, co ja i nie tak jak ja, wychowanek domu dziecka. Ja miałem tylko wychowawców. Trudno samemu sobie stać się ojcem i matką. Chcesz jeszcze zapytać o coś?

- Już nie, przynajmniej na razie. Już wstępnie usłyszałem, co chciałem wiedzieć, tak na razie orientacyjnie... Słuchaj, czemu tu u was tak pusto?

- Pusto? A my - to co? Powietrze?

- No tak. To znaczy - nie. Ale spodziewałem się zastać tu gwar, ruch, przepełnione sale, tłumy praktykujących - słowem, nastrój ożywienia i gorączkowej pracy. A tu - cisza...

- No, hałas o niczym nie świadczy... Oj, przepraszam cię, Mareczku.

- Nic nie szkodzi, a nawet schlebia mi różnorodna możliwość używania mojego nazwiska. Rekompensata popularności. No więc - co jest? W czym rzecz?

- Po prostu, jak dotąd, nie ma chętnych. Szef twierdzi, że jego system jest niezastąpiony, ale trzeba go wypraktykować, a potem dopiero wdrażać i upowszechniać. Na razie ponoć czyni starania o nabór. Powiedział nam, że śle pisma, gdzie się da, że zwołuje konferencje... Może ty coś zwojujesz swoim artykułem?

- To znaczy - zależy ci? Zmieniłeś zdanie?

- A skądże. Ja tak w moim własnym interesie.

- Te wspaniale wyposażone pomieszczenia nie są wykorzystywane?

- Z tym były niemałe kłopoty, bo to przecież ogromna inwestycja.

- A kto na to wszystko łoży?

- A bo ja wiem? Pewnie wyłudził pieniądze publiczne od jakichś władz, przedstawiając jakieś cele, które mogły one zaakceptować - co zobowiązuje. A przy tym, przedsięwzięcie jest nietypowe, co mogło wzbudzić zainteresowanie. Tylko - jak tę sprawę uzasadnić wobec... ludzi? Tych z prawdziwego zdarzenia? I jak spowodować, by nie potraktowali systemu jako fiksum dyrdum, lecz zrozumieli naszą specyfikę? Sęk w tym, że jak dotąd, nawet my sami nie sprostaliśmy wymaganiom tegoż systemu. Na razie, tylko we własnym gronie jesteśmy adeptami zarazem i uczestnikami. Ja, w miarę możności, staram się do tego grona nie zaliczać. No, może czasem, żeby zanadto nie podpaść. Ale na ogół się migam. Jako chłopiec na posyłki, bywam nieuchwytny. Ewa - różnie. Zresztą ona ma specjalne względy. Za to pani Maria codziennie odbywa ćwiczenia, jak i wszyscy pozostali. Szefuńcio oczywiście gorliwie praktukuje, i to nie tylko dla przykładu: przecież musi być dokładnie obeznany z własnym systemem. No i nadrabiać musi braki w obyciu.

- A właściwie to na czym polega ten wasz system? Bo nadal nie wiem.

- Nasz? Męża opatrznościowego zwanego Józefem Glebą. A system, moim zdaniem, polega na zabijaniu indywidualizmu i pozbawianiu indywidualności. Opiera się natomiast o coś, co się tu nazywa filozofią glebizmu.

- Jak to? Przecież to jest Instytut Kształcenia Charakterów.

- No właśnie. To proste. Glebizm, jako postawa wewnętrzna, oparty jest na filozofii czy ideologii zrównywania dusz i pogłowia ludzkiego, by stały się żyznym, starannie przeoranym i zabronowanym gruntem. Dopiero taki bowiem zdatny jest dla tym bujniejszego wzrostu wybitnych jednostek - chluby rodzaju ludzkiego. Z pokorą przyjęte ujednolicenie ma być więc radosnym aktem ofiarnym. Oto czym jest glebizm.

- Ledwie chwytam. Ogromnie to wszystko skomplikowane.

- Nie przeczę. Ja sam się w tym gubię, choć od dawna próbuję to rozgryźć. I strzec się, by to właśnie mnie nie rozgryziono. Kto przeżyje, wolnym i wielkim będzie.

- A kto poległ, wolnym już...?

- Nie. O nie. Kto podda się czy ulegnie niwelacji, ten okaże się pozbawiony charakteru, ale za to stanie się arcyprzydatnym czyimś narzędziem, posłusznym i uległym jak automat. Czy zwróciłeś uwagę na manekiny w Glebowisku Obrad? Otóż są tam, bo tak trzeba. Bo są obrazem przyszłych gleboludzi. Czy gleboludów. Zrównanych, ujednoliconych, posłusznych. Niszczenie indywidualności jest tu równoznaczne ze zrównywaniem z ziemią; sprowadzaniem do stanu gleby.

- Któż więc ma szanse oprzeć się temu... walcowi?

- Rzecz w tym, aby będąc poddawanym nieustannym zabiegom glebniczym o znaczeniu unifikacyjnym i uniformizacyjnym, ostać się, stawić czoła, jak mawia szefuńcio. Tylko więc silne charaktery mają szansę wyjść cało i zwycięsko z próby. Nie, nie poprzez sprzeciw narzuconym formom, lecz by stosując się do nich drobiazgowo, pozostać sobą, zachowując dystans i niezależność.

- Nie rozpieszcza was, widzę. Toż to są spartańskie wzory.

- Szef upatruje w nich przyszłości ludzkiego plemienia. Dezindywidualizacja to cel doraźny, wprowadzający do tego ostatecznego, którego pomysł, jak się zdaje, powstał już w jego genialnej głowie, lecz w niej na razie pozostaje. Jeśli zresztą można snuć prognozy i wyciągać wnioski, to zabijanie indywidualizmu ma też, jak się zdaje, znaczenie sterylne. Oczyszczeni z osobistych właściwości, opustoszali wewnętrznie, zrównani - staniemy się gruntem gotowym na posiew Nowego Ziemiaństwa. Trzeba wywabić, zatuszować starą treść czy też uprzedni wzór, by móc nanieść nowy.

- Przewidujesz pomyślne rezultaty? Jakieś dodatnie efekty?

- Niestety, powątpiewam. Wolę więc zamilknąć. Chcesz? Pokażę ci co nieco spośród stosowanych tu środków. Oprowadzę cię po przybytkach wielkich nadziei. Weź to w cudzysłów. Masz czas?

- Zawsze mam czas na pożyteczne wykorzystanie czasu. Jock.

- No to chodźmy, póki tam pusto, bo wkrótce nastanie pora ćwiczeń.


Idą pustą klatką schodową, opustoszałymi korytarzami. Byłoby ich dwóch tylko, gdyby nie wyskakiwał ku nim zewsząd, aby im towarzyszyć, ujednolicony - otóż to! - tłum lustrzanych odbić. Zwielokrotnione echo stąpnięć powoduje wrażenie, że trwa tu pochód. Oświetlenie przemyślnie rozmieszczonych, ukrytych neonówek sprawia, że wnętrze Instytutu zdaje się być pozbawione granic, rozmazanych w mżącym zewsząd świetle. Nie ma tu okien: hol obrazuje wnętrze tak intymne i tak szczelne, że nie dopuszcza świata.

- Stąd, Adasiu, jak się zdaje, można znaleźć ujście tylko do sal ćwiczebnych lub zostać wydzielonym czy wydalonym na ulicę - po uprzednim strawieniu...

- Nie obrażaj mnie. Nie mam zamiaru stać się produktem ubocznym trawienia.

- Adam? To światło, akustyka i lustra to tak... naumyślnie?

- One mają specjalne zastosowanie.

- Żeby zapełnić pustkę? Sztucznie zaludnić Instytut?

- To ty powiedziałeś. Są potrzebne dla samokontroli. Idąc, każdy widzi, jak się porusza i zachowuje, zwłaszcza w obecności innych osób. To ważne. To pozwala korygować sposób bycia, usuwać jakieś usterki, w tym osobiste nawyki, a także wczuwać się we wzory.

Wchodzą do Glebowni Specjalnej. Adam mówi:

- Uwaga, uwaga, jestem teraz naczelnikiem.

Te słowa sprawiają, że natychmiast zmienia się jego postać. Dyskretnie przygładza zmierzwioną czuprynę, opuszcza ręce i wykonuje nimi nieznaczne poruszenia, które rękawom jego bluzy w tajemniczy sposób przydają pozorów skromnej elegancji dobrze skrojonego garnituru typu siermięga, a dłoniom - wykwintu. Podciągając nogawki spodni, siada wytwornie w fotelu: cokolwiek bokiem, jedna noga cofnięta w teoretycznym przyklęku. Przelotnym, ledwie uchwytnym spojrzeniem sprawdza w otaczających go lustrach wdzięk i nienaganność pozy, po czym gestem pełnym dystynkcji wskazuje fotel naprzeciw. Red. M.H. siada niepewnie, lecz Adam robi minę na wpół figlarną i zniecierpliwioną.

- Nie, ty nie. W tamtym siedzisku ma zasiąść taki gość na niby. Ty byś mi tu przeszkadzał, bo muszę wysilić wyobraźnię. To ma być - nie ubliżając ci - ktoś znakomity, komu trzeba okazać specjalne względy.

Redaktor wycofuje się więc pod drzwi, doznając przykrego poczucia, że tam jest jego miejsce. Tymczasem Adam stawia lampki przed pustym fotelem i przed sobą, i z pustej butelki nalewa w nie wyobrażenie koniaku. Przybiera wyraz twarzy świadczący, że uczynił już gościowi uprzejmą jakąś propozycję. Leciuchnym jak kwintesencja wytworności klaśnięciem przywołuje kogoś, kto za uchylonymi drzwiami jakoby czeka w pogotowiu, świadom obowiązku i obznajomiony z obyczajami szefa. Natychmiast zjawia się idea dyskretnej, acz niewidzialnej sekretarki, do której Adam zwraca się tonem poufałym, ale nie pozbawionym szacunku, na pewno świadczącym o zażyłości: - Pani Mario, niech pani będzie uprzejma przygotować nam kawę. - I teraz dopiero wybucha radosnym rechotem.

- Dość tej zgrywy. Chodźmy dalej.

- Adam? Czemu wszystkie pracownie są poroztwierane? Każdy może plądrować. Ja sam również już tu przedtem trochę buszowałem.

- To rozwarcie ma symboliczną wymowę. Postawa otwarta, rozumiesz? Drzwi stoją otworem dla wszystkich, na znak naszej otwartości.

Wchodzą do Glebowni Doskonalenia. Adam mówi:

- Jestem teraz panią Marią.

Na to hasło sylwetka jego samoczynnie się prostuje, a stąpnięcia stają się drobne i lekkie, gdy podchodzi do biurka, ogarniając je szybkim, sprawdzającym spojrzeniem. Siada nieco sztywno, lecz z gracją. Redaktor Hałas, nauczony doświadczeniem, zostaje przy drzwiach, lecz Adam mówi:

- Nie, nie stój tam. Podejdź tutaj i stań przed biurkiem. Tym razem jesteś mi potrzebny jako niezbyt mile widziany gość, który licho wie, po co tu przylazł, którego jednak trzeba załatwić uprzejmie. Ale przedtem bądź łaskaw trochę mi tu, na biurku nabałaganić.

- Nie rozumiem? W czym rzecz?

- No, poprzesuwaj trochę rzeczy, żebym miał sposobność błyskawicznie zaprowadzić porządek. Bo niby to jesteś nieuważnym interesantem, który spowodował nieład.

Red. M.H. spełnia życzenie Adama, uświadamiając sobie, że niedawno doświadczył podobnej sceny w sekretariacie. Tymczasem Adam namaszczonym, lecz sprawnym gestem podnosi słuchawkę, zgłasza Instytut i przez chwilę niby to słucha, przybierając służbowy wyraz twarzy, po czym mówi melodyjnie: - Już łączę. - Odkłada słuchawkę i szybkimi, oszczędnymi ruchami układa na biurku przedmioty, tak aby znalazły się w przepisowej, raz na stałe widać ustalonej kolejności: długopis, czarny i czerwony pisak, ostro zatemperowany ołówek, gumkę. Z zabawną powagą sprawdza terminarz i w niebywałym skupieniu wynotowuje urojone sprawy do załatwienia w dniu dzisiejszym, po czym odwraca kartkę kalendarza. Ostatniej spośród tych czynności towarzyszy ironiczny, ale życzliwy śmieszek od drzwi: to Ewa. Podana do przodu, wsuwa w szparę uchylonych drzwi głowę chochlika i bystro przygląda im się oczyma młodej kotki. Adam odpowiada jej radosnym rżeniem.

- Oj, Adam, Adam, ja bym to lepiej potrafiła.

Chwilę trwa w skupieniu jak aktor przygotowujący się do wyjścia na scenę, po czym przybiera postać sprawnej, życzliwej i radosnej sekretarki, by z nieporównanie większym niż Adam wdziękiem powtórzyć tylko co przez niego wykonane czynności. Widząc, że teraz dopiero wywarły na gościu pożądane wrażenie, przerywa je nagle, w jakiejkolwiek fazie zaaranżowanego na poczekaniu dnia pracy. Nonszalancko siada na biurku, zaś Adam kłania jej się z uznaniem: wygrała we współzawodnictwie samodoskonalenia.

- To może przejdziemy do Glebowiska Usprawnień, co, Mareczku?

- Idźcie, tylko pospieszcie się, bo szef tu zaraz schodzi!

Przechodzą do zapowiedzianej pracowni w pośpiechu, który wytwarza w nich stan zgodny z panującym w tym pomieszczeniu klimatem. Adam staje przy jednym ze stołów.

- Jakiej, Mareczku, potrzebujesz informacji?

- Ależ żadnej. Już jestem zorientowany w tym, co się tu robi.

- Postaraj się jednak być interesantem. Wymyśl coś, cokolwiek. Pomożesz mi w ten sposób: odbębnię codzienną porcję ćwiczeń.

- No to... Proszę mnie poinformować, jaka zachodzi zależność, powiedzmy, między rozwojem niemowląt a jakością mleka.

- No widzisz. Rzecz w tym, żebym jak najszybciej zgromadził materiał potrzebny do udzielenia ci wyczerpującej odpowiedzi.

Przegląda wydawnictwa, które ma na biurku, gorączkowo rzuca się w stronę półek i szaf, później katalogów; sprawdza w kartotece zagadnieniowej hasło, nerwowo sapiąc dobiera słowniki i encyklopedie, czasopisma, podręczniki i informatory. Wreszcie chwyta się za głowę i mierzwi czuprynę, która upodabnia się do stogu siana.

- Do jasnej gleby... Nie, to nie dla mnie. Co prawda, w odwodzie mam jeszcze telefon. Mogę zadzwonić do Urzędu Statystyki, na porodówkę, do magistra ekonomii, dietetyka, lekarza pediatry, laboratorium, jakiegoś naukowca, gastrologa, chemika, biologa czy specjalisty od opracowywania norm żywienia, jak też składu i właściwości pokarmów - ale po cholerę to wszystko, o czym powie ci każda mamka? Wiejmy już, bo zaraz...

- Oj, to szkoda, bo chciałem cię jeszcze zapytać o współzależność zachodzącą między rozmiarem nosa i temperamentem.

- Wiesz co? Wyjdźmy na ulicę, tam nosów jest co niemiara, będzie okazja do badań empirycznych. Idź pierwszy, za chwilę cię dogonię, tylko zajrzę do sekretariatu, bo a nuż...

W tej chwili rozlega się gong, pomykają więc do drzwi. Adam pędzi po schodach na złamanie karku, podczas gdy redaktor, zniecierpliwiony zmiennością jego zachowań oraz rozdrażniony niezrównoważonym usposobieniem, zmierza ku wyjściu pospiesznie, lecz spokojnie. Naraz zdaje sobie sprawę, że wnętrze Instytutu nasycone jest ledwie uchwytną, nieokreśloną, raczej przyjemną wonią. Powoduje ona miłe oszołomienie, graniczące z narkotycznym upojeniem. Przyprawia też o rozkoszny zawrót głowy, wśród którego jawią się urocze, kolorowe widziadła. Dominuje w nich Ewa wykonująca wdzięczny pląs, w jaki zamieniają się wszystkie jej czynności czy posługi. Tutejsza rzeczywistość zdaje się być wzmożonym i uwznioślonym odbiciem tej zewnętrznej, a nie tylko pięknym mirażem.

Z niejakim wysiłkiem odciąga ciężką, dębową bramę. Pomaga mu w tym Adam, który go właśnie dogonił, i wspólnie wychodzą na ulicę. Gorący podmuch, nadlatujący z otwartej przestrzeni, wzmaga poczucie kontrastu między nią a kameralnością tylko co opuszczonych wnętrz. Wrażenie specyfiki Instytutu nasila się. Ogarnia ich skwar wczesnego popołudnia - i zwykłość, która zrazu wydaje się niesamowita. Szeleszczą liście zakurzonych jaworów. Stado gołębi z łopotem skrzydeł spada na żer, sypany z okna ręką bogobojnej staruszki. Przed sklepem monopolowym ustawia się kolejka. Pies spuszczony ze smyczy załatwia potrzebę na skrawku zieleni. Z piwnicznych okien zalatuje stęchlizną. Na skwerze kwitną pąsowe róże.


Przechadzają się teraz alejkami. Adam wetknął ręce w kieszenie i pogwizduje, natomiast redaktor Hałas trze w zakłopotaniu potylicę.

- Adam? Chcę cię o coś zapytać, ale nie wiem, jak to sformułować. Jak wyjaśnić fenomen, jakim jest Instytut Kształcenia...

- Ikach. Tak się u nas utarło mówić: Ikach.

- Faktycznie, już słyszałem. Może zapamiętam. Ale pewnych spraw wciąż nie rozumiem. Ta wasza rzeczywistość - to jakby nierzeczywistość. Osobny świat, który nie przylega do tego spoza waszych murów, a wręcz od niego odstaje.

Mówi tak, choć przed chwilą doznał całkiem odwrotnych wrażeń. To ulice miasta wydają mu się teraz farsą czy operetką; czymś sztucznym i nieprawdziwym. Adam wyjaśnia w sposób świadczący o tym, że w mieniącej się różnorodnością wyrazu, pstrokatej od znaczeń, ikachowskiej rzeczywistości nie uczestniczy całym sobą, zachowując dystans:

- Bo to jest intymny świat naczelnika.

- Co słyszę? Czyżby ten wasz Kichak...

- Ikach. To taki poręczny skrót, aczkolwiek słuszniej byłoby używać określenia Kichak - bo doprawdy to wszystko tutaj jest takie właśnie zakichane.

- W porządku. Czyżby zatem Ikach nie był rzeczywistością obiektywną, lecz wewnętrzną tylko, Gleby właśnie domeną?

- Tak. Lecz jest to domena uzewnętrzniająca się, jak również poszerzona o zamknięte murami przestrzenie. Jest to więc coś, co pozostaje jakby zamknięte w cielesnych Gleby powłokach. Gleba bowiem, można rzec, sam jest Ikachem. On go sobą tworzy i sobą też napełnia. Nie ma Ikachu bez Gleby. Nie ma Gleby bez Ikachu. Gleba to Ikach. Ikach to Gleba. A my jesteśmy organicznymi składnikami jego wszechstronnego wnętrza.

- Czyżby więc Ikach był mirażem lub omamem? Halucynacją? Czyżbyśmy ulegali złudzeniom czy przywidzeniom, patrząc na wnętrze tego gmachu, nieistniejące obiektywnie?

- No nie, tak jednak nie jest. Po prostu posłużyłem się poniekąd przenośnią. Gdyby Glebę było stać na uczynienie nas samodzielnymi jednostkami w tym zbiorczym organizmie, o ileż byłby ów organizm bogatszy; wzbogaciłby się naszą rozmaitością czy różnorodnością. Ale wówczas sam Gleba utraciłby moc wypełniania Ikachu sobą tylko; bez reszty samym sobą. Pomniejszyłby go nasz współrzędny udział w glebotwórczym procesie. Ograniczony by został jego wszechzasięg i byłby kimś ścieśnionym, zepchniętym do zakresu bycia jednym tylko spośród elementów tutejszej rzeczywistości. Stałaby się ona bowiem wieloraka, zamiast pozostawać monolityczną, jak tego chce szef w swych dążeniach.

- A co na to czynniki nadrzędne, oficjalne? Wszak on nie jest władcą świata.

- Będąc posłuszny owym czynnikom, nie potrzebowałby, lub raczej nie mógłby być naczelnikiem Ikachu właśnie. Wyznaczono by mu bowiem coś innego. Ale wówczas, tym samym, nie mógłby być twórcą systemu i wyznawcą swej natchnionej idei. On nie może zważać na miny oficjeli, bo nic ubocznego nie powinno go rozpraszać.

- Czyniąc starania o powierzenie mu tej placówki i o kosztowne inwestycje, musiał chyba jednak zważać na te miny, czyli opinie jakichś władz, prawda?

- Przed łożył odpowiednim czynnikom (w tutejszym języku: nadczuwalnictwu) podstępnie zapewne spreparowany, jak też odpowiednio i należycie umotywowany program, który z dziecinną ufnością przyjęto, po czym wydano zezwolenie i pieniążki.

- A on zawiódł, czy raczej zwiódł owo zaufanie, czyniąc z placówki swoje poletko? - Można to i tak sformułować. Ale od tej pory musi zręcznie omijać dyrektywy, czyli po tutejszemu dotchnienia. Wszak on nie ma innego sposobu, aby zrealizować swoje zamysły, które są jego racją bytu. Dla nich - jak mniema - się urodził. Wiesz? - Ikach mógłby być takim państwem w państwie, gdyby nie zasięg globalny w szalonym Gleby zamyśle i w naszym domyśle. Stwierdzam obiektywnie, że Ikach jest zjawiskiem odosobnionym, niepowtarzalnym i niepodrabialnym. Wszelkie prawa są zastrzeżone, a naśladownictwo pomysłu karalne jako grabież czy rabunek. Natomiast bezkrytyczne, powszechne wzorowanie się na wypracowanych tu formach bycia jest ze wszech miar pożądane. Być może zresztą, eksperyment naszego Józka pozostanie jedynie eksperymentem, mimo jego zakusów wszechupowszechniania.

- Jednakże w kontekście powszechności przypadek Gleby można chyba potraktować albo jako rodzaj przestrogi dla świata, albo jako źródło wszelakich nadziei?

- Przestrogi? Przed czym? Jeśli już, to przed uleganiem szaleństwu ogarniętych nim, samozwańczych proroków. A co do nadziei, to jakaż może wyniknąć z dążeń do zrównywania z ziemią? Ja to wszystko czasem, w przypływie dobrego humoru, traktuję jako zwariowany żart lub rodzaj niebezpiecznej zabawy, w której biorę udział jedynie dla kaprysu. Przecież tego, co tu jest, nie da się traktować poważnie. Ale nie zważaj na to, co mówię, bo zrobiony jestem ze sprzeczności.

- No właśnie, widzę to. Wierzgasz, bluzgasz, a jednak adorujesz.

- Tu nie da się inaczej. Mnie czasem nawet porywa mistycyzm Józka, bo on jest mistykiem mimo woli i mimo racjonalności poglądów, którą się chlubi. Z tym, że to on sam występuje jako absolut.

- W jego wyizolowanym, utopijnym mikroświatku? Bo zasięg globalny jest mrzonką podpowiedzianą przez totalistyczne skłonności. Ja bym ten system nazwał raczej globizmem...

- Totalność może być odmianą mistycyzmu. Te dwa sprzeczne z zasady pojęcia spotkać się mogą w sferze zupełności i wszechogarniania, wszakże pod warunkiem, że rządzić nimi będzie prawo miłości i wspólnoty duchowej. Wiesz? - nie mówiłem ci jeszcze, że on uważa się za nasz los. Zasadniczym punktem jego programu jest predestynacja. Gleba chce, żeby jego działanie zostało usankcjonowane charakterem jego powołania czy powinności, którą on nazywa Służbą Ziemi i traktuje jako rodzaj kapłaństwa. Ono zapewne nie jest bezpośrednim, końcowym wynikiem jego drogi życiowej, ale efektem przeobrażeń, którym w trakcie jej przebywania podlegał stan jego świadomości, jak też zespół pojęć.

- Ale czy ta jego karkołomna idea jest w ogóle do przyjęcia?

- Nie jest - ani dla nas czy przez nas, ani przez świat. Tylko że... Nic się nie bój, już ją szefuńcio umiał odpowiednio umaić, czyli należycie naświetlić i uargumentować, powołując się na dalekosiężną przyszłość (on tak mawia), na którą zbawienny wpływ wywrze jego rewelacyjny system i niezawodne metody.

- Mimo wszystko odniosłem wrażenie sztuczności. Te manekiny, atrapy...

Red. M.H mówi tak, lecz czuje, że to nie Instytut, ale miasto jest makietą pełną atrap i manekinów. Wdzięczny jest więc Adamowi, gdy ten stanowczo zaprzecza.

- Sztuczność jest funkcją sztuki. Przebywanie wśród atrap wzmaga wyrazistość nas jako nas; po prostu uwidacznia naszą autentyczność. To przez kontrast z nimi jesteśmy czy też zdajemy się być żywymi ludźmi, a nie zespołem manekinów.

- Mimo to, wszystko tutaj wydaje mi się obłędne czy obłąkane...

Także i tym razem red. M.H., choć doznał ulgi, mówi wbrew sobie, bo to właśnie wcale nie ikachowcy, lecz mieszkańcy miasta wydają mu się obłąkani, a każdy z przechodniów - to chodzący manekin. I znów Adam, niczym jasnowidz, spieszy mu z pomocą. Czyta myśli? Jeśli tak, to trzeba je szczelniej zamknąć... Redaktorem wstrząsa jakiś niesamowity dreszcz, ni to miły, ni przeraźliwy. Odczuwa jakieś mrowienie w całym ciele, a także poszum w uszach, poprzez który słowa Adama docierają do niego jakby z wielkiego oddalenia, niemalże z zaświatów...

- To świat oszalał, Mareczku. A system jest opracowany trzeźwo, mimo że jego treść może zadziwiać. Nie godzę się na nią, a jednak muszę jej ulegać. Nie mogę jej nie przyjąć, a jednak przyjąć też nie potrafię. Ale takim właśnie mam być: złożonym ze sprzeczności; to jest moje przeznaczenie. Twoje spojrzenie jest wciąż jeszcze spojrzeniem człowieka z zewnątrz, podczas gdy w tutejsze sprawy trzeba całym sobą wniknąć; trzeba pozwolić im się wciągnąć, a wtedy cię porwą. Wówczas spojrzysz wokół olśniony i spostrzeżesz, jak bardzo nasza rzeczywistość - acz wydzielona czy wyodrębniona ze świata, i jawiąca się w sposób szczególny - powtarza tę ogólną, odpowiadając jej jak echo.

- Ale przecież uniformizacja...

- Pomyśl: czy ona nie jest zabiegiem zrównywującym ludzki teren, by z niego wyrosnąć mogły i rozkwitnąć najwspanialsze indywidualności, tym okazalsze, im bardziej widoczne pośród, ale też i wobec ogólnego spłaszczenia? A z kolei - czy utrzymanie dyscypliny nie jest główną zasadą pomyślnego przebiegu procesu zrównywującego? Wszak owa dyscyplina też jest gwarancją zachowania ładu i należytego funkcjonowania naszego współbycia. Przyznaj, że powstawaniu unifikacji psychicznej i umysłowej sprzyja ujednolicenie nie tylko czynności, lecz też służących im rzeczy, a także ubioru, stosownego dla danej formacji ludzkiej.

- Ależ dokonanie takiego ujednolicenia jest gwałtem popełnionym na poczuciu wolności; w ogóle na ludziach: wszak każdy z nas jest zjawiskiem niepowtarzalnym.

- Zgoda. Ale Glebie chodzi o to, by rezygnacja z własnych poglądów - w sferze chociażby tylko upodobań - prowadziła do pożądanych, jego zdaniem, zmian mentalności. Służy temu ujednolicenie w zakresie doboru składników otaczającej nas rzeczywistości, stanowiąc równocześnie uzewnętrznienie duchowych przeobrażeń.

- Czy u was w Ikachu wprowadzono już w tym względzie rygory? Jakieś przepisy?

- Jeszcze nie, ale kto wie, co nas już wkrótce będzie obowiązywać? To, co się u nas robi, jest tylko logicznym wyciągnięciem wniosków; konsekwencją doprowadzoną do pozornego absurdu. Trzeba rzecz przejaskrawić, żeby uwidoczniła się jej istota. Zważ, kto cię w tej materii objaśnia. Mówię wbrew najgłębszym przeświadczeniom, ale umiem już zdobyć się na obiektywizm. Chyba nie da się mnie posądzić o uległość czy nijakość. Nie noszę też różowych okularów, więc nasłuchasz się spraw tak ciemnych, jakimi operuje tylko wiedza tajemna. Jeśli więc zechcesz przyjmować do wiadomości, a nie tylko słuchać...

- Umiem to, zapewniam cię. Zaciekawiasz mnie coraz bardziej.

- To słuchaj i oceniaj. Między nami tu w Ikachu dzieją się sprawy typowo ludzkie. Możesz uznać złe za dobre, dobre za złe, złe za złe, dobre za dobre - wybór masz nieograniczony. Ale tu dzieją się też sprawy chochole. On tańczy tak, jak mu zagramy.

- Jak to jest możliwe? Przecież on ma dyktatorskie zapędy.

- Tak, bez wątpienia, i dlatego tańczymy tak, jak on nam zagra. Niemniej zachodzi tu paradoks: szef również poddaje się naszemu graniu, a nie tylko na odwrót. Tak więc my tańczymy, ale i on tańczy. Zgadnij, kto tu jest więc chochołem? Nie zgadniesz, ale to proste: wszyscy jesteśmy chochołami. On chce nas widzieć takimi, jakimi chciałby nas widzieć. My chcemy być widziani takimi, jakimi chcielibyśmy być widziani. Pragniemy mieć go takim, jakim życzylibyśmy sobie go mieć, gdyby. On życzy sobie mieć nas takimi, jakimi chciałby nas mieć, gdyby. Zapamiętasz to?

- To przecież gra iluzji. Adam, czy ci jest niedobrze?

- Mnie ma być niedobrze, bo na to zostałem zaprogramowany. To jest - by tak rzec - taka gra rzeczywistości, jeśli wiesz, co mam na myśli.

- Nie, nie wiem. Rzeczywistości? Napisano w kronice, że Ikach nie jest zespołem głupców i cwaniaków. A ja widzę, że tu szaleńcy są w służbie szaleńca, ale i na odwrót. Nie zaprzeczysz, że Gleba otoczył się ludźmi odbiegającymi od normy psychicznej.

Mówi tak, choć to przecież ci inni, ci spoza Ikachu wydają mu się obłąkani, a nie ci tutaj. I znów Adam ratuje sytuację:

- Tak ci się tylko wydaje. Tym, co tu jest, można się upoić, a upoiwszy się, wielbić albo przeklinać. Co wolisz? Tobie to jeszcze jest obojętne, bo jedynie szaleńcy zdolni są porywać się na niemożliwość, lekceważąc normy. Do szaleńców więc należy rzeczywistość, jeśli wpierw nie spalą się w płomieniu roznieconym własnym zapałem.

- Faktycznie, coś tam poczułem upajającego...

- Kpisz, czy o drogę pytasz? To, co powiedziałem, było przenośnią.

- A jednak doprawdy coś tam poczułem. Co to było? Rozpylony narkotyk? Zmaterializowana bioenergia? Fluidy elektromagnetyczne?

- Mnie o to pytasz? To jest niewidzialna obecność Gleby. Ach prawda, ty jeszcze nie jesteś nasz. Trzeba w tutejszości wpierw pobyć, trochę w nią wniknąć, by móc ją docenić. Pokosztować, rozsmakować się...

- W zabijaniu indywidualności?

- Nie. W jej zdobywaniu. Już ci to próbowałem wyjaśnić. Słuchajże bardziej uważnie. Tu trwa nieustanna potyczka.

- Więc - walka. Słyszę, że zagrały we mnie surmy bojowe.

- Wpierw poznaj drogi, jakie nas wiodły. I ciebie powiodą, błędny rycerzu, jeśli nie zabłąkasz się na manowce. Dasz się porwać?

Red. M. Hałas milczy, ale czuje, że zanika mu rzeczywistość inna niż ta Instytutu. Dał się jej wciągnąć, a ta go wchłonęła i już się od niej nie uwolni, skoro nawet wyjście poza bramy Ikachu nie przyniosło mu poczucia wyzwolenia. Dzwoniący szum w głowie utwierdza go w przypuszczeniu, że wraz z ikachowskim powietrzem pobrał jakąś nieznaną substancję. Także ciała tamtejszych ludzi zdają się wydzielać coś w rodzaju bezbarwnego iskrzenia. Czym ich naładowano? Za długo też spoglądał w oczy Adama i innych, jarzące się przedziwnym, ekstatycznym czy elektrycznym blaskiem. Cóż dopiero będzie, gdy spojrzy w oczy samego naczelnika? Czyżby więc odruchy niechęci Adama, Ewy i pani Marii były czymś przewidzianym albo upozorowanym? Reakcją zaprogramowaną w nich jako ujście dla nadmiaru niepożądanych, ubocznych skutków działania fluidów? Narzędziem w walce z własną osobą? A co przewidziano dla niego, przybysza? Bo, jak się zdaje, już oto właśnie rozpoczęto sprawdzanie jego zdatności dla Ikachu.

Idą ulicami - lecz miasto i jego mieszkańcy coraz to bardziej wydają się redaktorowi zjawiskiem nierealnym, podobnym do dziwacznego snu. Stwierdza, że porządek rzeczy stanął na głowie - i natychmiast przeczy temu stwierdzeniu. Coraz to mocniej pragnie zostać poddanym ogniowej próbie. Kim jest sprawca? Jakaż to w nim tkwi siła, tak potężna, że aż wszechwładna? No proszę: on, umiejący zachować dystans reporter - ledwie tu wszedł, ledwie się z tutejszością zetknął, już nie jest sobą, już przestał należeć do siebie. On, który uważa się za człowieka trzeźwego, pragnie samozatraty, by stać się kimś nowym, w kim żyje już nie on sam, lecz Ikach. On, samodzielny, chce powierzyć się czy zostać powierzonym systemowi Józefa Gleby. On, indywidualista, dopuszcza, aby dokonał się w nim proces zaniku indywidualności. Albo więc wyjdzie stąd zwycięzcą samego siebie, albo zostanie na tarczy wyniesiony. To wydaje się być pewne. Chciałby resztkami ratowanej trzeźwości obronić się przed zatratą, lecz czuje już zaczątki wcielania się w tutejszość, którą uosabia naczelnik. Nie, to Gleba wszczepia się już w niego. A kimże wobec tego jest Adam, który głaszcze treść czy istotę Ikachu i jednocześnie w nią uderza? I który jego, szczwanego redaktora, przyciąga zarazem i odpycha? A przecież miał tu usłyszeć zwykłe dzieje zwykłych ludzi - jakie to śmieszne... Więc jeśli je usłyszy, to może właśnie po to, by zostać dopuszczonym do tajemnicy przeduchowienia? Przenikania zjawisk? Powstawania nowych, niebywałych jakości? Aż tyle? Mgliście rysuje mu się własne dzieło życia i jego sens. Czuje w uniesieniu, że zbliża się wielka chwila, dla której się tu pojawił, może nawet narodził? Wzbiera w nim zapał. Mówi jak we śnie pełnym barwnych, iskrzących miraży:

- Chcę zostać waszym adeptem.

Ale Adam żachnął się jak ktoś zazdrosny, kto wietrzy rywala.

- A niechże cię, coś ty... To znaczy: cieszę się bardzo.

Rozstają się, serdecznie ściskając sobie ręce i głęboko zaglądając w oczy. Adam wraca do Ikachu, natomiast red. M.H. najpierw wstępuje do knajpy, aby się posilić nieco spóźnionym obiadkiem, a następnie kieruje się w stronę dworca autobusowego, aby sprawdzić rozkład jazdy. Zamierza bowiem jak najszybciej wybrać się dokądś na wieś, by wyobrazić sobie strony rodzinne naczelnika, skoro ma przedstawić kolebkę jego słynnego już uśmiechu. O właśnie: uśmiech naczelnika Gleby. Wyborny tytuł dla któregoś z zamierzonych tekstów.

Idąc, głęboko wdycha miejskie powietrze i nieco trzeźwiej rozmyśla: Adam i Ewa to ludzie co się zowie żywi. Lecz przy tym - tak żywi, że aż nieprawdopodobni. Jakże oni przylegają do... gleborzeczywistości Ikachu (bo tak się chyba tam mówi). Czemu Gleba ich angażował? Nie urobi ich. Chyba że mają być wizytówką, której okazywanie ma zapobiec pomówieniom, że wszyscy tu są manekinami, a jednocześnie przeczyć domniemaniom, jakoby jego metoda dawała błędne, a nie właściwe rezultaty. Mają więc być przykładem ludzi, którzy dzięki tym... glebniczym zabiegom wznieśli się ponad przeciętność, zachowując lub raczej wykazując człowieczeństwo wysokie, wyniesione do rangi bycia kimś, kto wybija się ponad mierność, odbiegając od zrównywujących norm, i kto zdolny jest przekraczać samego siebie. Czy eksperyment się powiódł? Być może wyniknie to z przewidywanych przez red. M.H. rozmów, które wkrótce z nimi przeprowadzi.

Aktorskie uzdolnienia Ewy są okolicznością wyzwalającą w niej umiejętności przystosowawcze. Grając kogoś, pozornie zatraca osobową odrębność. Gorzej chyba rzecz się ma z Adamem. Tym cenniejszą stanowi on zdobycz? Diabli wiedzą. Może jego wierzganie jest upozorowane? Lub też przewidziane, a nawet zaplanowane? Tak czy inaczej - reflektuje się red. M.H. - trzeba zaufać doświadczeniu naczelnika oraz uznać jego domniemaną wiedzę tajemną, która stawia go - człowieka przecież! - ponad przeciętną ludzką miarę. Do czegoś on przecież zmierza. Zrozumiecie później...



Nazajutrz red. M. Hałas w pełnym rynsztunku, obciążony torbą, aparatem fotograficznym i magnetofonem, na pewien czas włącza się - z uczuciem niejasnej ulgi - w nurt zwyczajnego, a przecież jednak niezwykłego życia powszechnego we wszelkich jego przejawach. Odbywszy podróż pekaesem w tereny podgórskie, wysiadł w jakimś malowniczo wyglądającym miejscu i oto brnie wyboistą drogą - odgałęzieniem szosy, rozpytując napotykanych ludzi o dom Weroniki Glebowej. Nikt oczywiście nie wie, bo przecież taka tu nie mieszka. Pyta, by uzasadnić przed ludźmi swą przez wieś wędrówkę, jak też sprzęt reporterski oraz dociekliwe przyglądanie się okolicy. Wystarczy się przyjrzeć (do takiego to wniosku doszedł) miejscu jakiemukolwiek we wsi, jak również jakiemuś typowemu domowi czy zagrodzie, by móc w reportażu powoływać się na wylęgarnię pierwszych uśmiechów geniusza i idola mas. Bo to nie ulega wątpliwości, że takim właśnie trzeba będzie go przedstawić. A wieś wybrał na chybił trafił. Czyż wszystkie tutejsze nie są jednakie? I zawsze wśród wiejskich kobiet znajdzie się niejedna, która może się poszczycić niezwykłym synem To jest kwestią zresztą przypadku.

Po pierwszych chwilach pobytu tutaj, które były delektowaniem się urokiem i egzotyką miejsca oraz smakowaniem swojej dziennikarskiej pozycji względem tutejszej, prostej ludności - jął przechadzać się tu i ówdzie, robiąc liczne zdjęcia. I tak to znalazł wreszcie miejsce, które będzie można opisać. Przybliżył się ostrożnie, a potem podszedł do jakiegoś domu - patrząc, czy aby nie ma w pobliżu kogoś, kto by go niepotrzebnie zagadnął. Jakież to wszystko tutaj jest w sposób dziwny i niepojęty - wręcz podejrzanie prawdziwe... Red. M.H., mając w pamięci rzeczywistość Ikachu - przebiera nogami, badając grunt, obmacuje też płot: ano są, ani chybi są. Stwierdza to ze zdziwieniem dalekim od zadowolenia, gdyż wobec tej tu prawdziwości bledną ikachowskie realia - lecz musi przystać na oczywistość tutejszości. Czegóż się zresztą spodziewał? Że tu, na wsi, zastanie atrapy i manekiny? A ponadto - czy daleko stąd do glebizmu, czy też blisko już, blisko? Na razie wycofuje się na drogę, by się na kogoś z ludzi - a zwłaszcza mieszkańców tego domu - nie natknąć i by nie sprowokować pytań, na które trudno by mu było dać zrozumiałą odpowiedź...

Niestety, już go dostrzeżono. Jakaś kobiecina w chustce wychodzi przed drzwi, przyglądając mu się podejrzliwie. Co robić? Lecz naraz dostrzega stojący w podwórzu, elegancki samochód i doznaje olśnienia. Wyjaśnia, że jest z gazety i że zbiera wypowiedzi wiejskich matek, które mają synów na stanowiskach, i właśnie domyśla się, że... I tak dalej. Kobiecina zaprasza go do chaty, skąd po godzinie wychodzi z pełniutką kasetą, jak też nieco obznajomiony z wiejską gwarą. Zadowolony - wróci, skąd przybył, by przy swoim biurku dokończyć dzieła twórczej fantazji.

Uspokaja sumienie: spełnił po prostu reporterski obowiązek. Jeszcze raz stwierdził i po wielekroć się upewnił, że wieś jest wsią, a matka matką. Ugruntował się też w pewności, że o prawdziwym miejscu urodzenia Gleby pisać nie warto. Kto je zna? Jak je odnaleźć? A jednak, a jednak... Trzeba będzie, mimo wszystko - bo to zdaje się być nieuniknione - sporządzać banały i przedstawiać zwykłość, jakże nie pasującą do postaci naczelnika. No cóż, no cóż - grunt, że pojechał na wieś, był tam, zobaczył - to wszystko. A uzyskanego wywiadu na pewno nie zmarnuje, tak czy inaczej wykorzysta go w reportażu o Ikachu... Pytanie tylko, czy Gleba - jeśli go przeczyta - nie zakwestionuje jego autentyczności? Może nie znajdzie czasu na wgłębianie się w jego treść? Na wszelki wypadek trzeba będzie - by go uwierzytelnić - wyciągnąć trochę szczegółów od pani Marii, która podobno zna Józka od dzieciństwa. Zapewne też od Ewy, żywo interesującej się osobą naczelnika. Ach prawda, mógł od nich wziąć adres, że też o tym nie pomyślał. Ale kto wie, czy rozmowa z rzeczywistą matką Gleby nie okazałaby się trudna? Przecież nie wiadomo, co to za osoba. No nic. Pozostaje problem posługiwania się gwarą. Wprawdzie mówiła nią indagowana kobieta, ale trzeba będzie przecież opracować jej wypowiedź. Może wyjdzie mazurzenie zamiast góralszyzny? No to co? Któż mu to wytknie? Ludzie się chyba na tym nie znają...

W oczekiwaniu na porę odejścia autobusu, red. M.H. przysiadł na miedzy i pogrążył się w obmyślaniu coraz to nowych aspektów, które trzeba uwzględnić w rozpracowywaniu osoby naczelnika, tak by jego sylwetka została dobitnie wykreowana. Z rozmów, które przeprowadził w sposób nierutynowy, wybierze te partie, które dadzą się podporządkować myśli przewodniej. Będzie nią znaczenie naczelnikowskiego uśmiechu (poszerzone o aspekt synostwa) jako uzewnętrzniającej się przemiany stanów wewnętrznych, zachodzących wskutek zmian sytuacji. W przypadku Józefa Gleby zaszły one na tej to zasadzie, że człowiek znaczy poprzez rodzaj ustosunkowywania się do ludzi. A jest tego uśmiechu w rozmowach o naczelniku - jak też w referacie Adama - tak wiele, że sam się narzuca jako stały element czy wręcz rekwizyt oraz czynnik organizujący temat. Będzie rodzajem klamry. Chodzi wszak o prześledzenie rozwoju osobowości Józefa Gleby i uczynienie tego za pośrednictwem znamiennego jej przejawu, będącego zresztą może tylko czymś w rodzaju teatralnej maski, charakteryzującej jakąś postać. Tak czy inaczej, wystarczy więc wybrać zdarzenia i dostosować je do rodzaju uśmiechu, odpowiedniego dla danej fazy jego życia. Lub też do nich dostosować odpowiadający owej fazie, właściwy dla niej uśmiech. I niechże wejdzie w obieg pojęcie czy hasło, określone mianem uśmiechu naczelnika.

Kiedy wreszcie red. M.H. podnosi się z miedzy, ma już gotowy plan opracowywania materiału i nie przewiduje niespodzianek - nawet po najwnikliwszych rozmowach. Polega przecież na sile swej wyobraźni i na umiejętności wnioskowania - wszak zjawisko szefostwa bywa zwykle typowe. Potnie się później tekst na kawałki i dobierze do każdego z nich coś stosownego; coś odpowiedniego, wybranego spośród nagrań.

Z bocznej drogi wchodzi na szosę. Jest to ulica przelotowa wsi. Przystanek autobusowy jest tuż. Odjazd będzie za jakieś pół godziny. Przełazi więc przez zarosły zielskiem rów przydrożny i siada na suchej skarpie pod lipą. Rozkłada na kolanach pokaźny notes i wydziela w nim miejsca przeznaczone na wypełnienie ich planem przewidywanych rozmów. Patronują im napisy: Matka, Maria, Ewa, Adam. Fragmenty owych rozmów - czy też części serialu - przeplatane będą rozprawkami o uśmiechu. Strony przeznaczone dla naczelnika opatruje tytułem Szef i zamyka notes. Pozamiatane. Jeszcze tylko przyłapuje się na pewnym szczególe, który daje mu wiele do myślenia: oto przysposabiając notes, zaprowadził w nim drobiazgowo opracowany porządek, podobny w swej ścisłości do tego, jaki podpatrzył w Ikachu. Już więc w tym bodaj względzie poczuł się jego uczestnikiem.

Autobus powinien już nadjechać. Na przystanku zgromadziło się kilkoro ludzi, sami miejscowi. Ukradkiem spoglądają na obcego. Ulica - patrząc w obydwie strony - jest szarym pasmem asfaltu, obrzeżonym rzędem starych jaworów. Zabudowania z rzadka grupują się przy szosie; przeważnie rozrzucone są wśród pól. Mimo uprzedniego zauroczenia malowniczością okolicy, już teraz wydaje mu się ona niezbyt ciekawa. Ze względu wszakże na naczelnika, trzeba ją będzie chyba trochę umaić... W tejże chwili, szorując oponami po żwirze i popiskując hamulcami, zajeżdża autobus. Drzwi otwierają się z głośnym kichnięciem, tłum wchłania redaktora Hałasa.



Wieczorem w swoim pokoju, który zwykł nazywać gabinetem ze względu na ustawione w nim biurko (na poczesnym miejscu, na wprost drzwi, przy oknie), sadowi się wygodnie w fotelu. W kręgu światła biurowej lampy otwiera notes na stronie przewidzianej dla kolejnego odcinka traktatu o uśmiechu. Z powodu upału (okno zamknął, aby uniknąć najazdu ciem) jest w samych tylko slipkach i luźnej, przewiewnej koszulce. Wygodny, nie krepujący ubiór sprzyja swobodnemu przepływowi myśli, które wesprze - jak nakazuje tyleż potrzeba, co zwyczaj - mocną kawą, zagranicznymi papierosami i francuskim winem. Dla zaoszczędzenia sobie fatygi i celem uniknięcia zakłócających swobodę, zbędnych czynności, zamierza popijać je wprost z butelki. Maszyna z wkręconym, pustym jeszcze arkuszem papieru czeka w pogotowiu. Za chwilę jej stukot stworzy atmosferę radosnego podniecenia.

Zapala papierosa, pociąga łyk wina, potem kawy, i zastyga w spojrzeniu wycelowanym w początek stronicy. Przywołuje pamięcią słowa wiejskiej kobiety, z którą dziś rozmawiał, a która z wprawą ludowej bajarki odmalowała niegdysiejsze, dziecięce sposoby bycia jej syna. Porównywuje opisywane opisywane przez nią przejawy dziecięctwa z tymi, jakie zapewne wykazywał mały Józek Gleba, a o których tak często wspominali rozmówcy. Porównywuje też pokazany mu na zdjęciach uśmiech dorosłego już (i będącego na jakimś liczącym się stanowisku) syna tamtej kobiety - z wyrafinowanym uśmiechem naczelnika Gleby. W ten sposób uzyskuje uogólnienie. Nietrudno wyobrazić sobie z pewnością tenże sam dziecięcy uśmiech obydwóch malców, kierowany zarówno ku matce, jak i ku osobom obcym... Obcym? Należy uwzględnić pierwsze zetknięcia małego Józka z tymi, którzy obecnie stali mu się bliscy jako współpracownicy i podwładni. Pisze:


Z dziejów pewnego uśmiechu


Cieszę się, że cię widzę, a może raczej: Dobrze, że jesteś - obydwa te sformułowania jednakowo trafnie oddają stan rzeczy, który jest, jaki jest, niezależnie od pobudek wywołujących uśmiech. A te mogą być różnie tłumaczone, na przykład chęcią wykorzystania czyjejś obecności w celu uzyskania rozmaicie pojmowanej przysługi. Tak więc nawet ten rodzaj uśmiechu częściej niż przypuszczamy jest użytkowy. Dodam: bezwiednie użytkowy. Ta prawidłowość dotyczy również dzieciątka, jakim był - ależ tak - naczelnik Józef Gleba. Już zatem w kołysce przyzywanie matki płaczem i utrzymywanie jej przy sobie zniewalającym czy rozbrajającym uśmiechem, właściwe wszystkim maleństwom, w przypadku przyszłego szefa Ikachu zapowiadało przyszłą umiejętność postępowania z ludźmi.

Jak wynika z kroniki i relacji świadków (a także z mojej tam wizyty), naczelnik Gleba pochodzi z zapadłej wsi. Czytelnik może więc bez trudu wyobrazić sobie środowisko, w którym urodził się, wzrastał i wychowywał, nie znając innego - oczywiście do czasu; środowisko więc, które tworzyło pierwsze jego pojęcia o świecie. Łatwo też sobie wyobrazić jego matkę (którą zresztą później przedstawię) jako spracowaną kobietę, której pojawianie się przy niemowlęciu, potem przy raczkującym i stawiającym pierwsze kroki berbeciu było wynikiem nie tylko naturalnej potrzeby, ale i konieczności. Dla niego zaś - niewysychającym źródłem radosnej ulgi. Może już wtedy zawiązywało się w nim nasionko, które później wykiełkowało w zaradność z musu - tę umiejętność, której uczyły go warunki i okoliczności. Może także to wtedy właśnie powstała w nim instynktowna potrzeba szukania wokół siebie ludzi podatnych na zjednywujące wpływy? Ludzi zatem, w których, jeśli ich pozyska, znajdzie nie tylko oparcie, ale stworzy sobie wszelkie warunki umożliwiające realizację wysokich celów.


Taaak - ziewa red. M. Hałas. W tej formie tekst może iść do druku. W ostatecznej jednak redakcji takie słowa, jak wykorzystywanie, użytkowność, zjednywanie czy osobiste cele - powinny zniknąć. Psują bowiem obraz człowieka mocnego, zaangażowanego w twórczą działalność - bo tylko taki należy przedstawić czytelnikom. Trzeba się też pilnować, aby podczas pisania nie wymknęło się coś niestosownego, co mogłoby urazić Glebę. Ale staranną korektę zrobi się już później, a najlepiej jutro rano, licząc na jasność i trzeźwość umysłu. Dziś już nie. Na razie dość.

Wstaje, włącza magnetofon, upija łyk wina, z papierosem w ręce kładzie się na dywanie, zakłada nogę na zgięte kolano i fikając nią, przedstawia sobie wędrówkę po rodzinnych stronach naczelnika Gleby. Słyszy głos tamtej babiny i w kręgu światła na suficie jawi mu się oglądany dziś krajobraz, teraz przyćmiony dymem z papierosa. Owa dymna zasłona niby to go zasnuwa, jednakże nie odrealnia, a wręcz przeciwnie - przybliża, przedziwnie pośrednicząc między nim a treścią opowieści. Chwila za chwilą, wyraziście ją sobie przedstawia, jednocześnie układając w myśli ewentualny tekst reportażu.

A tymczasem kobiecina z taśmy wciąż coś mówi i mówi, czego red. M.H. już nie słyszy. Zasnął bowiem na dywanie jak słuchające bajki dziecię. Lecz nawet we śnie trwa w nim stukotliwy szelest. Brzmienie wywiadowczej rozmowy nakłada się na spodziewaną pracę maszyny rotacyjnej, składającej - łapczywie później z pewnością rozchwytywany - numer magazynu z jego rewelacyjnym artykułem. Słyszy szelest gorączkowo przewracanych stron w niecierpliwym poszukiwaniu tegoż artykułu, opatrzonego jego głośnym już nazwiskiem - a następnie szum w środowisku, jaki powstał wokół przynoszącego mu sławę reportażu...


Nazajutrz wszakże, idąc do Ikachu, zastanawia się, po jaką cholerę zadaje sobie tak wiele trudu i fatygi. Kiedy rano obudził się na dywanie, czując się nieco połamany, cofnął taśmę i goląc się, jeszcze raz wysłuchał, i to z pewnym niesmakiem, gadaniny zakochanej w swoim synu kobiety. I dopiero po śniadaniu zmobilizował się, aby przepisać z nagrania wygładzony już fragment, zaznaczając odpowiednie dla niego miejsce w schemacie, starannie ułożonym w notatniku. Czasu mu nie żal: ten poświęcony Ikachowi stanowi rodzaj trochę naciąganego urlopu. Ale - aż tyle bazgraniny jedynie po to, żeby znaleźć uzasadnienie i podbudowę kilku zdań na temat uśmiechu nadętego bufona i bęcwała zwanego naczelnikiem Józefem Glebą? Mąż stanu, psiakrew. Opatrznościowy mąż, który jako niegdysiejsze dziecię wyciąga rączyny do matusi... Nie, tak nie można. Red. M. Hałas przywołuje siebie do porządku - przyłapał się bowiem na próbie wyłamania się spod uroku naczelnika. Co prawda, skrajność doznań sprzecznych - od uniesień do zwątpień i od uwielbienia po prawie nienawiść - są przejawami wielkiej miłości. Ale chodzi przecież o trzeźwe uogólnienie zjawiska, które polega na przeobrażeniu osobowości kogoś, kto z radosnego dziecięcia bynajmniej nie wyrósł na poczciwie uśmiechniętego wujaszka...

Tak czy inaczej - zawracanie głowy. Chyba żeby znaleźć sposób, by w pełni wykorzystać zbierany materiał, bo szkoda byłoby marnować obfitości uzyskanego dobra. Ponadto wciągnął go już temat, a jeszcze bardziej - opowiadane mu historie. Nie zdarza się, aby cudze życie nie ciekawiło kogoś nawet wówczas, jeśli nie jest zawodowym wysłuchiwaczem. A zaciekawia ono właśnie dlatego, ponieważ jest cudze. Trzeba więc nadal zbierać wypowiedzi, bo nigdy nie wiadomo, na co mogą się przydać. Na coś na pewno. Ale na razie szkoda czasu i fatygi na głaskanie tekstu, skoro mimo wszystko nie jest pewne, czy się go uda wykorzystać. Poza tym, nikt pięknego stylu nie doceni, a portfel chudy, oj chudy.

Co pomyślawszy, przystaje na chodniku naprzeciw Ikachu, skąd w smudze słońca i w pełni okazałości widać wejście do budynku. Celuje w nie obiektywem - i naraz wydaje mu się, że mierzy we własne serce. Dość w nim jest miejsca, by pomieściło jako jedyną godną przyjęcia rzeczywistość ów obiekt, który - widziany przez obiektyw - zdaje się być maleńki, choć przecież wiadomo, że zdolny jest objąć i zagarnąć świat, a także jego, redaktora Hałasa, wraz z nim. Co on tu robi pośród nierzeczywistości miasta? Wszak znów, od nowa jest pewien, że nie istnieje nic od Ikachu ważniejszego. Więc tam, tylko tam podążać czym prędzej... Popycha ciężką, dębową bramę i z ulgą wnika w upragnione wnętrze.

W sekretariacie są wszyscy troje: pani Maria, Ewa, Adam. Widok ich jakby rodzinnie zgrupowanych - rozczula. Wręcz napraszają się, aby ich przygarnąć do serca, po czym - powkładać do notatnika i przycisnąć czymś ciężkim, celem uzyskania odpowiednika zasuszonych kwiatków. Pani Maria Niekonieczna rozkwita, uśmiechając się zachęcająco, Ewa Rajska promiennie - i tylko Adam Glebiarczyk czy Glebiarz ma minę arcyponurą. Co jest?

- A, witam pana redaktora - pani Maria siedzi wprawdzie sztywno, lecz wielce serdecznie wyciąga rękę do pocałowania, którą red. M. Hałas pociera nosem, całując własny kciuk. - Mam dla pana radosną nowinę. Otóż pan naczelnik nie tylko że zezwolił na przeprowadzenie z nami takiej ilości rozmów, jaka panu redaktorowi odpowiada, ale życzy też sobie, by rozmowy te były szczere i wyczerpujące. A ponadto, by obejmowały możliwie szeroki zakres czasu. Wskazane byłoby sięgnąć w nich po najwcześniejsze chwile naszych z nim zetknięć, zwłaszcza tych o znaczeniu zapoczątkowywującym przystąpienie do Ikachu. Przypuszcza, że w takich to rozmowach znajdzie pan redaktor sporo światła rzutującego na jego osobę i wyjaśniającego fenomen jego niezwykłości. Pan naczelnik żywi nadzieję, że z wywiadów wyniknie obopólna korzyść, a praca okaże się pod każdym względem owocna...

- I że wystawisz mu pomnik - stwierdza Adam z ponurą radością.

- Nie cieszy się pan? - pyta pani Maria, stropiona milczeniem.

- Co, cieszysz się? - nieco kpiarskim tonem upewnia się Adam.

- Cieszy się pan, prawda? - jaśnieje Ewa.

Red. M. Hałas mówi melancholijnie, że cieszy się szalenie. Już wie, że będzie musiał pisać pod dyktando. Postanawia więc bronić swych swobód, jak tylko będzie to możliwe.

- Grunt to Gleba. On jest tu wszystkim. Cóż my bez niego? My bez niego nic - z drętwym patosem mówią wszyscy równocześnie, zgodnym chórem, na komendę nie wiadomo przez kogo wydaną. Jednakże red. M.H. nie jest pewien, czy usłyszane słowa wypowiedziane zostały rzeczywiście, czy też są projekcją jego rozhuśtanej wyobraźni. Albo może zostały nadane skądś, na przykład z taśmy ukrytego magnetofonu. Ogarnięty niepewnością i chcąc ją przemóc, dopytuje się, co znaczą tajemnicze napisy na półpiętrze? Na przykład takie, jak: Od Glebiaństwa do Ziemiaństwa, Ziemia dla każdego, Wszyscy w nieustannej posłudze Ziemi...

Ewa uśmiecha się tajemniczo i wieloznacznie. Pani Maria wzrusza ramionami. Adam pogardliwie macha ręką. Mówią razem i na przemian:

- Nie wiemy. To są jakieś nowości programowe, jeszcze nam nieznane. Mamy je zrozumieć później, zaś Adaś wykonał te napisy po prostu na zlecenie pana naczelnika.

W ten sposób sprowokowany, Adam wreszcie poczuwa się, by wyjaśnić:

- Ziemiaństwo podobno będzie jakąś wyższą formą istnienia. Jaką? Czort wie. Chciałem powiedzieć: Gleba wie. A ty podstaw sobie pod to, co ci się podoba.

Lecz redaktorowi wciąż jest za mało takich to wyjaśnień. Pyta więc, czy określenie Ziemiaństwo ma być nawiązaniem do karmazynowej tradycji? Bo chyba nie do siermiężnej?

Obecni spoglądają na siebie z wahaniem, by wyjaśnić niepewnie:

- O nie, to jest przebłysk twórczej myśli pana naczelnika.

- To jest nowe spojrzenie na nasz ziemski rodowód.

- To może być również przeciwstawieniem się Kosmosowi.

- W ten sposób zresztą może reagować tylko człowiek, który wyrósł z ziemi.

- Wszyscy z niej wyrośliśmy, lecz mimo to, by w pełni zasłużyć sobie na miano ziemskiego synostwa, w ogóle dziecięctwa, wpierw musimy zostać z ziemią zrównani.

- To jest chyba właśnie istotą naszego obecnego systemu.

Red. M.H. zna już tę zasadę, mimo to nadal nie jest pewien, czy to oni mówią, czy też słyszy włączony potajemnie głośnik. Ich głosy brzmią bowiem wciąż jakoś drętwo. A ponadto treść tego, o czym mówią, zdaje się zawierać zarówno obietnicę, jak i pogróżkę. W każdym razie jakiś rodzaj przesądzenia czy nieodzowności. Redaktor znów doznaje uczucia oszołomienia. Lecz zaraz potem, gdy milkną, nastaje chłód i otrzeźwienie.

- Aha, panie redaktorze, naczelnik zostawił dla pana przesłanie - pani Maria sięga do szuflady i podaje mu zapieczętowaną, pękatą, firmową kopertę, Czyni to w sposób, który zmusza go, by z wyraźnymi oznakami szacunku schować ową kopertę do wewnętrznej kieszeni, tej po serdecznej stronie. Adam uśmiecha się zagadkowo, po czym odwraca się na pięcie i chce wyjść. Red. M.H. czyni tygrysi skok i łapie go za połę bluzy.

- No, ty, nie uciekaj. Nie puszczę cię, póki nie obiecasz, że ze mną jeszcze pogadasz.

- Widzę, że nie ma na ciebie rady. To gdzie i kiedy?

- W knajpie najlepiej się gada. Może w Epokowej, dobra? Tan jest spokojnie, choć nieco smrodliwie. Siądziemy sobie na uboczu, zjemy coś smacznego. Powiedzmy, pojutrze, tak około piętnastej. Przyjdę wcześniej, żeby zająć stolik. A panie?

- Ja mogę zaraz, zostałam bowiem nastawiona na natychmiastowość. Ewunia mnie tu zastąpi, a my przejdziemy do Glebowni Specjalnej, bo pan naczelnik oddalił się na odsiadówkę. Pan redaktor pozwoli, że dopełnię zaparzenia kawy.

Znika za parkanem, a Ewa siada za biurkiem, podpiera się łokciami o blat i unosi ku gościowi rozsłonecznioną twarz. Red. M. Hałas sądzi, że jest to rodzaj zachęty.

- A z panią, pani Ewo, kiedy można się spotkać? Jutro?

- Można jutro, czemu nie? Jeśli pan redaktor ma takie życzenie...

- To może u mnie? Mam przytulne mieszkanko, stworzymy nastrój.

- No owszem. Jeśli pan redaktor będzie grzeczny...

- Będę, pani Ewuniu, będę grzeczny jak aniołek.

- Skrzydełek nie widzę, ale może do jutra wyrosną?

- Na pewno. Będę je specjalnie pielęgnował. Liczę na panią.

Ewa mruży oczy na znak zgody, bo zza parkanu wynurza się pani Maria z tacą, na której niesie dwie filiżanki kawy, cukierniczkę i suche ciasteczka na talerzyku. Red M. Hałas podejrzliwie przygląda się poczęstunkowi, gdyż przypomina sobie szklanki w którejś z sal, pomalowane na brązowo. Ale nie, jednak jest to rzeczywista kawa, świadczy o niej zapach, zresztą wewnątrz faktycznie chybocze jakiś płyn. Pani Maria ruchem zgrabnym, choć nie licującym z jej wiekiem i stanowiskiem, odpycha i domyka furtkę nogą. Z powodu wysokiego obcasu nieco się chwieje, lecz zachowuje równowagę. Red. M. Hałas pospiesznie odmyka przed nią drzwi, a gdy go wyminęła, robi oko do Ewy. Ta odpowiada mu radosnym wyszczerzeniem zębów, a ma ich dużo i są piękne. Pani Maria, balansując tacą, idzie przed nim, on korzystając z tego śle Ewie całusa i w tej samej chwili chwyta w jednym spośród licznych luster filuterne spojrzenie pani Marii. Ta gasi czym prędzej wesołość i kieruje wzrok przed siebie: dobre maniery zabraniają jej dostrzec to, czego widzieć nie powinna. Red. M.H. równa więc krok z jej wytwornymi stąpnięciami i ramię w ramię idą schodami, później korytarzem, wśród przekazujących im sobie luster. W powstałym w ten sposób orszaku dam i kawalerów dochodzą do Glebowni Specjalnej. On znów otwiera przed nią drzwi, ona dziękuje mu ruchem brwi, po czym ustawia na stoliku poczęstunek. Siadają otoczeni tłumem identycznych postaci i skromne przyjęcie, towarzyszące rozmowie, przemienia się w bankiet.

- Cukru łyżeczkę czy dwie?

- Dziękuję, piję gorzką.

- To może ciasteczko?

- Dziękuję, nie używam. Wolałbym zapalić. Można?

- Nno, nie wiem. Najmocniej pana przepraszam, ale nie jestem pewna, czy jest w tym względzie odpowiednia instrukcja.

- Nie chciałbym narażać pani na przykrość, ale skoro ten gabinet pomyślany jest jako miejsce, w którym między innymi ćwiczy się dobre maniery, więc i gościnność, to...

- Tak, ma pan rację. W złym tonie byłoby dawać gościowi do zrozumienia, że powinien zrezygnować z przyzwyczajeń. Proszę sobie zapalić.

Z ulgą zapala papierosa, ustawiając jednocześnie magnetofon i czyniąc starania, by rozmowa przebiegała bez zakłóceń. Pani Maria pije drobnymi łykami kawę, chrupie ciasteczko i spogląda na niego wyczekująco.

- Jestem gotowa. Proszę zadawać pytania.

- Niech pani mówi, co chce. Wybiorę potem, co trzeba.

- Czy powinnam zacząć od najwcześniejszych zetknięć z szefem?

- Skoro sobie tego życzył... Znała go pani, zdaje się, już jako dziecko?

- O, tak. Mieszkałam przez jakiś czas w jego rodzinnej wsi...

Tu pani Maria opisuje miejsca, które on już - kierując się intuicją - opisał. Opowiada mu też o swoich zwyczajach i trybie życia, o nurtujących ją w owym okresie problemach oraz o codziennych spacerach, odbywanych jako rytuał - co niewątpliwie stanowiło wyborne przygotowanie do życia w Ikachu. Red. M.H. przymyka oczy, aby skuteczniej widzieć słyszane, to znów - by nie zasnąć - wpatruje się w niebo za oknem, zasnute dymem papierosa... W jakiejś chwili przestał jednak słuchać. Zdał się na magnetofon i pilnuje tylko zmieniania kaset. Niech leci nudna gadanina, której za cholerę nie da się nazwać wywiadem.

Posiedzenie przedłuża się niepomiernie. Rad by już zakończyć, lecz nie śmie; to przecież nie wypada, skoro sam o nie prosił. Dyskretnie tłumi więc ziewanie, burczenie zaś w brzuchu wskazuje, że dawno minęła pora obiadu. Ukradkiem sprawdza zegarek - no tak, dochodzi czwarta. Lecz jak tu przerwać potok wymowy szacownej damie? Stać go na bohaterstwo. Zresztą nie wiadomo, skoro nie słuchał uważnie, czy zostało już powiedziane to, co okazać się może najważniejsze. Od czasu więc do czasu, dla przyzwoitości, podtrzymuje rozmowę jakimś na ślepo rzuconym pytaniem. To prawda, przygotował je z grubsza, licząc na to, że szczegółowe dane powinny wyniknąć z rozmowy, w jej trakcie. Teraz jednak w niepojęty sposób inicjatywa wymknęła mu się z rąk. To nie on kieruje przebiegiem spotkania: dał sobą pokierować. Jeszcze nie ogarnia sytuacji, a jednak wyczuwa, że stracił panowanie nad sensem swego tu przybycia. Stał się narzędziem cudzych zamiarów. Ale i ona chyba też...

Żeby to chociaż wiedzieć, o co temu facetowi chodzi? Myśli o kopercie dziś otrzymanej. Może wewnątrz niej znajdzie się wyjaśnienie? Zresztą - nie da się nie myśleć o czymś, co przypomina o sobie przyjemnym, obiecującym szelestem, niemal szeptem wyjawiającym jakieś tajemne sprawy, przenikające w głąb jego duszy czy mózgu. Nosi ją przecież - tę kopertę, ten skarb - na sercu... Inspiruje go ona do próbnego układania artykułu, którego zdania tak głośno i intensywnie układają mu się w myśli, że do reszty zagłuszyły płynną wymowę pani Marii. I dopiero z wyrazu jej twarzy spostrzegł, że skończyła. Przytomnie wyłącza magnetofon, przybiera uprzejmy i dziękczynny wyraz twarzy.

- Taaak... To doprawdy niezwykle ciekawe. Dziękuję pani za obszerną wypowiedź, która rzuci snop światła na istotę problemu.

Pani Maria rozgrzana, ba, rozpalona własną wymową, uśmiecha się wdzięcznie: zapewne widzi już rzesze czytelników, łapczywie chłonących koleje jej życia. Czuje się gwiazdą! A jednak zdaje się być trochę roztrzęsiona. Kolana jej z lekka dygoczą, chwieją się wysokie obcasiki i podzwaniają puste szklanki, gdy zbiera na tacę resztki poczęstunku. Naraz ogarnia ją dziwny, jakby nieuzasadniony popłoch. O czymś sobie przypomniała? Może o zaniedbanych z powodu wywiadu obowiązkach? Lub też zapomniała o upływie czasu, którego wyznaczoną na rozmowę porcję znacznie przekroczyła? Nie zważając więc na tacę, której grozi upuszczenie, niemal podbiega ku drzwiom, podczas gdy on spogląda w okno. Słońca już nie widać, schowało się za dachy, skąd rozlewa się bladą poświatą. Redaktor waha się, czy panią Marię odprowadzić. Na wszelki wypadek zrównywuje krok z jej niepewnymi stąpnięciami, chce też jej pomóc. Ona dziękuje za tę gotowość, lecz nie może skorzystać z pomocy, gdyż pora już się pożegnać. Wobec tego on też raz jeszcze dziękuje za poświęcony mu czas i z ulgą wypowiada słowa pożegnania.

Stukot jej obcasików, zwielokrotniony echem, wypełnia opustoszałe wnętrze, wskutek czego powstaje wrażenie, że również pani Maria napełnia je sobą. Wkrótce rozproszony pogłos jej stąpnięć cichnie, wchłonął je puszysty chodnik. Red. M. Hałas, osłabiony z głodu i wysiłku pozorowanego słuchania, z trudem odciąga ciężką, dębową bramę, lecz jakoś nie cieszy go jej wyminięcie. Natychmiast ogarnia go gęste, miejskie popołudnie, lecz zamiast poczucia wytchnienia po zakończeniu żmudnej pracy - doznaje niezrozumiałej przykrości. Idąc ludnym trotuarem, znów ze zdumieniem zadaje sobie pytanie, czemu wydaje mu się, że znalazł się tu, wśród miasta, niczym w pełnym majaków śnie? Co on tu robi wśród tłumów zapełniających ulice, mieszkania, sklepy, restauracje? Czy tu jest jego właściwe miejsce, skoro znalazł inne? Wszak tylko wnętrze oraz treść Ikachu stały się dlań zrozumiałe i jedynie dla owej treści pragnie żyć.



A jednak zwabiły go smakowite zapachy, dolatujące z uchylonych drzwi mijanej knajpy. Wdychając je, zdecydowanie wchodzi do wnętrza i zajmuje stolik pod oknem, co nie jest trudnym przedsięwzięciem: pora obiadu dawno minęła. Zamawia zupę cebulową, eskalopki i setuchnę dżinu. Czeka, ziewając ukradkiem, i z nawyku rozgląda się po sali, z zawodowym znudzeniem starego wyjadacza. Lecz oto naraz z radosnym zdumieniem przypomina sobie wnętrze, które niedawno opuścił: jakie to wspaniałe, że istnieje rzeczywistość zwana Ikachem! Z jeszcze większym zdziwieniem spostrzega, że nawet zajadając smakowity obiad (co powinno go pochłaniać) i nawet zaglądając w ulicę przez trochę mętne szyby (co zawsze sprawiało mu zadowolenie, gdyż w codzienności miasta umiał dotąd odkrywać niezwykłość) - ani na chwilę nie może zapomnieć o Ikachu. Raz po raz przypomina mu się on jako coś w miły sposób nieuniknionego. Z coraz też rosnącą radością stwierdza, że jawi mu się on jako wciąż na nowo odkrywana, droga sercu konieczność, równa przeznaczeniu. Czy to prawda, czy to możliwe, że mogło mu się przydarzyć takie szczęście? Bo jest nim niewątpliwie zetknięcie z dziwną, wręcz czarodziejską rzeczywistością Instytutu.

Dyskretnie wsuwa rękę do wewnętrznej kieszeni i opuszkami palców muska krawędź koperty. Oddycha z ulgą: to talizman; widomy i namacalny znak Wielkiej Obecności. Głaszcze pierś tam, gdzie przez materię bluzy wyczuwa lubą zgrubiałość wewnętrznej kieszeni. Postanawia, że odtąd już na stałe przestanie się wadzić - oczywiście tylko w myślach - ze swym świeżo wybranym i uznanym mocodawcą, jakim bez wątpienia jest naczelnik Józef Gleba. Da się zagarnąć i wchłonąć coraz to bardziej pasjonującej treści Ikachu i dobrotliwie zachłannemu istnieniu jego szefa. I będzie to dobrowolnym oddaniem się w słodką niewolę.

Już nie należy do siebie, gdyż stał się częścią składową tamtego wnętrza, którego zagadkowa pustka jest równocześnie pełnią, gdy tworzy ją wszechobecna osoba Józefa Gleby. I już się jemu ani Ikachowi nie wymknie, nie uwolni się od nich; zresztą wcale tego nie pragnie - wręcz przeciwnie... Ponadto uwolnić się nie mógłby inaczej, niż chyba tylko przez zatratę samego siebie. Otrzymał tak wiele, że pozbawienie się tych bezcennych wartości stałoby się rozpaczliwym, niewybaczalnym przestępstwem, jak też niepowetowaną stratą, wręcz zgubą. W zamian za wierność oczekuje nie obiecywanej mu wprawdzie, lecz na pewno sowitej nagrody, równej pod względem wartości złożonemu z siebie okupowi. Bo bez wątpienia złoży siebie w ofierze, choć przecież przybył tu jako ktoś, kto ma zebrać daninę należną sprawie, której dotąd służył i sobą przedstawiał - on, przedstawiciel prasy, pośrednik i urabiacz przekonań. Lecz teraz role odwróciły się, a sprawa fiknęła kozła.



Spocony od obfitego posiłku i zaduchu knajpy, wychodzi na ulicę, wciąż jeszcze rozgrzaną upalnym dniem. W porównaniu jednak z duchotą wnętrza wydaje mu się tu chłodno i rześko. Mija skrzyżowanie, szuka ustronnego zakątka i znajduje go w pobliskim parku. Siada na ławce w cieniu starych drzew, zapala papierosa, wyciąga list, rozrywa kopertę. To nie list, to epistoła. W pliku starannie złożonych arkuszy znajdzie zapewne wyczerpujące informacje, może i przesłanie... Znajduje - kilka wysokiej wartości banknotów. A więc nie zawiodły go skryte przeczucia i wstydliwe nadzieje... Zrozumiał też zagadkowy uśmieszek Adama w chwili wręczania przez panią Marię koperty. Lecz nie ma się czego wstydzić, gdyż przecież on, oddany sprawie Ikachu redaktor, zasłużył sobie na dodatkową nagrodę. Nie pomylił się też w ocenie naczelnika Gleby - człowieka przekraczającego zwykłą ludzką miarę. Red. M.H. rozgląda się ukradkiem: jest sam. Chowa do portfela banknoty, po czym czule ogarnia spojrzeniem list. Naraz spostrzega uderzające podobieństwo charakteru pisma, obficie zapełniającego trzymane przezeń pieczołowicie kartki - i stronice kroniki. Ale red. M. Hałas od dawna przestał się czemukolwiek dziwić.

Zagłębia się w treść pisma i w miarę czytania ogarnia go - mimo wszystko - coraz większy niepokój. Bo doprawdy zdumiewające są prośby, propozycje czy wymagania, jakie stawia mu naczelnik. Powstające czy wyłaniające się w miarę lektury okoliczności gruntownie zmieniają charakter uczciwej, dziennikarskiej pracy. Pojawił się tu bowiem jako reporter o obiektywnym nastawieniu do zastanej rzeczywistości, która szczęśliwie i nieoczekiwanie okazała się porywająca - aż tu naraz przydzielono mu rolę, jakiej się zgoła nie spodziewał. Fanaberie... A kimże to on jest, kim ma się stać, jeśli spełni przedziwne, naczelnikowskie oczekiwania? Wie już jednak, że się od nich nie wymiga, i zresztą wcale tego nie pragnie: czuje, że jego oddanie jest całkowite i bezgraniczne. Cóż za magiczny wpływ wywiera ten człowiek, depczący normy człowieczeństwa; ktoś, kto samym sobą wypełnia niesamowite wnętrze Ikachu; ktoś, kto stanowi jego niezwykłą treść, stając się jakby geniuszem miejsca.

Wbrew wszakże takiemu to zadziwieniu, red. M. Hałas postanawia poddać siebie ostrożnej próbie zachowania i utrzymania lojalności, i perswaduje sobie, że jest przecież niezależny i wolno mu przedstawiać rzeczywistość Ikachu tak, jak zechce ją ocenić. Ale nic z tego: pokornieje natychmiast. Jego wola została podporządkowana możniejszej. Lecz mimo to błogie jest uczucie pewności, że roztoczono nad nim pieczę, a on powierzył się z ufnością. Odtąd czuje się bezpieczny.

Stwierdziwszy to z ulgą, czyni samooceniające spostrzeżenia. Oto dopełniając aktu pokory, tym samym otrzymał pierwszą sposobność rezygnacji z samodzielności w ocenie i ustosunkowaniu się do rzeczywistości Ikachu. Sposobność ta nadarzyła się prawie natychmiast po akcie oddania, stanowiąc zarazem pierwszy krok, uczyniony ku całopalnej, złożonej z siebie ofierze, a podpowiedziany mu przez niezrównanego łowcę dusz czy serc. Dana mu w ten sposób została pierwsza lekcja posłuszeństwa; pierwsze pouczenie o podporządkowaniu się, które red. M. Hałas gotów jest przyjąć - no, może nie na klęczkach, ale na pewno z głębokim ukłonem.

Ćwierkają wróble, szeleszczą liście w leciuchnym wieczornym powiewie, ludzie idą dokądś lub bez celu, ustawicznie przechodzą, coś tam się wśród nich dzieje, coś wypowiadają poprzez słowa, gesty, uśmiechy i grymasy, po wyzłoconym niebie przeciągają stara kawek - lecz red. M. Hałas niczego już nie dostrzega, pogrążony w coraz to większej zadumie. Rozważa treść listu, przymierza się do propozycji, bada, czy jest jej godny. Wszak otwierają się przed nim zgoła nowe perspektywy czegoś, co można nazwać akcją wywiadowczą. Próbuje też ocenić wszelakie korzyści, które faktycznie powinny być obopólne i obustronne. Należałoby wyciągnąć ich jak najwięcej, zwłaszcza że Gleba poniekąd się odsłonił, ukazując swoje słabe strony, które - jak się okazuje - istnieją nawet u ludzi jego pokroju.

Otóż ni mniej, ni więcej, tylko naczelnik - ależ tak, sam naczelnik oczekuje od red. M. Hałasa rady i pomocy, ponieważ jest zakłopotany, co ma począć z kilkorgiem ludzi (wiadomo, o kogo chodzi), których musi wezwać w najbliższym czasie, aby z nimi przeprowadzić zasadniczą rozmowę, a następnie oznajmić im decyzję. Trzeba, aby była słuszna, a przy tym sprawiedliwa. W tym celu winien wyrobić sobie wnikliwy sąd o nich. Wnioski bowiem muszą być przemyślane, tak aby ich wyciągnięciem nikogo nie skrzywdzić (a zwłaszcza samego siebie - rechocze dobrodusznie red. M.H.). Zwierza się, że reorganizacja Instytutu wymaga między innymi także i gruntownych zmian personalnych. Mają one polegać nie tyle na odmłodzeniu kadry, ile na stwierdzeniu stopnia jej dotychczasowego, wewnętrznego przeobrażenia. Celem jest ustalenie przydatności ikachowskiej, a także stosunku do swych zajęć. Jak wyjaśnia Gleba, jest to określenie raczej umowne, gdyż chodzi o pełne uczestnictwo, uwarunkowane powołaniem oraz pełnym przejęciem się rozległymi widzeniami (widokami?) i dalekosiężnym celem dawczobiorczości (działalności?) Instytutu. Lecz o niej, jak też o istocie przemian obiecuje opowiedzieć nieco szerzej przy innej okazji. Na razie trzeba (i o to właśnie usilnie prosi) starannie przyjrzeć się ludziom najbardziej zależnym od niego i - jak sobie pochlebia - ufającym mu. Uważa więc za niezbędne odtworzyć ich przeszłość, oczywiście w dostępnym zakresie, z uwzględnieniem zwłaszcza punktów stycznych z opatrznościową wyrocznią, za jaką się uważa. A któż to może uczynić lepiej i skuteczniej, niż przeprowadzający wywiady reporter? Wyświadczy tym jemu, naczelnikowi, niemałą przysługę, a i sobie przysporzy zasług, które zasłużą na wdzięczność i nagrodę.

Tu red. M. Hałas doznaje mieszanych uczuć. Troszkę się oburza, no bo jak to? Ma stać się okiem i uchem Gleby? Fałszywcem wobec swych rozmówców, w najlepszej wierze opowiadających mu o sobie? Wręcz - szpiegiem? No nie, takie określenie jest jednak zbyt drastyczne i wulgarne. Po prostu - stanie się dodatkowymi zmysłami naczelnika. A to już jest wyróżnienie, którym czuje się usatysfakcjonowany i po tysiąckroć ujęty. Bo i cóż za delikatność... Naczelnik zwierza mu się! Radzi się go! Nie chce widocznie, by on, będący już poniekąd nowym podopiecznym, odczuł udzielanie mu wskazówek jako uchybienie jego zawodowej dumie i godności. Nie chce ranić jego miłości własnej... W takim to duchu red. M. Hałas czyta dalej i rozważa, co w liście następuje:

Podejmując sensowną i nieprzypadkową decyzję o swoich podwładnych, naczelnik tym samym zadecyduje i o sobie, gdyż uważa, że w jakiejś mierze i w pewien sposób także on sam od nich zależy (co za skromność, cóż za pokora!). Wszak losy i opinie podwładnych, a nawet ich sposoby bycia pośrednio wpływają zarówno na ewentualną, najszerzej pojętą, wspólną przyszłość, jak i na dalsze losy jego, naczelnika wraz z Instytutem, oraz idei, której jest rzecznikiem. Zwłaszcza że wszelkie dobro, nawet pojmowane subiektywnie i upowszechniane oraz interpretowane dowolnie - czynić można skutecznie jedynie ze stanowiska władzy. Red. M.H. dorozumiewa się i utwierdza w przeświadczeniu, że eksperymenty naczelnika wobec tych kilkorga są pretekstem; pólkiem doświadczalnym dla jakiejś działalności zamierzonej na szeroką skalę, może nawet bardzo szeroką. Bo cóż ci troje? Czy aż tak dba o nich, by całkowicie pochłaniali uwagę człowieka co się zowie, a przy tym kogoś o wręcz bezkresnych horyzontach - jakim jest Gleba?

Tak czy inaczej, naczelnik z całą mocą podkreśla, że chce i musi gruntownie i od podstaw utwierdzić się w słuszności swoich sądów i postanowień. Wszak ludziom jego pokroju przystoi, aby opinia, jaką zamierza wydać, była zarówno sprawiedliwa, jak i dla wszystkich korzystna - w czym pomoże mu obyty i niewątpliwie zdolny dziennikarz, socjolog przecież z wykształcenia. Co więcej, naczelnik chciałby jaśniej pojąć głęboki sens swoich dążeń i starań, dotąd bardziej intuicyjnie niż rozumowo podejmowanych. Pragnie zatem dowiedzieć się o sobie, czyli poznać swą jakość - lecz również możliwości charakterotwórcze - aby potrafić jak najskuteczniej wpływać na podopiecznych. Chce bowiem umieć, jako opiekun duchowy powierzających mu się istnień, dopomagać im w dokonywaniu się przemiany wewnętrznej każdego z nich. A zdaje sobie sprawę, jak trudno jest przyjrzeć się sobie z pozycji bezstronnego obserwatora. Niemniej, jego zdaniem, przyjrzeć się trzeba: każdy, a tym bardziej on, zajmujący odpowiedzialne stanowisko, powinien jak najczęściej dokonywać takiego zabiegu. Trzeźwo i bez mitologii. Wszak każdemu może się jedynie wydawać, że wie wszystko o sobie - podczas gdy w rzeczywistości raz po raz wymyka się spod samokontroli, płatając sobie szpetne albo miłe, lecz zawsze zaskakujące niespodzianki. Powinien więc umieć wpierw odpowiedzieć sobie, nim odpowie innym.

Byłby to zatem rodzaj autotematycznego ćwiczenia, odbywanego przy współudziale środków pochodzących z wszelkich i rozmaitych, dostępnych źródeł. Jest mu to potrzebne - domyśla się kreowany na mędrca red. M.H. - dla doskonalenia się w sztuce służenia ludziom, spełnianego poprzez władanie nimi. Gdyby nie fakt, że Józef Gleba wspiął się już na swój szczyt, stając się naczelnikiem swoistego świata w świecie, jakim jest Ikach - wolno byłoby przypuszczać, że z wiadomych powodów kieruje nim dążność osiągania coraz to wyższych stanowisk. W każdym innym przypadku byłoby to słuszne: ktoś, kto jak Gleba uczynił szaleńczy skok z nicości w wielkość, będąc posłuszny głosowi powołania, oraz zamierza iść coraz dalej i wyżej - nie może poprzestać na tym, co osiągnął. Co się zaś tyczy Gleby, to rzeczywiście powinien się doskonalić w tym, co już osiągnął, czyli uzyskiwać coraz to wyższe stopnie w zakresie swej osobowości, jak też niejako wewnątrz swego stanowiska. Powinien tedy dokonać samoanalizy i samooceny, gdyż jest wskazane, aby zdawał sobie sprawę z przyczyn powstawania zjawisk natury psychologicznej i społecznej, oraz aby uniknął w przyszłości błędów, już ewentualnie popełnionych.

Jest zrozumiałe - zastanawia się nowo mianowany powiernik red. M.H. - że należy pominąć ocenę wszelakich niekorzystnie skutkujących, obustronnych dążeń, a zwłaszcza wzajemne oceny, które okazywałyby się zbyt skrajne, by mogły być słuszne. Trzeba więc z najlepszą wiarą po prostu przyjąć wzniosłe uzasadnienia ikachowskiej działalności. Taaak - rozważa red. M.H. swe możliwości pomocy. - Przeprowadziło się, jak dotąd, sporo rozmów i wiele się też przebadało życiorysów. Zawsze jednak byli to ludzie, ku którym przybywało się z zewnątrz, a więc zarówno mój do nich, jak też ich do mnie stosunek bywał obojętny, aczkolwiek przestawali być obcymi już po chwili rozmowy. Ci wszakże tutaj - to nasi przecież ludzie. A jednak - nawet dla Gleby wciąż stanowią oni zagadkę, choć przecież jest on najdłużej z nimi związany i mimo że wewnętrznie nimi steruje, powodując w nich zamierzone reakcje siłą woli, mocą sugestii czy innych jakichś, jemu tylko wiadomych sposobów. A cóż dopiero dla mnie? Na litość, jak sprostać wymaganiom zleceniodawcy? Cóż ja o nich wiem? Ile prawdy z nich wydobędę przy użyciu dostępnych mi środków? Nie łudźmy się, że dowiem się o nich wszystkiego. Niewątpliwie odsłonią mi tylko cząstkę swego życia: tę, którą zechcą mi udostępnić, oraz ułamek zaledwie prawdy: ten, który uznają za stosowne i wskazane mi wyznać. Ale to nic, nie przejmujmy się tym zbytnio, bo z kolei ja, gdybym nawet znalazł sposób czy możność grzebania się w ich myślach, doszukam się takiej tylko prawdy, lub raczej - bądźmy szczerzy - jej iluzji, jaka będzie mi potrzebna. Czyli jedynie tego, co sam pragnąłbym znaleźć, by to wykorzystać do swoich celów.

Tu red. M.H. jeży się nieoczekiwanie - co, jako przejaw indywidualizmu, dowodzi jego dojrzewania do przyjęcia partnerstwa z Ikachem. A któż mu zabroni, na własny i czytelników użytek, ażeby po swojemu przedstawił zasłyszane życiorysy, w odpowiedni sposób troszkę spreparowane? Wszak również i w ten sposób przyczyni się do upowszechniania wiedzy o Instytucie. Nikt mu też nie zabroni gruntownego rozpatrzenia i rozpoznania fenomenu zwanego zwierzchnikiem. On, bystry obserwator i wnikliwy psycholog - bo za takiego się uważa - zdoła tego dokonać. Wszak wolno mu poddać badaniu i analizie osobę szefa i potraktować ją jako zjawisko niesamoistne, oparte o cudze istnienia, zależne od nich i potwierdzające się jedynie w relacji z nimi.

Red. M. Hałasa coraz dotkliwiej boli twarda ławka, na której wciąż siedzi. Wstaje więc i puszcza się w przedwieczorny obieg miasta - dla zdrowia, kondycji i podtrzymania obecności wśród ludzi. I znów powstaje w nim przeświadczenie rozdarcia między rzeczywistościami miasta i Ikachu, co sprawia, że chwilowo traci pewność, do której należy. Wkrótce stan takiej dwoistości mija, lecz następuje to w sposób nieco zaskakujący. Otóż redaktor - ku swemu zdumieniu - odnajduje swą zagubioną przynależność i sam sobą zaskoczony, opowiada się po stronie ulicy. Ten fakt przypisuje wdychaniu wolnego powietrza, dookolnej przestrzeni, nieco tylko ograniczonej murami, lecz za to sięgającej nieba - a przede wszystkim obecności ludzi, która kasuje brzemienną pustkę Ikachu.

Jednakże, choć czuje się jednym spośród wielu snujących się ulicami ludzi - nie przestaje być reporterem i bystrym obserwatorem. Traktuje przeto spacer jako zaprawę przed czekającym go w najbliższych dniach zadaniem. Stwierdza więc wstępnie, że ma nad tłumem przewagę, gdyż obraz tegoż tłumu takim będzie, jakim zechce go przedstawić. A skoro tak, to będąc panem sytuacji, czuje się też duchowym zwierzchnikiem ikachowskich rozmówców - i to nie w słabszym stopniu, niż bywa zwierzchnikiem samego siebie. Idąc więc lekko i sprężyście, niemal polatując, rozważa sprawę swych przyszłych rozmówców, których obraz, jako gromady, zacieśnił mu się do czworga wybranych. Nie spostrzega przy tym że nie wiadomo kiedy przyjął sposób myślenia naczelnika:

Jak postąpiłbym, co bym czuł i myślał, będąc nimi? Trzeba niekiedy wcielić się w cudzy kształt, gdyż pomóc człowiekowi można jedynie wówczas, jeśli się nim bodaj w taki sposób zawładnie. I cóż stąd, jeśli wymkną mi się w stany ducha, pochodzące z innych, ich własnych sfer pojęciowych? To prawda, że nie stać mnie na całkowitą bezstronność, choć o nią usilnie zabiegam, lecz i oni jej zapewne nie pragną, tworząc sprzyjające im pozory lub domagając się opowiedzenia po stronie ich racji. Ale łatwiej wtedy naginać ich postawy do moich założeń - no i, cóż robić, do życzeń naczelnika. Sytuacje życiowe, intelektualne lub psychologiczne, które tamci dają mi poznać zaledwie napomknieniem - czyż nie otwierają szerokiego pola dla dogodnych, popierających tezy domysłów? Czyż nie tworzą sposobności do snucia dowolnych wyobrażeń? Co więcej - pogłębiając swe domysły - wiem nawet i to, co im się tylko wydaje. To jest przecież niezły materiał do łatania dziur.

Są ode mnie zależni, pamiętają bowiem, kim jestem, jak też o ostrożności w czynieniu najszczerszych zwierzeń oraz o odpowiednim naświetleniu swej osoby. Bezpośrednia styczność ze mną warunkuje charakter wypowiedzi. Stan świadomości wyczulonej na moją obecność powoduje, że jeśliby nawet - zapominając o mnie - rozmawiali z kimkolwiek, a nawet z własnymi myślami - rozmawiają ze mną, utożsamionym, ależ tak, z naczelnikiem. Tym samym ktoś, za kogo mnie biorą, staje się poniekąd jakby projekcją ich myśli, a nawet samą myślą, bo taką też przybieram postać, gdy wnikam w nich, a oni zaczynają myśleć moimi kategoriami i zgodnie z moją wolą. Staję się ich chimerą, ale i sumieniem, więc - duchowym właścicielem. Każdy z nich - to dla mnie wszyscy, choć współodczuwam tylko z jednym: tym, którego słucham, związany powiernictwem. A są nas krocie istnień spokrewnionych wspólnym, ludzkim rodowodem; wszyscy więc, którzy byli, są i będą. Nas dwoje czy legion - nie zmienia to postaci rzeczy: będąc ludźmi, przedstawiamy świat.

I cóż stąd - duma red. M.H. - że czyjaś relacja tworzy zaledwie mikroskopijną cząstkę obrazu tego świata, maleńki wyimek z całościowego dawania mu wyrazu i równie znikomy ułamek wspólnego losu? Wolno mi, a nawet powinienem poprawiać tegoż losu błędy. Współtworzyć go. Na tym polega mój zawód. Wykonywanie go, równe pełnieniu misji, jest wszakże karkołomne, zwłaszcza jeśli rzeczywistość rozmów nie jest rzeczywistością faktu, lecz odbywa się w sferach wspomnień, domysłów, myślnych sporów i wahań. Czy można zatem polegać na takiej to niepewności, ujawniającej się podczas wymiany zdań, która nawiązuje do byłych czy obecnych kontaktów z szefem? Przypuszczalny brak szczerości jest zresztą całkiem zrozumiały w sytuacji rozmów o zwierzchniku. A już na pewno nie dowiem się, co myślą o nim i o Ikachu, choć to właśnie byłoby najciekawsze: w przemilczeniach przecież ich osąd jest najszczerszy. Cóż bowiem może być bardziej prawdomówne, niż nieujawniona myśl? Co więcej, ich ewentualne milczenie jest dla mnie okolicznością sprzyjającą, gdyż zostawia mi swobodę w wypełnianiu pustki powstającej niekiedy w dialogu. To oczywiste, że uzupełniam ją treścią, która w danej chwili jest mi przydatna dla potwierdzenia teoretycznych założeń. Skłoniony bowiem potrzebą, gotów jestem wyjaśniać rzeczywistość według zasady: tak powinno być, tak więc jest.

Moja obecność wywiera ponadto sugerujący nacisk na tok ich myślenia, ułatwia im też poddanie się moim wpływom. Zamierzam bowiem użyć nacisku w celu nakłonienia ich do głębokiego wejrzenia w siebie, nim spojrzą wokół. A nie wątpię, że tego rodzaju zabieg pozwoli każdemu z nich w pełni się ujawnić bodaj przed sobą samym - a więc bez potrzeby zatajania czegokolwiek - wszechstronnie i z wszelkich możliwych punktów widzenia. Przypuszczam, że w ten sposób tworzy się grunt podatny na przyjęcie myśli naczelnika. Tak więc na równi z Glebą mam szansę stać się ich losem, gdy pojawiam się przed nimi w przełomowych chwilach ich osobistego czy ogólnego trwania.

W tejże chwili red. M.H. naraz przypomina sobie o istnieniu problemu posłannictwa:

To nie ja jestem czyimś, czyimkolwiek losem - chyli melancholijnie głowę. - To Józef Gleba jest obecnie, jak też stawał się ich losem, gdy pojawiał się przed każdym z nich, by wkroczyć w ich zwyczajne, jakże ubogie życie, i ażeby owładnąć nimi. Jawił im się, aby wyprzeć z owego ich, dotychczasowego życia wszelką treść, może skądinąd pożądaną, ale już nie upragnioną. Wyrugować ją zatem po to, by wypełnić ich wyłączną treścią Ikachu - więc sobą. A ja stałem się tylko jego narzędziem. Tak, lecz przecież tym samym - losu narzędziem.

Podstawowym wszakże warunkiem powodzenia w spełnianiu powierzonych mi funkcji wykonawczych, zgodnych z zaleceniami szefa - jest umiejętność wszędobylstwa, którego nie sposób będzie nazywać wścibstwem, jeśli uda mi się zachować pozory taktu i nienarzucania się. Nie powinni się krępować moją obecnością, umiem bowiem przybierać odpowiednie powłoki, nabierające znamion prawdziwości. Taka postawa sprawi, że zechcą się przede mną otworzyć; skłoni ich bodaj do minimum szczerości, zwłaszcza jeśli uznają, że godny jestem stać im się kimś bliskim: ojcem i matką, bratem i siostrą, lekarzem, spowiednikiem i przyjacielem - każdym z nich po trochu. A więc także soczewką, która skupia myśli, zmuszając je, by podążały w wybranym kierunku.

Dzień blednie. W ulicach jest duszno, zbyt jakoś duszno... Ale to zapewne od kurzu, spalin i nagrzanych murów, przez co mgliście się rozmazuje widzenie spraw i rzeczy. Staje się też uciążliwie od nadmiaru ludzi i tumultu. Na szczęście, znów nawija się park: trochę przejrzystej, dającej ochłodę aury. Zmęczony długotrwałą wędrówką nóg i myśli, red. M.H. przysiada na ławce wśród przemiłej zieleni zarośli, pogrążonych w szarym mroku. Po seledynowym niebie przeciągają stada rybitw, podąża więc za nimi zazdrosnym spojrzeniem, przez co jego myśli stają się lotne, acz trzeźwe. Z pewną dozą wciąż jeszcze młodzieńczego, jednak już umiarkowanego zarozumialstwa zapytuje siebie: Czyż nie jestem tym, który gra na patykach i chce, by tańczono, jak im zagra? Ale... Jeśli miałby to być poz ór grania, a chochoł nędznym naśladownictwem człowieka, to czy i taniec nie byłby też pozorem?

Cóż zatem nim nie jest? Red. M.H. bezskutecznie odpędza demona pokory, a może jednak przekory. Wszak chochoł ten, pochodzący z wiadomego Wesela, urasta do znaczenia przerastającego rozmiarem to, które jest właściwe istocie żywej. Jest to wszakże jednocześnie rozmiar pozoru. Znów przypomina sobie o istnieniu Ikachu jako o drogiej czyjejś obecności. O tamtej przedziwnej rzeczywistości, która go przeniknęła i w którą on wniknął. A że chwilowo od niej się oddalił, to i cóż? Jest to przyrównywalne do krótkotrwałego rozstania z drogą sercu sprawą lub jeszcze bardziej - z ukochaną osobą, od której niby to odbiegł, ale tak nie jest, po stokroć nie jest. Wszystkie bowiem odległe na pozór myśli i rozważania krążyły przecież bezwiednie wokół obiektu uczuć, nawiązując doń pośrednio.

Hej, hej - reflektuje się red. M.H. - O przedmiocie fascynacji też trzeba myśleć krytycznie. Lecz skoro wchodzimy w zakres spraw Józefa Gleby, to może uważa on siebie za demiurga - lecz czy nie jest słuszne moje wcześniejsze podejrzenie, że i on także jest kimś w rodzaju chochoła? Czemu by nie? Wszak zakładając, że nim jest, nie pomylimy się zbytnio, gdyż uzyskuje on rację bytu poprzez ludzi i rzeczy. A zważywszy fakt, że wraz ze swym Ikachem stanowi obraz międzyludzkich sytuacji, jak też staje się wyrazicielem czy wykładnikiem obiegowych, powszednich pojęć - to choć porywa się na ich kształtowanie, siłą faktu tańczyć musi tak, jak mu zagra chocholi tłum. Lecz w tym pozorze tańca jest przecież jego siła, gdyż umożliwia mu on twórcze wnikanie w tenże tłum.

Red. M.H. jeszcze raz wyciąga z kieszeni list. W ostatnich odblaskach dnia czyta go powtórnie, i to z nasilającą się, pokorną uwagą. W ten to sposób udzielona mu zostaje kolejna sposobność, by dał świadectwo posłuszeństwu i gotowości samowyrzeczeń. Tak jest, panie naczelniku - wykrzykuje więc bezgłośnie. Odnajduje bowiem szczegółowe wytyczne, które ogromnie ułatwią mu pracę, wręcz wyręczą go w redagowaniu tekstów, oszczędzając mu czasu i trudu. Dlatego nie jest ważne, że pomijają jego redaktorską, swobodną inwencję i nakłaniają, by podporządkował woli mocodawcy indywidualny charakter oraz niezależność swej wypowiedzi. Przy pierwszej lekturze owe wytyczne jakoś uszły jego uwadze, gdyż nieco wzruszony i podniecony, przeglądał je pobieżnie. Dotyczą zaś one sposobu przeprowadzania rozmów, które mają być w ten sposób ukierunkowane, aby z nich wyniknął zarówno wizerunek samego naczelnika w poszczególnych, przesądzających przyszłość fazach życia, jak również obraz losotwórczych powiązań z wybranym gronem osób. Naczelnik życzy też sobie, aby red. M. H. dostarczał mu uzyskany z przesłuchań materiał. Nie idzie tu bynajmniej - zastrzega się - o cenzurę, w żadnym też przypadku nie wchodzi w rachubę donosicielstwo. Po prostu on, jako twórca idei, a poniekąd też postaw wewnętrznych ludzi, chce popracować nad sobą w oparciu o opinie o nim podopiecznych. I słusznie - konstatuje red. M.H., po czym mówi sobie: w porządku. Zamierza bowiem lojalnie i uczciwie nie ukrywać prawdy, nawet gdyby miała być gorzka i bolesna. Wszak jest do przewidzenia, że opinie niektórych podwładnych mogą okazać się nieżyczliwe, wręcz wrogie, może i napastliwe. Wówczas - mimo wszystko - niektóre zbyt ostre sformułowania trzeba będzie złagodzić, a nawet zatuszować. Należy też jednak przypuszczać, że sądy będą raczej pochlebne.

Powstałaby zatem seria: Naczelnik jako rozkoszne dziecko, Naczelnik jako ambitny chłopiec, a następnie jako obiecujący młodzieniec, czuły syn, świetnie zapowiadający się wychowawca, i tak dalej. Seria taka znakomicie będzie się nadawać do publikowania w odcinkach. Temat jest niewyczerpywalny, można go maksymalnie wyeksploatować. Tytuł całości? No jakże: Uśmiech naczelnika Gleby! Wszak uśmiech ów jest funkcją określonej postawy wewnętrznej, jak też wyrazem i uzewnętrznieniem glebizmu.

Nie bez sympatii ogarnia więc jeszcze raz spojrzeniem list, po czym przechodzi nad nim do porządku rzeczy i ziewa przeciągle. Rozpręża się jak ktoś, kto zrzucił ciężar decyzji. Naraz wszakże nawiedza go olśniewająca myśl, która niczym podszept, wyraźny, choć niedosłyszalny, niczym głos dobrotliwy a nakazujący - podpowiada mu wniosek, aby bardziej słusznie wykorzystał wyniki swej harówy. Otóż materiał zebrany dotąd, jak też ten, który spodziewa się uzyskać i zgromadzić - jest nie tylko cenny, lecz też staje się tak obfity, że przekracza możliwość wykorzystania go w prasie. A ile go jeszcze przybędzie po zakończeniu przesłuchań? Można by przecież sporządzić z tych wywiadów książkę. Podbudowałaby ona i umocniła jego pozycję w środowisku, nie mówiąc już o dodatkowych korzyściach. Książka? E, gdzież tam, chyba żeby znaleźć murzyna; wtedy by się i opłacało, i może jakoś wyszło... Wyjdzie, ależ wyjdzie, ku chwale Ikachu i dla dobra sprawy - zapewnia go tamten głos. Jakiej znowu sprawy? - mruczy red. M.H., lecz zostawia to pytanie w zawieszeniu, bo: jak można byłoby to napisać? - zapala się nagle do pomysłu. I naraz stuka się w czoło domyślnie, lecz jakby nie swoją ręką. Przecież znaczna część tekstu już jest niemal gotowa, zawarta w kasetach, a dojdzie jeszcze sporo po zakończeniu rozmów, również jako gotowy tekst. A zatem - postanowione. Wystarczy uzupełnić (natchnąć!) wstępną obserwacją wyznania czy zeznania, z których każde ześrodkowywałoby się wokół osoby naczelnika, zmierzając ku puencie, jaką byłoby każdorazowe zetknięcie z nim wiadomej trójki w kolejnych fazach, najpierw poprzedzających ikachowskie, a następnie już w tych trwających. Z historii kilku osób wynikałyby zatem dzieje głównego bohatera, jak też działanie przeznaczenia wcielonego w tegoż bohatera czy też utożsamionego z nim; przeznaczenia, które niemal od urodzenia niejako wyznaczało, a bodaj przygotowywało każdego z nich do udziału w Ikachu.

Technicznie i kompozycyjnie - utwierdza się w postanowieniu red. M.H. (chyba że to ktoś go podtrzymuje w powziętym zamiarze...?) - sprawa przedstawiałaby się następująco: Rozmówca, zapewne indagowany, sprawiałby wrażenie kogoś, kto głośno milczy, pardon, kto myśli, rozważając swe osobiste, acz związane z Ikachem sytuacje bieżące, ukazując je w świetle tych minionych - czyli jako te wynikłe z chwil przywołanych wspomnieniem. Fazy życia rozmówcy zostałyby zatem wplecione w stosowne okoliczności, sprzężone z odpowiednim okresem życia naczelnika. Owe fragmenty tekstu musiałyby być jednocześnie zgodne z treścią rozprawy o uśmiechu. Rzecz tylko w tym, aby całości nadać nadrzędny sens (notabene: zawarty w dyrektywach naczelnika, sformułowanych w epistole), a treść rozmów sprowokować i ukierunkować tak, by poddane zostały wyższej jakiejś racji. Mojej oczywiście - chełpi się red. M.H. i wie, że czyni to niesłusznie, bo nie w swoim imieniu. Wszak celem głównym jest udowodnienie racji istnienia Instytutu... Na podstawie przypadku naczelnika przebadać przy tym należy postawy, zachowania i reakcje tyleż indywidualne i szczególne, co typowe dla człowieka będącego na kierowniczym stanowisku. Trzeba też poczynić spostrzeżenia nad okresami życia i psychicznego rozwoju bohatera jako postaci syntetycznej - a to dla przeforsowania swoich założeń, dla potwierdzenia domysłów oraz uzasadnienia wniosków (co prawda wysnutych a priori, lecz bez wątpienia słusznych) - i dla wysnucia zasad uogólniających.

Autor (to znaczy ja - wzbija się w dumę red. M.H.), zafascynowany osobą naczelnika, jakim w pełnym znaczeniu jest Józef Gleba, dążyłby do nadania znaczenia symbolu tejże osobie - po to, by prześledzić zjawisko szefostwa w oparciu o podłoże nacechowane jakimś znaczeniem istotnym i ważnym, a nawet wzniosłym. Metafizycznym? Czemuż by nie? Czyż naczelnik nie jest kimś powołanym do służby niemalże kapłańskiej? Któż, jeśli nie on, w świątyni Ikachu pełni swoistą posługę? No, nieźle. Przecież służy ludziom o okiełzanej przez siebie woli oraz celebruje coś, co można nazwać świadczeniem - wyrzeczeń...

Służebność wobec ziemskości - oto jego zagadkowa, wieloznaczna dewiza. Prawda Ikachu jawi się jako prawda nierzeczywistości - jak być może orzekną później co poniektórzy czytacze... To ku niej, niczym na - bezpieczne! - manowce skręcałyby niespostrzeżenie wypowiedzi zainteresowanych, a oni sami przeciwstawialiby się jakoby próbom uczynienia z nich potwierdzającej ilustracji, bo tak trzeba. Niby to więc wyłamywaliby się z narzuconego im porządku, podczas gdy tak naprawdę nie potrafiliby zrzucić z siebie uprzęży. Kontynuując zaś rzecz, zaczynaliby myśleć, powiedzmy, samodzielnie oraz istnieć, rzekłbyś, odrębnym bytem, lecz stanowiłoby to jeszcze jedną mistyfikację. Uwikłani we własną, może i autentyczną problematykę psychologiczną - bezwiednie potwierdzaliby jednak wpływy, jakie postać główna, czyli Gleba, pragnie wywierać na nich i na otoczenie. To znów - wyrażając nieprzychylne oceny ikachowskiej rzeczywistości - stawaliby się niejako antytezą glebizmu, służącą do potwierdzania przez zaprzeczenie.

Wypowiedzi zostałyby zatem nie tylko podporządkowane myśli przewodniej, by nie rzec - kierowniczej, lecz również podciągnięte ku znaczeniu potrzebnemu do uzyskania pożądanego obrazu. Troszeczkę więc zostałyby zręcznie ukartowane i wyreżyserowane, a może nawet trzeba byłoby je co nieco spreparować - ale to przecież nie szkodzi, lecz pomaga racji nadrzędnej zamierzonego opracowania. I nie należy w tym względzie przewidywać niespodzianek, skoro nie są one, jak się zdaje - przewidziane... Trzeba ponadto wierzyć, że plany dotyczące sposobów przeprowadzania pracy wywiadowczej nie fikną koziołka, nawet gdyby wyłoniły się nowe, nieprzewidziane aspekty ikachowskiej rzeczywistości. A jeśliby tak się jednak nie stało i gdyby wypadło się wkrótce z nimi zetknąć - nie powinno się sądzić, by nabrały one nieoczekiwanych sensów i zaskakującej wymowy. Należy się zatem spodziewać, że w każdym razie powstanie barwna opowieść o podłożu psychologicznym i socjologicznym, zilustrowana bogatą galerią typów.

Z zadumy wyrywa go bury kot, który ostrzył pazury o jego zdrętwiałą z powodu nadmiernego myślenia nogę, a teraz powabnie kląskając, czai się w trawie, a następnie z zadartym ogonem goni polatującego przed nim gołębia. To przypomina redaktorowi, że jest zapracowanym, goniącym czas dziennikarzem - i skłania go do natychmiastowego poderwania się z ławki. Wsparty i wszechstronnie umocniony owym przypomnieniem, co rychlej pędzi do domu, gubiąc pamięć o świecie - gdyż światem jest dla niego to, co niesie w szpakowatej głowie i dziennikarskiej torbie.

Dopada wreszcie swego mieszkania i wszystko dzieje się teraz niemal równocześnie, z rozpędu i jednym ciągiem. Włącza magnetofon, rzuca na dywan torbę, nastawia wodę, zapala papierosa, zaświeca lampę biurową, zamyka okno przed najazdem ciem, ściąga z siebie kurtkę, rzuca ją na krzesło, przypomina sobie o kopercie, więc wraca po tę bezcenną część garderoby i pieczołowicie wiesza w szafie, zaparza kawę, rozpina koszulę, upija z butelki łyk wina, podwija rękawy koszuli, papieros gaśnie, zapala go na nowo... A właśnie słyszy stosowny fragment, więc zatrzymuje taśmę, siada do maszyny, zapisuje, co usłyszał, cofa, znów włącza...

W miarę upływu wieczoru postępowanie czynności staje się równomierne i wciąż to samo. Zmienia się natomiast wygląd redaktora i jego pokoju. Jest tu coraz duszniej i dymniej, pot spływa mu po twarzy, plecach i ramionach, zlepione kosmyki włosów opadają mu na czoło, lecz nie ma czasu ich odgarniać, więc tylko zlizuje końcem języka kropelki, które spływają mu do kącików ust. Niemal nie przerywając pisania, zrzuca z długich i chudych, owłosionych nóg i ciska po kątach, gdzie popadnie, but jeden, potem drugi, następnie skarpetki i spodnie, ściąga wreszcie koszulę, ukazując nieobecnym włochaty, kościsty tors małpoluda. Coraz to wyskakuje do łazienki, bierze zimny natrysk - i znów, i znów jak automat włącza, zatrzymuje, pisze, co usłyszał. Maszyna grzmi i stukocze niczym karabin maszynowy - bo to jest bitwa, prawdziwa bitwa z opornym materiałem, z czasem postępującej nocy, z narastającym zmęczeniem, przed którym kapituluje coraz to słabnące działanie środków dopingujących - lecz stukot trwa wciąż, wciąż i wciąż

W którejś godzinie nocy - zaczadziały, odurzony, zdrętwiały - poddaje się wreszcie. Czuje się kimś powalonym na bronionej zaciekle pozycji, gdy wprost z krzesła wali się na tapczan. Przez chwilę - ale tylko przez chwilę - trwa w nim stukot oddalającej się strzelaniny i jak pociski roją się w przestrzeni strzępki głośno lub cicho wypowiadanych słów, zdań, fragmentów cudzej mowy... Nie, to nie pociski, to rój owadów, który czernią osiadł na bezładnie po biurku rozrzuconych kartkach maszynopisu. Spod biurka, spod krzesła, z kątów pokoju wypełzają węże, rojowiska węży, w jakie zamieniły się pasma przesłuchań, rozłażą się po pokoju, wspinają na tapczan, wkrótce zdławią mu pierś. Czym prędzej więc zamienia je w białe szlaki papieru, które dobywają się z maszyny rotacyjnej. Czerń owadzich liter zlewa się w głębszą od nocy czerń snu, w którym, jak topielec w bagnie, zapada się i znika red. M.H.


Rano, w świetle dnia spostrzega, że jest nagi. Nie będzie więc kłopotu ani straty czasu z pójściem do łazienki. Otwiera okno i wpuszcza świat, lecz spostrzega, że zamiast zwykłych porannych odgłosów i krajobrazów miasta - napływa ku niemu wnętrze Ikachu. Trwało nieustannie - tajemnicze, przemożne, czuwające, łowiąc dziesiątkami luster błyski gwiazd i latarń, podczas gdy on spał, a nad miastem unosiła się czarna noc... Goli się przeto i ubiera tak zapalczywie i z takim pośpiechem, na jaki może się zdobyć tylko ktoś ścigany... To prawda, że na ulicy wypełnionej dobrymi chęciami, potem w barze szybkiej obsługi, a następnie na skwerze, i wreszcie w budce telefonicznej, skąd dzwoni do redakcji, że jeszcze trochę, jeszcze kilka dni - ogarnia go zwykłość. Lecz znów, jak uprzednio, wydaje mu się ona tak obca, że niemal odrażająca. Czemu? Zapewne dlatego, ponieważ jeszcze jej nie ogarnęły dalekosiężne zamiary naczelnika. A ponadto jedynie zwykłość Ikachu jest swojska, przyjazna i normalna. Niecierpliwie popycha dębową bramę i z ulgą oddycha. Teraz jest dobrze, teraz jest tak, jak powinno być: wszak otacza go wnętrze Ikachu - już tak własne oraz przeznaczone mu na dobre i na złe chwile, już tak przyswojone, że wszelkie inne staje się niemożliwe do przyjęcia.

Pogrąża się w ciszy, jak w głębi wód, jak w zatopionym pałacu. Naraz wszakże skądś dolatuje go ciche brzmienie dyskretnie prowadzonej rozmowy. Red. M.H. jest w miękkich welurach, może więc bezszelestnie zbliżyć się ku uchylonych drzwiom Glebowni Specjalnej. Gra lustrzanych odbić ukazuje mu siedzącego przy stoliku, postawnego mężczyznę w nienagannie skrojonej, burej, eleganckiej siermiędze. To oczywiście jest naczelnik: szeroka, pełna twarz, włosy przystrzyżone koliście, pod donicę, noga założona na nogę, ale bez nonszalancji. Przedramię wsparte jest o poręcz fotela, dłoń zwisa luźno, druga ręka wykonuje uprzejme gesty, jakie zwykło się czynić podczas kulturalnie prowadzonej dyskusji. Jest to obraz całkowitej swobody i rozluźnienia. Spojrzenie inteligentnych oczu skierowane jest zapewne ku komuś, kto siedzi po przeciwnej stronie stolika. Red. M.H. przechyla się, wyciąga szyję - i ze zdumieniem stwierdza, że nie ma tam nikogo. A jednak naczelnik zdaje się odpowiadać na zadawane mu przez kogoś pytania. Nie jest wykluczone, że są to odpowiedzi, jakie właśnie on, red. M.H. spodziewa się wkrótce usłyszeć. Czyżby naczelnik w ten sposób przygotowywał się do udzielenia mu wywiadu? To jest wielce prawdopodobne.

Bezszelestnie, by nie płoszyć wizji przyszłości, red. M.H. wycofuje się ku schodom i podąża ku drzwiom sekretariatu, przekazywany lustrom przez lustra: pochód reporterów. Nie dosięga jednak celu, gdyż z drzwi wybiega promienna, jasnowłosa Ewa Rajska.

- Witam panią, Ewuniu. Oj, jak czekała...

- Jak to dobrze, że pan jest.

- Dziękuję. Jak mam to rozumieć?

- No, no, tylko bez aluzji. Naczelnik po prostu dał mi zwolnienie na calutki dzień. Dla tak ważnego celu warto poświęcić dzionek, mówi.

- Wspaniale. To jak, idziemy do mnie? Tak było umówione.

Ewa odpowiada mu serdecznym uśmiechem i potakującym przymknięciem powiek. Ujmuje ją leciuchno pod łokieć, skierowywuje ku wyjściu... Zabiera ją do siebie, tylko ją, lecz odnosi wrażenie, że wraz z nią bierze też i przenosi przez niezwykłość miasta zwykłą, przez Ewę upostaciowaną treść Ikachu. Jakże uroczą, jak powabną...


Jak tam było, tak było. To prawda, że z początku powstało trochę zamieszania, które jednak Ewa natychmiast wiarygodnie uzasadniła. Ledwie bowiem weszła, ledwie zobaczyła biurko, natychmiast dopadła go; doskoczyła do niego kocim susem i kilkoma błyskawicznymi poruszeniami rąk narobiła na nim bałaganu, no, powiedzmy, sporo nieporządku. Rozrzuciła leżące na nim kasety i papiery, zmierzwiła kartki maszynopisu, poprzemieszczała przybory piśmiennicze... Widocznie dały o sobie znać ikachowskie przyzwyczajenia w wykonywaniu rutynowych czynności, zapewne ćwiczebnych.

- Skoro trafiła mi się taka niebywała gratka, jak biurko poza Ikachem, to czemu nie miałabym użyć sobie bezkarnie, ile dusza zapragnie? - wyjaśniła tonem usprawiedliwienia.

Natychmiast jednak sprawnie i zręcznie zaprowadziła z powrotem porządek, i to o wiele doskonalszy niż ten, który tu zastała. Czyniła to tłumacząc się, że przy okazji odbywa zwykłą porcję ćwiczeń, bo nie powinna wychodzić z niezbędnej wprawy, z trudem przecież nabywanej, jeszcze dalekiej od doskonałości. A zresztą nie sposób dłużej niż na chwilę wyswobodzić się od przymusu spełniania obowiązujących ją, dotyczących ładu przepisów. Wpojona jej potrzeba utrzymywania porządku jest od niej silniejsza; tkwi w niej jako wewnętrzny nakaz, a ona chce być lojalna nawet wówczas, gdy nie jest kontrolowana.

Red. M.H., patrząc i słuchając, ze zrozumieniem kiwał głową. Następnie z niejakim podziwem i zaciekawieniem przyglądał się temu, co wyprawia Ewa. Najpierw biernie, później czynnie uczestniczył w jej wyczynach, a polegały one na kilku przewrotkach i innych, ciekawych i efektownych ewolucjach gimnastycznych. Wykonała je ona i jeszcze wielokrotnie powtórzyła (dla odprężenia w trudzie ich wspólnej pracy) a to na tapczanie, to znów na podłodze zasłanej dywanem puszystym, acz domagającym się gruntownego czyszczenia.

Ale teraz siedzi przykładnie, jak tego zresztą można się było spodziewać - tyle że naturalnym następstwem owych gimnastycznych ewolucji stała się w rozmowie zmiana osoby - z trzeciej na drugą. Siedzi zatem w fotelu dosuniętym do biurka, ubrana - dziś wyjątkowo! - w czerwony sweterek z krótkimi rękawami, którego wycięcie odsłania powabny dekolt i kształtne ręce. Zachowuje się wielce poważnie, acz równocześnie nader swobodnie: to pociągnie papierosa, to popije łyk kawy lub wina, kołysze nogą założoną na nogę, albo obydwie - obciągnięte teksasem, długie jak ten dzień - wyciąga przed siebie, wierci w dywanie obcasikami, łączy i rozchyla czubki bucików, wpatruje się w nie, to znów w pogodne niebo za oknem. A on pilnuje magnetofonu, zaparza kawę, dolewa wina, czyni honory domu i równocześnie słucha - doprawdy, przez pewien czas słucha uważnie. Widzi Ewę Rajską, która tu jest (jest!), a poprzez nią tę Ewę, która siebie opowiada: dziewczynę wciąż inną, wciąż zmieniającą się czy zmienną, tę samą i nie tę samą, lecz od dawna (chciałoby się rzec: od zawsze), no cóż, chyba trwale już naznaczoną piętnem glebizmu. Przy czym - owo od zawsze znaczy tylko jedno: chwilę pierwszego zetknięcia z Józefem Glebą. Uprzedni czas bowiem nie wchodzi, lub raczej przestał już wchodzić w rachubę.

Z upływem wszakże godzin red. M.H., nieco znużony, uwolnił się od obowiązku pilnego słuchania. Zdał się na magnetofon, z innej jednakże przyczyny niż poprzednio, w rozmowie z panią Marią: nie nuda nim teraz powoduje, lecz nadmiar atrakcji. Ma przecież w pobliżu, na ogół przed sobą, ucieleśnioną i nader godną uwagi treść Ikachu w postaci pięknej Ewy i równie pięknego w brzmieniu, modulowanego głosu. Ma u siebie to urocze stworzenie, które tu u niego w pokoju siedzi - albo i nie siedzi...

I tak trwa ten swoisty wywiad, będący raczej snuciem przez Ewę wspomnień, które coraz to bardziej upodabniają się do zwierzeń. Trwa ów wywiad - i przeciąga się do późna, coraz to przerywany i urozmaicany w różny sposób, dla odzyskania świeżości. Ewa bowiem skłonna jest do świadczenia posług przynoszących ulgę i odpoczynek w trudzie pracy reporterskiej. Skora też jest do jak najpełniejszego wykorzystania swobody uszczkniętej z surowej monotonii pracy w Ikachu: nie po to się stamtąd wyrwała, by zmarnować okazję. Coś tam wspólnie upichcili, ale tylko tyle, by pobieżnie zaspokoić głód i jako tako podtrzymać siły. Szkoda bowiem czasu na dogadzanie żołądkom; lepiej go wykorzystać na coś bardziej istotnego. Wystarczyła jajecznica i sałatka z pomidorów.

Już słońce zaszło, już pozieleniało niebo, już wzeszedł blady księżyc, by wraz z poświatą latarń i nocnym, niezależnym poszumem miasta podstępnie zalewać pokój przez szeroko rozwarte okno - a oni, zapominając o solidniejszym posiłku i nie zapalając światła, wciąż i wciąż rozmawiają. A raczej - pracują ile sił i nie mogą skończyć, tak bowiem ważna, piękna i nie cierpiąca zwłoki jest treść wywiadu.

Gdy wreszcie jakoś tam zakończyli, red. M.H. zaświecił na biurku lampę i zaciągnął story. Wówczas ukazał im się pokój zasłany fragmentami porozrzucanych ubrań, strzępkami nieuprzątniętych po poprzedniej rozmowie kartek, stosami niedopałków, jak też stertą rozmaitych naczyń z resztkami niedopitych napojów i niedojedzonych potraw. Pokój ów przypominał pobojowisko (wszak do ustawicznych zmagań dał się przyrównać trud pracy reporterskiej) - lub zasnute dymem pole bitewne.

Poprzez taki to krajobraz po bitwie red. M.H. odprowadził Ewę do drzwi, a nawet na klatkę schodową. I zabrakło pomiędzy nimi Ikachu, gdy on, stojąc na podeście, spoglądał na nią, a ona, schodząc, unosiła ku niemu roześmianą twarz. Spoglądał za nią i (już znów!) jednocześnie rozmyślał o zawartości koperty (w szafie, w wewnętrznej kieszeni kurtki), o treści przesłania naczelnika i o tym jeszcze, że spłatał komuś niezłego figla... No, Glebie, rzecz jasna. A mimo to red. M.H. nie czuje się wobec niego winny, a skądże, nie jest zdrajcą ani buntownikiem, wszak ten bufoniasty, samozwańczy naczelnik zasłużył sobie na taki to figielek. Ewunia Rajska... Ziemia rajem. Raj dla wszystkich. Wszyscyśmy Ziemianami...


Nazajutrz red. M.H., ubrany w czarny golf i skórzaną kurtkę, pojawił się w Epokowej o umówionej z Adamem porze. Wybrał, jak zwykle, stolik pod oknem, a przy tym w kącie sali, przeto spodziewa się, że będzie tu można przez kilka godzin we względnym spokoju kontynuować pracę. U siebie pracował dziś do trzeciej po południu. Melancholijny, chłodny dzień nie wabił sobą ani nie wywoływał sprzeciwu z powodu konieczności siedzenia w domu, wręcz przeciwnie, skłaniał i zachęcał do pilnego pisania. A teraz redaktor zamówił już flaczki i piwo, i przez zakurzoną szybę spogląda w głąb niezbyt ruchliwej ulicy - szarej z natury, wyblakłej dziś w sposób szczególny nie tylko z powodu braku słońca, lecz także przez porównanie z pewnym fascynującym wnętrzem... Ikach bowiem znów jął oddziaływać swym magicznym czarem... Sklepów przy tej uliczce nie ma, czasem ktoś (rzekłbyś: nikt) przejdzie niespiesznie, czasem z wolna przejedzie samochód. To wszystko. Nieciekawie. Tego tu świata nie dosięgła jeszcze wiadoma Misja, ale dosięgnie, dosięgnie... Red. M.H. przymyka oczy i próbuje sobie wyobrazić świat przeobrażony przez Ikach i upodobniony do niego. Ikach poszerzony o świat lub - na odwrót... To by dopiero było...

Nastrój knajpy bardziej niż intymność mieszkania sprzyja prowadzeniu męskiej rozmowy i nawiązywaniu łączności, a nawet - jak można się spodziewać - wzajemnym zwierzeniom starych koni, którzy znają się nie od dziś. A choć na długo stracili się z oczu, coś przecież zostało ze wspomnień: pamięć wspólnie przeżytych chwil, którymi można się jakoś pożywić. Po dwóch, trzech kolejkach nie będzie zabiegiem odrażającym odświeżanie tej padliny. Zwłaszcza że te ewentualne wynurzenia będą zyskiem ubocznym, dodanym do zamierzonego, jakim jest profesjonalne wyłudzenie, no, uzyskanie możliwie szczerych zwierzeń Adama. Sposobności są po to, żeby je wykorzystywać.

A właśnie nadarza się ta pilnie wyczekiwana w postaci rzeczonego delikwenta. Idzie bowiem nareszcie, widać go, jak przecina jezdnię: szczudłowate nożyska kroczą zamaszyście, rozchylona bluza ukazuje wątłą pierś obciągniętą podkoszulkiem, na którym widnieje utrwalone jaskrawą farbą, promienne słońce. Obfita broda, kudłaty łeb: nierozpoznany i nigdy nie wysłuchany prorok albo zakneblowany mędrzec. Zniknął z pola widzenia, a po chwili uchyla drzwi, rozgląda się nieufnie i niezbyt pewnie, więc red. M.H. czyni ku niemu ręką radosny, powitalny gest. Adam spojrzeniem i ruchem głowy daje poznać, że zauważył - i zbliża się niezgrabnie, raz po raz zawadzając o krzesła i siedzących, co powoduje, że coraz to kogoś musi przepraszać. Następuje tradycyjne hej-hej, po czym Adam siada i podejrzliwie zerka w stronę ustawionego w narożniku stołu magnetofonu, wobec czego red. M.H. czym prędzej podsuwa mu kartę. Przez chwilę spierają się, kto zamawia, wreszcie Adam ustępuje i zezwala potraktować się najpierw flaczkami i piwem, później bryzolem z pieczarkami, żytnią czyściochą i czymś tam jeszcze, co ledwie zauważał, pochłonięty ferworem rozmowy.

Aby od czegoś zacząć, red. M.H., wysilając pamięć, nawiązuje do wspólnego pobytu w Domu Dziecka, a zwłaszcza do pewnego popołudnia, kiedy to Józef Gleba, jako młody wychowawca, po raz pierwszy pojawił się w życiu Adama. Jest to wybór roztropny: Adam, dotkliwie poruszony, zagląda pilnie w mądre, o przenikliwym i zuchwałym spojrzeniu oczy redaktora i raptownie czerwienieje. Nagle spoważniały, w zadumie śledzi iskierkę światła w kuflu piwa, wyłamuje palce, to znów kręci gałkę z serwetki, coś w sobie sumuje, układa, a gdy zaczyna wreszcie mówić, wiadomo, że nieprędko umilknie. Red. M.H., jak zwykle, zdał się na magnetofon, bo choć pilnie słucha, to jednak nie dowierza pamięci. Popijając piwo, błądzi współczującą myślą wokół drogi życiowej Adama. Towarzyszy mu w potknięciach, potakuje, wtrąca pytania dla podtrzymania ciągów dalszych i słucha, słucha, starając się z opowieści wyłuskać los swego rozmówcy, wcielony w Józefa Glebę, Także - nakierować uwagę Adama na tegoż losu ciąg dalszy, który się wraz z przystąpieniem do Ikachu rozpoczął, by rozwijać się w zmienne koleje.

Rozmowa, niczym wspinaczka po łagodnie wznoszącym się stoku, osiągnęła szczyt, by stoczyć się po stromiźnie i rozbić na kilka okruchów; rozdzielić na strzępki bezładnie wypowiedzianych, pospiesznie dokończonych zdań. Powodem takiego to zamętu był kelner, który stanął im nad głowami powiadamiając, że już zamyka się lokal, i przedkładając rachunek. Red. M.H., jak za serce, chwyta się za portfel, po czym pieczołowicie hołubiąc plon wywiadu, w myśli kombinuje sposób jego wykorzystania i zakłada, że to, co najważniejsze, zostało już chyba powiedziane. Resztę, jeśli jakaś została, można sobie dopowiedzieć.

Wychodzą w gwiaździstą noc, lecz są to gwiazdy nabyte usilnym ich pragnieniem, bo przecież nie wróżył ich pochmurny dzień. Faktycznie, noc jest wietrzna i chmurna, szumią ponuro drzewa alei, a oni idą objęci wpół i śpiewają rzewne jak ten wicher piosenki, najchętniej o rozmarynie, ale i o pani wojence, i ułanach przybyłych pod okienko. Czemu te właśnie? Może na przekór dźwiganej w torbie treści Ikachu (a jest to niemal miłosne przekomarzanie), by później ta treść - przypomniana tak nagle, że aż odkryta na nowo - wydała im się tym piękniejsza. Idą więc niepowstrzymanie, bo w tak ponurą noc nawet straże drzemią. Wędrują tam i na powrót, gdyż to jeden odprowadza drugiego, to znów drugi pierwszego, aż wreszcie zapominają kolejności. I trwa to do szarego brzasku. Wtedy wreszcie żegnają się na rozstaju i każdy z nich podąża do siebie, w stronę domowych pieleszy, z których te stanowiące schronienie Adama pozostają tajemnicą.

Następne dni - to maksymalny wysiłek. Red. M.H. zadzwonił do redakcji, jeszcze raz prosząc o przedłużenie urlopu i obiecując dostarczenie obfitego materiału, po czym, niewiele śpiąc i niemalże nie jedząc, zabrał się do tak wytężonej pracy, że w miarę upływu godzin i dni stawała się prawie szaleńcza. Szaleństwem była też narastająca fascynacja wiadomym zjawiskiem. On, który przedtem uważał siebie za chłodnego racjonalistę, ani spostrzegł, jak stał się mistycznym wyznawcą i fanatycznym entuzjastą idei Ikachu, lecz zwłaszcza myśli naczelnika, której uległ wdzięcznie i poddał się z ochotą. Stwierdza to raz po raz, wciąż na nowo, radośnie, odkrywczo. A cóż to za magnetyczna potęga tkwi w tym niezłomnym, niezwykłym człowieku! Jakąż to moc wewnętrzną posiada i siłę oddziaływania! A przy tym - urok zniewalający, wręcz obezwładniający, i to wyczuwalny nawet z daleka...

Nim rozpoczął przepisywanie którejś spośród nagranych wypowiedzi, po kilkakroć przesłuchiwał jej całość i dokonywał selekcji. Poprzez dymną zasłonę starał się dostrzec i przedstawić sobie zarówno bieżące, jak i byłe, dotyczące indagowanych sytuacje, z których stopniowo wyłaniało się nie tylko ich życie, ale i przeznaczenie, by ostatecznie przybrać odpowiadający mu, syntetyczny obraz naczelnika. Jak red. M.H. wykoncypował, obraz ów może uchodzić za wypadkową rodzaju ludzkiego; przedstawiać ludzi w ogóle, a nie tylko czwórkę zainteresowanych. Ale wszak to oni stanowią pierwsze Gleby ofiary, tfu, uosobienie wyników eksperymentalnego oddziaływania Ikachu.

Dla upamiętnienia i by nie stracić wątku, starannie odnotowywał to, co wtórnie, niejako poprzez siebie zobaczył, a co dotyczyło okresów poprzedzających te, w których nastąpiło zetknięcie z Glebą. Także - pierwszych z nim kontaktów, decydujących o dalszych losach każdego z nich. Kartki z notatkami jęły coraz to gęściej zaścielać podłogę, a liczba ich coraz to rosła... Gdy dobrnął do okresu, w którym persony dramatu weszły już w zakres przynależności do Ikachu, wyobraźnię redaktora jął popierać bezcenny zapis w leżącej na krześle kronice. Klęcząc przed nią na podłodze, odczytał jeszcze raz motto: Instytut Kształcenia Charakterów nie jest zespołem głupców i cwaniaków - i w głębi ducha zapytał: Czym zatem jest? Wylęgarnią niewątpliwie pożądanych cech? A może nowym rajem, powołanym przez Glebę - kreatora, wybawiciela i jedyną ludzkości podporę? Rajem, który rozpleni się za sprawą Adama - pierwszego w Ikachu człowieka i Ewy - nosicielki ikachowskich powołań? Pani Maria tedy... Oj, lepiej zostawić jej imię, żeby uniknąć bluźnierstwa... Ale nie, chodzi przecież o sekretarkę - panią Marię Niekonieczną. A ta - choć przydatna i sposobna jako narzędzie wcielenia idei i jej duchowego potomstwa - zaiste niekonieczną jest w prokreacyjnym dziele Gleby, który sam jest rodzicem i rodzicielką; ten Józef, samodzielny i natchniony opiekun wspólnoty; jej wielofunkcyjne wsparcie i ostoja.

Co pomyślawszy, red. M.H. w stosownym miejscu, nawiązującym do daty ustanowienia Ikachu, znalazł wykład znanych mu już pobieżnie założeń i myśli przewodnich. Nie bez zdumienia wszakże czytał, co następuje:

"Instytut, w bieżącym stuleciu powołany do istnienia przez naczelnika Józefa Glebę - wybitnego myśliciela, ambitnego działacza oraz zdolnego i doświadczonego pedagoga, który od początku objął funkcję kierowniczą - opiera swą działalność na następujących, starannie przez tegoż naczelnika przemyślanych i szczegółowo opracowanych, perspektywicznych założeniach:

Doraźnym celem Instytutu jest kształtowanie charakterów ludzi, już dojrzałych do dalszych przemian, na zasadzie tak zwanego zabijania indywidualności. Jest to zabieg pozornie tylko negatywny, gdyż jego wyniki powinny okazać się doniosłe i zaskakujące, gdy ze zrównywującego unicestwiania różnic wyłonią się nowi ludzie. Jak na razie, i w sposób próbny, stosownym i obowiązkowym ćwiczeniom poddawani są codziennie tylko wszyscy uczestnicy Instytutu. Jego wszakże zasięg, zgodnie z przewidywaniami, będzie się sukcesywnie powiększać. Cel zamierza się osiągnąć poprzez wprowadzenie surowej dyscypliny i dokładnie oraz szczegółowo opracowanego regulaminu. Składają się nań drobiazgowe przepisy, dotyczące między innymi pilnego przestrzegania porządku, precyzyjnie określonych sposobów bycia, kolejności poruszeń i czynności w chwili przystępowania do pracy, a następnie podczas jej wykonywania, oraz prawidłowego i raz na zawsze ustalonego rozmieszczenia przedmiotów, posługiwania się nimi, itp. Tak więc obowiązuje stosowanie ścisłego rygoru w ujednoliceniu przyborów i narzędzi pracy, zarówno pod względem wyglądu, jak i ustalonego przepisami ich układu na biurkach czy warsztatach. Zaprowadza się wszędzie taki sam rytuał ruchów poprzedzających rozpoczęcie zajęć i w trakcie ich trwania - zależnie od powstałych, acz szczegółowo przez nas przewidzianych sytuacji (nieprzewidziane nie powinny mieć miejsca). Wykluczone są wszelkie odchylenia od norm.

Przewidziany jest też pełny zestaw wariantów sytuacyjnych, dotyczący wszelkich możliwych odmian pracy zawodowej w świecie poza Ikachem (brać pod uwagę należy przyszłość, w której Ikach stanie się światem, a pracownicy świata - udziałowcami Ikachu). Uwzględnienie wszelkich powstałych, jakie tylko są możliwe, okoliczności umożliwi pracownikom (pojęcie umowne) uniknięcie zaskoczeń. Uwolni ich od wahania, jak powinno się w danej chwili postąpić. Zezwoli im na swobodę zachowania (wystarczająco tu już wyrobionego, wręcz odruchowego) oraz na szybką reakcję wobec nieprzewidzianych - jednak - wydarzeń. Jest zagwarantowane, że zrośnięcie się z rolą przynosi ulgę i pozwala na zmniejszenie napięcia w sferze czujności. Właściwe odruchy we właściwym czasie i w stosownej chwili, pojawiając się automatycznie, znakomicie ułatwią sytuację".

Zdumienie redaktora wzmogło się przy kolejnym akapicie. Bo i któż to, u licha, pisał?

"Należą się słowa podziwu dla przezorności naczelnika Gleby; dla jego zdolności dalekowzrocznego przewidywania oraz uwzględniania ewentualności we wszelkich możliwych odmianach i zakresach. Jego działalność niewątpliwie zyska szeroki rozgłos i co najważniejsze - oddźwięk w społeczności ludzkiej, a Instytut znajdzie i pozyska chętnych oraz wdzięcznych słuchaczy, pochodzących z wszelkich stanów, zawodów i środowisk. Nikt bowiem nie powinien pozostać obojętnym na znaczenie szerzonej tu idei powszechnie zrównywającego ziemiaństwa, dającej odwiecznie upragnioną równość. A ponadto, wszyscy chyba docenią wartość ułatwień w wykonywaniu pracy, jakie uzyskają adepci Instytutu; zgodnie z przewidywaniami, stanie się nimi cała ludzkość. A będą to ułatwienia jedyne w swoim rodzaju, jakich dostarczyć może tylko wdrożenie programu, przewidzianego dla szerokich rzesz przeciętnych odbiorców.

Podsumowując stwierdzamy, że Instytut szczególnie sprzyja rozwojowi wszelakich talentów. Dla jednostek wybitnych powstaje tu bowiem ogromna, nieoceniona szansa wykazania możliwości stania się genialnymi, a przy tym mocnymi i niezłomnymi ludźmi. Wszak tylko ci silni i rozmaicie wyróżniający się, poddani (dobrowolnie zresztą przyjętemu) oddziaływaniu Instytutu i posłuszni w spełnianiu narzuconej sobie i świadomie przyjętej roli - lub też ujętej w drobiazgowe przepisy dyscypliny - potrafią wyjść obronną ręką z próby charakteru, nie zatracając indywidualności. Wprost przeciwnie, niejako obronnie umacniając ją w sobie i rozwijając - dowiodą, że zasługują na miano wybrańców. Natomiast dla osobowości słabych i nikłych (którym Instytut całą swą mocą i z pełnym oddaniem służy radą i pomocą) - proces zrównywających przemian staje się ostateczny i zakończony.

Obecna działalność (pojęcie umowne) Instytutu stanowi wstępną, przygotowawczą fazę, poprzedzającą nieogarnione ciągi dalsze, o których przedwcześnie jest wzmiankować. W czasie stosownym, aczkolwiek trudnym do przewidzenia, nastąpi powszechne zrównanie mieszkańców Ziemi, czyli Ziemian. A stanie się to w Ikachu, przez Ikach i wobec Ikachu - ale pod warunkiem, że już teraz wszyscy zostaną poddani wzmiankowanym zabiegom. Zrozumienie zasad funkcjonowania wspólnoty ludzkiej opiera się bowiem na uzyskaniu poczucia bliskości, która stanie się faktem dokonanym poprzez stwierdzanie wzajemnych, ludzkich podobieństw. Doprowadzi to do poczucia współwłaścicielstwa życia we wszelkich jego przejawach".

Red. M.H. poskrobał się po głowie, po czym zamknął kronikę, odłożył ją na półkę i jął usilnie wytężać umysł. Bo i cóż to wszystko ma znaczyć? W tej tu deklaracji czy wykładniku zamierzeń - ani śladu wzmianki o glebizmie czy o glebowaniu. Mowa jest wciąż tylko o pracy jako pracy, o zawodach jako zawodach. Tak przeraźliwie jest to zwyczajne, że aż jakoś nieobyczajne. Chyba że to właśnie jest glebowaniem, czy co? Jak to jest? A prawda: zrozumiecie później... Tylko że o tym glebowaniu trzeba jakoś napisać. Wszak ludziom z zewnątrz coś trzeba dać, coś wyjaśnić, bodaj na odczepne; rzucić im na żer co nieco z prawdy Ikachu, choćby miała być tylko złudna i rzekoma, i przyjęta bez zrozumienia. Ale czy on, uczciwy i rzetelny dziennikarz, lecz teraz już i rzecznik Ikachu, ma ją w takiej właśnie, byle jakiej postaci upowszechniać? Nie. Natomiast tekst publikacji w inny sposób może nabrać szczególnego znaczenia. Może mianowicie stać się pomostem, który ułatwi przejście od aluzji i uogólnień do istoty rzeczy; do pełnej prawdy. I w tym sensie owa publikacja ma szansę stać się przełomową. Za jej bowiem pośrednictwem zasady systemu - choćby miały pozostać niejasne - wydostaną się na zewnątrz, do publicznej wiadomości, by odcisnąć w świecie pierwsze, bodaj niewyraźne ślady. Ci, którzy owe zasady przyjmą - przyjmą też glebizm. Tak. A teraz można już zasiąść do maszyny, by jąć się żmudnej, mrówczej pracy.

I oto znów rosną sterty odrzucanych niecierpliwie przez ramię, przepisanych już kaset, brudnopisów i tekstów chybionych. Wkrótce gęsto zaścieliły podłogę, a ich wymieszana treść zdawała się wypełniać przestrzeń pokoju plątaniną znaczeń nie do rozwikłania. Ale to są tylko odrzuty. Igra nimi powiew z otwartego okna i pstrzą je przekorne iskierki słońca. Lecz nic to, bo rośnie też sterta maszynopisów napełnionych wyłuskaną z plew treścią. Maszynopisy te red. M.H. starannie segreguje i układa plikami na podłodze. Na razie zużytkowywuje tylko partie potrzebne, by wywiązać się ze zobowiązań wobec naczelnika, a także redakcji. Przepisywany z taśm tekst red. M.H. wygładza stylistycznie, ale tylko troszkę, by nie zatracić ich autentyzmu. Kopie lojalnie wysyła ekspresowo do naczelnika, zgodnie z jego życzeniem. W tym celu wkłada na siebie cokolwiek i nie zważając na niestaranny ubiór ani na porę dnia, wielokrotnie wybiega z domu i pędzi na pocztę, która na szczęście znajduje się naprzeciw. Notabene: uwaga jego tak jest pochłonięta misją, że zdarzyło mu się wybiec na schody w piżamie i papuciach, ale w porę się opamiętał i zawrócił, gratulując sobie, że w ogóle miał cokolwiek na sobie.

W trakcie natężonej pracy, w jego rozgorączkowany umysł wciska się niekiedy refleksja nad sensem tworzonego dzieła. Czy ma ono szansę stać się dziełem życia? Wtedy jednak, zamiast wątpienia w celowość przedsięwzięcia, ogarnia go fala wdzięczności i podziwu dla naczelnika; to znów zaduma nad zawiłością przeznaczeń. Bo zdaje się być niesłychane, że ci oto tutaj ludzie nie od zawsze należeli do Ikachu. Dopóki nie owładnął nimi, każdy z nich miał własne jakieś życie. A jednak w jakimś momencie przestawało być ono ich własnością... Jakże nienaturalne zdaje się być to życie przed życiem, jak dziwne i niepojęte w swej zwykłości; jak mało wartościowe w swym niewiele obiecującym rozwoju, który prowadziłby donikąd, gdyby nie trafił w tutejszą konieczność. Zaiste, zwyczajny i pospolity byłby to rozwój, gdyby nie pokierował nim Gleba. Jakiejże wyrazistości w tym świetle nabiera każde, a zwłaszcza to pierwsze z nim zetknięcie, o którym w zmiennych nastrojach opowiadają ci czworo. I jakież pociągające wyłaniają się prognozy, gdy poszerzy się zasięg oddziaływania Ikachu w ogóle, a w szczególności względem każdego z nich.

Niemal od pierwszego z Ikachem zetknięcia, a teraz - z każdym dniem - coraz bardziej nierealna wydaje mu się pozainstytutowa rzeczywistość; bardziej nierealna niż bajka, i to najfantastyczniejsza. A jednak trzeba uwzględnić to uprzednie, rozpisane w czwórgłos życie, trwające jakby na niby. Co więcej, należy usilnie wyeksponować fazy poprzedzające, a zarazem przygotowawcze do włączenia się czy wniknięcia w organizm Ikachu, gdyż jest konieczne, by jak najwyraźniej uwidoczniło się i uwydatniło stopniowe do tego procesu dochodzenie, jak też - działanie przeznaczenia. Prześledzić by współdziałanie z losem, który każdemu z nich dał znać o sobie, nim objawił się w postaci naczelnika. Pilnie by przebadać punkty styczne owych poślednich losów z tym głównym, a następnie - przebieg ogarniania i wchłaniania nikłych osobowości przez tę wybitną i ponadprzeciętną w każdym względzie, a przy tym chłonną i pojemną, zdolną pomieścić w sobie wszelkie przejawy ludzkiego życia jako ponadczasowego zjawiska... Hej, hej, nie przesadzajmy - mityguje się red. M.H. - Nie róbmy z Gleby jakiegoś Molocha czy innego potwora. Nie da się wszakże zaprzeczyć, że jest to ktoś, kto nie tylko przerasta otoczenie, a w ogóle zwykłą, ludzką miarę - ale kto zdolny jest kształtować nowe formy bycia. To człowiek-instytucja. Nie darmo mówi o sobie, że Ikach i on są jednym...

Co stwierdziwszy, red. M.H. z niejaką niechęcią, wręcz z przymusem zagłębia się w wiadome biografie - nieciekawe, pokąd rozgrywały się gdzieś w świecie. Z ulgą wszakże odnajduje u kresu każdej niegdysiejszej sytuacji dobrą, szczęśliwą chwilę, z której nieodmiennie wynika Gleba. I dopiero wówczas red. M.H. zdolny jest w napięciu i zadziwieniu śledzić te czyjeś życia, jakie stały się godne uwagi z chwilą, w której sens im nadało pojawienie się tego genialnego ich kreatora, a przy tym zapamiętałego i znamienitego łowcy dusz. Tak więc, dopóki - jednak! - red. M.H. musi im towarzyszyć, uczestnicząc w realiach szarych dni, co najwyżej podbarwionych zadatkami przyszłego splendoru - czuje się jak człowiek poddawany zabiegom otrzeźwiającym z czarownego, narkotycznego snu, i to przy pomocy końskiej kuracji, która polega na oblewaniu zimną wodą lub na zanurzaniu w jej lodowatym chłodzie. Twarda, szorstka egzystencja, istniejąca poza Ikachem, zdaje się być okropna, zdolna wręcz przyprawić o atak ostrej depresji. I tylko Gleba - mag! arcykapłan! - oglądany pośród codzienności pracy, nie wywołuje takich to niemiłych, wręcz przykrych skojarzeń; wprost przeciwnie, jakoś uczłowiecza się, urealnia, przybliża. Nie tracąc wielkości, staje się kimś zwykłym: co się zowie ludzkim.

Wypowiedzi rozmówców, mimo to, stopniowo coraz mocniej jednak przykuwają uwagę red. M.H. Ot, ciekawią go jako kurioza. Niepomny jest przy tym, że i on kiedyś nie należał do Ikachu, nie podlegał jego wpływom, wiodąc żywot niezależny i samowolny. Tak, ale wtedy jeszcze nie wiedział o istnieniu przedmiotu swej miłości, nagłej i niepohamowanej jak biegunka; miłości od pierwszego wejrzenia, która nim owładnęła niepodzielnie, tak że chwieje się pod działaniem jej mocy. I dziwić się musi nędznemu, ubogiemu egzystowaniu, którego doświadczał, nim los skierował go ku czemuś, co stało się uzasadnieniem jego narodzin. Bo oto doznał zauroczenia, które przesądzi jego przyszłość.

To prawda - przyłapuje się red. M.H. na niekonsekwencji uczuć - pociąga go również egzotyka czy tylko obcość życia poza murami Ikachu. Postanawia wszakże nie poddawać się takiej to pokusie, niczym mnich, który wyrzekł się świata oraz zgubnych i złudnych jego spraw. Wziął się więc w garść i skupił wszystkie duchowe moce na doprowadzenie swego dzieła do pomyślnego końca. Chyba żeby założyć jego nieskończoność? Nie należy odrzucać takiej możliwości, wszak zasługuje na nią wszystko, co wiąże się z Glebą i jego Ikachem... Co stwierdziwszy, red. M.H. z właściwą sobie bystrością i po raz nie wiadomo który spostrzega, że już nie jest swój, że całym sobą należy do świata naczelnika Gleby. Świadczy o tym, między innymi, drobiazgowa precyzja, z jaką pracuje nad wyłaniającym się z chaosu i bałaganu układem tekstu, co jest niewątpliwym objawem przejęcia się duchem Ikachu.

Gotowy tekst zawiera starannie wyselekcjonowane i odpowiednio dobrane oraz opatrzone odautorskim komentarzem fragmenty wypowiedzi wybranych osób - te mianowicie spośród nich, które spełniają życzenie naczelnika, nawiązując do dziejów uśmiechu tego wybitnego męża; uśmiechu, który wyraża jego stany wewnętrzne, wytwarzające się za sprawą nie tylko bieżących sytuacji, lecz również charakteru poszczególnych faz jego życia. Wynikające z jednych i drugich, zmienne tegoż uśmiechu rodzaje powinny zostać zobrazowane przez przedstawiane sytuacje, które ową zmienność uzasadnią, umotywują i zilustrują.

Czego można się spodziewać po tak szeroko zakrojonej pracy? Trwać ona będzie do niewiadomego skutku. Zapewne, mimo szaleńczego pośpiechu, potrwa raczej długo. A choć cel jest jasno wytyczony, nie wiadomo - bo trudno to przewidzieć - jaki będzie ostateczny jej wynik. Chyba że miałby oznaczać właśnie rzeczy ostateczne? Wszystko zatem staje się możliwe, nawet równoczesne i równoległe komponowanie książki.

Pozostało jeszcze tylko ustalić metodę komponowania, by zachować spójność i stylistyczną konsekwencję, oraz by ujednolicić (jak w Ikachu!) formę przedstawiania wypowiedzi. Klamrą oczywiście pozostanie sławetny uśmiech, lecz wyeksponować trzeba znamienny fakt nagłego, rozstrzygającego i przesądzającego bieg rzeczy wkraczania Gleby w najstosowniejszym jakimś momencie.

Otóż dla każdej spośród osób, której udziałem miała stać się przynależność do Ikachu, musiała pojawić się chwila, która sprawiła, że wypowiedzieć mogli znamienne słowa: To był dzień! Była to bowiem chwila, w której po raz pierwszy zetknęli się z Józefem Glebą i gdy każda z zainteresowanych osób mogła w rozmaitych wariantach powtórzyć treść uśmiechu tegoż Gleby, akceptujący otoczenie. Gwoli przypomnienia: fakt psychologiczny, określony stwierdzeniem dobrze, że jesteś, mógł odnosić się zarówno do sytuacji, w której przyszły naczelnik (a później już jako taki) wybierał swoich ludzi - jak i tej, w której oni z ulgą i radością odnajdywali - jego.

W szczególny i nieco odmienny sposób dotyczy to jego matki, której owo pierwsze zetknięcie się z nim przydarzyło się w chwili narodzin Józka, a nawet wcześniej, bo już w momencie poczęcia. Tyle że ona wtedy jeszcze nie wiedziała, komu daje życie...


Z dziejów pewnego uśmiechu


Cieszę się, że cię widzę, a może raczej: Dobrze, że jesteś - obydwa te sformułowania są, by tak rzec, obosieczne czy też podlegające sprzężeniu zwrotnemu. Dotyczą bowiem zarówno Józefa Gleby, gdy dostrzegał w swej bliskości kogoś pożądanego - jak i tych, którzy się na niego z najwyższą radością natykali. A już szczególnie - matka. Nie tylko przecież on cieszył się jej widokiem, ale i ona, i to może jeszcze bardziej, a przy tym bezinteresownie... Tak czy inaczej, sformułowania te jednakowo trafnie oddają stan rzeczy, który jest, jaki jest, czyli samoistnie trwający i niezależny od wywołujących uśmiech pobudek. A te mogą być tłumaczone także chęcią wykorzystania czyjejś obecności - w celu uzyskania rozmaicie pojmowanej przysługi. Tu już mam na myśli naczelnika Glebę, a konkretnie i na razie - w stadium wczesnego dzieciństwa. Dlatego nawet taki to, niemowlęcy rodzaj uśmiechu - częściej niż przypuszczamy - jest użytkowy. Dodam: bezwiednie użytkowy, gdyż w Józku dopiero formuje się przyszły naczelnik.

Jak wynika z kroniki i relacji świadków, pochodzi on skądś z zapadłej wsi. Ten rodzaj środowiska znaczy wiele, gdyż za sprawą sprzeciwu, skierowanego przeciw jego jakości - przyczynił się do tworzenia zaczątków przyszłej wielkości Józefa Gleby. To tam, wśród zamkniętego w sobie krajobrazu, urodził się i dorastał, nie znając innego - do czasu. To tam powstały jego pierwsze pojęcia o świecie oraz nienasycona potrzeba zmierzenia się z nim, poparta zaradnością z musu. Tam nabywał umiejętności, których uczyły go warunki i okoliczności. I tam też ma swe źródło idea powszechnego Ziemiaństwa: mógł ją podjąć jedynie ktoś z ziemi narodzony. Łatwo też sobie wyobrazić jego matkę jako współtwórczynię przeznaczeń syna. Przedstawmy sobie zatem spracowaną kobietę, której pojawianie się przy niemowlęciu, później przy raczkującym i stawiającym pierwsze kroki berbeciu, było nie tylko wynikiem potrzeby naturalnej, lecz pomocą przy wylęganiu się orła. Dla chłopczyka zaś - niewysychającym źródłem ulgi i pociechy. Już wtedy bowiem zawiązywało się w nim ziarenko, które z czasem wykiełkowało w potrzebę szukania wokół siebie ludzi w różny sposób przydatnych. I wtedy też zapewne powstał w nim instynkt zjednywania ludzi, aby w

nich uzyskać oparcie przy tworzeniu dzieła życia i aby pomagali mu tworzyć warunki umożliwiające realizację wielkich celów.


Matka



Wypowiedź matki Józefa Gleby udało mi się uzyskać, gdy odwiedziłem ją w jej domu, w ich rodzinnej wsi. Wybrałem się tam pekaesem, po czym wędrowałem w pełnym, reporterskim rynsztunku, który wśród mieszkańców wzbudzał spore zainteresowanie, by nie rzec - sensację. Obciążony owym sprzętem, z niejakim trudem wspinałem się nieco stromą, kamienistą drogą - odgałęzieniem szosy - rozpytując napotykanych ludzi o dom Anieli Glebowej. Pokazano mi nieduży budynek, poniekąd ukryty za kopką wzgórza, w płytkiej niecce, pośrodku łąki czy pastwiska. Podszedłem tam i oto co zobaczyłem:

W niewielkim sadzie pasie się krowa. Obejście otoczone jest niewysokim płotem. Za jego sztachetami barwi się kwietny ogródek, stamtąd też zalatuje przyjemny zapach kopru. Natomiast z wnętrza zagrody - woń mleka, świeżego chleba i... obornika. W głębi widać różne zabudowania gospodarskie, takie jak kurnik, chlewik i obora. Ślady opon samochodu, wyżłobione w gliniastym podłożu, świadczą o niedawnym tu pobycie miejskiego gościa, zapewne syna. A i trawa na niewielkiej płaszczyźnie w pobliżu furtki, zmiażdżona kołami, nie zdążyła się jeszcze wyprostować. Gdaczą kury, porykuje pasąca się krowa. Niepewny, czy nie obskoczy mnie jakiś zjadliwy piesek, jak żuraw przechylam się przez płot, nawołując:

- Halo, jest tam kto?

Najpierw w okienku uchyliła się muślinowa firanka i znad pelargonii wyjrzały czyjeś szare oczy, a potem wyszła na przedproże niemłoda, lecz krzepka i niezbyt chuda kobieta. Odziana jest, jak zwyczaj każe, w szeroką spódnicę, fartuch i flanelowy kaftanik. Włosy, zapewne posiwiałe, zakrywa wzorzysta chusta. To jest z pewnością matka naczelnika. Nim ją powitam i powiem, kim jestem oraz po co przychodzę, przyglądam jej się przez kilka sekund i błyskawicznie oceniam.

Jest to stereotyp wiejskiej matki - cóż można więcej powiedzieć o tej kobiecie? Zniszczona jest pracą, lecz widać, że nie folguje słabościom. Zachowała czerstwy wygląd i naiwność dziecięcego niemal spojrzenia - które jednak, w chwili pierwszego ze mną zetknięcia (jak zapewne wobec wszelkich obcych, i tylko wobec nich) na moment staje się nieufne i przebiegłe. Ciężko jest jej na pewno, przecież pozostaje sama, lecz myślę, że za skarby świata nie wyrzekłaby się swych udręk, które poczytuje sobie za szczęście: być matką takiego syna? Cóż dziwnego, przecież jego wielkość niewątpliwie spadła na nią jak nieoczekiwana łaskawość życia; jak nagroda za wytrwałość w łożeniu na jedynaka środków pieniężnych i brania na siebie ciężaru prowadzenia gospodarstwa. Ona chyba nie odczuwa zatem goryczy opuszczenia, a tylko samą słodycz, jaką jest dla niej samozaparcie i ponoszenie wyrzeczeń dla uwielbianego z pewnością syna. Być może, raz po raz przywołuje go pamięcią czy to w rozmowie z własnymi myślami, czy z którąś z sąsiadek. To jej na pewno dodaje wytrwałości i podtrzymuje siły... Ale pora zacząć rozmowę.

- Dzień dobry pani kłania się redaktor Marek Hałas. Wie pani, jestem z gazety, to znaczy dziennikarzem, i pragnąłbym...

- A, witajcie. A czego chcą?

- Chciałbym z panią porozmawiać o pani synu. To znaczy, o panu naczelniku Glebie.

- A czegóż to?

- Zamierzam o nim napisać i właśnie dlatego bardzo panią proszę o kilka słów o nim. Może pani zechce opowiedzieć o jego dzieciństwie, młodości, i tak dalej.

- A, to wejdźcie.

Przez mrocznawą sień wchodzimy do izby, która jest zapewne pokojem gościnnym. Świadczy o tym brak łóżka. Jest tu tylko trochę mebli na wysoki połysk, a podłoga, zapewne z sosnowych desek, zasłana jest grubym, wzorzystym dywanem. Pośrodku - stół nakryty lnianą serwetą, a przy nim wyścielane krzesła.

- Siadajcie. Herbatki się napijecie czy kwaśnego mleka?

- Jeśli można prosić, to mleka.

Podczas gdy ona wychodzi, zapewne do kuchni po drugiej stronie sieni, wydostaję z torby magnetofon. A ponieważ wyglądem przypomina on tranzystorowe radio, przeto ona może nie spostrzeże, że to jest magnetofon i nie domyśli się, że nagrywam to, co mi opowie. A przede wszystkim nie będzie speszona. Po chwili ona wraca, niosąc dzbanek i kubek.

- Pijcież. Gorąc taki.

- Ano, gorąco. Oj, jakie dobre. Zimne.

- W lodówce było. To czego chcieliście?

- No, żeby mi pani opowiedziała o swoim synu. O jego dzieciństwie, następnie o tym, jak się kształcił, jak dorastał, i w ogóle jaki był, nim doszedł do obecnego stanowiska.

- A na cóż to wam?

- Już mówiłem, że chcę o nim napisać. O jego życiu, a nie tylko o tym, co teraz robi.

- To wy mi powiedzcie, co też to porabia mój Józuś? Jakże mu się wiedzie?

- Nie był ostatnio u pani? Nie opowiadał?

- Był, był, ino że on zawżdy się spieszy. No to wy mi powiedzcie co o nim.

- Ano cóż, sprawuje urząd, jest zapracowany... Jest pani chyba dumna z takiego syna?

- Oj, panie. Kiedy obrywam ręce w robocie, kiedy ich domyć nie mogę, takie są przeżarte ziemią, to se myślę o białych rączkach mojego syna. A wtenczas to już mi nie żal tych moich. O, popatrzcie, jakie to są szorstkie kiejby zgrzebło, urobione po łokcie.

- Po prostu są spracowane. Takie ręce budzą szacunek. Syn często panią odwiedza?

- A jakżeby nie? I taki zadowolony zawsze. Jaki to on był uśmiechnięty, kiedy tu przyjechał niedawno. A przecie wiem, ile to zgryzot i trosk mu dopieka, co ino na ten dzionek jeden zostały się haw, w tym jego urzędzie, ale dopadną go zarutko jak te wściekłe psy, kiej ino wróci; niech ino się tam pokaże. A przecie stać go zawsze na ukazywanie mi uśmiechniętej twarzy, co to wcale nie przestała być dla mnie gębusią mojego chłoptasia, kiej był maluśki. A to się roześmieje, a to rączyny do mnie wyciągnie... Teraz też. Choćby wczoraj. Jakże to serdecznie ucałował te moje zgrzebne ręce i zaraz dopytywał się, czym zdrowa i jak sobie radzę z gospodarką, a jeszcze, czy mi pomagają wujkowie. To dla niego wujkowie, a dla mnie moi bracia rodzeni, na swoich gospodarstwach osiedli. Pewnie, że mi pomagają, jak nie pomóc wdowie, kiej znikąd wsparcia? A przecie wiem, że swoich zmartwień mają dość, to i prosić nie śmiem o pomoc. I dopiero Józuś, jak przyjedzie...

- A córka? Bo ma pani córkę?

- A mam. Ale przecie moja Matylda już od trzech roków jest w mieście za tym swoim ślusarzem... Wielką panią to ona nie jest, nie to, co mój Józuś. Ten ci to dopiero jest panem, bo tela ludu ma pod sobą, a pewnie i gości zagranicznych przyjmuje... No więc Tyldzia siedzi se w mieście, ale zapomnieć o mnie to nie zapomniała. Za to nie już pamięta, jak i co się u nas robi. No to wpadnie tu czasem i w czymś mi tam pomoże, ale co to za pomoc, kiedy nie zna się na niczym. A przecie tu się urodziła i wychowała, i przy gospodarstwie też nieraz robiła. Prędziuśko jakosik zapomniała. Nie pamięta już czy co, jak sie u nas pracuje, a może woli nie pamiętać. I cięgiem się spieszy do tych swoich jakichś miastowych spraw. Jajek tylko zabierze, masła i sera, i kogutka jakiego, że to w mieście nie takie wszystko jak u nas.

- Co prawda, to prawda. Czyli że nie ma pani pociechy z córki...

- Ano, co robić? Zawszeć to moje dziecko i wstyd mi o niej źle mówić, ale... Co innego Józuś. Ten ci dopiero, jak przyjedzie, to i za kosę się złapie, i za siekierę, i za młotek. I nie ogląda się na nic, ani na te swoje białe ręce. Mówi, że ta praca to dla zdrowia, bo mu nie służy siedzenie. No pewnie, cięgiem tak siedzieć na stołku, choćby i wyścielanym, a toć płaskodupia można się nabawić - to on tak kiedysik powiedział. Ino że ja wiem, że to z dobroci serca ta jego pomoc, już tam serce matki wie najlepiej. A jak już musi odjeżdżać, to mu jadła jakiego do teczki czy innej torby wepchnę, bo brać to on nie chce. Mówi, że ma wszystkiego po uszy. Pan dyrektor... I kto by to pomyślał, że z takiego urwisa... Bo dla mnie to on zawżdy będzie moim kochanym chłopaczyskiem, albo i maluśkim syneczkiem, co to rączyny do mnie wyciągał... Powiedzcież, panie, jakże mu się tam wiedzie w tym jego ogromniastym biurze?

- Już pani mówiłem, że urzęduje, no i rządzi. I lubiany jest, a nawet uwielbiany, bo stać go dla wszystkich na uśmiech; na okazywanie wszystkim uśmiechniętej twarzy.

- No to chwalić Boga. Taki to już mój syn jest. Zawsze taki był, od maleńkości.

- To niechże pani coś opowie o jego najwcześniejszym dzieciństwie.

Glebowa nie daje się prosić. Chwilę tylko namyśla się nad wyborem jakiegoś stosownego epizodu, po czym wdaje się w opowieść, z której wynika obraz powszedniego, wiejskiego dnia, dla Glebowej wszakże naznaczonego ważnym dla niej zdarzeniem.

Być może był to jeden spośród upalnych dni lata, kiedy to tamtejszym ludziom nie daje odetchnąć nasilenie prac, a ich wyniki zagrożone są niebezpieczeństwami, które burzą i gradem mogą spaść z nieba, wichurą przywędrować z obcych lądów, wychynąć z powodzi wezbranych rzek. Są to niebezpieczeństwa, których nie znają mieszkańcy miast, bo dla nich jest to tylko niedogodność wynikła ze złej pogody. To właśnie nadchodzenie burzy popędzało Glebową przy pracy tak bardzo, że umysł ćmił się, a pot zalewał oczy. I tylko czuwający w niej czas, który obywa się bez zegarów, podpowiadał jej, że pora najwyższa wrócić do domu, by zająć się swym maleństwem.

Zbierało się na burzę, wiecie, to choć słońce pokazywało mi, że pora już obiad gotować i nakarmić mojego Józusia, sprzeciwiłam się i słońcu, i sobie samej. Grzmoty hurkotały już za lasem, więc w pośpiechu, ile sił, kopiłam moje siano na łące za strugą i o tym ino myślałam, żeby nie zmokło. Już od wczoraj zielona żabka, co mieszka u mnie w maliniaku, skrzeczała na słotę, a i zięba na topoli wróżyła to samo, i rosy rano nie było, a to znaczy, że będzie deszcz. No to zwijałam się jak w ukropie.

Słyszeć słyszałam, jak Józuś miauczy w kolebusi - a głos niósł się tego dnia daleko - a potem to nawet darł się wniebogłosy, ale nie przerwałam roboty. I dopiero kiedy nagle zacichł, przelękłam się, ale nie za bardzo, bo zmiarkowałam jakosik, że to ino takie tam matczyne strachy, bo i co mogłoby się stać złego? To zakazałam sobie tego lękania się, bo trza dokończyć kopienia. Ale już i koniec był wreszcie z tym sianem, bo się przecie uwijałam. Więc ino jeszcze popatrzyłam na chmurę, która już wyszła ponad las: teraz to możesz se straszyć - a już pół nieba zeżarła - i czym prędzej wracam do domu, ciągnąc Kwiatulę i odganiając kury z ogródka.

I dopiero kiedym podeszła pode drzwi, zmiarkowałam, że w domu jest jakosik za bardzo cicho. Tom znowu się przelękła: może zatchnęło się moje biedactwo albo wypadło z kolebki... Ale nie, pewnie ino se zasnął. No to wiążę Kwiatulę do żłobu, ale dopiero wtedy słyszę, że ktosik w domu gada. Kie licho? Złodziej albo zbój sprawowałby się cichaczem, więc pewnikiem ktoś do mnie przyszedł. To już spokojnie dokończyłam, com ta jeszcze miała do zrobienia... Wchodzę ci ja do izby i co widzę? Nad kolebką pochyliła się i dzieciaka mi zabawia ta pani Marysia od nauczycieli, co to u nich zamieszkała, bo ją wielkie nieszczęście spotkało, męża i dziecko straciła. - Nawet pani do twarzy tak przy dzieciątku - powiadam, ale zaraz żem się ugryzła w język, bom przypomniała sobie, co z nią jest. Ale nie, nie obraziła się, ino mówi, co usłyszała, że dzieciak płacze, to i weszła, bo drzwi nie były zaparte, ona zaś wyrozumiała, że nikogo przy nim nie ma.

A mój syneczek leżał se cichutko, z piątką w gębusi i ani mrugnął, tak wpatrywał się wytrzeszczonymi ślepkami w panią Marysię, a najpewniej to w jej korale. I dopiero kiedym pochyliła się nad nim, roześmiał się bezzębną gębusią, aże mu było widać różowe gardziołko. O mójże ty synusiu najkochańszy... Gdyby maleństwo umiało mówić, pewnie by mi rzekło, jak bardzo się cieszy, że przy nim jestem. A ja pierwszy raz sobie wtenczas pomyślałam: jak to dobrze, że jesteś, moje ty słoneczko, kiej ciężko mnie samej, a nie ma nikogo, kto byłby ze mną. Bo mój stary nie nacieszył się synem, już od trzech miesięcy leżał na cmentarzu, zabity piorunem.

Pytacie, czemu mi się akurat to wspomniało? Bo czy to mój synuś ten tylko jeden raz uśmiechnął się do mnie? Uśmiechał się przecie zawżdy, kiedym się nad nim pochylała, ale żem o tym nie myślała, bo to było zwyczajne. I trza było dopiero takiego trafunku jak ten, kiedy to burza się rozszalała i kiedy obca kobieta zatroskała się o moje samo zostawione i przestraszone dzieciątko, ale ono ino na mnie czekało... No to trza było takiego właśnie przypadku, żebym po raz pierwszy zobaczyła, jak to jest, kiedy dziecko uśmiechnie się do matki, tylko do matki. Inaczej do dziś bym tego nie wiedziała.


Maria


Tak więc, również po raz pierwszy, także i panią Marię widzimy w takiej to właśnie sytuacji... Bo oto któregoś dnia dany jej zostaje niezwykły podarunek w postaci dziecięcego uśmiechu, który spowodował ciąg nieodwracalnych, acz wtedy jeszcze nie przeczuwanych następstw. Zapoczątkowało się wtedy coś o znaczeniu rozstrzygającym, a stało się to w chwili, w której po raz pierwszy zobaczyła małego Józka, nie wiedząc, że oto widzi ucieleśniony swój los. Sprawcą przeznaczeń było niemowlę imieniem Józef Gleba, gdyż za jego to sprawą - za sprawą jego płaczu, a potem uśmiechu - dane jej było uzyskać wstęp do jego życia - ale i na odwrót. Wszak i ona znalazła się w kręgu jego środowiska, później zaś wpływów... Był to zaczątek roli, jaką w jej życiu odegra po latach Józef Gleba. Na razie wszakże doznała doraźnego poczucia ulgi: komuś przecież stała się i okazała potrzebna; ktoś potrzebował jej pomocy i znalazł ją, odwdzięczając się uśmiechem radości. Czyli: dobrze, że jesteś, bo potrzebuję twojej obecności...

Przyjrzyjmy się zatem okolicznościom, w jakich do owego pamiętnego, pierwszego zetknięcia doszło. Idzie oto polną czy leśną ścieżką, być może wyraziściej niż dotychczas odczuwając swe osamotnienie. Idzie więc smutna i obolała, i ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że przybiera taki to wyraz, ponieważ jest jej z nim do twarzy. Tak, bo ona - jak sama wyznaje - nawet przechadzki traktowała jako rodzaj twarzowego ubioru, a ściślej mówiąc: jak przybieranie stylu, podnoszącego czy wzmagającego jakość życia. Tyle że, zamiast sportowego ubioru, nawet na leśny spacer wkładała modną suknię i korale... Idzie zatem, trawiona rzeczywistą chyba zgryzotą, i zapewne szuka wyjścia, o które, jak łatwo się domyślić, doprawdy jest trudno w jej położeniu. Wsłuchajmy się w jej rozterki:


- Nadchodząca burza zmusiła mnie do przedwczesnego zakończenia spaceru. Nie darmo właśnie wtedy nadciągała, ale ja po prostu zmartwiłam się, że wcześniej niż zamierzałam muszę wracać z mojej włóczęgi po lesie, w której szukałam ukojenia po niepowodzeniach życiowych. Codziennie taką przechadzkę odbywałam - dla zdrowia i dla higieny psychicznej, szukając w zmęczeniu, lecz też w estetycznych doznaniach możliwości zapomnienia, a bodaj chwilowego oderwania się od moich problemów. Los mnie bowiem ciężko doświadczył: straciłam dziecko, mąż mnie opuścił... Przepraszam, że pominę szczegóły, ale są wciąż one zanadto dla mnie bolesne. Dodam tylko, że z pewnością nie bez kozery tak się właśnie stało. Jakże inaczej mogłoby dojść do zetknięcia się z Józefem Glebą, a tym samym - czy uzyskałabym możność docenienia szczęścia, jakiego doznałam, wstępując czy przystępując tutaj, do Instytutu?

Moi rodzice, tamtejsi nauczyciele - jak to dobrze, że miałam dokąd wyjechać - przyjęli mnie pogodnie i ze zrozumieniem: - Dobrze, że jesteś. - Może wydało im się, że odzyskali córkę? Pobyt na wsi działał na mnie kojąco. Urok i cisza tamtejszego odludzia zapewniały mi poczucie bezpieczeństwa w sytuacji, gdy czułam się rozbitkiem życiowym. Podejrzewałam, że jestem na pograniczu rozstroju nerwowego, by nie rzec: psychicznego zboczenia, kiedy to można już lubować się w tym, co boli. I ani spostrzegłam, kiedy bolesność zaczęła nabierać słodkawego posmaku.

Z leśnego wzgórza schodziłam ku wsi ścieżką przez pola i widziałam, jak w łące za strugą młoda i krzepka kobieta w pośpiechu grabi siano. Był to widok, z którym zżyłam się od dzieciństwa. Ja nie muszę tak ciężko pracować - pomyślałam nie bez gorzkiej satysfakcji. I chociaż kiedyś, dawno, nie wyobrażałam sobie, jak można żyć w mieście - czułam dziwaczną potrzebę, aby się od wsi odciąć, zadając sobie jeszcze jeden dotkliwy ból. Mimo wszystko zazdrościłam Glebinie (bo ona to była), że zajęta ciężką pracą, nie ma czasu na rozdrapywanie ran. Bo i ją przecież dotknęło nieszczęście: wkrótce po ślubie straciła męża w jakimś wypadku. Wspominam o tym, by wykazać, jak bardzo ona i jej syn byli i są zdani na siebie.

Szłam już drogą między domami, gdy przez otwarte okno usłyszałam płacz dziecka. To w chałupie Glebów wzywał pomocy mały Józek. Doznałam wstrząsu, lecz nie z powodu tego zwykłego przecież, niemowlęcego płaczu. Po prostu natychmiast obliczyłam, ile latek miałoby moje dziecko, gdyby żyło. Z radością znosiłabym wszelkie biedy i niewygody, byleby tylko móc słyszeć taki wzywający mnie płacz, który chyba nawet w kamieniu zdolny jest obudzić uczucia. Doprawdy, biedny jest ten, kto go nigdy nie posłyszy... No, ale nie w tym rzecz, lecz w zbiegu okoliczności, jakim posłużył się los, aby mną pokierować. Wszak to los spowodował, że znalazłam się w tym właśnie, rzec by można, miejscu przeznaczenia - i w chwili zaiste najstosowniejszej. Gdyby bowiem nie burza, nie doszłoby do takiego zetknięcia i takiego doznania.

Drzwi nie były zamknięte, więc weszłam. Mały usłyszał stuknięcie i natychmiast przestał płakać. Jego matka pobrzękiwała już w podwórzu krowim łańcuchem: za chwilę wejdzie, pochyli się nad kołyską, a mały powita ją uśmiechem, którego nigdy nie zaznam: - Dobrze, że już jesteś. - Glebina, sąsiadka... Ona chyba macierzyńskim instynktem domyśliła się, co się ze mną dzieje, ale zachowała się wytwornie i poprzestała na wyrażeniu mi wdzięczności. Nie zapytała mnie o nic, co miałoby związek ze stanem moich uczuć. Nie zapytała ani wówczas, ani nigdy. A ja skowytałam wewnętrznie: jej za chwilę wolno się będzie cieszyć... Sądziłam wówczas, że taki jest powód mojego wzburzenia, ale tak nie było. Obecnie wiem, że to właśnie wtedy w sposób wewnętrzny posłyszałam głos przeznaczenia.

Niemowlę przytknęło piąstkę do buzi i naraz uśmiechnęło się, wyciągając ku mnie rączyny i wpatrując się w moje korale wytrzeszczonymi ślepkami. Tymi samymi - gdy już stały się oczami - którymi spogląda na mnie obecnie pan naczelnik.


Ewa


Taki niewypierzony, chudy podlotek: jasne włosy w ciągłym nieładzie, wytarte teksasy, zadeptane tenisówki, wyświechtana bluza, ale w oczach pali się niewygasający płomień. Jest nim wola bogatego bycia, jeszcze nie określonego konkretnym kształtem. I dlatego należy ująć ją w karby i nadać jej należyty kierunek, poddając wpierw próbom. Tego rodzaju brak bowiem i taką potrzebę wyczuwa, jak się zdaje, wobec samej siebie Ewa, choć jeszcze nie jest w stanie owego braku uzupełnić, a potrzebie zadośćuczynić. Ten sam jest też zresztą kierunek myślenia Gleby, który już wówczas podjął zamiar kształtowania jakości Ewy. Zamiar ten zarysował się w zamysłach młodocianego wówczas, przyszłego twórcy swego systemu. Stało się to w okolicznościach, w których los zetknął tych dwoje, a były one szczególne, odbiegające od zwykłej codzienności. Lecz było przy tym oczywiste, że wnioski, jakie z ukierunkowanych dążeń Ewy powinny wyniknąć, muszą pojawić się u niej czy niejako przed nią same - jako oczywistość. Musi je wysnuć sama, dojść do nich samodzielnie, a nie pod wpływem jakichkolwiek nacisków - i sztuką jest spowodować taki stan rzeczy.

Proces kształtowania zarówno Ewy, jak również okoliczności (tak!), trwający do dziś, rozpoczął się zatem dawno, podczas odbywania przez nią harcerskiego obozu. To na nim Ewa po raz pierwszy zetknęła się z Józefem Glebą. Były to dni, w których przeznaczenie odsłoniło przed nią swe oblicze. Zderzyła się z nim, a ono popchnęło ją w stronę ustawicznych poszukiwań, niespełnień i rezygnacji. Stale zaś rozbudzanych zapałów, sprzecznych pragnień i ambicji miała doświadczyć - jak się zdaje - jedynie po to, by móc poddawać je woli Józefa Gleby, która zaciążyła nad nią jak twarda, sterująca ręka fatum. To wówczas pojawił się i zapoczątkował ciąg konieczności.

A oto sytuacja, w której rezolutne, egzaltowane dziewczę za chwilę zetknie się z przyszłym swym naczelnikiem i z jego nastawieniem, określającym się w wyrażanym poprzez uśmiech sformułowaniu dobrze, że jesteś. Na razie kręci się między rozrzuconymi wśród lasu szałasami, wszędzie zagląda, nie wiadomo czego chce. Spróbujmy ją zrozumieć:


- Wybiegłam kiedyś boso o brzasku, szarym świtem. Był ostry i surowy z powodu rosy tak zimnej, że aż parzyła stopy; także za sprawą szorstkości traw i rzeźwego zapachu, jaki tworzyła mieszanina woni rydzów, igliwia i żywicy. Okolica była piękna, trudno wypowiedzieć, jak bardzo piękna. Łąka, las i znów łąka. Poniosło mnie. Ano cóż, żebym to ja choć raz wiedziała, co mnie gna, co wyzwala radość bez przyczyny? No pewnie, że nie wolno było włóczyć się poza obozem, zwłaszcza przed pobudką, ale wtedy nie znalazł się jeszcze taki, który by mi czegoś zdołał zabronić.

Biegłam ścieżką poprzez leśną łąkę - popędzało mnie niejasne przeczucie czegoś, co mnie czeka. Czułam w sobie takie możliwości i taką gotowość nie wiedzieć czego, że aż musiałam biec temu czemuś naprzeciw. Rozsadzało mnie jakieś mętne pragnienie, niezrozumiała nadzieja i przedziwny niepokój. Nigdy dość jasno nie pojmowałam pobudek swego postępowania, lecz wówczas działo się to jakoś w sposób szczególny. Zresztą i dziś czasami zachowuję się - mimo ustawicznego treningu w Ikachu - jak bezrozumne, popychane instynktem stworzenie. Artystyczna dusza, co? Przynaglałam siebie: prędzej, prędzej - i nie wiedziałam, że gonię swój los. Może zresztą to on pędził mi na spotkanie? Wydawało mi się, też wtedy nie wiedziałam czemu, że za wszelką cenę muszę dobiegnąć do miejsca, gdzie pod lasem krzyżują się drogi. Cienie kładły się długie... Nie, nie było ich wcale, przecież ledwie dniało, słońce pewnie dopiero za jakąś godzinę wzejdzie. Było mgliście, szaro od rosy i tak jakoś jednolicie, że wciąż jeszcze nie dało się rozróżnić, co jest krzakiem, co drzewem, a co człowiekiem. Jednak nie było tam nikogo, jeśli nie liczyć mnie.

Wreszcie dobiegłam do skrzyżowania. Stanęłam zadyszana, rozglądając się z uczuciem zaciekawienia i nadziei - ale doznałam zawodu. Czegoś się przecież spodziewałam niezwykłego, a tu nic. Lecz naraz... Naraz jednak - zaskoczenie: spostrzegłam, że on stoi obok. Harcmistrz Józek Gleba. Właściwie - student psychologii. A funkcję kierowniczą na obozie pewnie przyjął i objął ot tak tylko, dla nabycia wprawy w dowodzeniu, może też dla zarobku. Nie miałam pojęcia, skąd się tam, na tym rozstaju wziął. Pojawił się zupełnie nieoczekiwanie, jakby wyrósł spod ziemi. Albo raczej, jakby wyniknął z bezkształtnych mgieł i mglistych kształtów - a może z zamętu moich przeczuć i pragnień? I już wiedziałam, że po to biegłam, aby go spotkać i aby on mnie zauważył. Ładnie to powiedziałam, prawda? Przypatrzył mi się dość surowo, ale nie zanadto, i pyta: - Co ty tu robisz, i to o takiej porze? - Wcale mnie nie skarcił, jak tego oczekiwałam. - A pan? - zapytałam. Nie odpowiedział. I dopiero po chwili: - Dobrze, że jesteś, bo akurat mam do ciebie pilną sprawę, to ci o niej powiem, korzystając ze sposobności. - Ale ja byłam pewna, że coś innego kryło się pod tym zdawkowym stwierdzeniem, bo kiedy uśmiechnął się tak jakoś chłopięco i nieśmiało, naraz wydało mi się, że powiedział: - Jak to dobrze, że jesteś. - A że to właśnie pragnęłam usłyszeć, odpowiedziałam w ten sam sposób: - Jestem, ależ jestem.

I tyle tylko mogła znaczyć ta wymiana uśmiechów, która nas jakoś potwierdzała, i to nie tylko wzajemnie względem siebie. Znaczyła jednak o wiele więcej, gdyż od tamtej właśnie chwili cholernie zaczęło mi zależeć na jego uznaniu i cieszyłam się jak wariatka, że Józek na mnie spojrzał. A było to spojrzenie takie (nie śmiejże się), że gotowa już byłabym chodzić na rzęsach na jego polecenie - tylko dlatego, że zechciał je wydać. On mi po prostu jedynie coś zlecił, ale ja przyjęłam to jako dowód łaski. Czy powodowało mną coś więcej niż radość i wdzięczność za wyróżnienie? Nie wiem. Widocznie tak. A nim? Upatrzył mnie sobie? Może.

Miałam odtąd sprawować na obozie funkcję przewodniczącej sekcji higieniczno-sanitarnej. I sprawowałam. Tak. To mi właśnie zlecił wtedy na łące pod lasem. A ponadto powiedział mi, że nazajutrz mam wystąpić na ognisku, i w ogóle współpracować także z sekcją kulturalną. Czemu? Niby zwyczajnie, bo w spisie uczestniczek zaznaczono, że mam zdolności recytatorskie i że występowałam w szkole, ale... Nie, wcale mnie nie zadziwiło powierzenie mi dwóch niejako sprzecznych, wykluczających się jakoby funkcji. Jedne budziły we mnie wstręt, drugie radość i obawę, a jednak... Jednak miałam trochę wątpliwości, czy to jest słuszne - dopóki nie doszłam do pewnych wniosków. Otóż to nawet mądrze zostało pomyślane, że wprzęgnięcie mnie do nieprzyjemnej roboty, którą ktoś przecież musi wykonywać, zniweluje nadmiar pięknoduchostwa, co jest słuszne dla zachowania równowagi i żebym nie popadła w zarozumialstwo. Tak to wówczas zrozumiałam, lecz nie domyśliłam się, że obydwie te funkcje zostały mi powierzone po to, by zawisnąć nad moją przyszłością. Masz chyba rację, że on jest wizjonerem, co się potwierdza w tym, że już wtedy dość szczegółowo i na serio przewidywał stworzenie Instytutu - a przewidując, brał mnie w ikachowskie posiadanie, na ikachowską własność. To ta pierwsza wymiana spojrzeń - tam, na niemal symbolicznym skrzyżowaniu dróg - sprawiła, że poddałam się ulegle i dobrowolnie.

Tak, wtedy właśnie po raz pierwszy zetknęłam się z jego metodami, które - masz rację - chyba na tamtym obozie, a może i przy innych okazjach zaczął już wypróbowywać, by doprowadzić je do szczytu w rzeczywistości Ikachu. O tak, gromadzone doświadczenia pomalutku stawały się zadatkiem jego przyszłego systemu i zalążkiem Ikachu, który wkrótce rzeczywiście powstał, a obecnie całkiem mnie zagarnął. Jestem z tego powodu dumna i szczęśliwa, ale czasem jest mi ciężko. I dlatego tak jest przyjemnie czasami się dokądś wymknąć, jak teraz tu, do ciebie. Cieszysz się? No to dobrze. Ja też się cieszę.

Wtedy, na obozie, podczas apelu porannego Józek ogłosił, kim mam tu być i jeszcze tego samego dnia niemal w natchnieniu obeszłam obozowy teren, sprawdzając czystość osobistą, a także wewnątrz szałasów i pomieszczeń sanitarnych. Ja i nie ja. Nie poznawałam siebie. Już we mnie ktoś tkwił, jakieś powielenie, jakby były we mnie dwie osoby. Chciało mi się rzygać, a mimo to ta druga we mnie za nic nie zaniechałaby tego wstrętnego sprawdzania.

Następnego dnia rano zwijam się pod kocem, bo gwizdek pobudki wyrwał mnie z najlepszego snu - i nie pamiętam, że coś się wydarzyło; coś niezwykłego, co przyszłe dni uczyni niepodobnymi do wczorajszego i wszystkich minionych. Jest szaro i mgliście, zanosi się na deszcz, to nie chce się człowiekowi wygrzebać z barłogu. Jednakże naraz przypominam sobie, że jest, że istnieje Józek, że mnie zauważył - i to jest najlepszą pobudką. Naciągam dres, wyskakuję pierwsza z szałasu, żeby Józkowi nie utrudniać życia. Zaraz potem zaczynają się wszystkie obozowe dyrdymałki, nudy na pudy - i znów raptem przypomina mi się, że harcmistrz Józek wczoraj na próbie pochwalił mnie i powiedział: - Będą z ciebie ludzie, Ewuniu. - I to jest coś, co grzeje, co sprawia, że dzień przestaje być szary, nudny i zimny. Umiem opowiadać? Dziękuję.

A potem, kiedy indziej, jest już parne popołudnie, mam dyżur, a ponieważ poważnie traktuję przewodzenie sekcji sanitarnej - szczególnie pilnie doglądam wynoszenia koszy i palenia śmieci. Czuję przy tym, że nie jest to ot, takie sobie wynoszenie; jest ono czymś więcej, niż zwykłymi porządkami. Nie ukrywam, że zależy mi, aby Józek widział, jak się wywiązuję, a poza tym przyjemnie jest mieć władzę nad dziewczynami, które jak te mróweczki... Ale spostrzegam, że chyba przeholowałam i że patrzą na mnie zezem. No i słusznie. Sama się zresztą źle czuję w roli poganiacza, a tu jeszcze Józek spogląda na mnie karcąco jakoś, oj karcąco. Więc czym prędzej wprzęgam się w nosidła, pojemnik jest ciężki, chybocze na wszystkie strony, ale Józek patrzy, no to już jest mi lżej. Już też dla koleżanek znów jestem równą dziewuchą, świadczą o tym śmiechy i piski, więc żeby już całkiem było na tak, łapię ścierkę i szczotkę, szoruję drewniane sedesy... No nie, tego jednak dla mnie za wiele, szanujmy się, zwłaszcza że widzę zanadto już władczą minę instruktora dyżurnego, który z założonymi rękami zagląda w każdy kąt i gotów mnie jeszcze popędzać - a wreszcie Józek jest tu od rozkazywania... Ale znów - a czy to do moich obowiązków należy takie szorowanie? O nie, tego nie ścierpię, mam ochotę rzucić mu pod nogi tę obrzydliwą szmatę, którą dopiero co wytarłam deski.

Czuję, jak narasta we mnie obrzydzenie do tych czynności, a także do siebie za takie to dobrowolne samoponiżanie, więc dla przeciwwagi uświadamiam sobie, że przecież sprawuję funkcję, a to szorowanie to tylko tak, dla kaprysu, może też dla ćwiczenia się w pokorze - lecz czuję równocześnie, że takie argumenty to dla mnie za mało, nikt mojego poświęcania się nie doceni. I oto nagle przypominam sobie, że dziś na ognisku odegram się za poniżenia, bo będę królować, wszak Józek mnie wyróżnił, więc pokażę, na co mnie stać, i robi mi się słodko. A mycie wychodków to po prostu jeszcze jednak rola, którą przyjęłam zwyczajnie, jak na przykład przyjmuje się dzień.

A właśnie już zbliża się wieczór, więc - podniecenie, radosne, acz nie pozbawione obaw. Są one czymś naturalnym u aktorów, no, u każdego, kto publicznie występuje. Jednak nie jest to paraliżujący strach, wprost przeciwnie, napływ sił. Wszak ten mój występ będzie zarazem już jakby wstępem do nowych ról... Dziewczyny poszły po gałęzie do lasu, to ja za nimi, nie żeby im pomóc, bo nie mogę być zmęczona, brudna i poszarpana - ale tylko tak sobie, dla przeżycia letniego wieczoru i żeby przygotować się duchowo.

Tymczasem ściemniło się i rozpalono ognisko. Iskry lecą w granatowe niebo, czernieje las i tańczą cienie. Już śpiewane są pierwsze piosenki, wszyscy wydają się być odmienieni, jakby nie ci sami, co za dnia; taki wieczór działa jak narkotyk, a wspólnota obozowa nabiera szczególnego sensu, wyższego jakby; staje się zadatkiem czegoś o innym niż obóz znaczeniu. Chce mi się żyć, żyć mocno, aż do bólu. Smętnie mi jest z tego powodu aż do ściskania w gardle - a zarazem radośnie aż do łez...

I oto słyszę swoje imię, wywołuje mnie ta, co prowadzi ognisko, a ja stoję tuż za kręgiem siedzących i poza zasięgiem blasku, więc w półmroku - i czuję się tak, jakbym pozostawała tuż przed wielkim wtajemniczeniem. Jestem przebrana w długą, nocną koszulę i owinięta prześcieradłem, które imituje tunikę, bo jestem Antygoną. Nogi mi trochę drżą, ale czuję, że mój występ jest właśnie tym, co powinnam robić. A jednak jest to też czymś jeszcze innym, jeszcze ważniejszym, bo - rodzajem służby... Więc głowa do góry: taki gest zasadniczo zmienia psychikę (zatem może po to właśnie dano mi rolę?); istnieje jakieś powiązanie między gestem i postawą a stanem wewnętrznym, znam to nie tylko ze sceny... I już staję się kimś, kto za chwilę zapewne otrzyma nie tylko brawa, ale też nobilitację na uczestnika nieznanych, acz przeczuwanych, nowych dla mnie jakichś stanów - dlatego ma prawo wystąpić z podniesioną głową, nakazując tym samym podziw dla siebie i szacunek. To nie jest zarozumialstwo, lecz posłuszeństwo nakazowi nie wiadomo przez kogo wydanemu - i już naraz wiem, już czuję, na co mnie stać. Na ogół, recytując, stoję z opuszczonymi rękami, że to we mnie sam duch się w sobie zmaga, mierząc się z narzucaną mu czy zaszczycającą go wartością. No, czasem jednak wykonuję jakiś niby to odruchowy gest, żeby wypadło jak naturalniej. I tak właśnie postanowiłam wygłosić mowę przedśmiertną Antygony.

Na drżących - jednak! - nogach wchodzę w krąg światła niczym kapłanka mająca dostąpić namaszczenia. Stoję w chybotliwym blasku, trzęsę się, z trudem opanowuję głos - ale za skarby nie wyrzekłabym się występu, zwłaszcza że podtrzymuje mnie na duchu zachęcający uśmiech Józka. I czuję się nim zaproszona nie tylko do tego występu, lecz na całe moje życie - do wszelkich występów i wystąpień. Bo wiem, że to z jego woli tak się teraz ze mną dzieje. Wiem, że poddał mnie próbie; chciał, żeby mi było teraz trudno, bo muszę się nauczyć pokonywania później wszelkich trudności. No to niejako wychodzę z siebie, i to skutecznie, żeby go nie zawieść i żeby mu się też przypodobać, I czuję, że już nie jestem sobą. Jestem Antygoną. Mówię, co miałam powiedzieć, ale ukrywam się pod tekstem; nie ma mnie, tylko sam tekst i ta grecka dziewczyna - a mimo to jestem: ja i nie tylko ja - jeśli wiesz, co mam na myśli. A mówiąc po prostu, staram się całą sobą czuć to, co mówię, i innym narzucić swe odczucia... Jak teraz, w Ikachu. I co najważniejsze, opanować wewnętrzne roztrzęsienie, to rozedrganie, którego nikt nie może i nie powinien się domyślić.

A teraz przychodzi mi z największą łatwością przekazywać ludziom z zewnątrz treść i sens Ikachu. Potrafię też tu, wewnątrz, znaleźć się należycie, czego przykładem lub raczej wyrazem jest choćby to, że umiem wbiec do gabinetu naczelnika (widzisz, na co się zdał mój talent), uśmiechając się promiennie, czyli - cała jestem szczęśliwa, że pana widzę i że mogę osobiście doręczyć to pismo, którego pan oczekuje - i podać je umiejętnie, wiesz, takim specjalnym gestem wręczania. No i czekać pokornie na uśmiech podziękowania albo na słowo znaczące tyle samo, co ów uśmiech, czyli - dobrze, że jesteś. Tak zresztą, dosłownie tak właśnie mówi do mnie Józek, pardon, pan naczelnik, jeśli mnie do czegoś potrzebuje. Oczywiście, służbowo.


Adam


Adam poznał Józefa Glebę jako tego, który już w chwili pierwszego zetknięcia zamierzył i odtąd stale będzie usiłował o nim rozstrzygać; jako więc kogoś, z kim będzie się musiał ciągle zmierzać. Zetknięcie to bowiem nastąpiło w wybranej chwili życia, w której Adam stał się do tego zdatny - czy też okazał podatny na to, by przyszły naczelnik z miejsca mógł go wziąć w swe ręce. Zamiar ten Gleba powziął od razu, gdy nadarzyła się ku temu sposobność, czyli gdy przytrafił się stosowny moment oraz gdy znalazł się odpowiedni materiał ludzki - proszę mi wybaczyć to nieładne, lecz niestety stosowne określenie.

Odnalezienie to (a może odkrycie czy wykrycie?), choć jego następstwa różną miały w przyszłości przybierać postać - także i w Adama przypadku uzyskało kształt stwierdzenia: Jak to dobrze, że jesteś. I musiało zostać przypieczętowane stosownym uśmiechem jeszcze wprawdzie nie naczelnika, ale już (i od zawsze) Józefa Gleby. Otóż stało się tak, że pewnego dnia ten chłopak (Adam) po raz pierwszy zdał sobie sprawę ze swego rozdwojenia: pragnie, by mu ktoś podał rękę - i jednocześnie odtrąca ją za to, że ten gest ujawnia mu jego bezsilność. Może ten właśnie fakt jest powodem, dla którego Gleba się nim zainteresował? Pamiętajmy przy tym, że Adam jest chorym na sieroctwo wychowankiem Domu Dziecka.

Przyjrzyjmy mu się, jaki był w tamtym okresie. Oto zadziorny i jednocześnie nieśmiały smarkacz, chudy i niezgrabny, z śmiesznie ruchliwą twarzą, z odstającymi uszami, które stara się zakryć długimi włosami nijakiej barwy, ale nic nie poradzi przeciw nadmiernie szpiczastej brodzie, bo jeszcze mu się na zarost nie zanosi. Taki więc - już jakby na stałe! - smarkacz, mądry zarazem i naiwny, bezradny wobec świata i siebie, rozsadzany chęcią zawładnięcia światem i sobą. Rzec by można, że jest taki właśnie - czyli został wyposażony w te, a nie inne cechy - wyłącznie po to, by w przyszłości mógł znaleźć zastosowanie w Ikachu i by dał się tam wykorzystać; jako więc wyrostek o krańcowym usposobieniu, raz śmiejący się z byle czego, to znów popadający a to w złość, a to w ponure przygnębienie lub w rozpaczliwą apatię. Tak, bez wątpienia był takim jakby tylko po to, by później mogła się na nim sprawdzić realizacja programu Gleby. I tylko do uśmiechu Adam nie znajduje okazji ani upodobania. Taki sam jak inni w odruchach ciała, inny natomiast w sferze myśli i uczuć - jest takim stworzony jakby po to, by kiedyś mógł stać się w Ikachu wybornym materiałem badawczym.

Jak się zdaje, nie ma pojęcia, kto go zrodził. Ambitny do przesady, czuły i szorstki, gotów kochać i nienawidzić za czyjeś, nawet tylko urojone właściwości. Bywał wówczas - i chyba jest nadal - szczery i bezkompromisowy, szkoda tylko, że rozchwiany wewnętrznie i już wtedy przedwcześnie zgorzkniały. Te najczęściej pojawiające się jego stany przetrwały być może do dziś, w przeciwnym bowiem razie nie byłby aż tak specyficznie w Ikachu hołubiony. Raz po raz zapewne rozbija się o jakiś mur i albo sam rozwali się, albo też mur ustąpi, a on zwycięsko wejdzie w upragniony obszar. Spróbujmy wczuć się w jego obecny, wewnętrzny stan, gdy przywołuje przeszłość i swoje stany ówczesne:


- Niech cię nie dziwi mój zdławiony głos, ale gdyby mi przyszło pisać pamiętnik - pod każdą datą umieszczałbym stek przekleństw i to byłaby wyłączna treść. Właściwie to nie było tam, w Domu Dziecka tak źle, dostawaliśmy wszystko, co ich zdaniem było nam potrzebne do życia, psiakrew. Kieszonkowego nie wydawałem na byle co, a z długotrwale składanych oszczędności kupiłem wreszcie płytę z ulubionymi nagraniami Beatlesów. Cudowni chłopcy, ileż bym dał, by móc być takim jak oni. Szukałem wzorów... Próbowałem nieraz naśladować ich miny i gestykulację, a wszyscy zaśmiewali się mówiąc, że przy moich uzdolnieniach mima pomyliłem się, wybierając zawód wychowanka Domu Dziecka.

Jakie przekleństwa wpisałbym pod datą tamtego, deszczowego popołudnia? Był to jeden z tych dni października, kiedy pogoda odstrasza od wyjścia na dwór. Trwała pora odrabiania lekcji, czyli wewnętrznego zatracenia; pora, w której każdy z nas stawał się uczniem i tylko nim, kimś więc, po kim szkoła, społeczeństwo czy jakiś inny abstrakcyjny i anonimowy stwór wiele się spodziewa. Taki właśnie i tylko taki mogłem się przydać Glebie i darmo sobie tłumaczyłem, że do licha, przecież społeczeństwo to ja, także ja. A czemuż to moje uczestnictwo ma być obowiązkiem? Czy świat nie ma wobec mnie obowiązków? Czy nie liczę się jako osoba? Ja przepraszam.

Nie domyśliłem się, że moje właściwości były już objęte planem ikachowskim, w myśl którego uczyniono mnie zbuntowanym, by stworzyć okazję wbijania we mnie ikachowskich pazurków. One trafią wszędzie, dosięgną mnie gdziekolwiek. Byłem po prostu przeznaczony czy wyznaczony do stania się obiektem ikachizacji. Tak, to prawda, że Instytut wtedy jeszcze nie istniał, ale to nie jest takie pewne. Bo skoro nastał tu do nas Gleba na stanowisko wychowawcy, skoro miał już ukształtowane swoje plany, i skoro istniało samo zjawisko zwane obecnie glebizmem; skoro wreszcie istniałem ja i mnie podobni ludzie ze swymi problemami - to powołanie wcielającej idee Gleby instytucji było tylko kwestią czasu. Już wtedy zaczynałem być sterowany w zakresie moich umiejętnie wykorzystywanych i zastosowywanych właściwości. Wychodziło to na jaw wówczas, gdy łamiąc regulamin, nie oglądałem się na następstwa. Ale generalnie rzecz biorąc, o takim to sposobie bycia czy o takich zachowaniach można było tylko co najwyżej pomyśleć. A jednak, a jednak...

Niemniej bowiem postanowiłem być sobą, Adamem, który chce słuchać Beatlesów. Zapragnąłem ich usłyszeć natychmiast, było to jak ostry głód. A moi ukochani chłopcy uśmiechali się do mnie z obwoluty. Sztama, chłopaki, co? Prędzej, póki potrzeba nie wygaśnie, nie zamieni się w popiół. Odszedłem więc od zeszytu, w którym ledwie zacząłem pisać matematyczne zadanie, i włączyłem adapter. Gdy tylko śpiew i muzyka wypełniły pokój, wymazując jego nieznośną, ponurą treść, natychmiast zniknął nastrój przygnębienia, rozjaśniła się myśl i rozpogodziła wyobraźnia, ukazując mi obszary życia niedostępne i upragnione. Potrzeba mi było, jak nigdy, takiej iskierki, odblasku innego świata.

Koledzy czekali lękliwie, co z tego wyniknie; żaden z nich nie oderwał spojrzenia od zeszytu i tylko niektórzy zerkali ukradkiem ku drzwiom, ale i ku z wolna obracającej się płycie. A Beatlesi śpiewali tak cudownie... Uwierzyłem, że może istnieć rzeczywistość odmienna od tej tutejszej. Adapter ryczał na cały regulator: do diabła, niech wiedzą, niech wszyscy się dowiedzą, że nie jestem niczyim niewolnikiem - to infantylne określenie pochodziło z zasobów, jakimi się wtedy z upodobaniem posługiwałem. Kto potrafi odróżnić dziecinadę od tragedii, ten zasługuje na miano mędrca.

Wszedł wychowawca, ten jeszcze poprzedni. Spojrzał wściekle, po czym ryknął: - Co tu się dzieje? Ach, to ty, gagatku. Znów? Poczekaj, pogadamy. Już ja ci pokażę. - I temu podobne. Wkrótce miał odejść, chciał po sobie zostawić pamiątkę. Trach, pękła moja płyta w jego żylastych łapskach. Mój skarb nabyty kosztem wyrzeczeń. Banalne? Nie sądzę: przecież to mnie się przytrafiło, a nie komuś. Siadłem na podłodze, po czym załkałem i zawyłem dziko. A ten potwór porwał się ku mnie, chciał mnie uderzyć, bo niektórych podnieca widok czyjejś rozpaczy. Powściągnął się jednak w porę i wyszedł, odwróciwszy się na pięcie. Może i miał rację, ale gdybym mu ją przyznał - na nic bym się wówczas nie zdał teraz tu, w Ikachu. Zresztą wtedy nie umiałem myśleć takimi kategoriami, a ponadto o zamysłach Gleby, dotyczących Ikachu, nie mogłem jeszcze wiedzieć. Stawiałem znak równości między twardą ręką a niesprawiedliwością, więc ryczałem w kącie jak zarzynany bawół, rozcierając łzy po niezbyt czystej gębie. A koledzy? Żaden się nie roześmiał, chyba mi współczuli, acz nie tylko, bo w wyraźnym zażenowaniu pochylili się nad zeszytami.

I wtedy właśnie wszedł nasz nowy wychowawca, smarkacz jeszcze. Tak, Józef Gleba. Nie wypadało już beczeć po szczeniacku, zresztą nie jego dotyczyła moja bezsilna wściekłość, więc wstałem i niby to kontynuując jej wyrażanie, jąłem przed nim wyczyniać idiotyczne gesty i grymasy - pantomimę rozpaczy. Patrzył na mnie uważnie, badawczo i jakby niedowierzająco. Od razu mnie chyba rozgryzł, bo naraz uśmiechnął się filuternie, żeby potwierdzić, a pewnie też uzupełnić to, co o mnie zapewne pomyślał, powiedział bowiem: - Chłopcze, ależ ty masz zdolności mima. Wiesz co? Zorganizujemy teatrzyk, miejsce dla ciebie zapewnione. - I znów rozdziawił gębę z poczciwym uśmiechu, a ja nie wypiąłem się na niego, jak nieraz później, bo mnie bestia od razu ujął. Odczuwałem ostry głód życzliwości i cholernie były mi potrzebne wyrażające ją słowa, nawet jeśli wątpiłem w ich szczerość - takie na przykład, jak: - Dobrze, że jesteś, bo taki jak ty jest mi właśnie potrzebny. - Człowieka zawsze podnosi na duchu fakt, że go ktoś dostrzegł i docenił. Postępek nowego wychowawcy wydawał mi się wspaniałym podarunkiem, który wynagrodził mi nie tylko złamaną płytę...

Grałem potem rzeczywiście w różnych skeczach - o ile grą można nazwać wygłupy wśród ryku zadowolonych koleżków. Ale najważniejszy był ten pierwszy raz - jednak dopiero dziś wiem, że kreowanie mnie na aktora było punktem programu w przysposabianiu do innych wprawdzie gier, lecz za to do podobnych ról. Jeszcze nie wiedziałem, że gra będzie mnie kiedyś mierzić i dlatego przez cały następny dzień rozmyślałem nad postępkiem i zachowaniem Gleby, jak też nad tym, że jednak jest możliwe, aby człowiek mógł się w ten sposób do człowieka uśmiechnąć. I stawałem na łbie z uciechy. Widzisz, jak niewiele mi było trzeba. A on taki już był i chyba jest - mimo wszystko. A do cholery, przecież następstwa tamtego popołudnia ciągną się i wloką za mną do dziś, niczym smród. Wciąż odgrywam przed nim rolę sprzed lat i czynię to z lepszym lub gorszym skutkiem, wbrew sobie albo wbrew niemu, i wściekam się przy tym albo mam przekorną uciechę. Wiem, wiem, że zostałem przez tego magika zaprogramowany na sprzeciw i wewnętrzne sprzeczności, ale nie zawsze tak będzie, lecz tylko do czasu, przysięgam, że do czasu...

Zjednywanie budzi we mnie odrazę, bo jest rodzajem zachłanności, może nawet zaborczości: znaczy tyle, co wziąć sobie kogoś, ale i opanować. A ja tego nie znoszę. Ja - to jestem ja, i koniec. Mogę co najwyżej dobrowolnie się poddać, ale wpierw musiałbym wiedzieć, dlaczego to czynię, oraz uznać tego, komu się poddaję. I dlatego wszelkie objawy pozyskiwania są dla mnie wstrętne. Gdybyż to jeszcze dla mnie samego... Ale jako środek realizacji czyichś celów? A jednak wtedy byliśmy kwita: on potrzebował mnie, żeby sprawdzić siebie i swoje metody - więc akurat tyle, ile ja jego potrzebowałem, żeby móc się poczuć kimś. Aż tyle więc wynikło z pierwszego z nim zetknięcia. Dodajmy: ujawnionego, a może nawet - w pewnym sensie objawionego... Mam bowiem podstawy, aby przypuszczać, że on znał mnie wcześniej, niż ja jego.

Kolejną fazę życia młodocianego Józefa Gleby można zapewne streścić określeniami: to lubię, to mi się podoba, czuję się tu dobrze, jestem zadowolony ze stanu rzeczy, i temu podobne. Faza ta jednakże tylko w pewnej mierze dotyczy obecnego naczelnika Gleby, gdyż od zarania cechowały go tendencje reformatorskie. Przywiązanie do miejsca urodzenia nie mogło być doznaniem trwałym, gdyż stanowiłoby przeszkodę w czynieniu sobie globu ziemskiego ojczyzną. Rodzinny krajobraz, będący źródłem zachwytu, do którego Józef Gleba był zdolny, skłaniał go natomiast do głębokiej refleksji nad postacią świata. Zadatki owych skłonności pojawiły się być może już wówczas, gdy biegał boso, pasąc gęsi po ugorach, a świat odzywał się do niego ledwie uświadamianym urokiem - by z czasem coraz to głośniej przemawiać wielkością, w której warto i trzeba uczestniczyć. A doznania swe uczynić powszechnymi i obowiązującymi cały rodzaj ludzki.

Wolno się domyślać, że te odczucia, zrazu nieświadome, stopniowo stawały się czymś podległym rozumowi, który podpowiadał Józkowi ich wartość. Nie tylko ujawniały mu się, ale i konkretyzowały, by narastać, nasilać się i utrwalać. W miarę jak wzmagał się graniczący z zachłannością podziw dla świata godnego uwielbienia, rosła też chęć jego podboju. Tym samym i zasięg owego uwielbienia rozprzestrzeniał się coraz to dalej i dalej ku nieznanym, nęcącym widnokręgom. To właśnie spoza nich napływały falami coraz to obfitsze informacje, a wraz z nimi coraz rozleglejsze widoki, by wypełnić otoczenie Józka - tę odosobnioną szczelinę Ziemi czy życia - pobudzając ciekawość i wzmagając pragnienie oraz potrzeby coraz to bardziej nienasycone.

Tu nasuwa się ostrożne domniemanie: czy wspaniałość ziemskiego oblicza, jak też ogrom świata nie zrodziły w małym Józku (ze wszech miar jeszcze małym!) kompleksu niższości? A jeśli tak, to czy z tego powodu nie powstała w nim - mająca znaczenie czegoś w rodzaju zadośćuczynienia - potrzeba podporządkowania sobie tegoż świata? Czy właśnie wtedy ten chłopiec nie zapragnął zrównać z powierzchnią ziemi wszystkiego, co go przewyższa, by mógł nad niejako uzyskanymi w ten sposób płaszczyznami górować?

Lecz oto następuje okres, w którym każdemu z kilkorga wybranych osób Józef Gleba daje poznać, kim jest naprawdę: on jako on i on jako potajemny inspirator ich postanowień czy tylko pragnień - a nawet twórca przeczuć. Taki ukryty zapłon i rozrusznik ich wewnętrznych mechanizmów. Taki katalizator i rezonator przyszłych poczynań, o rodzaju których przesądzał w sposób przez tę grupkę wybrańców zwykle nieuświadomiony. Bo tylko pani Maria wiedziała, co się w niej zapoczątkowuje.

Okres ten nie był jednoznaczny z odpowiednim wobec zdarzeń wiekiem Józefa Gleby; z wiekiem odpowiadającym treści owych zdarzeń i niejako z nimi równoległych. Wyodrębnić ów okres należy jedynie jako swoiste zjawisko - lub raczej jako fakt dokonany, niezależny od chronologii. Prócz tego, owo uśmiechnięte to mi się podoba równie słusznie mogło znaczyć: tak mi się podoba, co było tyleż wyrażeniem swej woli, ile nakłanianiem innych do podobnego podejścia do nierozwiązanych problemów.


Matka


Jak nietrudno się domyślać, widziała w swym synu więcej, niż godziło się wiedzieć. Cóż w tym złego? To przywilej matek. Z jej relacji wynika, że nieraz widywała go, jak siedział gdzieś wysoko na wyniosłej miedzy, na stoku, gdzie pola graniczą z lasem. Stamtąd widać było dolinę rzeki i całą niemal wieś, a nawet te sąsiednie. Ale on patrzył jakby gdzieś dalej. Co widział? Najdalsze, niebieściejące pasmo i snujące się nad nim obłoki? Na pewno tak, ale nie tylko. W jego oczach, które dostrzegały otaczające piękno, z pewnością wszakże nie jedynie góry znajdowały swe odbicie. Jego wzrok, jak się zdaje, przebijał się przez tę zaporę, aby powędrować dokądś dalej - tak daleko, że nie śmiała tam za nim podążać. Toteż nie zapuszczała się w nieznane jej obszary, do których nie miała dostępu, i nie dlatego, że skryte były pod widnokręgiem... To znów krowy czy gęsi szły w szkodę, a on tego nie widział, pochłonięty czytaniem, siedząc byle gdzie, pod płotem czy na pastwisku. Czy miała go za to bić? Spalić książki? Tego rodzaju postępki wobec syna z pewnością były wykluczone.


- Jak żem usłyszała wrzask, tom już wiedziała, że to wydziera się ta Gawronka - że krowy w koniczynie... No tom, wiecie, wypadła z izby - i za chałupę. Już z daleka ujrzałam czerwony grzbiet naszej Kwiatuli w zagonie koniczyny, i pobrzękiwanie też łańcucha usłyszałam, widać kołek za słabo był wbity. Tak ci się dokądsiś spieszyło, synu? Ale jego nigdzie nie było widać. Tom wywiodła Kwiatulę z koniczyny - a bok miało bydlątko niezgorzej opchane - i uciszyłam wrzaski sąsiadki obietnicą, że mendel jajek dam na odszkodowanie. A potem, kiedym wbiła kołek jak trza, przysiadłam nasłuchując.

Nieopodal była kotlinka, a w niej gęstwina młodych smreków, dzikiej róży i tarniny. To stamtąd dolatywał głos. Tu cię mam... Podeszłam cichutko jak złodziej, choć żem ino tajemnicę syna ukraść miała. Zaglądam ci ja spodem popod gałęziami - i co widzę? Siedzi sobie Józek na kamieniu, dokoła niego z siedmiu czy ośmiu chłopaków tyż siedzą, jak popadnie, i wpatrują się w niego jak w nauczyciela. A on im czyta... Nie, to ino książkę miał rozłożoną, coby im obrazki pokazować, a tak to on sam z siebie opowiadał... Wyspa Wielkanocna? Zobaczyłam na dużej fotografii morski brzeg i te jakiesik figury jak jakie dziwolągi, które i mnie wczoraj pokazywał mówiąc, że to jest Wyspa Wielkanocna czy jak jej tam, alem nie miała czasu pooglądać. A i wtenczas, jak żem tam podeszła, nie było czasu, bo mnie mogli uwidzieć, tom wycofała się cichaczem, znów jak ten złodziej, co to już ukradł, co miał ukradnąć. Już moja była ta prawda o Józku, która mi się dopiero pokazała calutka, choć przecie żem z dawna się jej domyślała.

Więc to takie ci on miewał zachcianki, przez które wnet by pewnikiem uciekł z domu i ode mnie. Kraje dalekie, zamorskie mu się zwidywały. Takich to on widoków wypatrywał ze swojej miedzy. Uśmiechało się czasem chłopaczysko do tych swoich przywidzeń, jakby już były jego te dalekie światy i jakby świata naszego nie widział. A przecie i u nas tyle piękności, że... A może i widział, kto jego wie, ale jakosik inaczej, po swojemu. Tak samiuśko jak wtenczas, kiedy to - przecie pamiętam - rączyny wyciągał a to po kwiatek, a to po gołębie piórko, a to po promyczek słonka... I klaskał w łapiny, i śmiał się ino, bo jeszcze nie umiał rzec, że takie mu się cudne widzi to wszystko... A co też to ja mówię, a czy to taki mały berbeć wie, co jest i jak jest? On ino potrafi uśmiechać się tak jakosik, a bo ja wiem, jak? O, to to, co racja, to racja: kiedy to jeszcze takim uśmiechaniem się o nic nie prosi, ino wita i wita bez końca... To taki był Józuś, kiedy jeszcze nie wyrósł.


Maria


Odpowiednikiem czy rezonansem stanu wewnętrznego małego jeszcze Józka Gleby, polegającego na wyrażaniu swej woli w zakresie upodobań - mógł być ówczesny stan pani Marii. Ten wszakże miał charakter bierny - do chwili, w której kolejne zetknięcie z tym chłopcem zmieniło, i to w sposób przełomowy, ów charakter, przesuwając odczucia od bezwładu do ożywionej aktywności.

A zatem musiało się wydarzyć coś znaczącego, by pani Maria mogła zdać sobie sprawę, że stan rzeczy musi ulec zmianie i że powinna tego chcieć. Stało się to dzięki Józkowi Glebie, choć on naturalnie (chociaż kto wie?) jeszcze nie mógł żywić względem niej świadomych zamiarów, jeśli nie liczyć wrodzonej skłonności wabienia dusz, by poddawać sobie te, które udało się zwabić.

Patrzcie, patrzcie, ależ ona nadal przebywa w tej wsi. Który to już rok przetrzymuje ją udręka niewiedzy o prawdzie? I czy bodaj nie znudzi jej się bezczynność? To prawda, czymś się zajmuje, pomaga rodzicom, ale to jest zaledwie pretekst; nikłe uzasadnienie racji bytu. Tak się zapamiętała w nurzaniu się w swej tragedii, że zapomniała o świecie. Nie wybrnie samodzielnie z tego bagienka. Nie trudno się domyślić, a nawet wiadomo, kto jej wskaże możliwości wyjścia z zaczarowanego kręgu bezwładu i zaniku woli - ze stanu więc niemal równemu martwocie: Józef Gleba, to oczywiste. I wiadomo też, że wskaże ze względu na przyszły udział w Ikachu, gdyż ta kobieta stanowi materiał świetnie nadający się do obróbki. Ale nie wolno dopuścić, by ona domyśliła się tego. Z tegoż właśnie względu trzeba, by w niej samej, jeszcze żywej, jeszcze nakazem instynktu samoobrony czepiającej się lada pretekstu ratunku, powstała samodzielnie jakby wyczuta konieczność przełomu. I by - również jakoby sama - domyśliła się zaszczepionego w niej powołania. Ma oto w pani Marii narodzić się i narosnąć wola życia, by dojrzeć do stanu, w którym pojawi się potrzeba dopatrzenia się drogowskazu w czyichś potrzebach i dążnościach, choćby były nimi te dotyczące dziecka. Istnienie małego Józka, dostarczające sposobności takich to świadczeń, stało się inspiracją działań, by za ich sprawą spełnić się mogło to, co spełnić się musi.

Ale ona jeszcze o tych możliwościach nie wie, gdy - utulona pod skrzydełkami rodziców - zdaje się nie pamiętać o tym, że są przecież drogi, które mogłyby wyprowadzić ją z odludzia, jak również, że pobyt w nim stanowi fazę przygotowawczą. Tyle że wróciło jej nieco pogody oraz uśmiech, poprzez który udostępnia się ludziom, pozwalając go dowolnie tłumaczyć - a wyznaczyła mu rolę zdawkowego, wysmakowanego stwierdzania faktów tworzących rzeczywistość. Jest ono zapewne melancholijne, zważywszy upodobanie, jakie pani Maria znajduje w stanach zadumy i rozpamiętywania. Nietrudno jest wówczas czarne lub szare stany duszy podmalowywać na kolorowo.

Tu trzeba dodać, że wszystko to, co w tamtym okresie tkwiło w głębi duszy tej wytwornej kobiety czy damy, przetrwało do dziś, starannie pokryte barwnym opakowaniem pieczołowicie pielęgnowanej, eleganckiej powierzchowności i nikt nie miewał i nie miewa tam prawa wstępu. Gdyby jednak komuś udało się do owego wnętrza zajrzeć, może przeraziłby się z powodu przedziwnych łamańców, skrętów i grymasów, jakie - niczym dążąca w stronę światła roślina - wyprawiała dusza pani Marii w okresie, gdy jeszcze nie należała do Ikachu. Zniekształcona bowiem była jednostronnie wywieranym, jednorodnym uciskiem wciąż tych samych, powszednich spraw, które ta kobieta rozdmuchała do rozmiaru tragedii. Przeżywanie zaś jej rzeczywistego dramatu stało się hołubioną obsesją. Jednakże tak musiało być, bowiem ozdrowieńczy kryzys nie nastąpiłby bez poprzedzającej go choroby.

Wszystkie tedy drogi wiodły panią Marię ku Józkowi, potem Józefowi Glebie. Całym swym dotychczasowym życiem nieświadomie przygotowywała się do spotkania z nim właśnie. Można zaryzykować stwierdzenie, że był on w niej, nim wszedł w jej życie, a i ona niejako w nim była, zanim się z nim zetknęła. Biegła zatem ku niemu jakby przyciągana, wcale nie wiedząc o tym. Czyż tam na wsi, u rodziców - przesiadując dzień w dzień z wciąż tą samą robótką - nie tęskniła do zmian?


- Siedziałam jak zwykle przy oknie, robiąc na drutach sweterek i wierząc czy łudząc się, że na coś czekam. Stale tak przesiadywałam, bo ten rodzaj zajęcia, który nie zajmował myśli, a tylko ręce, stawał się dla mnie odprężeniem, ale i pozorem zarobkowania. To prawda, dano mi zajęcie sekretarki, ale w szkółce, w której pracowali rodzice, niewiele miałam roboty. Zależało mi zresztą na tym, aby mnie zostawiono w spokoju. Czy rodzice tolerowali stan rzeczy? Tak - bo cóż mieli począć z uciążliwym, starzejącym się dzieckiem, jakim byłam? Ustawicznie zajęci, zapracowani ponad siły, nie mieli czasu i nie byli w stanie pozwalać sobie na subtelności i wzruszenia. O tak, można im było pozazdrościć zdrowia, prężności i umiejętności pogrążenia się w pracy, kiedy to łatwo jest zapomnieć o osobistych zmartwieniach i wyzbyć się obsesji - ale też, niestety, uczuć wyższego rzędu. Obce im były wzniosłe przeżycia. Nie mogli więc być dla mnie wzorem, zwłaszcza że przeznaczenie chciało, by stał się nim ktoś inny. Ich sposób bycia stał się dla mnie co najwyżej wskazówką, czego powinnam unikać, oraz ostrzeżeniem przed wyzbywaniem się głębin duchowych. Ale nie chciałam o tym wszystkim wiedzieć, bo milszy mi był spokój. Niemniej, wydawali mi się parą bezdusznych wołów i działało to na mnie odstręczająco, gdyż tylko to, co wówczas nazywałam pielęgnacją duszy, uważałam za zabieg godny człowieka. Czyż nie słusznie?

Do czego wszakże miało mnie doprowadzić nie poparte uczynkami, więc jałowe rozpatrywanie moich stanów? Oczywiście - jakże celowe i jak potrzebne się okazało, gdy mi się przysłużyło do odnalezienia kierunków, w jakich należy popchnąć moją zwiotczałą, wręcz omdlewającą osobowość. Czyli - docelowo - do Ikachu, jedynej prawdy, dla której należało w przyszłości opuścić nawet ojca i matkę. Lecz wpierw musiały powstać okoliczności, które powodują powstawanie pytań. Te bowiem, skłaniając do szukania odpowiedzi, stają się pierwszym krokiem w stronę wyjścia z impasu. Ażebym wszakże mogła zostać w przyszłości hojnie obdarowana, uprzednio musiałam pozostawać kimś, komu odebrano wszelkie możliwości. Co więcej, musiałam też na razie być kimś, kto nie czuje potrzeby szukania ich, gdyż znajdzie się ktoś, kto mi je wskaże... I rzeczywiście, w tamtym okresie już nawet nie chciało mi się wychodzić z domu i zaniechałam stałego dawniej odbywania spacerów. Załatwianie najprostszych spraw wywoływało we mnie lęk. Decydowanie o drobiazgach z zakresu marginesów codziennych okoliczności urastało do rozmiaru problemów głównych; do prób ponad siły. Błahostki stawały się sednem życia. Czyż zatem moje cechy, te wrodzone, ale też nabyte - nie wskazują na to, że stworzona zostałam dla potrzeb Ikachu? Proszę osądzić.

Nie było jednak dla mnie wyjścia tak długo, dopóki pytanie, co dalej, pozostawało zawieszone w próżni, a jedyną odpowiedź stanowiło echo. Proszę i w tym względzie zauważyć celowość. Uważałam - bo trzeba było, abym tak uważała - że moje położenie stało się logicznym następstwem klęsk czy błędów - dziś wiem, że potrzebnych, bo losotwórczych. Moją sytuację uznałam za przeznaczenie, któremu trzeba się poddać bez szemrania, gdyż jest konsekwencją tych uprzednich wraz ze wszystkim, co zawierały. A wobec tego również wszystko, czego doznaję, powinnam przyjąć spokojnie i ulegle jako nieuniknioną konieczność. I z tego to względu sądziłam wtedy, że nie mam prawa uczestniczyć w życiu powszechnym: nie powinnam naruszać stanu rzeczy, w jakim się znalazłam. Tak to w pustelniczym odosobnieniu nosiciele przeznaczeń przygotowują się do ich spełnienia.

Trzeba mi było jednak chcieć czegoś więcej, niż tylko rozpamiętywania, gdyż ma być ono etapem, a nie celem. Tego mi właśnie brakowało: woli zmian. Tylko że, jak mówię, zmian nie pragnęłam. Dziś wiem, że nieświadomie czekałam na tę zasadniczą, lecz w tamtym okresie sądziłam inaczej. Otóż wydawało mi się, że jakiekolwiek zmiany mogłyby spowodować, iż wygasłoby zarzewie, które ze zdrożną lubością podsycałam. Tak, wiem, że pozostając w takim to stanie, nie byłam godna miana człowieka, ale... Zamyślenie nad sobą, karmienie się życiem wewnętrznym, z powodu którego czułam wyższość nad otoczeniem - wszystko to ożywiało mnie, stając się jednocześnie uzasadnieniem racji bytu; powinno zatem trwać wiecznie. Proszę zrozumieć wyjątkową sytuację, w jakiej się znajdowałam, czując się kimś wyrzuconym poza nawias, a równocześnie wciąż stwierdzając niezwykłość i wyjątkowość swego przypadku. Przeczucie Ikachu? Tak. Powtarzam, że moja sytuacja miała znaczenie przygotowawcze, a przy tym wyjściowe, gdyż bez mojej wiedzy prowadziła mnie przez kolejne etapy do ostatecznego celu, jakim stała się służba sprawie Józefa Gleby. W dniu, o którym opowiem, odniosłam wrażenie, że wyczerpała się rola moich rodziców oraz pojawił się kres mojego nieszczęścia. Mogłam już odejść - ale to oczywiste, że dla podjęcia takiej decyzji musiały się wpierw znaleźć zarówno powód, jak i potrzeba.

Tak, pamiętam, że już wcześniej poruszyła mnie historia z małym, płaczącym Józkiem. Tamta dobra chwila, w której drgnęło we mnie serce, nie pozostała bez następstw, aczkolwiek była zaledwie drobiną, która na razie zanikła, i to ledwie się pojawiła, by dopiero kiedyś, w przyszłości powrócić lawiną. Dziś wiem, że nic innego, jak tylko przeznaczenie spojrzało wtedy na mnie oczami tamtego niemowlęcia.

Ale wróćmy do owego opatrznościowego dnia, w którym zostałam wyrwana z dotychczasowego stanu. Otóż, jak już wspomniałam, siedziałam przy oknie, zajęta robótką i pogrążona w zamyśleniu - kiedy naraz spostrzegłam, że coś się we wsi dzieje. Coś mianowicie, z czego, jak się wkrótce okazało, wynikły następstwa o znaczeniu dla mnie przełomowym. Za narożnikiem domu stało kilka kobiet i o czymś głośno rozprawiały. Nie widziałam ich, bo zasłaniały je liście bzu. Nie przysłuchiwałam się też treści rozmowy, bo mnie nie ciekawiła - dopóki nie doleciały mnie czyjeś słowa: - Utopić to się chyba nie utopił. - Rozróżniłam głos Glebiny. Wobec tego wychyliłam się z okna i zobaczyłam, że stoi pośrodku gromady i nad czymś płaczliwie debatuje. Domyśliłam się, że chodzi o Józka (przepraszam, że w ten sposób wyrażam się o kimś, kto jest teraz moim zwierzchnikiem). Ustawicznym motywem lamentu było to, że rano wyszedł do szkoły i do tej pory go nie ma.

Odłożyłam robótkę i narzuciłam na ramiona szal, nie tylko dlatego, że wieczory bywają na wsi chłodne. Chciałam bowiem nieustannie zachowywać styl, który by mnie odróżniał od tutejszych kobiet, a i one zdawały się mnie szanować za to, że się od nich różnię (był to chyba zadatek obecnego, acz w innych okolicznościach doznawanego wyróżnienia). Wyszłam przed furtkę i spokojnie powiedziałam, że Józek był w szkole i że teraz, zdrów i cały, jest pewnie u któregoś z kolegów. Zaprzeczyły: już każda z nich sprawdziła, że nie ma go u nikogo spośród znajomych. Siląc się na spokój wyjaśniłam, że w takim razie dokądś pewnie powędrował, przecież lubi się wałęsać po okolicy. Przytaknęły skwapliwie. - Ino że - mówią - słoneczko wnet zajdzie, a onego jak nie ma, tak nie ma, pewnikiem chodził se po lasach i zabłądził, i co ta okruszyna zrobi sama nocką w lesie? - Powiedziałam im, że na pewno wkrótce wróci, jest przecież sprytnym chłopcem, więc nie zabłądzi, a głód przynagli go do powrotu do domu. Ale gdyby się okazało, że do nocy lub tym bardziej do rana nie wrócił, wówczas zadzwonię na policję. To zapewnienie uspokoiło je. A że nadeszła właśnie pora codziennego spaceru, który znów starałam się odbywać, gdyż był dla mnie czymś więcej niż wyrozumowaną potrzebą ruchu na świeżym powietrzu, wybrałam się w stronę lasu.

Zrazu szłam wolno, delektując się widokiem brodatych świerków, zapachem malin na porębach i lśnieniem listowia. Później, zwabiona widocznym w perspektywie ścieżki słońcem - a może kierowana przeczuciem - wyszłam na skraj lasu. W miejscu, gdzie zaczynały się pola, na wysokiej miedzy ktoś siedział. Jakiś chłopiec, odwrócony plecami do mnie, wpatrywał się w głąb krajobrazu. Natychmiast domyśliłam się, kto to jest, ale zachowałam się spokojnie, by go nie spłoszyć. Nad gęstą jedliną trwał nieruchomo jastrząb, więc pomyślałam, że pewnie ten chłopiec śledzi jego łowy. Stanęłam obok, a znając go trochę jako ucznia moich rodziców - wiedziałam, że te jego wędrówki, połączone z wpatrywaniem się w krajobraz, mają głębokie podłoże i są czymś więcej niż tylko podpatrywaniem skrzydlatego łowcy. Mimo to zapytałam: - Czego tak wypatrujesz? - bo ręką osłaniał oczy. Nie odwracając głowy, odpowiedział stosownym dla jego wieku pytaniem: - Co jest tam, za lasem, po drugiej stronie? - Poradziłam mu: - Możesz przecież pójść tam któregoś dnia i samemu się przekonać, co można stamtąd zobaczyć; wystarczy wspiąć się na szczyt pagórka. - Ale ja chciałbym wiedzieć, co jest za lasami, bo tam musi być coś innego niż tu, i całkiem inaczej.

Ileż mógł mieć lat? Najwyżej dziesięć. A jednak rwał się do świata z innych niż jego rówieśnicy powodów. Gdyby był nieco starszy, powiedziałabym, że tutejszy, wiejski światek jest o wiele za skąpym pokarmem dla jego potrzeb. Udział w świecie rozwinął się później w kształty rozsadzające zastane struktury oraz w tworzenie nowych. Ale taki malec mógł tylko niejasno wyczuwać, że chce sięgać po coraz to więcej, choć nie zdaje sobie sprawy, po co i dlaczego. Tego rodzaju stany ludziom dorosłym dane bywają na odludziach, bo tylko tam można znaleźć warunki umożliwiające skupienie i pozwalające gromadzić siłę ducha. I tylko przebywanie na odludziu może sprawić, że budzi się tęsknota do świata i czynnego życia.

Faktem jest, że ciekawość świata u tego chłopca była świeża i prawdziwa. Już zapewne wtedy powstawała w nim chęć wzięcia tego świata w posiadanie, a co więcej, zawładnięcia nim - bo jakże inaczej nazwać żarliwe pragnienie poznania? Powiedziałam: - Nie martw się, na pewno się kiedyś za widnokrąg wybierzesz, a teraz wracaj czym prędzej do domu, bo twoja mama niepokoi się o ciebie i szuka cię wszędzie. - A przecież (proszę zwrócić na to uwagę) ten chłopak, jak się zdaje, gotów był poświęcić matkę i rzucić dom rodzinny dla spełnienia niejasno mu się jeszcze rysującego powołania, które niejako już go sobie wybrało, choć on o nim nie mógł jeszcze wiedzieć. Mamy wiele takich przykładów w historii.

Owo spotkanie na miedzy stało się wydarzeniem, które samo w sobie było błahe, lecz nabrało dla nas obydwojga sensu rozstrzygnięcia pierwotnego, poprzedzającego następne. Była to bowiem chwila wyzwalająca ukryte, wewnętrzne potrzeby, uświadomione nagle, choć w inny dla każdego z nas sposób. Co do mnie, to stało się dla mnie oczywiste, że jest koniecznością wyjechanie stąd, i to czym prędzej. Nieświadoma przeznaczeń, przypisywałam temu pragnieniu jedynie tendencje uzdrowicielskie. Doznania bowiem, wynikające z treści owej chwili, były - jak przypuszczam - następstwem ówczesnych moich odruchów naturalnych. Wypowiedziane życzenie chłopca wcale nie nabrało dla mnie znaczenia nagle mi przedłożonego wzoru zachowania, postępowania czy wskazówki. Jeśli wysnułam jakieś bezpośrednie wnioski, były to wnioski oparte na domysłach. Skoro bowiem przebywanie tutaj, na wsi, wzmaga mój bezwład wewnętrzny, to powinnam się ratować, próbując go przemóc. Muszę dokądś pojechać - pomyślałam, jakby naraz ubyło mi lat i jakbym przejęła sposób myślenia dziecka. - Pojadę tam koniecznie - w tej samej chwili powiedział chłopiec, jakby powtarzając moją odgadniętą przezeń myśl. Raptem - i nareszcie - odwrócił ku mnie twarz. Był to zadatek twarzy pana naczelnika Gleby.


Ewa


Sytuacja wewnętrzna, umownie tu nazwana: to lubię lub to (tak) mi się podoba, która w przypadku naczelnika, a wcześniej Józka Gleby stanowiła jednoznaczność ukształtowaną w odpowiedni uśmiech - u Ewy miała charakter złożony. Tak mi się podoba wcale nie znaczyło bowiem to lubię. I na odwrót: to lubię nie zawsze mogło znaczyć tak mi się podoba. Jego zatem uśmiech nie był dla Ewy wzorem do naśladowania. Czy też: samopoczucie Ewy nie mogło być odbitką uczuć Gleby, gdyż te (podane tu w sposób symboliczny i uproszczony) stawały się raczej zachętą, wręcz dopingiem, a nawet wzorem do naśladowania. No cóż, Ewa poddana została rozdwojeniu celowo, mianowicie po to, by jej akceptacja stała się gorzka i trudno osiągalna. Chodziło też o nakłonienie jej, by godziła się na przyjęcie czy wykonywanie tego, co jej nie odpowiada, natomiast to, czego pragnie, niechby się wydawało zrazu niedostępne. W ten to sposób Gleba czynił dla niej czymś trudnym to, co według niego - i faktycznie - było proste i naturalne. Byłby to zatem rodzaj prześladowania? Nie. On dążył do tego, by ona tym bardziej ceniła to, co on miał jej w przyszłości do zaofiarowania.

Inaczej rzecz ujmując, oddzielenie obowiązków od pragnień było potrzebne, by kiedyś, później, Józef Gleba mógł objawić się Ewie jako wybawiciel, uwalniający ją od wszelkiego niesprzyjania. Lecz na razie - przede wszystkim to (a jest to faza wstępna), by ta dziewczyna zrozumiała, że i tak jest źle, i tak niedobrze, oraz że nigdy nie będzie lepiej. Chyba że ufnie powierzy się Ikachowi i jego naczelnikowi, który z dala i jakby telepatycznie nią steruje. Ale ona jeszcze o tym nie wie, a również Ikach też jeszcze nie istnieje.

Rozwijanie jej osobowości w dwóch przeciwstawnych kierunkach znosi się zatem do stanu zerowego - znów po to, by wykwitnąć mogła niejako indywidualność nadrzędna. Obecnie stanowczo jest w niej więcej z artystki niż z urzędniczki (jeśli tak można nazwać jej specyficznie ikachowski rodzaj posługi) czy - nieco wcześniej - pielęgniarki, gdy wystudiowanym uśmiechem obdarza wszystkich obecnych, a zwłaszcza pacjentów. Gdy ich pozdrawia życzeniem dobrego dnia, jest to jakby lepki, słodki i wielce osobisty poczęstunek, niczym czekoladka wyjmowana z bombonierki i własnoręcznie, prosto do ust podawana. Lecz niegdyś... I czemuż to wybrała zawód pielęgniarki? Prawdopodobnie z powodu zachowanego w pamięci, cennego wyróżnienia jej kiedyś przez Józefa Glebę funkcją sanitarną na obozie. Jak też to ona wyglądała w białym kitlu? To było chyba zabawne: Ewa w stroju surowości, wyrzeczeń i samozaparcia. Uznała widać za konieczne, by dać dowody posiadania umiejętności czynienia wbrew sobie. Oto zagadkowość duszy kobiecej. Czy ta funkcja była jeszcze jedną rolą do odegrania i czy Ewa oglądała się za lustrem, pchając wózek pełen czyjejś biedy? Nie zapominajmy jednak, że wszystko, co czyni, oraz cokolwiek o sobie postanowi - zawsze wówczas posłuszna jest woli Józefa Gleby, choć zapewne o tym nie wie; i że mimowiednie przygotowuje się do życia w Ikachu.


- Wyznaczyłam sobie rolę trudną do odegrania, acz mam powody, by przypuszczać, że to nie ja ją sobie wybrałam, lecz została mi wyznaczona. Czy jej pragnęłam? Może chciałam się na coś przydać lub za coś ukarać - a może postanowiłam wypróbować się jako człowiek? Nie śmiejże się, bo doprawdy bywało mi ciężko.

Tamtego pamiętnego dnia, jak zwykle zresztą, co chwilę patrzyłam na duży zegar w korytarzu: jeszcze godzina dyżuru (odbywałam właśnie praktykę). Czas mi się dłuży, więc zapominam się i niepomna ofiarnej decyzji, klnę w duchu: diabeł mnie chyba skusił na szkołę pielęgniarską. No bo jak inaczej zrozumieć zbyt łatwą rezygnację z wysiłków dla zdobycia jakiejś o wiele wspanialszej przyszłości? Być może skłoniła mnie łatwość dostania się do tej szkoły, ale nie przeczę, że główną rolę odegrała pamięć, no wiesz czego, która przetrwała we mnie jako posiane ziarenko. A teraz zbieram owoce - myślałam niosąc basen, oczywiście pełny, i z trudem powstrzymując mdłości. Ale kiedy decydowałam o sobie, miałam zaledwie osiemnaście lat i roiło mi się, aby to, co mam w życiu robić, było czymś wzniosłym i wymagającym poświęceń. Kierowanie na praktyki szło zwykłym trybem i wynoszenie kibli należało do programu. Ale ja przyjęłam to upokarzające, a w każdym razie niezbyt miłe zajęcie z radością, jako szczególne wyróżnienie. Jak to? No bo można kogoś wyróżnić także i poniżeniem. Sama siebie zresztą w ten sposób wyróżniłam przez dobrowolne pobieranie lekcji pokory. Piękne mi się wydało przyjąć sposobność robienia czegoś wbrew niechęci; wykazać gotowość przełamania wstrętu i odrazy. Czemuż się zatem wykrzywiam, czemu zatykam nos? Nędza ludzka śmierdzi, ale nie chce, żeby to dostrzeżono, prawda?

Patrzę, a tu starowina z nogą w gipsie kusztyka sama korytarzem, przecież lekarz zabronił jej chodzić, to czemu to biedactwo łazi? Musi ją cholernie boleć to jej pęknięcie - myślę i podchodzę do niej: - Co, do rentgena? - Mówi, że tak. Lekarz nie pozwolił jej chodzić, ale nie zatroszczył się o wózek, że to niby nie jego sprawa, ale... Faktem jest, że nie ma akurat wolnego wózka. Co robić? Sprawa jednakże nie daje mi spokoju. Jakże to tak - myślę - żeby zabraniać i równocześnie zezwalać, aby łamano zakaz...? - Niechże pani tu usiądzie - mówię - i proszę chwilę poczekać, zaraz postaram się o jakiś wózek. - Z gipsu sterczą same tylko palce, obrzydliwe, żółte i zrogowaciałe paznokcie, nigdy nie pielęgnowane, wstrętne. - Proszę nie wstawać - nakazuję - zaraz pomogę. - A tu przechodzi nasza przełożona i mówi, że mam lecieć pod piętnastkę. - Niechże siostra nie żartuje, muszę wpierw tę panią odwieźć do rentgena. - Ale ona mówi, że muszę tam iść natychmiast, bo stary będzie wściekły. A idźże do cholery - myślę - czy oni nie rozumieją, że nie zostawię starowiny na środku korytarza i niech się sama martwi o siebie? - No, niechże pani nie płacze - głaszczę ją po ramieniu - zaraz panią zawiozę, gdzie trzeba, pomalutku, o tak...

Te małpy, znaczy moje koleżanki, popatrują na mnie trochę z rozbawieniem, a trochę z politowaniem - ale i zawistnie. Nieraz mówiły, że jestem za miękka, za delikatna. Zazdroszczą mi pewnie, że pacjentki oglądają się za mną, słyszę zewsząd codziennie, jak mnie wołają: - Siostruniu, niech pani to, tamto, owo, pani jest taka kochana. - Na to one, moje kumpelki: - Wyzyskują cię, Ewa, za bardzo się patyczkujesz, a tu trzeba ostro, stanowczo. Zobaczysz, że będzie ci lżej, będą cię też szanować, a tak, to tylko nabawisz się nerwicy, a jeszcze podpadniesz staremu, że sobie rady nie dajesz. - Ale ja nic, tylko robię swoje. Wbrew groźnej minie przełożonej, a właściwie, żeby jej zrobić na złość, postawiłam na swoim i odwiozłam starowinę do rentgena, ale potem już pędem pod piętnastkę, bo tam rzeczywiście było coś pilnego. A za chwilę - tu, tam światełko mruga nagląco. - Już, proszę pani, już biegnę - wykrzykuję wesoło, choć czuję się podle. Jak tu cuchnie, chyba się wyrzygam. Ale nic. Ludzie, przecież to są nieszczęśliwi, cierpiący ludzie - tłumaczę sobie, lecz mimo to rośnie we mnie irytacja. No, ale jeszcze tylko pięć minut... Dziś wiem, że takie perypetie były zaprawą do pracy w Ikachu, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.

A potem w kawiarni - jakby inna planeta. Przyćmione, różowe światła. Miękkie chodniki. Dyskretna muzyka. Koleżanki? Pożal się Boże. O czym tu z takimi gadać? Tyle że nareszcie można przyjemnie spędzić czas po szpitalnych rozkoszach, ciesząc się każdą minutką, ale to za mało. Poprzestawać na towarzystwie takich gąsek? Mimo wszystko jakoś jestem ponad tym smutnym faktem, udaje mi się wznieść nad sytuację. Nie, nie czuję się i nie jestem kawiarnianą bywalczynią, podobnie jak nie byłam pielęgniarką z powołania, ani obecnie - sekretarką. A właściwie to jakimś dziwolągiem, zwanym ikachowską skrybianką. Lecz oto naraz zachciewa mi się dać wyraz temu, czym czuję się naprawdę. Chcę więc zagrać przed nimi jakąś rolę, spróbować zaimponować tym gąskom w zamian za pokpiwanie ze mnie, a nawet za to, że stawiają mnie na równi ze sobą, że mają mnie za swoją, za taką jak one (ani wiem, że to odzywa się we mnie zakodowane zlecenie Józka). Zaraz, zaraz, co by tu...? Więc, moje miłe - tu przybieram stosowną minę - jestem Ofelią (grałam to kiedyś w szkole). Co, nie wierzycie? Oto koper dla was i orliki. Oto ruta: część jej wam daję, a część sobie zachowam; w niedzielę można ją nazwać zielem łaski - i tak dalej. One wywalają na mnie gały, widzę to, choć zwiesiłam głowę, a włosy zasłoniły mi twarz, bo nosiłam wtedy długie. I naraz ktoś do nas podszedł. - Czy można się dosiąść na piątego? - Niepewna wymiana spojrzeń: - Prosimy. - Przesuwanie filiżanek, on zamawia pięć kaw. Nie ma co, miły facet i elegancki. Czuję, że patrzy na mnie i mówi: - Przyglądam się pani od dłuższej chwili. Pani już przecież grała, nieprawdaż? - No, owszem, w szkole. - Oj, chyba nie tylko. Czy pani wie o tym, że w pani coś jest? Czy pani zdaje sobie z tego sprawę? Chcę pani zaproponować engagement do studenckiego teatru. Co pani na to? Zgoda?

A we mnie aż coś podskoczyło. Ależ tak, jak mogłam siebie nie doceniać, nie domyślać się, że we mnie faktycznie coś jest? No nie, byłabym nieszczera, gdybym utrzymywała, że nie wiem o swoim talencie. Ale trzeba było, by mi ktoś o tym wprost i wyraźnie powiedział; by mnie tym samym odkrył. Podniosłam nareszcie głowę i odgarnęłam włosy, bo głos wydał mi się znajomy. - No, nareszcie. Przypomniała pani sobie? Przecież się znamy. Pamięta pani obóz harcerski? Józek Gleba...



Adam


Postawa - nazwijmy to tak - przeciwlubienia czy przeciwupodobań miała być w przypadku Adama negatywem odczuć Józefa Gleby. To lubię miało u tego chłopca znaczyć i faktycznie znaczyło to, że lubi coś innego. Natomiast tak (to) mi się podoba mogło zawierać taki oto sens, że podoba mu się nie to, co Glebie, lecz przeciwieństwo tego. Co więcej, że zależy mu na tym, aby mógł mieć inne upodobania. Adam był więc jedynym w Ikachu - lub raczej w omawianym gronie - człowiekiem, który optymistycznych stanów ducha Józefa Gleby nie tylko nie podzielał, ale nie odpowiadał na nie. A jeśli już odpowiadał, to nie inaczej jak tylko zaprzeczeniem; totalną negacją. Czyli że wzięty teraz pod rozwagę rodzaj uśmiechu przyszłego naczelnika był mu całkowicie obcy - jak zresztą wszelkie objawy zadowolenia lub samozadowolenia. Radości bowiem Adama bywały gorzkie.

Chwilę, w której Gleba ujawnił Adamowi swe prawdziwe oblicze, poprzedził okres przygotowawczy, kiedy to Adam musiał ustawicznie czuć się kimś wyodrębnionym ze zwykłości. Następstwa tego zjawiska okazały się dodatnie, lecz trzeba było, by ten chłopak odczuwał swą odmienność jako wywyższające go upośledzenie. To prawda, był, jaki był i nie mógł być inny. Ten fakt wszakże nabierał specyficznego znaczenia ze względu na przyszłą Adama rolę w Ikachu. Musiał stać się żywym dowodem skuteczności oddziaływania ikachowskich wpływów. Przypomnijmy, że polegały one na zrównywaniu ludzi poprzez niszczenie, a bodaj ograniczanie ich duchowej odrębności. Tu może się wydawać paradoksalne, że Adam powstrzymany został przez Józefa Glebę od przedwczesnego gubienia indywidualności. Proszę jednak zauważyć, że aby ją zabić, trzeba wszak było ją wpierw rozwinąć, by mógł powstać przedmiot takiego to zabójstwa.

Jako wyrostek, wiecznie był nachmurzony i ponury - i rzadko było go stać (jak już wspomniałem) na obojętne bodaj stwierdzenie, że coś mu się podoba lub sprawia mu przyjemność. Tak być musiało i trzeba też było, aby ujawniał takie cechy, gdyż tylko Ikach powinien był dać mu radość. Chociaż kto wie, może po prostu nie przyznawał się, że jednak już wcześniej szukał niedostępnych mu stanów ducha, w których zdołałby się zgodzić na świat, jaki jest. Jeśli tak wszakże było, to chyba jedynie po to, by ten chłopak doznawał ustawicznych rozczarowań i by kiedyś mógł stwierdzić (może raczej: uzyskać szansę stwierdzenia), że uznanie dla świata jest poza Ikachem niemożliwe.

Mimo woli - choć w gruncie rzeczy zgodnie z cudzą, wiadomo czyją - a może jednak świadomie przybierał wyraz twarzy właściwy malkontentom. Stale niezadowolony z siebie i ze świata, niezdolny do podziękowań chociażby przez okazanie aprobaty - był takim z natury, lecz można zaryzykować domniemanie, że takim być musiał, ponieważ tylko Ikach miał mu być światem i tylko w nim miał otrzymać możność samopotwierdzenia. Lecz gdy tak się nie stało i gdy także w Ikachu nie uzyskał ani zadowolenia z siebie i świata, ani przewidywanych dla niego cech, musiał pozostać oponentem. I pozostaje nim do dziś, gdyż stało się potrzebne, by negacja okazała się, o dziwo, zjawiskiem dodatnim. Tak musiało być, bo inaczej być nie mogło. Jeśli sprzeciw nie jest u Adama pozą (a chyba nie jest?), to być może ma on podstawy (przewidziane!), aby hodować w sobie nadzieję, że tylko tacy jak on zdolni są przemieniać rzeczywistość - w odróżnieniu od zadowolonych, którymi gardzi, gdyż ich skromne na ogół wymagania (skądinąd cenna cecha ludzi Ikachu) powstrzymują postępy przemian.

Ale nie uprzedzajmy faktów i poprzestańmy na stwierdzeniu, że Adam teraz hołubi w sobie odmienność, gdyż wie, czego się odeń wymaga i oczekuje, a także, na co go stać. Tam i wtedy, czyli w Domu Dziecka, nie wiedział o tym wszystkim, więc czuł się nieszczęśliwy. Chciał upodobnić się do innych, gdyż upatrywał w tym wybrnięcie z sytuacji, lecz spełnić tego nie był w stanie, gdyż pozostawał nieuchronnie inny. Ponadto trzeba było, aby samym sobą przedstawiał inność. Mimowiedne przeświadczenie o różnieniu się od otoczenia skłaniało go do upatrywania w sobie ułomności, podczas gdy jego odmienność, miast czynić go nieszczęśliwym, powinna była stać się przedmiotem jego dumy. Tak jednak nie było i dlatego skłonny był stwierdzać z radością wszelkie objawy podobieństwa do innych ludzi, pragnąc nie różnić się od nich. Słowo nigdy pojawiało się u niego z rzadka, ale dobitnie, i wypowiadane bywało z odcieniem zarozumiałości. Mogło to dowodzić tyleż utrzymującego się w nim stanu chronicznego sprzeciwu, co doznawania przewrotnej radości, wywołanej poczuciem własnego, domniemanego upośledzenia. Dotyczy to zwłaszcza dbałości o opinię; o stworzenie sobie tej pożądanej - gdyż on sam wie najlepiej, co jest wart.

Skłonny też był wygłaszać pewniki na temat wątpliwej jakości innych, co mu nie przeszkadzało zazdrościć im pomyślnych układów czy osiągnięć. Taka postawa świadczyła o straceńczych skłonnościach, które nakłaniały go do tego, by wzmocnić w sobie gorzkie poczucie nieodwołalności swych przeznaczeń. Napawał się nimi z fałszywą dumą. Za nic tedy miał szczęściarzy, swoją dolę-niedolę wywyższając nad ich czy własną, niedoszłą pomyślność i poczytując sobie tę niedolę za szczęście - przez to samo, że go, swego wybrańca dopadła i wyróżniła czy zaszczyciła szczególnie dobitnie. I w swoisty sposób (zauważmy, że wręcz chorobliwie) lubował się takim stanem rzeczy.

Obecnie Adam prawdopodobnie zaprzeczyłby takiemu to określaniu jego jakości, gdyż gardzi próbami stosowania jednoznacznych ocen. Przymierzając do siebie to, co u ludzi jest przecież zwykłe, uważa, że to właśnie jego cechy, poglądy i właściwości powinny być miarą dla innych. Własne wady urastają mu do rangi gorzkich zalet, natomiast zalety skłonny jest uczynić powszechnie obowiązującym kodeksem - co nie przeszkadza mu upatrywać w nich przyczyny wszelkich swych nieszczęść. Praca nad tym trudnym do okiełzania pracownikiem czy współpracownikiem na pewno przysparza naczelnikowi wiele kłopotów, gdy trzeba w nim zwalczać zarówno wybujały indywidualizm, jak i dążność do niejako samobójczej unifikacji. Tylko że te cechy same wzajemnie się znoszą i wystarczy tu coś podkręcić, tam coś innego przykręcić, a w ogóle puścić samopas.

Czy Adam na stałe pozostanie nastrojony na przeczenie? To zależy tyleż od okoliczności, co od naczelnika. A ponieważ stanowi ono swoisty i raczej cenny atut we współtworzeniu dzieła Ikachu, szkoda byłoby go zmarnować. Zmiana zaś postawy negującej na aprobującą - względem siebie i świata - u tego wiecznego chłopca mogłaby nastąpić chyba tylko pod wpływem jakiegoś trudnego do przewidzenia wstrząsu, równego odmianie losu. A musiałaby to być odmiana całkowita i gruntowna - przede wszystkim zapewne taka, która wyzwoliłaby Adama od magii Józefa Gleby. Wszak uosobione przez tego człowieka przeznaczenie dotknęło Adama już w Domu Dziecka. Nie darmo popadał on w dziecinne rozgoryczenia, bunty i przygnębienie. Nie darmo - gdyż okazały się potrzebne; ukryta w nich bowiem była celowość i logika rządząca kolejami losu. Wprawdzie stadium młodzieńczego sprzeciwu wobec świata na ogół nie omija nikogo - ale też nie u każdego przybiera aż takie jak u Adama nasilenie. Zatem nie na próżno ten chłopiec nie dowierzał niczyim życzliwym próbom zbliżenia, na opak tłumaczył intencje i gardził wszelką doradą (z wyjątkiem nacisków Gleby), a zwłaszcza wzorami, które przecież mogły mu pomóc w jego zuchwałej bezradności. Ale wtedy nie spełniłoby się to, co mu było pisane. Jeszcze nie wiedział, że czeka go Ikach i naczelnik, proroczo przewidujący swoje i cudze losy, więc niejako samoobronnie próbował upodobnić się do rówieśników, w ten sposób szukając dla siebie ratunku. Wszak pragnął, aby życie stało mu się znośniejsze. Tak było wówczas, w pewien pamiętny, zimowy wieczór.


- Niespostrzeżenie mijał dzień, na pozór jeden z wielu, dla mnie wszakże nieznośny ze względu na przewidywanie trudnego dla mnie w owym dniu wieczoru. Nastał wreszcie - przedwczesny czy zanadto się spieszący. Byliśmy już w klasie maturalnej i wiele nam było wolno. Szykował się wieczór andrzejkowy. W przejściu na parterze, między jadalnią a świetlicą, trwał półmrok. Chłopaki siedzieli we framudze okna, trochę kurzyli i wyśpiewywali ochryple dla dodania sobie animuszu: wio, koniku, d... po chodniku. Wkrótce miały nadejść dziewczyny ze szkoły pielęgniarek, trochę starsze od nas, więc nietrudno przewidzieć, że będą nas zapewne traktować z góry.

W świetlicy podłączono już wzmacniacze i wykańczano dekoracje. Musiałem przy tym pomagać, choć wcale nie podobał mi się projekt obmyślony przez naszego wychowawcę, zarozumiałego smarkacza. Dekoracja okazała się zdecydowanie brzydka: sieci pod sufitem, lampiony pod ścianami w kolorowych osłonach z bibułki i inne pretensjonalne duperele. Szkoda jeszcze, że nie umieszczono transparentu z jakimś hasłem, powiedzmy: Przez zabawę do lepszego jutra; albo: Zabawa skutecznym czynnikiem wychowawczym. Teksty kupletów o wydźwięku wychowawczym, których się od nas domagano, przeszły oczywiście przez pedagogiczną cenzurę i zatwierdzono tylko te, które się wykazały należytą treścią.

Nie umiałem tańczyć, a zresztą co tu się wygłupiać w jakichś idiotycznych podrygach; to poniżające, o nie, to stanowczo nie dla mnie. Postanowiłem, że nie będę uczestniczył w tych idiotyzmach i wrócę do siebie, jeśli tak można było nazwać pokój, który nigdy nie należał do żadnego z nas, ponieważ należał do nas wszystkich. Ale właśnie opustoszał, więc chwilowo był mój.

Stanąłem przy oknie - z zamiarem, że popatrzę w szarobure, wieczorne niebo, jak też w ciemniejący, pełen świateł widnokrąg i porozmyślam sobie o czymś. Stałem i stałem, odwrócony plecami do wnętrza pokoju, lecz ono naraz zaczęło straszyć pustką, ciszą i mrokiem. Chyba to właśnie spowodowało, że nic nie wyszło z zamierzonego rozmyślania, a zresztą ono nie pojawia się na zawołanie. Ponadto zbyt byłem pochłonięty rozpamiętywaniem swojej wyższości - czyli jestem ponad to - którą się gorzko lubowałem. Jednakże, choć wypiąłem się na zabawę, nurtował mnie niepokój podobny do żalu, że jestem tu sam, podczas gdy tamci się bawią.

Zadecydowałem więc nie bez poczucia cierpkawej dumy, że poczytam sobie opowiadania Borgesa. Położyłem się na łóżku z tomikiem opowiadań Alef... Bądźmy szczerzy - trzymałem go tak, by każdy, kto wejdzie, od razu zobaczył, co czytam. Miał to być rodzaj dowiedzenia swej wyższości, ale potem rzeczywiście i z ogromnym zainteresowaniem wczytałem się w opowiadanie tytułowe. I nagle wydało mi się, że umyślnie dla mnie zostało napisane i że to ja przybrałem pozycję horyzontalną, wpatrując się w punkt, w którym zbiega się w jedno pojęciowa trójca wszechczasu, wszechistnienia i wszechmiejsca.

Tak, ale tam, w świetlicy, oni już zaczęli się bawić - beze mnie... A do cholery, to i cóż, gardzę prostacką uciechą, mam w zamian ucztę intelektualną, być może dla tamtych niedostępną. Jednak zaraz potem naszły mnie czarne myśli. Czemu nie umiem się bawić i być taki jak oni? Czemu nie jestem z nimi? Natychmiast wszakże odpędziłem te wątpliwości. Jak to dobrze, że taki właśnie jestem. Wiem, wiem, do czego to zmierzało...

Wpadł do pokoju jeden z naszych chłopców. Nie słyszałem kroków, a dopiero otwieranie drzwi. - Adam, co z tobą, czyś ty oszalał? Chodźże do nas. - A idźże do diabła. - Poszedł. Nie do diabła, na zabawę. Lecz już zniknął Alef i na nic go było przywoływać. A może nie trzeba? Powietrze wibrowało pode mną, nie było słychać dźwięków, głosów ani tupotu, tylko samo wibrowanie, które przenikało mnie, by trwać bolesnym drganiem. To była wewnętrzna chłosta, jaką sprawiłem sobie z przewrotną przyjemnością, choć wszystko we mnie wrzeszczało wniebogłosy bezsilnym protestem.

Wszedł któryś inny, uśmiechnięty przypochlebnie, za nim przez uchylone drzwi wtargnęła smuga światła i dźwięku. - Adaśku, coś nawaliło w stereo, jeden głośnik charczy jak stare pijaczysko. - No to co, niech sobie charczy, a cóż mnie to... - Ale tamten nalegał, podpuszczał mnie, że tylko ja się na tym znam. Nie dałbym się wziąć na takie umizgi, ale mi błysnęło: a czemuż nie miałbym choć raz im zaimponować, okazać się niezbędnym i niezastąpionym? Zwlokłem się z łóżka i nawet nie przygładziłem włosów.

Jednakże kiedy tam wszedłem, poczułem się nieswojo. Ogłuszyły mnie śmiechy, gwar, hałas, oślepiło światło, zamroczył widok tylu naraz twarzy. Uszkodzenie okazało się proste, ale nie wyjawiłem im tego. A później, no cóż, stałem w kącie jak sparaliżowany i nie miałem siły stamtąd się wyrwać. Stałem z świadomością odstających uszu i szpiczastej brody, podczas gdy sala chybotała, kręciła się i wirowała. Czułem się wątłą konstrukcją, wokół której nawijała się gęsta, choć nieuchwytna materia, złożona z dźwięków, niezrozumiałych poruszeń i przyspieszonych oddechów, a także błyszczenia oczu i zarumienienia twarzy. Giąłem się pod ciężarem dziwacznego stworu zwanego zabawą, lecz już jakoś nie chciałem się odeń uwolnić.

Dziewczyny ze szkoły pielęgniarek świergotały chichocząc, pierwiastek dziewczęcości działa mimo wszystko odświeżająco. W nasze środowisko surowości i karnego posłuchu, chropowatości i szorstkich, rubasznych zachowań wniosły nieznane tu wśród nas obyczaje; inność. Zwłaszcza jedna z dziewcząt zaprzątała powszechną uwagę, bo miała co niemiara wdzięku. Radosna taka i ujmująca czy uprzejma, zdawała się istnieć o tyle, o ile się ją zaakceptuje. I udawało jej się to, oj udawało. Zresztą sama przy tym zdawała się być źródłem iskrzącego światła, którego nadmiar wypromieniowywała, jakby dzieląc siebie i rozdając obecnym, tak by nikt nie został pokrzywdzony. Hojna dziewucha, nie ma co. Jak w tej piosence: W sercu swym batalion zmieszczę...

No i stało się. Ani spostrzegłem, kiedy zmyła się moja pogardliwa wyższość. Już było za późno na obronę. Natarły na mnie podrygi ciał, dudnienie gitar, migotanie światła, powietrza, wibracja ścian i sufitu... Zdawało się, że zaraz wszystko runie. Wtedy podeszła do mnie ta Ewa, bo tak jej było na imię, dygnęła. Poczułem na sobie ciężkie spojrzenie wychowawcy. Gleby oczywiście. Odmówiłem. Powiedziałem jej, że jestem tu tylko od aparatury. Roześmiała się, nim odeszła... Na stoliku pod ścianą, tam gdzie było gniazdko elektryczne, stała miska z wodą, a na kuchence rondelek z rozpuszczonym woskiem. To tam odbywał się andrzejkowy obrzęd lania tego wosku. Gdy przyszła kolej na Ewę, wśród pisku dziewczyn wyłowiła z wody zastygły placek i uniosła pod światło w ten sposób, aby wszyscy mogli obejrzeć jego cień na ścianie. Patrzcie, jaka szpiczasta broda, jakie odstające uszy. Odwróciła w inną stronę znak wróżby: o, korona, a może przeciwieństwo głowy? Któryż to? - Obchodziła salę, przymierzając wszystkim po kolei woskową gębę. Uciekłem.

Nie zapalając światła, położyłem się na łóżku. Któryż to? Bierz licho Ewę, andrzejki i inne idiotyzmy. W czym rzecz? Ano w tym, że nie mogę uczestniczyć. Kto mi zabrania? Co mi przeszkadza? Ja sam. A raczej - to podłe, nienazwane bydlę, które tkwi we mnie i nie pozwala mi się cieszyć; które sprawia, że cieszyć się nie umiem za cholerę, choćbym nie wiem jak chciał. Wciąż czułem na sobie, potem w sobie ciężki wzrok wychowawcy. Ale to nie on mnie zapytywał, to ja zadawałem sobie pytanie - co dalej? Nabyć przeświadczenia o nieuleczalnym, duchowym kalectwie - i żyć z tym, aby żyć? Przepychać się z dnia na dzień z tym cholernym bólem, gorszym od bólu zęba, bo nigdzie nie umiejscowionym? Czy też skończyć z tym raz na zawsze? Ale skończyć, nie wypróbowawszy sposobów na usunięcie? Czego? Nie da się usunąć czegoś, co pozostaje nieuchwytne. Ale znów: stwierdzić, co jest - i tak to zostawić?

Leżałem, nie otwierając oczu. Wraz ze stekiem przekleństw, wyszarpnąłem z siebie wszystkie żale i zarzuty, wygarnąłem sobie, co trzeba i na chwilę zrobiło mi się lżej. Przez zamknięte powieki ukazała mi się smuga nikłego światła i natychmiast znikła. Uszy miałem przytkane ogromnym szumem. Tak łomocze wzburzone morze. Przez ten szum usłyszałem czyjś głos, który wypowiadał banały, więc - pochlebiam sobie - nie był to głos wewnętrzny. Czy to przemawiała ciemność? Byłem nią zewsząd otoczony, była też we mnie. - Co ty tu robisz? - usłyszałem naraz, i to w sposób nader realny. - Sam? Po ciemku? Czemu się wyłamujesz? Cóż to za wybryki? Dlaczego unikasz światła? Dlaczego uciekasz od ludzi? Boli cię coś? Proszę, proszę, roztkliwiamy się nad sobą. I jak ty będziesz żył? Sam się przekreślasz. Spójrz wokół, weź przykład z innych, z tych zwłaszcza, którzy mają rzeczywiste trudności. Ucz się od nich dzielności. No, ruszże się wreszcie, pozbieraj się, ale to już, słyszysz? Ty... Ślimaku. Przecież masz pewne zdolności, zobaczysz, że będą jeszcze z ciebie ludzie. Na pewno ci się to uda, jeśli na przykład skończysz jakieś studia. Tylko weź się w garść, bo to jest warunkiem powodzenia. - I tak dalej.

Dobre sobie, co? Głos był znajomy, ale zabraniałem sobie kojarzyć go z osobą kogoś, kogo odpychałem. Wzbraniałem przystępu do mnie owemu upostaciowaniu krzepy i tężyzny - temu duchowemu atlecie o mięśniach z kamienia, nerwach z postronka i umyśle silnego zwierzęcia. Jesteś potrzebny - ciekawe, komu? Nie należysz do siebie - no to do kogo? Do świata? A cóż to za abstrakcja? Sam jestem światem. Ten wokół jest mi potrzebny nie po to, abym go używał - bo i do czego? - ale by mi pomógł. W czym? Nikt ani nic mi nie pomoże.

Siliłem się, by odpowiedzieć mocy, która unosiła się wokół i nade mną, próbując mną zawładnąć - lecz zdolny byłem jedynie dać jej odpór myślą gniewną, zawziętą i przekorną. Broniłem się przed niewidzialną siłą, ale kiedy mną potrząśnięto, wówczas spostrzegłem, że nie było już siłą bezimienną i nieuchwytną mocne i zdecydowane, brutalne szarpnięcie mnie za ramię. - No, otrząśnij się wreszcie, słyszysz? Wstawać mi tu zaraz i jazda na salę. - Równocześnie zapaliło się światło. Zerwałem się. Nade mną stał on, Józef Gleba. Nie, wcale nie rozsierdzony ani purpurowy z gniewu lub blady z wściekłości, jak przypuszczałem. Był wyższy ode mnie i od wszystkich, kogokolwiek spośród otoczenia znam. O ileż był wyższy wewnętrznie w swej wspaniałości zrozumienia, z bezinteresownym, jakże promiennym, do licha, uśmiechem, którym wskazywał mi wizję piękności świata i radości życia. To jasne: prowokował mnie, chciał wywołać sprzeciw, przymuszając do udziału w przyjemności, jaką według niego była zabawa. Po co mu to było? Widać już przewidywał, że powinienem być niejako zrobiony ze sprzeciwu, bo tylko taki będę mu w przyszłości potrzebny.

No cóż, udało się bestii z tym sprzeciwem. Czmychnąłem. Po prostu wyrwałem mu się i wybiegłem na ulicę - mroczną, wilgotną. W pustce i ciemności gonił mnie upiór wszechobecności Gleby. Lecz darmo było uciekać...


Z dziejów pewnego uśmiechu


Spójrz, jaki umiem być miły i spróbuj mnie polubić - użycie takich sposobów przypodobania się otoczeniu i pozyskania go sobie mogło wesprzeć dążność pięcia się - i rzeczywiście wspierało: wszak zjednywujący uśmiech zawsze bywa niezawodnym środkiem wspomagającym dochodzenie swego. W przypadku Józefa Gleby, dążność ta zdawała się mieć naturalny rodowód, jak też uzasadnienie - w niemal dosłownym doświadczaniu wspinaczki. Wdrożona bowiem od dzieciństwa konieczność pokonywania ustawicznych przeszkód wzmogła i wsparła w ambitnym chłopcu wrodzoną skłonność zdobywania trudno dostępnych miejsc, by wreszcie przerodzić się w trwałą dyspozycję psychiczną. Przymus osiągania, jako takiego, już we wczesnym stadium życia musiał w nim tkwić nieprzepartym pragnieniem, skoro stał się później wewnętrznym nakazem wydarcia się ze świata zamkniętego opłotkami i ciasnym widnokręgiem - ku zdobywaniu świata i czynieniu sobie Ziemi poddaną.

Może to ta opłotkowość właśnie, jako fakt, stanowiła przyczynę upokorzenia, którego doznawanie można światu wybaczyć tylko z pozycji wyższości, czyli - mnie ono nie dotyka, gdyż jestem ponad takie drobnostki. Jeśli wszakże owego upokorzenia doznawał, to musiało wywołać w nim sprzeciw, który kazał mu wyjść poza czy ponad siebie oraz sięgać coraz to wyżej i dalej, by w ten sposób zrównoważyć przypuszczalne tendencje różnie rozumianego pomniejszania byłego mieszkańca oddalonej od świata wsi. To zrozumiałe i oczywiste, że ten chłopiec sprowadzanie go do małego, równającego z otoczeniem wymiaru zapragnął zrekompensować próbami uzyskania ważności i znaczenia - za wszelką cenę.

Jak wynika z relacji świadków, pojawiła się chwila nieunikniona, w której zaczął samego siebie wygrywać. Co było stawką? Ile w tej grze było elementów uczciwości, a ile mylących zwrotów, zwodów i uników, a nawet podstępnych chwytów i innych chytrych zabiegów, czynionych wokół losu? I jaką w nich rolę odegrał uśmiech? To musi pozostać w sferze domysłów; nigdy nie ujawnionych sekretów, a może też instynktownych poczynań.

Omawiana faza uśmiechu, podobnie jak poprzednie, zazębia się o inne; powtarzają się też sytuacje. Odpowiada jej kilka okresów życia, w których Józef Gleba - najpierw jako ktoś rozpoczynający karierę, a potem jako naczelnik Instytutu - jął się zjednywania czy pozyskiwania osób upatrzonych, lub raczej wybranych. Świadczy to o tym, że świadomy już był swoich celów.

Tu trzeba dodać, że tej fazy, tak samo jak innych, niepodobna dostosować do ustalonego już stanowiska lub zsynchronizować jej z wiekiem Józefa Gleby. Rzecz polega bowiem na samym fakcie. Obserwujemy łowcę dusz - zarówno wtedy, gdy był nim dorastający chłopiec, jak i wówczas, gdy stał się organizatorem życia kulturalnego, a wreszcie naczelnikiem Instytutu.

W tę fazę wplątywały się wszelkie inne. Okresy życia, pod względem znaczenia, także splatały się w jedno. Jednakże te uboczne wątki, przynajmniej w danej chwili, nas nie obchodzą. Obchodzi nas za to on sam, Józef Gleba - zarówno jako twórca programu, jak też jako ktoś już świadomy swego posłannictwa.

Niezmiernie ciekawą sprawą będzie prześledzenie w tym procesie udziału, jaki przypadł najważniejszej osobie, a więc matce tego wybitnego człowieka. Jest prawdą oczywistą, że gdyby nie ona, nie byłoby go na świecie - który na pewno poniósłby z tego powodu niepowetowaną stratę.


Matka


Ta typowa, wiejska matka jest w rozterce. Już wie, że jej syn odejdzie od niej, ale wie też jednocześnie, że potrzebny jest w domu, w którym zabrakło ojca. Z pełnym dla niej szacunkiem pozwalamy sobie stwierdzić, że przypomina kwokę, która wysiedziała pawia, więc nie może się nadziwić, skąd się wśród kurcząt wziął ten wspaniały, ale dziwaczny ptak. I jakże tu takiego zaprząc do grzebania w ziemi, skoro i serca do tego nie ma, i szkoda, aby się zszargał? A zaprząc trzeba, bo wymaga tego sytuacja domowa, no i gospodarstwo.

Widziała jego wspaniale rozpostarte pióra, gdy chełpił się swoją wiedzą przed rówieśnikami, ale oszczędzone jej zostało oglądanie tych piórek - zmokłych i pobrzydłych. Ileż to było upokorzeń, o których matka nie wie (bo tacy jak on nie zwierzają się), gdy jej uwielbiany syn obrywał w mieście (na pewno tak było, bo tak bywa) przenośnie rozumiane lanie. Zwłaszcza chyba od koleżków za być może mimowolne wywyższanie się - bo przecież był bardziej od nich inteligentny i oczytany, ale oni mieli go za prostaka - więc być może pytali go, czy to po tatusiu odziedziczył noszone przez niego buciory i kapotę przetartą tu i ówdzie. Z pewnością też, niczym brudnych rąk, musiał się wstydzić swego nieobycia, innych obyczajów, a także braku rozeznania w modnych, młodzieżowych prądach i upodobaniach. Nie, z całą pewnością nie wytykano mu wprost tych niedostatków - przecież miejscy koledzy byli na to za dobrze wychowani. Zapewne więc jedynie dawali mu je do zrozumienia, a zresztą to on sam o nich wiedział. Musiał wyczuwać dystans, więc policzkował się w myślach i - poprzysięgał zemstę. To są zresztą znane sprawy, bo tak bywa. Czy doprawdy pragnął odwetu? Być może tkwiło w nim to jakieś podświadome ja wam jeszcze pokażę, ale tak głęboko w nim ukryte, że zapewne nawet on sam nie zdawał sobie sprawy, jakoby czyhał na sposobność wzięcia owego odwetu; odegrania się, a nawet zabłyśnięcia.

Któregoś dnia zdał maturę i stał się człowiekiem dojrzałym, a ponadto kimś, kto otarł się o miasto, które w każdym szczególe pozostawiło na nim ślad tegoż otarcia. Jednakże, jak wynika z relacji matki, ten chłopiec, który jeszcze niedawno, niejako z konieczności, dbał o uszlachetnienie wyglądu swych rąk, tak gorączkowo rzucił się na początku lata w najbrudniejsze prace w polu i gospodarstwie, jakby szukał sposobności okupienia się za tę swoją miejskość - ale nie tylko... Pragnął bowiem zaskarbić sobie przychylność, a zwłaszcza pobłażanie matki dla usilnego samokształcenia, oraz uzyskać jej przyzwolenie na dalszą naukę; na jakieś studia, do których, jak się zdaje, gorliwie się przygotowywał. Świadczyło o tym to, że coraz to gdzieś znikał na dzień czy na kilka godzin, zaś wieczory, a nawet noce poświęcał książkom, jakby już był pewny swoich ciągów dalszych...


- Te książki, od których Józuś nie mógł się oderwać, widziały mi się jakimsik bzikiem, czy co. A na cóż mu ich aż tyle? - myślałam se nieraz. Ma już tych książek ze dwie półki, a jeszcze znosi. Jakasik pedagogika, psychologia - a na cóż mu to? Skąd brał na nie pieniądze? Pewnikiem se dorobił... Kiedyś nie było go w domu bez caluśki dzień, a kiedym go o to zapytała, mówił, że ma ważne rzeczy do załatwienia. Matce nie powiedzieć? Ano cóż, trudno, są widać sprawy, o których nawet matki się nie dowiadują. Ale to wysiadywanie po nocach? Nieraz świeciło się u niego do pierwszej. I jakże - myślałam - będzie on miał jutro siłę do sianokosów? Trza zjeść dobrze, ale trza się i wyspać. Ale nie, ledwie świt się zabielił, on już był w łące i przez wszyściutkie godziny wstawania słonka słyszałam pobrzękiwanie kosy. A kiedy słonko było już nad lasem, poniosłam mu śniadanie - i co widzę? Leży Józuś na wznak na pokosach, kiej nieżywy. Tom go głaskała po spoconej głowinie, a on się nie opędzał, jak to inni chłopacy, co to nie lubią, żeby ich matka głaskała, ino się uśmiechał: widzisz, mamo, jaki jestem? To jak tu takiego nie kochać?

Ale dopiero przy obiedzie wyszło na jaw, czemu on taki przypochlebny. Zgotowałam mu pożywnego rosołu na wołowinie z kwiatkiem. Jadł ze smakiem, a kiedy se już pojadł, tom uznała, że w sam raz jest pora, co by mu powiedzieć, że trza się rozejrzeć za jaką robotą, bo z groszem u nas krucho. Najsampierw żem mu wyliczyła, ile na targu wzienam za jajka, masło i sery, a potem, ile płacę za elektrykę, a ile kosztuje mięso, bo on pewnie nawet i nie wie, kiedy tak cięgiem w książkach siedzi. Zasumował się i przestał jeść, jakby mu kęsek stanął w gardle, no to mu prędko mówię, ile zarabia ten Staszek, co to pracuje przy samochodach. Dobrzem chyba powiedziała, ale mój Józuś jak nie zacznie się śmiać, po prawdzie to i nie wiem, z czego, bo i cóżem niby takiego rzekła, żeby było do śmiechu? A kiedy już się wykrztusił, to pogłaskał mnie po ręce i mówi: - Mamo, ja jestem po ogólniaku, to mnie nie przyjmą do samochodów. - Wtedy żem pożałowała, że nie dałam go do jakiej szkoły, gdzie by go wyuczyli robić przy samochodach, albo ja wiem? - przy elektryce czy przy czym. Ale on mówi: - Mamo, mnie się patrzy więcej. - Widzicie go, a cóż to takiego ci się patrzy, synu? - No nie wiem, mamo - powiada - na razie to będzie wyższa szkoła, taka dla nauczycieli, wiesz? A potem to się jeszcze zobaczy, może psychologia...

O gwałtu rety, pomyślałam se, alem się nie złapała za głowę, choć byłoby czego. Ino żem dopiero wtenczas pojęła, na co mu było to ślęczenie po nocach i to znikanie na całe dnie. No to mi serce do gardła skoczyło: a kimże to będzie mój syn? Może nauczycielem? A to ci dopiero, tom się doczekała, już widzę, jak mi będą zazdrościć te wszystkie, co to zadzierały nosa... Ino że Józuś tak mówił dalej: - Na razie pójdę do szkoły pedagogicznej, bo tam najłatwiej się dostać, a potem to się jeszcze zastanowię. Może przerzucę się na coś innego, może na psychologię, jak już mamie mówiłem, a może ukończę jakieś studium podyplomowe, bo tak nauczycielem być, to... - Jak żem to usłyszała, to aże mną zatrzęsło, że to pogardził taką pracą, za którą wszyscy by go szanowali. Ale też co insze mnie strapiło, no to mówię mu: - To ty, synu, nieprędko zaczniesz przynosić pieniądze? - Poruszył się, jakbym go uraziła w bolące jakie miejsce. - Ależ mamo, nie martw się, na studiach też można zarabiać w różny sposób, zobaczysz.

Jak to rzekł, no to żem się ucieszyła i już byłam spokojniejsza. Ino że wtenczas cosik się między nas wkradło, już była obcość między nami, jakby ten syn przestał być mój. I już żem też nie wiedziała, czy się cieszyć mam, czy smucić, ino to tylko, że kiedysik całkiem odejdzie ode mnie. To tak ci jakosik było, jakby nade mną drzewo jakie wielgachne wyrosło, co to trza głowę zadzierać, a i tak wierzchołka nie ujrzysz. I co się teraz ze mną stanie? Kto tu, na gospodarstwie będzie robił? Aleć on pewnie uwidział, co ze mną jest, bo poderwał się od stołu. - To ja teraz, mamo, pójdę narąbać drew, a potem sieczki natnę i gnój wyrzucę.

Już od progu zawrócił, jakby se co przypomniał, i raptem cmoknął mnie w rękę, choć żem jej nie zdążyła wytrzeć w zapaskę, bo właśnie żem statki zmywała. - Zobaczysz, mamo, że wszystko będzie dobrze, zawsze ci pomogę, jak przyjadę, a przyjeżdżać będę jak najczęściej. - I znowu uśmiechnął się przymilnie. Kochane dziecko. Bom wiedziała, co on dotrzyma obietnicy. Ino kiedym dalej zmywała statki, nagle we wodzie, po której pływały tłuste plamy - znowu mi się zwidziało to jego uśmiechanie się i ta jego ochota do robienia, ino że tym razem jakosik inaczej. Tom se pomyślała: - Ej, synu, czy ty mnie nie chcesz czasami kupić? Bo to niby chcesz zyskać moje serce, ale w różny sposób pokazujesz mi, że nie tu u nas jest twoje miejsce. Oj, synu, kupiłeś mnie już. Ale niech ta.


Ewa


Ewa przygotowana była do czekającej ją walki wewnętrznej, w wyniku której opowiedzenie się po stronie Ikachu nabrało tym cenniejszego znaczenia, im więcej poprzedziło go z nagła rozbudzonych, szalonych, innego rodzaju nadziei oraz twardej konieczności wyrzeczeń. I im bardziej rokowania przyszłości stawały się oszałamiająco wspaniałe i pomyślne, tym wyrzekanie się ich - boleśniejsze i wartościowsze. Otóż to dziewczę uwierzyło w swą gwiazdę, po którą dopomógł jej sięgnąć Józef Gleba, gdyż umiał rozpoznawać drogi przeznaczeń. To on zaszczepił w niej wewnętrzną dwoistość, spowodowaną wykonywaniem krańcowo różnych zawodów: aktorski miał rozwijać indywidualizm, podczas gdy pielęgniarski - zabijać. Aktorstwo rozbudzało ambicję stania się kimś, kto błyszczy i jest oklaskiwany, natomiast pielęgniarstwo uczyło pokory i samozaparcia, prowadzącego do wyrzeczenia się własnej osobowości - wręcz do jej zaniku.

Wynikiem takiego to ścierania się i wzajemnego znoszenia wpływów, i to aż do stanu zerowego, miało stać się doprowadzenie Ewy do rezygnacji ze spełniania się w obydwóch tych powołaniach, a w efekcie - do przystąpienia do udziału w Ikachu. I tak się też stało. W przeciwieństwie wszakże do pani Marii (jak to za chwilę zobaczymy), przeświadczona była, że samodzielnie współdziała z owymi tendencjami, nie zdając sobie sprawy, jak całkowicie bezwolnym jest narzędziem woli naczelnika. W wyrażanych odpowiednim uśmiechem stanach, które streścić można słowami: spójrz, jaki jestem miły i staraj się mnie polubić - stanowili z Józefem Glebą zgrany duet.

Ewunia czuje się w swoim żywiole, gdy wychodząc na scenę, może nareszcie do woli krzyczeć, śmiać się, gestykulować, płakać - dawać więc upust właściwym jej, wewnętrznym stanom naturalnym. Tym usilniejsza zatem jest nad nią praca i tym większa bywała jej zasługa, gdy w chwilach pobytu w obrębie Ikachu coraz skuteczniej zdołała powściągać (nauczono ją tego!), a przynajmniej ograniczać odruchy. W Instytucie posługuje się nimi umiarkowanie i o tyle tylko, o ile uzasadnia je sytuacja i pozwalają okoliczności. Na scenie natomiast wszelkie wybryki znajdowały usprawiedliwienie. Co więcej, wymagano od niej tego, czego miano później wzbraniać w nie należącym już do niej życiu. Jakże więc słuszne było uprzednie przygotowywanie jej do nowego, rzec by można, stanu - poprzez wywoływanie sytuacji oraz tworzenie warunków sprzyjających rozwojowi jej właściwości... Tu trzeba dodać, że jeśli wyglądem można osiągać swój najwłaściwszy wyraz, to właśnie na scenie potrafiła go osiągać niedbałością, zamierzoną i dokładnie wystudiowaną.


- Długie włosy, bo zapuściłam je wtedy, zasłaniają mi twarz, gdy pochylam głowę, a pochylam często - jest to sceniczny efekt, ale i sposób na tremę: ten gest pozwala mi nie widzieć publiczności, odgrodzić się od niej, skoncentrować się na roli. Sposób ten wynalazłam już i zastosowałam podczas eliminacji, kiedy przyjmowałam się do teatrzyku studenckiego. Poszłam o oznaczonej porze pod wskazany adres, a tam - tłum dziewcząt. Prawdopodobnie wszystkie są laureatkami konkursów recytatorskich. Trzeba było przejść najpierw przez nieduży pokoik, w którym siedziała komisja. Pytają mnie, dlaczego przyszłam, pewnie spodziewają się, że powiem o powołaniu, ale ja mówię, że mi kazano. Jak to kazano? Ano tak jakoś... No dobra, namówiono mnie, niech będzie. No nic. W garderobie tłok, dziewczyny malują się, powtarzają teksty, wypróbowują gesty. A ja nie. Stanęłam w kącie i nagle zachciało mi się śmiać, ledwom się opanowała. Przecież nie mam żadnych szans... Wywołują pierwszą. Staję w przejściu, podglądam, co będzie. Ta, wymalowana jak chińska bogini, wchodzi tanecznym krokiem, staje pośrodku, nóżki ustawione wdzięcznie jedna przed drugą, rączki splecione na podołku. - Czy pani zawsze tak staje? - Jak to zawsze? - No, w sklepie, w biurze, gdziekolwiek. - No nie, ale tu co innego. - Mówi fragment Anhellego, pięknie mówi, zbyt pięknie, ale - w takiej pozie taki tekst?

Wycofuję się, siadam w kącie. Co ja tu robię? Słyszę swoje nazwisko, i nic. - Co, nie ma? - Ależ jest, zapewniam, że jest, sam widziałem. No przecież, o tam, siedzi w kącie. - Wywołują mnie powtórnie, to wychodzę nareszcie, a raczej wyłażę przygarbiona, krokiem byle jakim, powłócząc nogami w buciorach (bo było zimno, to przyszłam w portkach, w za dużym swetrze i w botkach a la wojskowe), no i kryję się w cieniu. - Chodź no tu bliżej światła. - Spłowiałe teksasy, nie ściągnęłam nawet z siebie wierzchniego okrycia, takiej bluzy khaki, wojskowego kroju. Łeb opuszczony, włosy zasłaniają mi oczy, tak że ledwie widzę, ale... Kiedy tylko poczułam deski sceny pod nogami, od razu nabrałam pewności siebie. A wypróbowany sposób na tremę, polegający na odgradzaniu się od widowni, przyswoiłam sobie na stałe: starać się nic i nikogo nie widzieć... Notabene: dziś dopiero wiem, że ten sposób był przydatny także do tego, żebym oduczyła się widzieć świat inny niż Ikach i ludzi innych niż Józek... Oczywiście, żartuję. No więc, jak mówię, starałam się nie patrzeć na ludzi dotąd, dopóki nie poczuję się pewnie. A wtedy można już nawet improwizować. No nie, zapamiętanie roli nie jest takie trudne, jak może się wydawać, bo kojarzy się z poruszeniami na scenie: aha, w tym kącie mówiłam to, a przechodząc w inne miejsce, mam mówić tamto. Ale zdarza się, że zapomina się kwestii, no tak, sufler, ale z nim nie zawsze wychodzi, a wtedy trzeba mówić, cokolwiek mówić, byle tylko nie zamilknąć. Publiczność i tak się nie połapie, co jest grane, a jeśli nawet bez sensu, to pomyśli, że tak ma być. No bo jeśli się zamilknie, to koniec. Dziś mi się to przydaje tu, u nas.

Eliminacje... Kto wie, jak skończyłoby się to, co się jeszcze nie zaczęło, gdyby nie przypadek, bo jakoś nie mogłam uwierzyć, że coś z tego wyjdzie, i to obfite w następstwa. Ale to później. Na razie kazali mi przejść się po scenie, więc łaziłam z pochyloną głową. Chcieli, żebym im coś o sobie opowiedziała, to łażąc po scenie opowiadam cokolwiek, co mi przychodzi na myśl, z czego jednak wynika, że nie wiem, po co tu przyszłam. Potem mówią, żebym kogoś pozdrowiła, tak na niby. Nie ma sprawy, wyobraziłam sobie, że w tylnym rzędzie siedzą moje koleżaneczki, które mają mnie za nic, więc je teraz żółć zalewa, no to ja kiwam im radośnie ręką. A później kazali mi jeszcze krzyknąć coś, no, wydać z siebie krzyk, powiedzmy bólu, więc wrzasnęłam jak oparzona, a głosik to ja mam nielichy. Ale zaraz pomyślałam sobie, że ból trzeba z siebie wydobyć. To wyobraziłam sobie, że umarł mi ktoś najukochańszy i wydałam przeciągły jęk, zawyłam tak, że chyba w piekle było mnie słychać. - No dobrze, a teraz powiedz jakiś tekst. - Jaki? Przecież nic nie umiem. - Jak to, nic nie umiesz? Jakiś wierszyk ze szkółki chyba pamiętasz. Co, nawet inwokacji z Pana Tadeusza nie uczyłaś się? - To już lepiej powiem coś z Grażyny. - I powiedziałam wstęp, nie wyrecytowałam, ale właśnie opowiedziałam, jakby to było najzwyklejsze wydarzenie.

I zaraz potem była przerwa. Złapałam w garderobie torbę i w nogi. Ale w drzwiach od ulicy ktoś stał paląc papierosa, nie widziałam kto, bo było ciemno. - A ty dokąd? - Do domu. Nic tu po mnie. To nie ma sensu, przecież nie mam żadnych szans. - To się jeszcze okaże. Radzę ci zaczekać. - I uśmiechnął się, to widać było nawet w ciemności. Wtedy dopiero spostrzegłam, że to był Józek. Mój dzisiejszy szef - kto by pomyślał?

Grałam później w teatrze studenckim, jeszcze do tego wrócę, bo to był okres, w którym miewałam chwile prawdziwego szczęścia. I wierzyłam, wierzyłam w swą gwiazdę - chyba po to, by tym większą płacić teraz cenę wyrzeczenia... Mój Boże, żyło się wtedy całą gębą. Chcę powiedzieć, że osiągnęłam wtedy pełnię życia; wiedziałam, że żyję i po co. I nic to, że nie wysypiałam się, bo to i dyżury w szpitalu, i egzaminy - wiesz, chciałam to moje kształcenie jakoś skończyć, a tu jeszcze uczenie się roli i próby do późna... Nie sypiało się po nocach, ale się żyło jak nigdy... Kiedy się to już stało, kiedy zaczęłam grać - w domu rwetes. Moi staruszkowie w lament: co będzie z dyplomem? Biadali nieboraki, co to z tego będzie, bo im, praktycznym i przewidującym, szło przecież o to, żebym miała uczciwy zawód, potem emeryturkę, a tu, panie dzieju, zachciało się tej Ewie być aktorzycą. A cóż to za przyszłość, a toż ona wszystko zepsuje, znaczy się, całą tę swoją przyszłość, a toż nic z niej nie będzie, i temu podobne. A ja: - Wszystko będzie dobrze, zobaczycie. - I było dobrze. Kiedy przyniosłam całkiem porządny dyplom, było tak, jakbym się im roześmiała w nos.

Pielęgniarstwo było prozą życia, a choć współczułam cierpiącym i dawałam im z siebie, ile mogłam, to jednak praca w szpitalu stawała się dla mnie ohydą, wręcz piekiełkiem. Natomiast teatr był dla mnie siedliskiem poezji, dostarczającym mi wysokich przeżyć. Codziennie, po zakończeniu szpitalnego dyżuru - jakże cudowne, jak rajskie stawało się wejście w zaczarowany świat sceny. Duch teatru... Czułam go w sobie coraz pewniej. Tak, wiedziałam, że wielką aktorką nigdy nie będę, choć w głębi ducha... No pewnie, że pragnęłam tego, co tu dużo mówić. Miewałam nawet sny i przeczucia, i gdyby tego teatru nie zwinięto, to kto wie... Ale może taki miał być mój los? W każdym razie, w tamtym okresie błogosławiłam traf, który mnie do tego teatrzyku skierował. Nie miałam nadmiernego zaufania do swych sił, ale wierzyłam, wierzyłam. W co? W swoją gwiazdę, że dla mnie rozbłyśnie. To były chwile prawdziwego szczęścia, choć ileż to zabiegów przymilnych kosztowało mnie utrzymanie się na pozycji... O tak, niejeden raz przyszło mi się wygłupiać, szczerzyć przypochlebnie zęby, stroić słodkie miny i silić się na wdzięczne uśmieszki, żeby tylko wywalczyć lepszą rolę i utrzymać fason, bo sam talent nie wystarczał... Myślałam nawet poważnie o staraniach do szkoły teatralnej, ale odsuwałam tę myśl na potem, na razie wystarczały mi sukcesy na naszej amatorskiej scenie, a nawet... No tak, miałam cichą nadzieję, że może się jakoś obejdzie bez tej wyższej szkoły i że można wejść w zawód samą praktyką. Bo ja wiem, gdyby ten teatr istniał nadal, to kto wie? A jednak musiałam się go wyrzec (szczerze mówiąc, jeszcze nim go zwinięto) - i to dla nader prozaicznych racji. Jak już wspomniałam, trzeba było z czegoś żyć; zapewnić sobie stałe dochody. Ale to już później. Przepraszam, że tak o tym chaotycznie...

No więc gdy już skończyłam z praktykami i ze stażem, postanowiłam jednak zerwać ze szpitalem, bo doszłam do wniosku, że nie zdołam przez całe życie być pielęgniarką i że nie jestem stworzona do tego zawodu. Rozpoczęłam więc obchód rozmaitych instytucji, ale przecież nie miałam żadnego, stosownego wykształcenia, więc - fiasko i fiasko. I wreszcie tu trafiłam. Jak? Po prostu wyszłam kiedyś z domu bez określonego zamiaru, a wyszłam, bo miałam powyżej uszu zrzędzenia rodziców, że to jestem dorosła, a taka nieodpowiedzialna, i że trzeba pomyśleć o stabilizacji, łącznie z przyzwoitym zamążpójściem, a zwłaszcza o pracy w zawodzie, bo po to mnie kształcili, i te de. A ja - no cóż? Przekreślić miałabym marzenia? Stać się kurą domową czy krową cielną? Dziękuję uprzejmie, lecz nie skorzystam. Szanuję wprawdzie macierzyństwo, i to bardzo - ale to nie dla mnie. Mam chyba prawo oczekiwać przyszłości niezwykłej i wspaniałej, i żeby mi w życiu zostało trochę miejsca na piękne szaleństwo, na coś kolorowego, bo inaczej to chyba od razu zamówić miejsce na cmentarzu. Powiedziałam o tym staruszkom, przy czym nie obeszło się bez krzyków i płaczu. A potem na przekór rodzicom, a także sobie, i na pohybel przyzwoitemu światu, wymalowałam się na chińskie bóstwo - i tak przysposobiona do rzucenia miastu wyzwania, wyszłam na ulicę. Szłam przed siebie ze spojrzeniem zdobywczyni i w miłym poczuciu, że wielu się za mną ogląda. Ale dokąd miałam pójść? Wydało mi się więc, że idę bez celu. Jeszcze nie wiedziałam, że moje kroki są sterowane, że mnie one tu właśnie zawiodą i że w tym dniu rozstrzygnie się mój los.

Mimo że odstawiona jak trzeba, czułam się raczej szczurowato. Z daleka ominęłam teatr, spoglądając na jego kopułę spojrzeniem mojej imienniczki w chwili opuszczania raju. Dlaczego, dlaczego przestałam grać? Czemu zostałam zmuszona, by wyrzec się aktorstwa i szczęścia, jakie mi dawało? Po prostu tę rozpaczliwą decyzję wymogła na mnie życiowa sytuacja: nie miałam już do tego ani czasu, ani głowy... Naraz zobaczyłam grupę drzew, która przypomniała mi o istnieniu lasu. A że dzień był mglisty, zwidział mi się tamten ranek na obozie, kiedy to, pełna przeczuć, boso wybiegłam na rosę. Zelektryzowała mnie zbieżność sytuacji: gdyby nie tamta bliźniaczo podobna chwila, nie byłoby i tej. Przedziwna logika przeznaczeń i konsekwencji losu... Jeśli więc z tamtej chwili tak wiele wynikło, to z tej tym bardziej musi. Tak mi się przynajmniej wydawało. Bo skoro tam i wtedy rozpoczęły się sprawy, poprzez które rozstrzygały się i przesądzały koleje mojego życia - to tu właśnie i teraz powinny nastąpić ich ciągi dalsze. W rozbłysku wyobraźni ujrzałam jakby czyjeś niewidzialne ręce, które mnie prowadziły i nadal dokądś prowadzą, a dzieje się tak dzięki facetowi, który w proroczym widzeniu ukazał mi moją drogę i odtąd nie ma dla mnie innej.

Tak sobie myślę, że przecież po to zostałam kiedyś rozdarta między dwie możliwości - krańcowe, biegunowo różne w treści i barwie, ale o jednakowym ciężarze gatunkowym - by mi została ukazana ta trzecia i jedyna. Tamte dwie poprzednie łączy wszakże jeszcze jedna zbieżność. Otóż w obydwu przypadkach zagraża niebezpieczeństwo samouwielbienia: w aktorstwie z powodu daru wywyższenia ponad przeciętność, a w pielęgniarstwie - z racji nabycia i opanowania sztuki samozaparcia. Myślę, że chyba jednak raczej powinno się odczuwać wdzięczność. Więc aż tyle mogę? Na tyle mnie stać? Tyle zostało mi dane? Tylko że, no cóż, wybranie i pielęgnowanie którejś spośród tych dwóch życiowych ról, ich rozwój i obstawanie przy jednej z nich - zależało tylko ode mnie. Niestety, zaniechałam obydwóch. Jedną odrzuciłam, drugiej się musiałam wyrzec, a tym samym zmarnowałam je. Wybrałam nijakość. Już wyjaśniałam, co mnie skłoniło do takich to postępków; do rezygnacji, która mogła wydawać się zgubna. W dalszych jednak następstwach okazała się zbawienna. Czemu? Bo trzeba było, bym w Ikachu umiała wyrzekać się siebie, zapominać o sobie aż do samounicestwienia. No, co się tak na mnie gapisz? Umiem troszkę myśleć, choć niektórzy biorą mnie za słodką idiotkę - tylko dlatego, ponieważ czasem lubię się troszkę powygłupiać. W każdym bądź razie obecny stan rzeczy jest wynikiem uważnego spojrzenia kogoś, kto umiał rozpoznać, co jest we mnie i za jednym zamachem, natychmiastową decyzją umieścił mnie w dwóch niejako zaczątkowych rolach. Tak to określiłam, bo z obydwóch wyłonił się mój przyszły los...

Tamtego zatem, pamiętnego poranka powtórnie znalazłam się w sytuacji wyjściowej. Szukałam dla siebie miejsca, choć nie powinnam była szukać, gdybym miała oczy i uszy otwarte. Wszak to mnie, chyba siłą sugestii, próbowano odnaleźć w moim zagubieniu - i odnaleziono. I odtąd żyję w zasięgu ustawicznych wpływów tego człowieka, w cieniu jego spraw, w obrębie oddziaływania, choć - co prawda - nieco na uboczu. A odkąd się w takim to położeniu znalazłam - stało się tak, jakby nigdy mi się dotąd nic szczególnego w życiu nie przydarzyło. Jakby przestała istnieć moja przeszłość, a w niej wszystko, co sobie ceniłam. I nie ma dla mnie ucieczki, mimo że niekiedy buntuję się wewnętrznie, zwłaszcza gdy znajdę się poza obrębem Ikachu. Jednakże to jest nieuniknione, bo przecież w nim nie mieszkam - i oby tylko mi się jak najrzadziej zdarzały jakieś dłuższe i większe oddalenia. Lecz jednak czasem zdarzają się, a wówczas wydaje mi się, że są i pozostaną mi obce tutejsze, ikachowskie sprawy, choć wiem, że to właśnie te z zewnątrz od dawna stały mi się obce.

Zdarza się jednak niekiedy, że mnie one kuszą, opanowywują, wciągają. Czy to moja wina - myślę wówczas przewrotnie o ikachowskiej rzeczywistości - że nie potrafię wciągnąć się w coś, co mnie jakoby nie interesuje? I że nigdy też chyba nie nauczę się przejmować czymś, co jest mi całkowicie obojętne, wręcz odrażające? Na szczęście, są to stany przejściowe i wiem, że nie uwolnię się od tutejszości, bo jest za późno na próby wyzwolenia. Potrzask? Nie, to oślepiło mnie słońce. Czyli Józek Gleba? No nie, nie mogę, ja się chyba powieszę, czemu to, co mówię, bierzesz serio? Przecież się wygłupiam.

W każdym razie nie darmo w tamtym rozstrzygającym dniu nogi bezwiednie poniosły mnie w jedyną właściwą stronę. Szłam przed siebie niby to bez celu, wiedziona wszakże - dziś to dopiero wiem - instynktem. Naraz bowiem okazało się, że znalazłam się przed bramą Instytutu. Miałam o nim mgliste pojęcie, ale szło mi przecież tylko o znalezienie posady i o zarobek. Czemuż by tu nie spróbować? - pomyślałam i weszłam do środka. Przyjął mnie ktoś, kogo wzięłam za sekretarkę - taki sztokfisz. Oczywiście, pani Maria. Spytałam o miejsce; o możliwość pracy. Ku mojemu zdziwieniu i radości, nie odprawiła mnie, lecz kazała mi usiąść i poczekać, po czym wślizgnęła się do przyległego pomieszczenia poprzez dziwne, stylizowane drzwi; znasz je zresztą. A ja tymczasem rozglądałam się po wnętrzu, które było wręcz cudaczne, a mimo to, nie wiem czemu, wydało mi się tak bliskie, jakbym już od dawna tu pracowała, jakbym znała je od zawsze, i pewnie dlatego nie myślałam o czekającej mnie rozmowie. Doznawałam złudzenia, że już jest ona niepotrzebna, bo wszystko naraz stało się oczywiste i pozostaje tylko zdjąć płaszcz...

I wtedy drzwi rozwarły się szeroko, a sztokfisz, to znaczy pani Maria powiedziała, że pan naczelnik mnie prosi. No i zobaczyłam - zgadnij, kogo? Dziwne zaiste figle płata mi los: gdzie się nie ruszę - Józek. Czy te ustawiczne natknięcia się na niego mogłam uważać za swego rodzaju przygarnięcie mnie, błądzącej i zagubionej - czy też raczej za łapanie w zarzucone na mnie sieci? W każdym razie, w tym kolejnym z nim spotkaniu dopatrzyłam się zapowiedzi trwałości w związaniu się czy spleceniu naszych losów.

Gdy już siedziałam naprzeciw niego przy biurku, w celu odbycia wstępnej rozmowy - zamierzałam rozpocząć grę, uciekając się do przymilnych uśmieszków, okazywania zapału i innych wygłupów. Lecz oto naraz spostrzegłam, że mój przyszły szef czyni to samo. Zrobiło mi się głupio, bo to było tak, jakby mnie małpował. Ale nie, widzę, że on mnie traktuje serio, a co więcej, takim to zachowaniem usiłuje mnie zjednać. Więc zależy mu na mnie? Czemu? Nie wiedziałam, ale się ucieszyłam. Trochę się zmienił, ja na pewno też, ale nie było w tym niczego dziwnego, że rozpoznał mnie natychmiast, przecież nie tak dawno mnie widywał w teatrzyku studenckim. A ponadto nie należy do ludzi, którym stanowisko przyćmiewa pamięć. No i bez najmniejszego wysiłku zostałam przyjęta, i to na godziwych warunkach.

Dlaczego? Bo chyba nie tylko po znajomości... Wiesz, myślę, że on się czegoś po mnie spodziewał i dlatego tak łatwo mnie przyjął. Nie śmiejże się, tu wcale nie chodzi o to, co ci podsuwają kosmate myśli... Tak, może masz rację, że raczej kierował się zasadą, według której korzystne wyniki daje relacja: dobry opiekun i doradca - posłuszna i uległa jego wpływom smarkula. A jeszcze słuszniej się domyślasz, jakoby miał na względzie fakt, że stanowię dobry materiał dla jego ikachowskich eksperymentów, i że potwierdzą się na mnie jego idee. Pewnie przypuszczał (nie bez racji, niestety), że nadal jestem kimś, kto łatwo wpada w zapał, a wtedy, jeśli już coś robi, to całym sobą. I że z wdzięczności za danie mi pracy, od razu stanę się wspaniałą ikachówką w roli skrybianki, czyli siły pomocniczej pani Marii - głównej skrybicy. Nie, to nie jest stanowisko, lecz raczej pewien stan, który z ledwością i w pewnym tylko sensie można przyrównać do pełnienia funkcji sekretarki.

Miał rację z tym zapałem, powiadasz? A diabli wiedzą, co ze mną jest. Fakt, że wtedy, gdy mnie przyjął, chciało mi się krzyczeć z radości. Wybawił mnie z kłopotów, więc tłumiąc żal po teatrze, cieszyłam się ogromnie. Głupi zawsze ma szczęście. No, ty, nie chwytaj mnie za słówka. No dobrze, już dobrze, sama wiem, co jestem warta, i ty też. A on? Skoro wiele razy mi wcześniej pomagał, jakże mogłabym mu nie zaufać, gdy znowu stanął mi na drodze?


Maria


Zarówno panią Marię, jak i Adama Józef Gleba - już jako naczelnik - brał niejako obcesem do tworu swego życia, jakim był i jest Ikach. Odbywało się to tak: Uwidoczniała się faza wstępna, polegająca na prowokowaniu pogorszenia się samopoczucia - no, może jednak raczej na wykorzystywaniu już istniejącego załamania duchowego. Faza ta była ważna, gdyż stanowiła podłoże przyszłych od Ikachu i Gleby uzależnień. Z tegoż podłoża wynikała faza pośrednia, w której delikwenci podlegali, by tak rzec, odwartościowaniu, czyli sprowadzani zostawali do stanu poczucia utraty sensu życia, jak też braku własnego znaczenia, oraz - w efekcie - doznawania skrajnej bezradności; był to stan pozornie bez wyjścia. Strącani na dno piekieł, doczekiwali się jednak wreszcie fazy pomyślnie kończącej ten proces - czyli wybawienia. Przyjmowali je z ulgą i wdzięcznością dla wybawcy tak wielką, że prowadziła do bezwzględnej wobec niego uległości i całkowitego uzależnienia. Proces ten, w przypadku pani Marii i Adama, odbywał się w sposób niemal identyczny, a poniekąd dotyczył też i
Ewy, aczkolwiek w jej przypadku towarzyszyły mu okoliczności odmienne od sytuacji życiowej i psychologicznej tamtych dwojga. Przyjrzyjmy się przypadkowi pani Marii.

A zatem los poparł ją jakby po to, by zmiażdżyć. To się okazuje dopiero obecnie, ale kapryśnej zmienności tegoż losu doznawała wielokrotnie. Tak więc, gdy za sprawą młodocianego Józka Gleby wyzwoliła się z pogrążenia w depresji, wkrótce potem jej z trudem odzyskana wolność została jej odebrana, gdy dostała się w tryby rzeczywistości świata, a następnie, po kolejnym z nich uwolnieniu - w zakres oddziaływania swego wybawcy i pod naciski jego woli, zmierzające do zawładnięcia nią. To dotyczy jej osoby jako takiej, lecz trzeba podkreślić, że takim to naprzemiennym naciskom i wyswobodzeniom podlegała przede wszystkim jej wewnętrzna odrębność. W szczególny sposób dawało to znać o sobie w trakcie podjętej przez nią pracy, której się uchwyciła niczym koła ratunkowego. To, czego wykonując ją doznawała, było niejako ostatnim już zabiegiem przygotowawczym wobec jej głównego celu życiowego. Bo gdy ją znów - czy tylko? - przypadek podźwignie, przybierze już postać Ikachu w osobie jego naczelnika.

Pani Maria okazała się dla niego nader podatnym obiektem dalekosiężnych przewidywań, a jego chęć przypodobania się i zabiegi zjednujące, które Józef Gleba czynił wobec wybranych osób, dokładnie sprawdzały się na niej, i to w sposób przez naczelnika przewidziany. Pani Maria, będąc ich obiektem, jednym zresztą z wielu, odpowiadała na nie zawsze zgodnie z jego spodziewaniem się czy życzeniem, sama zaś całą swą osobą stawała się oddźwiękiem przymilności swego przyszłego szefa. Oddźwiękiem - ale nie naśladowczynią. Możliwość bowiem przypodobania się, a więc uśmiech znaczący staraj się mnie polubić zarezerwowany został tylko dla naczelnika. W stosunku do innych osób próby podejmowania tego rodzaju zabiegów przynosiły pani Marii jedynie gorycz.

Ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie powiedzmy tylko, że ta odradzająca się do nowego życia kobieta uzyska nareszcie pozycję, która odpowiadać będzie jej usposobieniu. Co więcej, postara się o zapewnienie sobie godziwego miejsca w danej jej rzeczywistości. Pozna też wartość ujmujących zabiegów. Jej ustalonego, zewnętrznego wyglądu nie będą w stanie odmienić okoliczności. Ale w jej wnętrzu, równie starannie jak ciało wypielęgnowanym i ćwiczonym, dokonają się zasadnicze zmiany, gdy przebywając już w Ikachu przekona się, że jej osobiste sprawy nie są jedyne i niepowtarzalne, i nie należą też już wyłącznie do niej, a i ona sama nie jest osią świata. Jej uprzednie, chorobliwe stany ducha, jej nieszczęście niewątpliwie wielkie i prawdziwe, acz nieproporcjonalne w stosunku do ogromu tych, jakich doznaje ludzkość, jej wreszcie na pewno szczere, lecz wyolbrzymione przeżycia - zatracą się wśród wielości ludzkiej biedy, a mierzone skalą powszechności, utracą cechy dramatu. Nasilenie bowiem stopnia odczuwalności cierpienia znamionuje względność, a z kolei przesada podważa szczerość doznań.

Logika zawarta w dotykających panią Marię zdarzeniach, a przejawiająca się niebezpodstawną kolejnością przyczyn i następstw - zdaje się być zrozumiała: wszystko, co ją nękało, sprowokował los, by tę posłuszną mu kobietę naprowadzić na drogę do Ikachu. Pojmie, że musi zrezygnować z siebie na rzecz wielkiej sprawy. Chyba przyjdzie jej to łatwo, gdyż obowiązkowość jest jej cechą wrodzoną, aczkolwiek wykoślawiły ją przypadłości. Mimo to na pewno będzie jej ciężko, gdy zda sobie sprawę, że nie stać jej na wysiłek przekraczania swych możliwości. Kosztem zresztą zmierzenia się nawet z jakimś największym - i tak nie uzyska więcej ponad to, co dla niej przewidziano w Ikachu. Celem wszakże utrzymania się na podrzędnym - według jej oceny - stanowisku, musi zachowywać uśmiechniętą twarz: nie jest tu przewidziane jej niezadowolenie. Ale okazywanie pogody będzie też sposobem na zachowanie godności. Uśmiechem można tak wiele pokryć, że zastępuje on prawdziwe oblicze człowieka... Przede wszystkim jednak pani Maria musi być wdzięczna za to wszystko, co stało się dla niej ratunkiem - za ofiarowanie jej miejsca w życiu i w świecie, gdy wydawało jej się, że nie ma dla niej miejsca żadnego. Wpierw jednak musi przejść próbę rozliczania się z przeszłością i podjąć wysiłek zmagania się z wszelakimi trudnościami. Będą to już wszakże okoliczności wprowadzające ją w rzeczywistość Ikachu. Posłuchajmy:

- Nie było mi lekko, gdy codziennie przedreptywałam schody w biurze zatrudnienia - z naiwną nadzieją, że zaofiarują mi tam coś atrakcyjnego. Oczywiście, raz za razem spotykałam się z odmową, więc przeżywałam rozczarowanie, lecz mimo to nie chciałam zrozumieć, że ważna i ciekawa praca jest niedostępna dla kogoś, kto nie ma kwalifikacji, a tylko wykształcenie. Wzięłam wreszcie posadę, jaka się nawinęła, nie domyślając się, że przewidziana jest przez los jako już ostatni krok wstępny do Ikachu. Była to praca w archiwum mieszczącym się w suterenie budynku, w którym obecnie znajduje się Instytut. Czy ten zbieg okoliczności nie jest zastanawiający? Przedtem ów budynek zajmowały inne instytucje - i stąd nagromadzenie olbrzymiej ilości dokumentacji, którą należało uporządkować. Było to zaiste pracą dla Herkulesa, dla mnie zaś - próbą sił. Mimo że nie miałam ich w nadmiarze, starałam się jakoś wywiązać z zadania, skoro mi je powierzono. Nie wiedziałam, że stanie się ono dla mnie wstępem do uwieńczenia możliwości życiowych. Obecnie, gdy tu w Instytucie czekam na rozstrzygnięcie dotyczące mojej przyszłości i gdy już dość napatrzyłam się na rozmaite, obleśne zabiegi wokół losu, czynione na zasadzie kompromisów i wieloznacznych porozumień - bez goryczy myślę o przykrościach, jakich tam, w archiwum doznałam. Śmiej się, pajacu... No cóż, no cóż - ustawicznie i w różny sposób chłostana, nauczyłam się być posłuszna.

Ile lat męczyłam się w owym archiwum? Długo. Na tyle długo, by je znienawidzić, a głównie za stosy papieru, zza których nie było mnie widać. Obecnie dostrzegam w tej okoliczności logikę przeznaczenia: musiałam przezwyciężyć papier, by dostąpić żywego słowa, w jakie - by tak rzec - wcielił się mój wybawca. Zanim to wszakże nastąpiło, przeszłam gehennę. Choć mam wrodzoną staranność i zamiłowanie do porządku, to jednak nie sposób mi było poradzić sobie z panującym tam bałaganem. Przez kilka lat uporządkowałam zaledwie część. A co najgorsze, siedząc odcięta od świata - dziwaczałam. I dziczałam. Tak, było to ostatecznym oczyszczeniem się wewnętrznym na przyjęcie nowych treści. Jednakże wówczas wydawało mi się, że niestety, niewiele się - wbrew nadziejom - zmieniło i że trwa, a nawet pogłębia się ciąg dalszy stanu poprzedniego: zmieniły się tylko okoliczności. Z powodu obrzydzenia do niewdzięcznej, dotkliwie nieznośnej i sprzecznej z oczekiwaniami pracy, unikałam nawet personelu. Kiedy po pracy odpoczywałam w parku, świat ludzi wydawał mi się objawieniem; zjawiskiem olśniewająco niezwykłym - ale i dziwacznym. Tak więc, nie wiedząc o tym, przysposabiałam się - lub raczej za sprawą ukrytych jakichś mocy przysposabiana byłam do uczynienia się modelowym uczestnikiem Ikachu; kimś idealnie przystosowanym do jego potrzeb, a także profilu; i wreszcie - do stania się jego wyłączną własnością.

Jednakże na razie moje samopoczucie pogarszało się z dnia na dzień. Coraz to przykrzejsza, przymusowa sytuacja doprowadziła mnie do stanu nieustępliwego, wywołanego beznadziejnością przygnębienia, pogłębiającego się w konfrontacji ze światem otaczających zjawisk. Bo proszę pomyśleć: jest wiosna, przyroda w parku ożywa - a ja czuję się niemal żywcem pogrzebana w pomieszczeniu zatęchłym, mrocznym i zawalonym stosami papierów.

I wtedy właśnie, w sytuacji dla mnie skrajnej, wręcz kryzysowej, nastąpiło wydarzenie nagłe i przełomowe. Poprzedziło je coś, co z jednej strony ów kryzys nasiliło, i to do stopnia najwyższego, o sile miażdżącej, a z drugiej - jakby ów przełom sprowokowało. Otóż, niczym znienacka uderzający grom, dosięgła mnie kontrola. Trzyosobowa. Przypuszczono na mnie frontalny atak i był on próbą mojej wytrzymałości. Ale przecież te panie powinny były wiedzieć, że jest to próba ponad moje siły, bo potwornym śmietnikiem było to archiwum od wielu lat gromadzone, a nie porządkowane nigdy. Takiego chaosu niepodobna doprowadzić do ładu, nadaje się chyba tylko do tego, by te papierzyska zlikwidować płomieniem.

Jednakże panie kontrolerki nie przyjmowały tego do wiadomości. - A teraz proszę nam podać akta z roku... - mówiła któraś z pań. Niestety, to jest rejon śmietnika, do którego jeszcze nie dotarłam. Mimo to próbuję odszukać żądane dokumenty, grzebiąc wśród skoroszytów i segregatorów. Na szczęście, jestem zasłonięta drzwiami szafy, więc nie widać, jak bardzo jestem blada i zlana zimnym potem. - Proszę o chwileczkę cierpliwości, jakoś nie mogę odnaleźć - mówię niewyraźnie, bo język mi drętwieje, sucho w ustach... O tak, była to lekcja pokory, zaiste straszliwa. Pani od kontroli milczy złowrogo, może złośliwie: jakże skłonni są niektórzy ludzie przypisywać innym swoją złą wolę... Dziś wiem, że także i to było celowe, gdyż przygotowywało mnie do życia w Ikachu. - Dajmy temu spokój - mówi wreszcie pani kontroler ponuro. - Widzę, że się pani zupełnie pogubiła. To w takim razie proszę mi pokazać... - Tu wymienia inny rodzaj dokumentacji. Niestety, nie wiem, gdzie tego szukać i czy to w ogóle jest. A pani kontroler, jak na filmie japońskim, milczy albo mówi łagodnie, wręcz słodziutko, a potem przechodzi do, przepraszam, wrzasku. - Czegoś podobnego jeszcze nie widziałam - wykrzykuje - to jest najgorzej w mieście prowadzone archiwum, taka na przykład pani Igrek miała podobny bałagan, a jednak zaprowadziła wzorowy porządek. To jest kompromitujące, to jest przejaw skrajnej nieudolności, a ponadto lekceważenie obowiązków, z jakim się jeszcze nie spotkałam. Pani dyskwalifikuje się jako pracownik. - I tak dalej.

Te panie nie zdawały sobie sprawy, jak śmieszne są i odrażające, gdy torturowały nie przez kilka godzin histerycznymi wrzaskami, których nie uprzedzały - jak już wspomniałam - długie chwile milczenia albo wydawanie poleceń miłym - tak! - i uprzejmym głosem. Wiem, że trzeba było, aby kontrolerki okazały się właśnie takimi, ale wtedy skutek był odwrotny w stosunku do zamierzonego. To prawda, czułam, że jestem blada, gardło miałam szorstkie i wyschnięte, ale już nie trzęsłam się ze strachu, tylko z wściekłości - czerwono w oczach, czarne, latające w nich płatki... Jeszcze chwila, a gotowa byłam wybuchnąć. Zamiast tego, dokonał się we mnie przedziwny rozdział. Cieleśnie tylko stałam przed oprawczyniami (przepraszam!), podczas gdy duch mój wysoko unosił się ponad tym tu cuchnącym, zarobaczywiałym śmietnikiem czy grobowcem, uśmiechając się z ironią i politowaniem. - No dobrze - mówi wreszcie jedna z pań - dajemy pani termin. Do dnia tego a tego musi tu być wszystko w najlepszym porządku, bo inaczej...

Oprzytomniałam. Nie, nie chwyciłam naręcza papierzysków, by cisnąć je pani kontroler pod nogi, a potem ubrać się i wyjść spokojnie, jak to przed chwilą zamierzałam. Bo i na co się to zda? Odejść bez wypowiedzenia? Dyscyplinarka. Wymówić pracę? Nie zwolnią mnie, dopóki nie zrobię tu porządku, a zresztą - z czego żyć? - Chyba pani zależy na naszej opinii? - pyta jedna z pań. Czułam, że blednę coraz mocniej. Dość, dość. Uniosłam głowę jak mogłam najwyżej i próbowałam się uśmiechnąć, żeby dać jej poznać, że zależy mi tyle właśnie, co umarłemu. Bo i do kogóż to ona mówi? Czy nie widzi, że na nic znęcanie się, bo ma przed sobą rzecz martwą zamiast człowieka? Nie ma mnie we mnie, a nieobecnego czy nieistniejącego nie dotyczą groźby, a bodaj pogróżki. Nie mam niczego wspólnego z tym tu, całkiem przypadkowym zajęciem. Tak czułam, lecz mimo to, wbrew woli, kierowana resztką rozsądku, uderzyłam w pokorę i uśmiechnęłam się przymilnie, w sposób więc obcy mi, wręcz ohydny - zapewniając, że oczywiście tak jest, zależy mi i dlatego... Ozdobnymi słowami wyraziłam gotowość dotrzymania terminu, a co więcej, starałam się okazać, jak bardzo jestem gorliwa, prosząc, aby się zdobyły na cierpliwość, bo ten bałagan - tak, przyznaję, że jest tu bałagan - gromadził się od lat. Uporządkowanie wymaga zatem wiele czasu, ale jestem pewna, że się z tym uporam i może jeszcze zasłużę na pochwałę.

Obecnie wiem, że spełniłam po prostu akt skruchy i posłuszeństwa, gdyż było to potrzebne. I było to zupełnie tak, jakby z oddalenia kierowała mną wola pana naczelnika; jakbym poddała się jego telepatycznie oddziałującej sugestii. Przejaw okazanej wtedy pokory mógł być aktem wstępnym, poprzedzającym przyjęcie mnie do wspólnoty Ikachu. Bo proszę posłuchać, co było dalej. Otóż panie kontrolerki zadowoliły się złożonymi przeze mnie deklaracjami i poszły nareszcie, a ja opadłam na krzesło, wciąż jak nieżywa, by ochłonąć, a potem ubrałam się czym prędzej i wyszłam do parku. Usiadłam na ławce pod krzakiem bzu, jakby przekornie wezbranym życiem i urodą, i dławiłam się wonnym powietrzem, zamiast się nim upajać, gdyż wraz z nim łykałam wściekłość, upokorzenie i bezsilność. Zasłużyć na pochwałę... Jakże to mogłam wypowiedzieć takie słowa?

Wpatrywałam się w zarosłe gęstwiną obszary parku, nic wokół nie widząc, i zaciekle w duchu spierałam się z tymi paniami. Przeciwstawiałam ich zarzutom argumenty zaczerpnięte z moich pojęć o poszanowaniu godności podwładnych i zarzucałam im w zamian małostkową drobiazgowość, dowodzącą ciasnoty umysłowej. Naraz wydało mi się, że ktoś do mnie mówi. Słyszałam głos, którym zdawała się przemawiać do mnie przestrzeń. Była to pośrednia odpowiedź na moje nieme wołanie o sprawiedliwość, podobna do bezsłownej wymiany myśli. Lecz jednak docierały do mojej świadomości słowa rzeczywiste, które mówiły mi o czymś dobrym, o jakiejś szczęśliwej zmianie okoliczności. Dorozumiewałam się, że chodzi o jakiś nowy rodzaj pracy. Głos mamił, obiecywał, tchnął we mnie nowe życie - i na pewno nie był złudzeniem słuchowym. Uważnie więc i chciwie słuchałam zachęty do przyjęcia stanowiska, które wprawdzie wydaje się trudne i niewdzięczne, zwłaszcza że wymaga pewnych wyrzeczeń, ale za to wynagradzane jest w sposób satysfakcjonujący. W każdym razie potrzebny jest ktoś jak ja skrupulatny w pracy, wymagającej staranności i poczucia obowiązku. Dlatego powinnam się zgodzić na przyjęcie.

Jakże mi ta ocena schlebiała, jak podtrzymywała na duchu po tylko co doznanych upokorzeniach i przykrościach... Widocznie ich echo już się rozeszło, już wieść o nich dotarła do czyniącego mi propozycję. Spojrzałam nieco przytomniej po otoczeniu, a następnie skierowałam wzrok ku miejscu, z którego do mnie mówiono. Obok mnie siedział postawny, wzbudzający zaufanie mężczyzna. Jego twarz wydała mi się jakby znajoma. Zwróciłam ku niemu głowę i słuchałam, nie przerywając, ciekawa czy zauroczona, i tylko pytającym spojrzeniem uczestniczyłam w rozmowie.

Mój rozmówca wyznał nareszcie, kim jest, i przeprosił za obcesowe zakłócenie mi wypoczynku. Osłupiałam ze zdumienia, bo nareszcie zorientowałam się, że mówi do mnie nie kto inny, lecz Józef Gleba, obecnie - jak się okazało - już pan naczelnik. Z kolei więc ja przeprosiłam za roztargnienie, spowodowane... - Wiem - uciął i wyjaśnił, że zależy mu, abym poprowadziła... no, odpowiednik sekretariatu. Skrybownię. Jest to zajęcie na pewno lżejsze niż praca w archiwum i bardziej urozmaicone. Co więcej, przy pomyślnym układzie mogę zostać wyróżniona i stać się pracownikiem, lub raczej uczestnikiem wzorowym i zasłużonym.

Zamroczyła mnie radość. Mogę nareszcie rzucić archiwum, nie troszcząc się o jego dalsze losy ani o opinię - i będzie to rodzajem odwetu na paniach od kontroli. Wciąż i wciąż rozbrzmiewały mi w myśli tylko co zasłyszane słowa, i nieustannie wznawiało się we mnie poczucie ogromnej satysfakcji, że ktoś mnie nareszcie docenił, komuś na mnie zależy... I spotyka mnie to po raz pierwszy w życiu. Pan naczelnik - w którym z radością nie tylko rozpoznałam, ale też niejako odkryłam znanego mi z przeszłości chłopca - uśmiechnął się tak szczerze i serdecznie, że zalała mnie fala wdzięczności. Także - zdziwienia. Więc mój niegdysiejszy pupil aż tak się wybił? To raz, a po drugie - w jaki sposób mnie dostrzegł i odnalazł? Jak się wkrótce okazało, niedawno objął stanowisko i dlatego nie zetknęłam się z nim dotychczas. Archiwum miało osobne wejście, a ja unikałam styczności z ludźmi. Ale pan naczelnik zapoznał się już z aktami personalnymi i wyłowił moje nazwisko, nieobce mu przecież. Co więcej, wywiedział się o mnie wszystkiego i postanowił wyciągnąć mnie z opresji, gdy panie z kontroli pobiegły do niego, by na mnie naskarżyć. Nie tylko że nie przychylił ucha ich zarzutom, ale wypatrzył stosowną chwilę, by ze mną porozmawiać. Z radością wyraziłam zgodę, którą potwierdził, zaszczycając mnie serdecznym uściskiem ręki. Długo, i aż do dziś, pozostawałam pod wrażeniem okazanej mi dobroci, jakże potrzebnej komuś jak ja zmaltretowanemu. Jestem przekonana, że tę dobrą chwilę okupiłam dotychczasowymi cierpieniami. A jeszcze jedną wartością, jaka z życiowych prób wynikła, było to, że przebywając w zamkniętym odosobnieniu archiwum, uchowałam się czy też zostałam uchowana dla głównej mej życiowej roli.


Adam


Niemal w ten sam sposób, choć w innych okolicznościach, pozyskany został dla Ikachu Adam, aczkolwiek w odróżnieniu od pani Marii - był i na stałe pozostał niepodatny na przymilność naczelnika i całym sobą jej się sprzeciwiał. Po serii upadków zdawać się mogło, że nieuchronnie pogrąży się w grząskim dnie. I wówczas to się zdarzy, że w najkrytyczniejszym momencie otrzyma znak, iż bez Józefa Gleby nie ma dlań ratunku. Widocznie wpierw musiał być poniżony - po to, by mógł zostać podźwignięty. Wpierw też musi być podźwignięty, nim zostanie uformowany. A stanie się to za sprawą niezwykłych sił, które nieustannie mu przekazuje czy też śle ku niemu jego ojciec duchowy - bo tak chyba można nazwać naczelnika Ikachu.

Adam utwierdza się w podejrzliwości wobec świata, ale też twardnieje w niechęci do siebie. Jej nacisk zgniata w nim wolę życia. Następstwem jest wewnętrzne rozmiękczenie. Jest on za mało zwarty w sobie, rozchwiany - a jednocześnie nieskłonny do ustępstw i do uległości, podatny za to na kompleksy, które z łatwością torują sobie drogę wśród rozluźnionej spójności cech charakteru. Nie tworzy zatem duchowego monolitu, a tym samym stanowi idealny materiał do obróbki, oczywiście dla potrzeb Ikachu. Wydaje się przy tym wszystkim niepojęte, że będąc wrażliwym, inteligentnym chłopcem, wciąż nie zdaje sobie sprawy z szansy, jaką mu daje jego odmienność i zamiast wykorzystywać jej wartościowe przejawy, czyni ją przedmiotem udręki. Staje się ona źródłem narastających zahamowań, ale też rozpaczliwych zrywów, w których upatruje recepty jeśli nie na odrobinę zadowolenia, to na uśmierzanie ustawicznie go nękającego niepokoju.

Ten chłopiec nie wie, nie może jeszcze wiedzieć, że przyszły naczelnik Instytutu chce mieć różnorodność w swej eksperymentalnej kolekcji. Ze względu na skłonność do samoanalizy, Adam powinien był studiować psychologię - lecz na cóż by się zdał psycholog w Ikachu? A nuż swą wnikliwością przerósłby mistrza? Jął więc uczęszczać na politechnikę, ale... Być może wskutek znalezienia się w nowych okolicznościach i obcym środowisku - pogłębiły się jego depresje i obsesje. Wmawiał sobie, że jest antytalentem matematycznym. Faktycznie, Adam przedstawia sobą typ umysłowości wcale nie ścisłej, lecz raczej skłonnej do uogólnień. Jak już wiemy, miewa napady histerii, zraża do siebie ludzi, a odraza do wszelkich przejawów zjednywania pogłębia w nim ogólny rozstrój.

Czy takiego właśnie chciał mieć naczelnik? Tak, na pewno. Czy to on - jeszcze jako po prostu Józef Gleba - ustawicznie wywoływał postępujący ciąg stanów, które ujawniały się wielokrotnie już w dzieciństwie - czego dowodem, jednym z wielu, była niefortunna próba ucieczki z Domu Dziecka? Niewątpliwie. Tym bardziej, że następstwa mogły okazać się zgubne - gdyby nie ukryta interwencja, wiadomo czyja...


- Wybiegłem wtedy, w ów wieczór andrzejkowy, na ulicę, ale natychmiast zdałem sobie sprawę z komizmu zarazem i tragizmu takiego postępku. Znaleźć się na ulicy w chłodny i deszczowy, jesienny wieczór - bez zwierzchniego okrycia, bez noclegu, pożywienia, pieniędzy i dokumentów, jak też bez możliwości znalezienia środków na utrzymanie, a w dodatku w domowych pantoflach? Opamiętałem się i zawróciłem. Nie musiałem nawet nikogo przepraszać ani przed nikim się usprawiedliwiać, bo moje wymknięcie się było tak krótkotrwałe, że nikt go nie spostrzegł. Chciałem tylko udowodnić sobie, że stać mnie na protest - lecz ten, niestety, okazał się niemożliwy.

A później, no cóż, stawałem się w naszym stadzie owcą coraz to czarniejszą. Dlatego więc, na przekór i na złość wszystkim domniemanym wrogom, zmobilizowałem się i na piątkę zdałem maturę, po czym dostałem się na studia. Czemu na politechnikę? Nie umiem wyjaśnić, dlaczego usłuchałem Gleby, gdy udzielił mi podstępnej, jak się okazało, i przewrotnej rady, sugerując, że mam smykałkę do mechaniki. Myślę, że miał w tym ukryty cel: przewidział wynik.

Na razie wszakże zamieszkałem w akademiku, mogłem więc nareszcie zerwać z dotychczasowym środowiskiem. Ale to nowe także mi nie odpowiadało. Z nauką też nie szło mi najlepiej. Nie dlatego, żeby brakowało mi uzdolnień, lecz nauki ścisłe to nie dla mnie; nie pojmuję ich i nie stać mnie na chłodne, precyzyjne rozumowanie. Tak, jestem mądry, wiem o tym - ale co z tego? Mądrość nijak się ma do życiowej praktyki, wymagającej tylko inteligencji, czyli po prostu sprytu.

Nadeszła pora egzaminów i... Czy zaznałeś kiedyś uczucia, że czas jest potworem, przed którym omdlewasz ze strachu? Albo że domy chwieją się i zaraz runą ci na głowę? Kładłem się na tapczanie i starałem się biernie przeczekać zagrożenie, pozostając w zupełnym bezruchu, wiesz, w stanie wegetatywnego przytajenia. Wydawało mi się, że leżąc, przepływam pomyślnie nad niebezpieczeństwem. Zamykałem oczy i starając się nie widzieć przepaści, wmawiałem sobie, że jej nie ma. Ci i owi z kolegów potępiali moje postępowanie, próbowali mi pomóc, wyciągnąć mnie jakoś. Ale mnie to upokarzało, więc przepędzałem dobroczyńców. Mówiłem szorstko, żeby odwalili się ode mnie albo uprzedzałem ich, że nie ręczę za siebie. Skutkowało. Odchodzili, urażeni grubiaństwem i niewdzięcznością.

Gdy mijało niebezpieczeństwo stanięcia przed egzaminatorem, reakcją bywał szalony nawrót życia. Nie dbając o następstwa uchylenia się od egzaminu, dostawałem napadów histerycznej wesołości: to także było obroną przed zagrożeniem. Stawałem się nadmiernie czynny, robiłem plany, których - wiedziałem to - nie wykonam. Odraczano mi terminy kolokwiów, brałem kilka razy urlop dziekański, ale nie można ich brać w nieskończoność, a nie potrafię się podlizywać. Mierziła mnie łatwość, z jaką niektórzy posługiwali się blagą, nie zhańbiłem się nią ani razu. Tłumaczyłem sobie, że na nic lizusostwo w przypadku, gdy potrzebne są wiadomości - a ja ich nie miałem. Obserwowałem zabiegi różnych nygusów, koniunkturalistów i asekurantów - i ogarniało mnie coraz większe obrzydzenie, wręcz wstręt do świata tak urządzonego, że nie można spokojnie patrzeć na ludzi, by nie podejrzewać każdego z nich o fałsz. I to nawet wówczas, gdy mogłem i powinienem był spodziewać się czyichś szczerych intencji; uwierzyć, że takie mogą istnieć. Zrażałem sobie życzliwych ludzi, zwłaszcza tych na stanowiskach. Żądałem wówczas, gdy należało prosić. Nie ma co, nadużyłem ludzkiej cierpliwości, naraziłem się, zaprzepaściłem szansę. Poszedłem wreszcie do psychiatry. Gleba dopiął swego... Tak przypuszczam, choć może go krzywdzę podejrzeniami, że o to mu szło, aby ze mnie zrobić garstkę gliny podatnej na urabianie.

Wiesz, co to jest thioridazin? Ostrzegam cię przed tym świństwem, które odczłowiecza. Już po kilku dniach zażywania nie potrafi się sklecić sensownego zdania, w ogóle z trudem odnajduje się słowa, a czytać zupełnie nie sposób, gdyż gubi się nie tylko wątek, ale wszelki związek między słowami, które przestają cokolwiek znaczyć. I chodzi taka bezwładna kukła w piżamie i człapiących pantoflach, taki nieborak straszliwie uspokojony i tyle w nim z człowieka, ile zostało w zachowanym ludzkim kształcie ciała podobnego do worka wypchanego watą, i w strzępkach świadomości, które bardziej są bolesne niż chory ząb; w strzępkach, z których wszakże wynika, że mimo wszystko jest się człowiekiem.

Czego wszakże, prócz tego leku, mogłem oczekiwać od psychiatry? Sam - wcześniej - nie tylko potrafiłem słuszniej niż on odpowiedzieć sobie na wiele pytań, ale znałem też powody stanu, który nie był jeszcze chorobą, a tylko prowadził ku niej nieuchronnie. Zacząć leczenie należało od rozpoznania przyczyn i ich usunięcia. A jednak było to niemożliwe, bo tkwiąc w przeszłości, nie podlegały one niczyim wpływom, były więc nieodwracalne, zaś ich następstwa nie do uniknięcia. Najgłówniejszą z owych przyczyn była przemoc, jakiej wobec mnie stale używano. Jeśli nie ludzie - acz oni przede wszystkim - to wywierały ją przymusowe okoliczności, konieczność życiowa, nacisk sytuacji, niemożność wyboru... I próżno było krzyczeć w każdej godzinie dnia: nie jestem niewolnikiem - bo niewolnikiem byłem, zwłaszcza samego siebie, a jest to najokrutniejszy rodzaj niewolnictwa. Mogłem odmówić przecież pójścia na politechnikę i sam sobą pokierować. Mogłem? Nieprawda. On tak chciał, a ja nie umiałem się sprzeciwić; nie byłem panem swej woli. I on mnie wpakował w to paskudztwo. Po co? Jednak doprawdy było mu to do czegoś potrzebne, ale o tym za chwilę.

Sięgnięcie po skierowane przeciwko sobie, drastyczne środki oznaczałoby poddanie się zupełne i przyznanie się do klęski ostatecznej - ponieważ takiego dowodu porażki niepodobna już wymazać. Powodowany przekorą, zdecydowałem się żyć, zostawiając sobie cień nadziei na jakieś nieprzewidziane możliwości. Jeśliby się pojawiły, to może ich nie zaprzepaszczę. Muszę zatem żyć, aby się nie pozbawiać czegoś, co by mnie niechybnie ominęło, gdybym się obwiesił. Myślę, że i Glebie nie byłoby to na rękę, gdybym mu spłatał takiego paskudnego figla. A w przezwyciężeniu pokusy pomogło mi wyrobienie w sobie przeświadczenia o mojej wyższości nad tym człowiekiem. Poniżył mnie, więc stało się konieczne, by pomścić tę podłość, jak również wykazać poczucie swej wartości. Mogłem to uczynić, jedynie przezwyciężając sytuacje, które mnie pogrążały. Skromne wymagania, prawda? A jednak nawet takie minimum było mi niedostępne. Powiadasz, że każde przezwyciężanie wymaga heroizmu? Pewnie masz rację...

Tak czy inaczej - pozostając w zakładzie zamkniętym, znajdowałem się w sytuacji przymusowej. Celem zatem najbliższym, ku któremu dążyłem podczas krótkotrwałego pobytu w klinice, było wyswobodzenie się. Nie mogłem dopuścić do nadużyć wobec mnie. Nawet więc w stanie zamroczenia obmyślałem sposoby, którymi mógłbym odzyskać swobodę. Oczywiście, musiałem używać podstępów. Zacząłem wyrzucać thioridazin do ustępu, to znany sposób. I z dnia na dzień czułem, jak się uwalniam od działania tej zmory - widocznie jeszcze nie zaszły w moim mózgu nieodwracalne zmiany. Wyzbywałem się drętwoty, a z nią traciłem przerażający spokój rzeczy martwej. Odzyskiwałem zdolność rozumienia, myśli wracały falą. Cóż to był za triumf, gdy udało mi się przeczytać gazetę. Rzecz jasna, musiałem się kryć z przejawami powrotu normalności. Zachowując wobec personelu pozory uległości, stopniowo stawałem się wolnym człowiekiem. Cierpliwie udawałem spokój człowieka zobojętniałego i pozbawionego niepokojów, tak że w końcu uznano mnie za wyleczonego. Wypuszczono mnie z kliniki, a stało się to w pewien parny, czerwcowy dzień.

Gdy wyszedłem na ulicę, poczułem się straszliwie osłabiony. W całym ciele czułem nieokreśloną dolegliwość, rodzaj bólu. Widocznie podawane mi w szpitalu paskudztwa jeszcze jednak nie przestały działać. Troiło mi się w oczach, pot oblewał mnie przy każdym poruszeniu. Nie miałem też dokąd wracać, mosty były za mną spalone. Teoretycznie sytuacja taka otwiera nowe i nieograniczone możliwości. W praktyce zaś - przyrównywalna była do ponownych narodzin. Fakt ten, czyniąc mnie bezradnym jak niemowlę, stawał się równoznaczny z zabójstwem. Wiele było przede mną - i nie było nic. Dowlokłem się do ławeczki w cieniu na jakimś skwerze i doznałem chwilowej ulgi. Radość jednak, że pozbyłem się koszmaru, przekreślało krańcowe, rozpaczliwe wyczerpanie. Spoglądałem w odzyskany świat cholernie zachwyconym, zdobywczym spojrzeniem, a jednocześnie czułem się straceńcem skazanym na jego definitywną utratę, tym tragiczniejszą, im piękniejsza była ułuda jego odzyskiwania. Jak i z czego żyć? A jeśli się nawet jakoś to uda, to czeka mnie powtórne przebywanie życia. Czy też może - jednak - nowego jakiegoś wcielenia? Jakiego?

Wszystko to były mrzonki. Trwał ranek i jeszcze nie odczuwałem głodu. Ale naraz zobaczyłem w skrócie ten dzień i następne. Byłem bez dachu i pieniędzy, nie miałem jakichkolwiek możliwości zaczepienia się gdziekolwiek ani też zdobycia środków do życia. Słowem - rozpacz. Nie widziałem przed sobą przyszłości. Zabrakło sposobu uzyskania pracy jakiejkolwiek, nie mówiąc już o podjęciu studiów. Moje beznadziejne położenie wyłoniło mi się, niczym upiór, z uprzedniego, radosnego oszołomienia. Zamroczyło mnie. Stryczek? Więc jednak? E, nie słuchaj, to takie tam gadanie, przecież nigdy nie brałem na serio takiej możliwości. Gdy więc trochę ochłonąłem, pomyślałem sobie, że przecież jakakolwiek praca chyba się jednak znajdzie, na przykład fizyczni potrzebni są zawsze i wszędzie. Ale - z moim osłabieniem? Z bezradnością niemalże dziecka? A co ze sobą zrobić teraz, na razie?

Naraz spostrzegłem, że ktoś usiadł obok i coś do mnie mówi. Jednak zabrakło mi chęci, by popatrzeć, kto to jest, ani próbować zrozumieć, o czym jest mowa. Czyjś głos ledwie docierał do mnie, dobywając się jakby z głębi mojego zamroczenia. A ponieważ zapewniał mnie o możliwości bytowania w dobrych warunkach i o uzyskiwaniu godziwego zarobku, i to w chwili, w której zobaczyłem pod sobą przepaść - przeto ledwie dosłyszalne, a jednak wyraźnie brzmiące słowa wziąłem za wytwór chorej wyobraźni. Bo jakże to? Zamiast żebym na razie poszukał noclegowni i poprosił o żebraczy posiłek, a następnie chodził po biurach zatrudnienia albo biegał od jednej instytucji do drugiej, raptem one same do mnie... Oprzytomniałem jednak i spojrzałem nieco uważniej. I wtedy zobaczyłem - kogo? Nietrudno się domyślić. Oczywiście, dał mi trochę pieniędzy na zadatek i adres, pod którym mogę zamieszkać. Byłem więc uratowany i - wdzięczny...

Co? Wydaje ci się to wszystko sztuczne? Nie, to nie był czysty przypadek, nie zapominaj, że mamy do czynienia z łapiduchem. Za ostro? No więc dobrze, powiem inaczej. Otóż był ktoś, kto spowodował mój pobyt w szpitalu - oczywiście w sposób pośredni, bo przez wywoływanie sprzyjających temu sytuacji - a później z dala czuwał nade mną i wiedział też o moim zwolnieniu. Był zatem ktoś, kto śledził, a być może i planował mój los; w każdym razie przewidział go i czyhał na sposobność, by go wyzyskać, gdy okazał się zgodny z tym założonym. I nawet potrudził się dla mnie - czy z dobroci? Tym kimś był oczywiście Gleba. Powinienem być mu wdzięczny - i na razie byłem, nawet bardzo. Wiem, że był moim łaskawcą i dobrodziejem, kiedy mnie wyciągał z mojej rozmaicie pojmowanej biedy. Jednakże już wtedy skłonny byłem przypuszczać, że działał z nieznanych mi wówczas, na pewno jednak interesownych pobudek.

Przypuszczenia te potwierdziły się: dla tego swojego Ikachu potrzebował takich jak ja, czyli przypominających wosk, z którego wszystko da się ulepić. Jednak zrozum, czym w owej chwili była taka propozycja dla mnie, sparaliżowanego sytuacją, porażonego przewidywaniem klęsk. Wszystko to niejako zmusiło mnie, bym poczuł się kimś, kto - ależ tak - musi zobojętnieć na intencje, odrzucić podejrzliwość, przełamać niechęć wobec zjednywania mnie i pozyskiwania, mimo że nie przestałem uważać tego procederu za wielce podejrzany.

Koniec końców, po chwili rozmowy, poddałem się całkowicie - i z ulgą. Przyjąłem pomoc, następnie uzgodniliśmy szczegóły dotyczące rozpoczęcia mojej pracy i jej charakteru, po czym on przypieczętował umowę dziarskim uściskiem dłoni i krzepiącym uśmiechem - którego jednak nie odwzajemniłem. A był to uśmiech, po którym nawet w kosmosie rozpoznałbym tego człowieka. Bo Gleba niewątpliwie był i jest człowiekiem co się zowie.


Z dziejów pewnego uśmiechu


Jest i pozostanie niewiadome, gdzie i kiedy Józef Gleba - ukończywszy, rzecz jasna, jakieś studia - uzyskał kwalifikacje na kierownicze stanowisko. Kronika o tym milczy, z niezrozumiałych powodów pomijając ten fakt, a pracownicy Ikachu nie umieją dać wyczerpującej odpowiedzi. Naczelnik bowiem, jeśli zachodzi taka potrzeba, wyraża się niejasno. Jego entuzjaści i wielbiciele skłonni są utrzymywać, że może doznał olśnień szczególnych? Może wiedza i samowiedza spadły nań objawieniem? Wtajemniczeni znają go ze szczególnych właściwości natury duchowej. Sceptykom natomiast nasuwałoby się podejrzenie o lawiranctwo, gdyby podejrzanym był ktoś inny, a nie naczelnik Gleba - człowiek znaczący i powszechnie znany z rzetelności. Ale po cóż dociekliwość, skoro jego sposoby dochodzenia swego są nieistotne, ważne jest natomiast, że dane mu było dopiąć celu, który sobie wymarzył, a który jest zgodny z sensem jego narodzin i życia. Warto byłoby widzieć, gdyby to było możliwe, uśmiech triumfu, jaki zapewne dominował w owym okresie. A był to uśmiech, który znaczył: ależ mi się udało!


* * *


I tak oto włączamy się w kolejną - a rzec by należało: główną, ostateczną i jedyną - fazę życia pani Marii, Ewy i Adama. Wkrótce nie tylko spostrzeżemy, ale i przekonamy się, jak bardzo ta nowa rzeczywistość, która ich ogarnęła (acz słuszniej byłoby powiedzieć, że zagarnęła, by przygarnąć) wyróżnia się spośród świata zewnętrznego, otaczającego Ikach. Wciągnie ona i nas, tak że wyda nam się ona jedyną możliwą i niezbędną jak powietrze, natomiast niegodną uwagi stanie się ta dotychczasowa, o której może nawet zapomnimy? Ikach, dzięki swej złożoności będący sam w sobie wszechświatem, uczyni się dla nas zjawiskiem nieodzownym i rosnąć będzie w znaczenie za sprawą targającego Józefem Glebą niepokoju twórczego. W tej to fazie uśmiechu obserwujemy całkowitą (nie przesądzajmy, czy trwałą) zbieżność stanów wewnętrznych naczelnika i jego podopiecznych.

Tu nie od rzeczy będzie przytoczyć pewien znamienny epizod. Otóż naczelnik Gleba od pewnego czasu włączył w zestaw atrybutów swej ikachowskiej posługi - posługiwanie się batem. Nie przerażajmy się jednak. Nie ikachowców miał nim chłostać, lecz postępy swego systemu. Popędzał nim zwłaszcza Pegaza, który i tak zresztą był mu rączym wierzchowcem, mającym go co rychlej dowieźć do upragnionego celu. Lecz jakże jednak często ten przekorny rumak okazywał się opieszały...

Bat służył też, jak się za chwilę przekonamy, do wzmożenia ekspresji ikachowskich misteriów, jakimi stawały się tamtejsze zebrania czy posiedzenia. Ponadto strzelanie z niego było krótszym od wypowiedzenia słowa sygnałem lub rozkazem. Niekiedy - odpowiednikiem alfabetu Morse'a, albo batuty. By skutecznie móc używać bata, tego nosiciela zarazem i przekaziciela specyficznych znaczeń, naczelnik musiał nabyć w tym względzie wprawy. Gdzie jej nabywał? Podpatrzono, jak ćwiczył się w strzelaniu z bata - rzecz jasna, skrycie - w pracowni ćwiczeń specjalnych. Lecz przede wszystkim - gdzieżby, jeśli nie na wsi, u swej matki, podczas częstych u niej odwiedzin? Zilustrujmy sytuację jej własnymi słowami:

- Kiej żem obiad gotowała, to widzę ci ja bez okno, jak idzie do stajni. No, myślę se, chce doglądać gospodarki. Ale patrzę ci ja, a on wychodzi na podwórze i bat niesie. Na cóż mu on? Przecie nie będzie teraz furmanił. A on se stanął pośrodku i jak ci nie zacznie z tego biczyska strzelać, aże się ptactwo poderwało i z wrzawą nad zagrodą lata, krąży. A on nic, ino strzela. Cosik tym biczyskiem wskazuje, nie uwidziałam co, i znowu strzela. Jak raz, nikoguśko nie było na drodze, bo by się śmiali. Ano, przypomnieć se chce dawne czasy - myślę - widać nie całkiem od nas odstał.


Matka


No cóż, ta typowa, czuła i ofiarna matka, ta - jak nietrudno się domyślić - zapracowana po uszy kobiecina, która gotowa jest wszystko poświecić dla syna, z pewnością cieszy się jego sukcesami, o których chyba zresztą ma słabe pojęcie, jak o wszystkim, co pochodzi ze świata. Znane jej były i są tylko te sprawy, wśród których się urodziła, nie odchodząc od nich ani na krok, to oczywiste. A jeśli dotąd miewała jakieś powody do dumy, to tylko te, które wynikają z bytowania na wsi i z radzenia sobie z trudami prowadzenia gospodarstwa. Może by wolała, by Józek w nich uczestniczył, jak na gospodarskiego potomka przystało, jednakże - jak dla każdej matki - dobre było dla niej to, co było dobre także dla syna. Nie rozumiejąc, na czym polegają możliwości, które wybrał, z oddaniem przyjmowała do współdźwigania wszelkie następstwa jego postępków. Już od dawna pogodziła się ze swą nieludzką, samotną harówką, a nawet, w miarę upływu czasu, z coraz bardziej nikłymi jej wynikami. Nazywała to swoją dolą - właśnie swoją, gdyż syn w czym innym upatrywał swój los czy szczęście. Lecz przecież przy tym wzrastał w znaczenie... To ono było przedmiotem rozmów z sąsiadkami w wieczory, w chwilach wytchnienia przy pracy, albo w niedzielne popołudnia...


- W niedzielę raniuśko idę se do kościoła, a po południu, po obiedzie i po nieszporach, trochę se odpoczywam. Takie popołudnia są po to, żeby dzień święty święcić po swojemu. I żeby wiedzieć, i przez caluśki tydzień pamiętać, że była święta niedziela. No to schodzimy się z sąsiadkami, żeby se pogwarzyć. A potem, w tygodniu, przy dojeniu, kopaniu czy plewieniu dobrze jest se powspominać: aleśmy się nagadały, udała nam się niedziela, ileż to jeszcze dni do następnej? To po to mamy ławeczki w sadach, po to ganki oplecione winem. I po to matki miewają synów, aby się nimi chlubić. Co poniektóra to trochę se ponarzeka, jeśli jest na co, żeby jej było lżej. Nie powiem, żebym i ja czasem się nie użaliła, choć przecie teraz więcej mam powodów do radości, niż do żalenia się... No to nieraz pogadałam se z sąsiadkami o tym, co teraz i wam powiem.

Wiecie, bo już żem wam mówiła, jak to on, ten mój Józuś kiedysik kosił łąkę, a jeszczem nie wiedziała, czegóż to on tak pilnie i zawzięcie wzion się za tę robotę. Tom się uradowała, że rośnie mi gospodarz i że nie będziemy we wsi gorsi od innych. A kiedym się już dowiedziała prawdy, było mi jak po pogrzebie: że to umarły moje nadzieje, a on ino dlatego pomaga i robi, co trza, przy gospodarstwie, bo chce mi się przypodobać, cobym mu nie broniła dalej się uczyć. A przecie ani mi było w głowie mu zabraniać. Skoro zechciało mu się wyjść na ludzi, to cobym się miała mu sprzeciwiać? Tyle ino, żem w sobie wykolebała insze widzenie tego, co nam Pan Bóg zdarzy.

Pewnie bluźnierstwem będzie teraz to, co wam powiem, ale trza, żebyście wiedzieli, co ze mną było, bo to i mnie samej będzie lżej. Nie ma co, trza by pokarać siebie za to, żem kiedysik źle myślała o moim synu. Bo kiedy on, student, przyjeżdżał do mnie na niedziele i we wakacje, tom myślała sobie: ale ci to z niego odszczepieniec. Tak żem myślała, widząc te jego nowomodne stroje i to, jak chodzi, jak się porusza, jak je, jak mówi. To se pomyślałam, że straciłam syna. Odstał ci od nas ten Józuś całkiem i na amen; wyrzekł się, zaprzaniec jeden, obyczaju naszego, zapiekł się w zapominaniu wszystkiego, co od nas wzion, a co powinien był uchować. Nic żem mu nie mówiła, ale on widać sam dorozumiał się, bo raptem kiedysik jął mi opowiadać, jak to w świecie bywa i że wszędzie teraz jednaki jest obyczaj, ani miejski, ani wiejski, ino światowy. I mówił jeszcze, że w miastach bardzo teraz lubią wieś. Tak lubią, że biorą za swoje a to co ze zwyczaju, a to z jadła, a to z ubioru, ale przecudaczone tak, że nie poznasz, coby to miało być chłopskie.

Kiedy mi to wszystko mówił, to żem pojęła, że nie może być inny ten mój syn, ino taki właśnie, jakim mi się pokazuje. No to mu wszystko wybaczyłam, zwłaszcza że od razu, jak tylko przyjeżdżał, brał się za jaką robotę. Dobre z niego chłopaczysko. Ze szczerego serca mi pomaga i skrzywdziłam go, kiej żem myślała, że ino chce mi się przypodobać, cobym przymknęła oczy na jego cudactwa i zezwoliła mu na to jego studiowanie i na obstawanie przy swoich zamiarach - a pewnie i po to, cobym mu dawała pieniądze. A jam mu nie powiedziała, że przyszła koza do woza, tylkom mu dawała, co chciał albo potrzebował, i cieszyłam się, że znowu, bodaj na krótko, mam przy sobie syna. A co do pieniędzy, to też nie całkiem prawda, bo on w jakisik tam sposób se dorabiał.

To mi się ino teraz nie podoba, że jak przyjedzie, to bierze się za jaką robotę nawet we święte niedziele. To jakże to tak? Dnia świętego nie uszanować? Tom znowu se myślała: zaprzaniec jeden, wyparł się wiary ojców swoich. Alem mu nigdy tego nie mówiła, gdzieżby, a tylko: - Zostawże, Józuś, te grabie, a nie ruszajże tych wideł, a toć niedziela jest. - A jeszcze - Co też to ludziska powiedzą? - No to on w śmiech: - Oto co dla mamy jest najważniejsze. - Ale potem spoważniał i mówi, że żadna praca nie jest grzechem A czy to on choć pamiętał, co to jest grzech? To mówię mu, że nawet nasz Stwórca w siódmym dniu se wypoczął. A on mi na to powiada: - No cóż, no cóż, skoro kiedy indziej brakuje czasu, to i w niedzielę trzeba robić, jeśli jest coś do zrobienia, a przecież mama widzi, że jest tego dużo, więcej niż dawniej bywało. - No to ja: - No pewnie, sama żem tu na gospodarce, to jak ma być? - A on: - To nie o to, mamo, tylko tak w ogóle, bo świat szybko postępuje. - Tak ci on mi jakosik tłumaczył, a jeszcze, że nie można tego, co napisane w Biblii, brać jak jest, ino... Już zapomniałam tego nazwania, aha, przenośnia, dobrze gadacie. A toć i nasz dobrodziej gadał to samiuśko, ale mój Józuś mówił o tym jakosik inaczej. Tom się przeraziła i nic już nie gadam, ino patrzę struchlała, czy piorun z jasnego nieba nie uderzy. A tu Józek, jak na złość, chwycił się za kosę... Ale żaden piorun nie spadł, choć może bym i wolała prędkie pokaranie, niż mękę piekielną na wieki...

A teraz, wiecie, to mu już nic z tamtych postępków nie pamiętam. No bo kiedy tu se tym swoim czarnym autem przyjeżdża jak jaki minister, to se myślę, że Niebo mu błogosławi. Przecie złemu by nie pobłogosławiło. Zwyczajne mi to już, choć jakżem pierwszy raz ujrzała, tom się mało co nie przewróciła. W środku tygodnia ci on kiedysik przyjechał - choć droga nie tędy mu szła - tą czarną wołgą, co to ją ma na zawołanie. Akurat żem w polu przy burakach była, a tu ci patrzę, na drodze od lasu, w dolinie, słoneczko zapala się w czymsik jak we szkle i coraz to bliżej, coraz bliżej... No to już widzę, że to jest auto. Tom rzuciła motykę i pędzę na dół po miedzach, bo mnie cosik tknęło, że takim cudnym samochodem nikt inny nie może jechać, ino mój syn. A on ci już wysiada i drzwiczki zatrzaskuje, i ręce ku mnie wyciąga, a garnitur na nim jak na fotografii jakiej w gazecie... Kiedym się już wysapała z tego biegu i nacieszyła z uścisków, pytam: - Toś ty nie nauczyciel, synu? - Bo widziało mi się, że już niczym większym mój syn nie może się zostać. A toć i tak pociechy byłoby co niemiara. Ale on ino ręką machnął i mówi, że nauczyciel to jest nic, bo on się został dyrektorem jakiegosik Instytutu, a może naczelnikiem, nie pomnę już, jak on rzekł. Tom wyrozumiała, że widać ten jakisik Instytut ważniejszy jest od szkół.

Obiad żem miała już jak raz zgotowany, no tom syna od razu ugościła i tylko mu jeszcze parę jajek usmażyłam na dokładkę. Zjadł wszystko ze smakiem i pięknie podziękował, ale potem patrzę, że coraz to do auta wychodzi i mówi, że zapomniał czegoś, to znów, że sprawdzić musi, czy dobrze drzwiczki zamknięte. A wychodzi akurat wtenczas, jak drogą ktosik z naszych idzie. I kłania się skromnie, a z serca... Tom się uradowała, a niech tam, niechże ludziska widzą mojego syna, jaki jest. Alem już dorozumiała się, czemu on taki układny: bo lepiej ludziom uwidzi się taka skromność, niż gdyby nosa zadzierał, i dobrze będą o nim mówić między sobą. Ale cosik mnie podkusiło, jakasik przekora, to mówię mu, krając na poczekaniu upieczony placek: - A możeś ty, synu, nie do mnie przyjechał, ino żeby się ludziom pokazać? - I kiwam mu palcem: - Oj, nieładnie, nieładnie - choć wszystko się we mnie śmieje z uciechy. Ale zawszeć to wstyd wyznać sobie chęci nieszczere. Nic mi zrazu nie odrzekł, ino zajada mój placek i pełno ma w ustach, i pewnie dlatego dopiero po chwili wymamrotał niewyraźnie: - Do ciebie, mamo, przyjechałem, tylko do ciebie. - A potem nagle w śmiech, aże się zakrztusił: - Co tu będziemy sobie mydlić oczy, no pewnie, że do ciebie przede wszystkim przyjechałem, ale również chcę, żeby mnie tu zobaczono. - A potem, kiedy się już wykrztusił z tego śmiechu, powiada: - Co tu gadać, wszyscy tak postępują i każdy chce, żeby go ludzie doceniali, jeśli nie tak, to inaczej. A czy wyście tu inni na wsi, kiedy sprzedajecie ostatniego cielaka, byle tylko wesele albo chrzciny się udały? A ja przecież nie bogactwem chcę się chlubić, tylko godnością i znaczeniem. A to przecież chluba i dla ciebie, mamo, że masz takiego syna. Twoja to zasługa i głównie tobie należy się od ludzi uznanie, że mnie umiałaś wychować. - To ja: - Aleś ty, synu, dumny. - Ale on nic, ino wzion mnie za obydwie ręce i patrząc na mnie śmiejącymi się oczami powiedział: - Jesteś teraz matką ważnej osoby, muszę ci kupić nową suknię.

A potem tak ci jakosik spoglądał przez okno w szeroki świat, jak to nieraz patrzył, berbeciem będąc, kiedy to zdało się, że ten świat caluśki chce sobie wziąć za własny. Jakżem ci ja dobrze znała te jego zapatrzenia, choć po prawdzie tom nigdy nie mogła rozumem ogarnąć, że można aż tyle od świata wyglądać, tyle się spodziewać. I takam ci była malutka, kiedy mi tak spoglądał ponad głową, jakby mnie wcale nie było. Ale potem to on znowu popatrzył na mnie i uśmiechnął się, i znów caluśki był mój w tym swoim uśmiechaniu się, co je miał ino dla mnie. Tom i ja się uradowała, bom się dorozumiała, że to tak udało się mojemu synowi, a było tego więcej, niż żem się mogła spodziewać. Nie ma co, dał Pan Bóg pociechę, to przebaczcie matce to, com rzekła, bo ja się przecie nie puszę ani nie wywyższam, ino mi letko na duszy i bardzo się raduję, czego i wam z serca życzę.


Maria


W życiu pani Marii odpowiednikiem nowego rodzaju uśmiechu naczelnika, występującego w kolejnej ikachowskiej epoce (czyli: ależ mi się udało) staje się okres, który nastał z chwilą, w której osiągnęła swój szczyt. Z punktu widzenia Józefa Gleby dojrzała do sytuacji, gdy można już ją poddać próbie przydatności do Ikachu. Jej rozbudzony i zrazu podsycany indywidualizm na tyle się uwydatnił, że mógł już być poskromiony. Sytuacja stała się kryzysowa: albo pani Maria wyjdzie z niej zwycięsko, albo stanie się szeregowym pracownikiem, któremu nie warto poświęcać więcej uwagi... Lecz ona, nieświadoma tej alternatywy, czuje się nareszcie równouprawniona. Cieszy się i jest wdzięczna: wszak udostępniono jej możność dawania wyrazu poglądom, udzielono też prawa zabierania głosu.

Postarzała się, jak to widać na zdjęciu, i dlatego coraz usilniej dba o nienaganny wygląd. Także więc i w ten sposób utwierdza w sobie niezbędny w Ikachu hart ducha, który wykrzesała, stopniowo wyzbywając się uprzedniego rozchwiania. A że zawsze przedkładała pierwiastek duchowy nad - trzymany w ryzach - biologizm, przeto jej dbałość o wygląd ma wspierać zarazem i wyrażać wewnętrzny ład. Ona nie popuści żadnej zachciance, tak samo jak nie pofolguje niesfornemu kosmykowi ondulowanej fryzury lub leżącemu na niewłaściwym miejscu długopisowi. Nadała stały kierunek odruchom, aby uniknąć rozpraszającemu zastanawianiu się nad tym, co ma czynić - a to wydatnie ułatwia jej pracę. Można to nazwać twórczą rutyną, która zapobiega błądzeniu, acz nie wyklucza samokontroli zapobiegającej bezmyślnemu, odruchowemu właśnie czynieniu. Taki styl pracy doprowadził ją do spełniania ideału porządku; do absolutnej w tym względzie doskonałości. A właściwości duchowe podporządkowała potrzebom Ikachu.

Jasno zdaje sobie sprawę, że to wcale nie przypadek sprowadził ją tutaj, lecz ukryta wola kogoś, kto potrzebował ludzi, na których mógł liczyć - przy czym, prócz zapewnienia sobie lojalności i solidnego wywiązywania się z obowiązków, zależało mu na uzyskaniu materiału do eksperymentów. Jednak rzecz polegała na tym, by sama z siebie odczuła zaszłą w jej życiu zmianę jako samodzielne osiągnięcie niespodziewanego i niebywałego powodzenia; jako więc wszechstronne zwycięstwo. Miała podstawę, by tak przypuszczać: wszak widocznie ją doceniono, skoro dopuszczono ją do czynnego uczestnictwa w życiu Ikachu. A ponieważ jego naczelnik rości pretensje, by wywierać nacisk na styl, na metody pracy i wszelkie inne formy funkcjonowania ogólnoświatowego życia, więc tym samym jej opinia (gdy już umiała się na nią zdobyć) - jako członka czy uczestnika, nazwijmy, zespołu kierowniczego - nabierała jakoby pewnej wagi. Wszak mogła żywić przeświadczenie, że i ona również ma poniekąd wpływ na kształtowanie losów świata. Przynajmniej teoretycznie włączona została w zasięg oddziaływania Ikachu, wystarczająco szeroki, aby poprawić jej samopoczucie, stwarzając pozory znaczenia, i aby ją wyrwać z poczucia własnej znikomości.

Może zdziwiłaby się, gdyby jej ktoś oznajmił, że podpowiadano jej wybory, że wcale nie dokonywała ich samodzielnie i że posłużono się iluzją. Zaprzeczyłaby takim twierdzeniom utrzymując, że są to insynuacje - święcie przekonana, że inicjatywy pochodzą wyłącznie od niej, że miewa niezależne pomysły, zaś decyzje tylko z niej się wywodzą; podjęła je sama, przeto jest ich wyłącznym autorem. Od dawna bowiem nabrała przeświadczenia (nie zdając sobie sprawy, że także i ono zostało jej wpojone), jakoby to ona sama wyciągała wnioski i że samodzielnie do nich dochodzi. Oto genialny sposób pozyskiwania zwolenników oraz przywiązywania wyznawców i wielbicieli.


- Gdy pewnego razu - a brzmi to jak bajka - moja (moja!) opinia przeważyła wahania podczas zwołanej narady, bo zdania były rozbieżne, był to mój pierwszy poważny sukces, tym żywiej odczuty, że nic go nie zapowiadało. Od rana czułam się źle - nie to, żeby mi coś dolegało, ale obudziłam się z irracjonalnym i nieuzasadnionym poczuciem, że niepotrzebnie się budzę. Miałam wrażenie, że przygnieciona zostałam niewidzialnym ciężarem, a przy tym mała jestem i niepotrzebna. Może tak było poprzez kontrast z przekornie wobec mnie wspaniałym dniem, mroźnym i roziskrzonym, jednym z tych, kiedy styczniowe niebo przezwycięża mglistą ospałość grudnia. Poczucie przygnębienia nie opuszczało mnie w drodze do Instytutu. Jak sądzę, była w takim to poczuciu ukryta celowość. Jakby chwile wątpienia zostały niejako zamierzone czy też przewidziane - po to, ażeby tym wyraźniej dane mi zostało poznać, że tylko w niezastąpionym wnętrzu Instytutu jest moje miejsce, że tylko w nim znajdę otuchę i że nie ma dla mnie poza nim życia. Faktycznie, odniosłam wrażenie, że tłum na ulicy jakby zgęstniał, aż stało się tak ciasno, że wypychano mnie spomiędzy ludzkiej gromady niczym pestkę z pociśniętej jagody wiśni. Wydawało mi się, że spoglądano podejrzliwie na moje wypracowane w Ikachu poruszenia, a ich dokładność i systematyczność budziła nieufność, może i kpinę - zamiast podziwu. Wywnioskowałam, że ludzie jeszcze do nas nie dorośli, jeszcze nie dojrzeli do przyjęcia naszych norm.

Gdyby pan redaktor zechciał łaskawie wyłączyć na chwilę magnetofon... Albo nie, to przecież nie tajemnica, że każdy z uczestników, a i naszych ewentualnych adeptów, miewał i miewać będzie chwile załamań, podobnie jak ja owego poranka, o którym przed chwilą panu wspomniałam. Ci inni wszakże podupadali na duchu przede wszystkim z powodu nastręczających się trudności. Co do mnie, to w stosunkowo krótkim czasie pokonałam je i opanowałam sytuację, niejako mi zadaną.

Mimo to, zdarzało mi się z początku wiele nieporozumień i ich nieuniknionych następstw w postaci stresów. Ich przyczyną bywał niekiedy taki chociażby drobiazg, jak mylne ułożenie przyborów do pisania - a przecież utrzymywanie ścisłego porządku stanowi podstawę naszej metody. Wszak dążymy do tego, by panujący w naszym mikroświecie porządek mógł stać się wzorem ogólnoświatowego ładu. A co więcej - by mógł zostać przez nas światu narzucony i w końcu powszechnie przyjęty oraz zaprowadzony. Poważnym błędem jest też przeprowadzanie zmian w układzie przedmiotów, będące niejako symbolicznym odpowiednikiem chęci dokonywania zmian w ogóle, więc wstępem do przewrotu, a bodaj taką tendencją. A pomylić się nietrudno, jeśli równocześnie wykonuje się wiele naraz czynności. Odbiera się więc telefon skądś, z obcego mnie czy nam świata (a są to irytujące odzewy nie naszej rzeczywistości), następnie trzeba zanotować, co trzeba, w terminarzu i jednocześnie odpowiedzieć panu naczelnikowi, który uważa za stosowne wydać w tym momencie jakieś polecenie. Na przykład, bym klaskała do mikrofonu - zainstalowane w Glebowisku Obrad megafony zamieniają to w burzę oklasków. A przy tym wszystkim - należy dopilnować czajnika, by nie uchybić punktualności w spełnianiu dziękczynnego obrzędu picia herbaty i by nie uległ on zakłóceniu.

Krótko mówiąc, obowiązujące tu rygory, dotyczące drobiazgowego utrzymywania ładu i porządku - nawet mnie, osobie z natury dokładnej, wydawały się przesadą. Oczywiście, takie mniemanie było zdrożne; poczytywałam je sobie za bunt, niemal zdradę. Lecz ileż się piętrzyło przeszkód natury zarówno technicznej, jak i tych dotyczących pojmowania słuszności... Ileż trzeba było wysiłku, nim się jako tako uładziło poglądy, które należało przestawić na inny sposób odbioru wrażeń, by opanować podstawy uczestnictwa, a samemu przystosować się do wymagań i warunków. Udało mi się wszakże, z łaski pana naczelnika, pokonać siebie i wyrobić w sobie przeświadczenie, że powinnam się dostosować, gdyż otrzymanie w Ikachu miejsca zobowiązuje. Miejsce to, dalekie od możliwości tak zwanego zrobienia - według światowych pojęć - kariery, stawia mnie jednak bodaj o stopień wyżej, niż dotychczas, w hierarchii życia powszechnego. Tym samym stanowi dla mnie szansę, której nie mogę zaprzepaścić. Uzyskałam wszak niejaką możliwość interwencji, gdyż przez moje ręce przewijały się sprawy osobowe. A wracając do sprzeciwów, to śmiem przypuszczać, że powstawały w nas z woli pana naczelnika, który je skrycie prowokował; także więc były przez tego niezwykłego człowieka - wręcz wizjonera - przewidziane.


Tu na chwilę przerwijmy wypowiedź pani Marii, by się do niej ustosunkować. Otóż, jak widać, poprzez zajmowane stanowisko może czynnie uczestniczyć w życiu Ikachu. Czy - i jak - wykorzysta szansę? To prawda, zasięg jej wpływów jest niewielki, ograniczony do jakichś spraw, będących zapewne odpowiednikiem administracyjnych. Tak więc zajmowane przez nią stanowisko na pewno nie usatysfakcjonowałoby kogoś bardziej niż ona wymagającego. Jednakże w jej życiu punktem odniesienia jest poprzedzająca ten okres martwota. I cóż stąd, jeśli pani Maria przeżywa niekiedy chwilowy sprzeciw wewnętrzny wobec jakichś kłopotów? Utrzymywanie się takiego stanu jest mało prawdopodobne u niezwykle pilnej, starannej i należycie ułożonej czy - urobionej pracownicy. A ponadto przejściowe przejawy słabości mają drugorzędne znaczenie wobec ogólnej zmiany jej osobistego życia. W trudnych chwilach uświadamia sobie, że ma oto okazję, by sprawdzić swój mozolnie wypracowany charakter.


- Po okresie przystosowawczym udało mi się sprawy Ikachu uczynić swoimi, a siebie uważać za człowieka całkowicie stąd, zapominając, że niegdyś byłam kimś pochodzącym z zewnątrz. Wprost nie poznawałam siebie. Przestałam być sobą, stając się kimś innym, nowym. Można rzecz w ten sposób ująć, że stałam się własnością Instytutu, który wchłaniał mnie i nas; zagarniał i ogarniał, a my zezwalaliśmy na to. Oceniam to jako zjawisko pozytywne. Zwłaszcza że każdy z nas pragnął w panu naczelniku móc widzieć siebie, a przecież posiadanie wzoru w jego osobie było zaszczytne i satysfakcjonujące. Był on i jest człowiekiem co się zowie, który w swą służbę czy posługę wprzągł się cały i bez reszty jej się poświęcił. Trudno znaleźć odpowiednie słowa dla jego scharakteryzowania i niewystarczająco byłoby powiedzieć, że jest kimś mocnym, wręcz tytanem pracy. Te określenia w słabym bowiem stopniu oddają jego niezwykłość i nie sposób przecenić zalet jego charakteru, dzięki którym, jak też osobistej, tajemniczej sile oddziaływania (nazywa to skromnie wkradaniem się w nasze łaski) stał się człowiekiem opatrznościowym, i to nie tylko dla nas. Oczywiście, przede wszystkim jest on wyrazicielem idei Ikachu, stanowiących sens istnienia tej instytucji.

Ale do rzeczy. Owego pamiętnego, zimowego poranka z ogromną ulgą opuściłam ulicę i wszedłszy do skrybowni rozejrzałam się po niej jak ktoś ze snu obudzony. Oto maszyna do pisania zdaje się niecierpliwie przebierać klawiszami, jakby czekała na moje palce lub jakby uderzały w nie jakieś niewidzialne. Oto skoroszyty - zdawałoby się - same szeleszczą, a pieczątki podskakują, by wybić pod niewiarygodnym pismem uwierzytelniający znak, zaś terminarz szemrze przesypującym się przez niego czasem naszych niepoliczonych dni. Oto Ewa (niestety, działa mi na nerwy), strojąc przed lustrem głupie miny, szykuje się do wejścia w rolę. Charakteryzuje się więc za parkanem, który - jak panu wiadomo - wydziela naszą prywatną, niezawisłą cząstkę Ikachu, a zarazem stanowi nasz służący do przeobrażeń zakątek. Pomyślałam: Oto mój świat, który przecież polubiłam do tego stopnia, że inny, pozbawiony tutejszej tajemniczości i niezdolny do udzielania wtajemniczeń, jest dla mnie niemożliwy do przyjęcia. Niczego w tym tutaj nie tylko nie chciałabym, ale i nie mogłabym zmienić, choćby dlatego, że to byłoby niemożliwe, gdyż wszystko jest u nas raz na zawsze ustalone, a ponadto byłoby to zdradą i groziłoby destrukcją.

Z kąciny, to znaczy z sali obrad dochodził gwar. Trzeba im czegoś glebożywczego do picia przygotować - pomyślałam i nastawiłam czajnik elektryczny, czyli po tutejszemu sagan. Licząc w myśli zebranych, szykowałam kubki i rozglądałam się za kawą - gdy ktoś tu do mnie zajrzał. Oczywiście, szef. - Pani Mario, niech pani zostawi to wszystko, czekamy na panią, a kawę przygotuje nam Ewa.

A teraz spróbuję opisać przebieg narady. Pan redaktor może temu uwierzyć temu, co opowiem, lub uznać, że fantazjuję. Niemniej proszę wysłuchać. Otóż było lub mogło być tak: Kącina była już potężnie zadymiona, co w blasku słońca sprawiało złudzenie intensywnie rozpostartej zasłony dymnej, mającej skryć realizm wnętrza. Usiadłam skromnie na uboczu, jak przystało na mnie - ciesząc się, że tam jestem, że czekano na mnie i że znalazłam się jeśli nie w centrum naszej myśli twórczej, to w każdym razie w jej zasięgu.

Gwar pochodził głównie - a bodaj wyłącznie - z magnetofonu ustawionego pośrodku stołu. Jakoby naradzano się właśnie nad tym, czy należy wnikać w szczegóły postępowania poszczególnych zakładów i instytucji, nad którymi poczuwamy się do obowiązku roztaczania inspirującej opieki (gdy już dojrzeją do powierzenia się naszemu kierownictwu) - czy też poprzestać na udzielaniu ogólnych, acz zasadniczych wskazówek. Dotyczyłyby one myśli przewodniej i luźno ujętych sposobów działalności, tak aby nie określały realiów, gdyż owe instytucje powinny zachować specyfikę. Tym samym pozostawilibyśmy swobodę wyboru poszczególnym kierownictwom, a nawet udzielili luksusu inicjatywy. Oczywiście, dążeniem pana naczelnika jest, by wszędzie w całości przyjęto jego system, łącznie z drobiazgowo opracowanymi przepisami, które najskuteczniej doprowadzą do zrealizowania celu. Ale przecież także ktoś inny - w zależności od lokalnych warunków - może obmyślić równie skuteczne metody. Skłonni jesteśmy na to zezwolić - rzecz jasna, w ramach naszego systemu.

Członkowie nielicznego naszego zespołu siedzieli sztywno. Pan naczelnik stał na poczesnym miejscu, z batem w ręce. Od czasu do czasu strzelał z niego, a na ten sygnał wszyscy w sposób przepisowy rozluźniali się, wykonując niedbałe gesty, bacząc wszakże pilnie, by nie uchybić normującym je przepisom. Głosowanie poprzedziła dyskusja, uzasadniająca przyjmowane stanowiska uczestników narady. Co prawda, owa dyskusja była w jakiś sposób wcześniej przygotowana, zapewne przez samego pana naczelnika, gdyż to chyba jego nagrany na taśmę głos dobywał się z magnetofonu. Niemniej, mieli się wypowiedzieć wszyscy obecni. Ten przywilej czy obowiązek poprzedzało kilka wstępnych czynności. Nim ktokolwiek zabrał głos, wykonywał kilka rytualnych gestów: obchodził stół, całował przyklękając wyeksponowaną na tacy grudę ziemi, wymieniał uściski z najbliżej siedzącymi, a pozostałych pozdrawiał uniesioną dłonią. Wszyscy w tejże chwili puszczali nań kłąb dymu z cygar, fajek i papierosów, a on wciągał głęboko ów dym, dając w ten sposób poznać, że oto nawiązał z nami lotną łączność - po czym wygłaszał którykolwiek zapamiętany fragment tylko co usłyszanego nagrania...

Jeszcze nie rozumiano znaczenia tych gestów, lecz ufnie podporządkowywano się instrukcji dotyczącej ich konieczności, wierząc, że z takiego to rytuału wynikną jakieś zasadnicze zmiany wewnętrzne. A pan naczelnik stał dyrygując biczyskiem, wskazywał wybranego do odpowiedzi i tymże batem poganiał opieszałych oraz skierowywał na właściwą drogę, jeśli ją ktoś zmylił.

Gdy przyszła kolej na mnie, poczułam się trochę oszołomiona wdychanym dymem. Może dlatego zlekceważyłam magnetofonowe nagranie i powiedziałam coś od siebie, a to mogło pójść w niesmak panu naczelnikowi. Mogło mu się również nie podobać to, co powiedziałam, co jednak zgodne było z moim osobistym odczuciem, doświadczeniem oraz najgłębszym przekonaniem. Otóż ludzie, by poczuli się zadowoleni, powinni zachować bodaj złudne przeświadczenie, że zostawiono im swobodę wyboru. Zarówno im, jak i nam wystarczy, jeśli przyjmą za własne nasze wartościowanie i nasz sposób myślenia. I niechże będą święcie przekonani, że to, co my tutaj uznaliśmy za słuszne i właściwe, i co pragniemy im przekazać, a nawet narzucić - zgodne jest z ich własnym odczuciem, a nawet pochodzi od nich samych. Wówczas możność doboru środków według ich uznania, jak też wykazywanie w tym względzie pozorów inicjatywy, stworzy im złudzenie swobody.

Moją wypowiedź nagrodzono oklaskami. Nie jestem pewna, czy taki obrót sprawy pan naczelnik przewidział, czy też sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Niemniej, uchwała została przyjęta jednomyślnie, przez aplauz. Głosowanie było już tylko formalnością. Pan naczelnik spoglądał na mnie trochę spode łba, ale i z podziwem. Zdawał się być nieco zaskoczony, że coś, co wydawało mu się przemyślanym przez niego pewnikiem, zostało podważone - i to przez kogo? Przez osobę, po której najmniej się tego spodziewał. A w ogóle rozglądał się po nas dość niepewnie. Było to oczywiście wielkim popisem iluzjonizmu: obecnie wiem przecież, że jednak, i mimo wszystko - sytuacja była przewidziana przez niego i zaplanowana, i że w tamtym dniu niejako zaprogramowana zostałam na wyrażanie samodzielnych opinii. Udawał zatem tylko, jakoby moją postawą był zaskoczony - lub też przeświadczony, że jego projekt przejdzie bez sprzeciwu. Była to zresztą gra w grze, gdyż jestem pewna, że miał jednak gotową koncepcję, a narada została zwołana dla przyzwoitości i zachowania przepisów. Może również dlatego, ponieważ mimo wszystko chciał usłyszeć nasze zdanie, aby wzbogacić swe doświadczenia oraz skonfrontować swe opinie z cudzymi. Chciał się zapewne w nich utwierdzić lub może je skorygować, gdyż zawsze chętnie słucha wypowiedzi podopiecznych, aczkolwiek nie mają one bezpośredniego wpływu na jego decyzje. Bierze nasze racje pod uwagę o tyle tylko, o ile są w stanie wzmóc jego inwencję lub gdy zamierza coś spośród propozycji wybrać, coś wyróżnić. Jednak zawsze jedynie sobie zostawia ostateczne rozstrzygnięcie, zwykle pomijające nasze uchwały, a nas obowiązuje podporządkowywanie się bez zastrzeżeń.

Czy tak miało być również i tym razem? Czy jednogłośne przyjęcie mojego wniosku było jeszcze jednym przykładem tworzenia pozorów równouprawnienia? Czczą formalnością pozbawioną następstw, gdyż szef i tak wie swoje i uczyni po swojemu? Nie wiem. W każdym razie, już po naradzie, pan naczelnik nie omieszkał podejść do mnie z czarującym uśmiechem. - Gratuluję, pani Mario, cieszę się, że wykazuje pani coraz więcej inicjatywy. - I tyle tylko. A dla mnie - wszystko. Dzień już szarzał, ale wydawało mi się, że nieustannie świeci słońce. Skrzypiał śnieg, zgrzytały podzwaniając tramwaje, łomotały samochody - wszystkie te odgłosy miasta były jakby przedłużeniem tamtych pochwalnych oklasków lub ustawicznym ponawianiem gratulacji.

Wróciwszy do domu, rozejrzałam się po wnętrzu mojego pokoju z niepojętym zdumieniem. Niczego nie obiecująca codzienność owego wnętrza wydała mi się naraz tak odmieniona, jakbym je przystroiła wszystkimi kwiatami, jakie wyrosły na ziemi. Zmierzch stał mi się zwiastunem nowego życia. Czy to prawda, że ktoś kiedyś mnie skrzywdził? Jeśli komukolwiek tamtego popołudnia, a później wieczoru wypadło mi powiedzieć dzień dobry czy też dobry wieczór - mówiłam to z pełnym przekonaniem.


Ewa


Ewa także może uśmiechać się triumfalnie: ależ mi się udało. Od dawna już zrozumiała, że wszystkie drogi wiodły ją do Gleby i jego Instytutu, a tylko nie domyślała się, że ku celom, zrazu jej obcym, nakierowywana jest skrycie i nieznacznie, przy użyciu Glebie tylko wiadomych środków. Jej psychikę formują wzajemnie się wykluczające wpływy, wywierane za pośrednictwem przeciwstawnych zadań czy wyznaczonych jej powinności - którym wszakże oddaje się na pastwę z właściwą sobie pasją. Dzieje się tak zapewne po to, by tym większą zasługą stało się okiełzanie własnych pragnień i ambicji.

Miło jest popatrzeć na tę dziewczynę, gdy wśród rozmaitych czynności służebnych zdaje się rozkwitać. Czyżby aż tak bardzo jej służyły? Albo - czyżby uznana została za osobę niezbędną i niezastąpioną w rzeczywistości Ikachu? Takie chyba jest jej przeświadczenie. Pomijając już fakt wtajemniczenia, zapewne wyróżnieniem jest dla niej samo uczestnictwo jako takie, gdyż wszelkie prace, jakkolwiek je nazwać i jakiekolwiek przydać im znaczenie, ma zaszczyt wykonywać w znakomitym, ba, niebywałym Instytucie. Zadowolenia dostarcza jej nawet samo jego miano, gdy wymawia je w przygodnych rozmowach. A przecież nie zapomina się tak łatwo czegoś, co stanowiło niegdyś prawdziwą treść życia - i stanowi nadal, tyle że, rzecz jasna, skrycie, bo komu i po co miałaby to wyjawić?


- Pewnie, że tęsknię, i to jak, za czymś, co miało być całym moim życiem, a stało się już tylko wspomnieniem. Oczywiście są to stany przejściowe, bo czuję się dumna, że tu należę. Ale kiedy myślę o teatrze, do mdłości mnie doprowadza ciągłe rozważanie problemów w rodzaju: czy w takich lub siakich zakładach mają stosować ten sam, co wszędzie, a u nas obmyślony zestaw pomocy, albo też wypraktykowaną u nas ekonomię ruchów. Gdy jestem gdzieś na zewnątrz, poza Instytutem, jak na przykład tu u ciebie, wówczas myślę sobie czasem - jak mi się zdaje - trzeźwo: przecież tamto wszystko to są bzdury, od których można dostać kołowacizny. Chyba że o to właśnie idzie: o zajmowanie jakimiś dziesięciorzędnymi drobiazgami naszej uwagi - dla odwrócenia jej od spraw głównych. Jakich? Tych, na których Józkowi naprawdę zależy. Myślę, że ma apetyt na zawładnięcie światem. Ale chyba trzeba być pomylonym, żeby uwierzyć, że mu się to uda. Przecież to jest szaleństwo. Niemniej chodzi mu o to, żeby odciągnąć naszą uwagę od tego, co nas osobiście może najbardziej obchodzić, czyli od nas samych i naszego losu. To prawda, że sama idea porządku - wobec naszych i powszechnych skłonności do bałaganiarstwa - jest dobra, tylko że z realizacją może być do de. Przecież i tak każdy w świecie się urządzi, jak będzie chciał i jak mu będzie dogodnie - chyba żeby wyszedł nakaz, że chcieć nam niczego nie wolno.

Co do mnie, to czasem do szału mnie doprowadza wciąż ten sam przeraźliwie nudny, monotonny cykl ćwiczeń i idiotycznych obrządków (bo u nas każde zajęcie się celebruje) - i niczego prawdziwie atrakcyjnego, a bodaj znośnego się tu nie uświadczy. Żadnych więc niespodzianek, żadnych nieoczekiwanych sytuacji, które by choć trochę urozmaiciły tutejszą monotonię. Wszystko tu jest raz na zawsze ustalone i przewidziane. Dla mnie oznacza to kompletne dno. Wiem, wiem, że podobnie może być wszędzie i że ludzie jakoś to znoszą. A jednak na samą myśl o tym, co się tu dzieje, dostaję czasem gęsiej skórki. Tak, oczywiście wiem, że porównywalność Ikachu z innymi instytucjami jest niemożliwa i nie ma ona sensu ze względu na naszą specyfikę. Doceniam też fakt, że zostałam przez Józka dostrzeżona i wybrana, a tym samym wyróżniona, ale ja... Mój Ty Boże, jakże inaczej było w moim teatrze, o ileż więcej pięknych przeżyć, no i miejsca dla - względnej, to prawda - swobody. Tam jednak zawsze czuliśmy się jako tako wolni, w pewnych ramach, rzecz jasna, i do pewnych granic, ale jednak. A w Instytucie? Jakież tu wszystko jest szare, płaskie, wręcz koszmarne... Wiem, że jestem niekonsekwentna, no, rozdarta wewnętrznie, ale czuję pogardę dla ludzi ograniczonych, niezdolnych do wzruszeń, do mocnych uczuć i ciekawych, kolorowych przeżyć. Chcę czy nie chcę - odczuwam niechęć do takich ludzi i wyższość nad nimi, bo wydają mi się upośledzeni, ubodzy wewnętrznie, dalecy od wzlotów i wyższych doznań. Tak, to prawda, że ja też tu, w Ikachu mogę wydawać się taka sama, ale ja tylko udaję radosną pomocnicę, a to dlatego, żeby Józkowi sprawić przyjemność, bo go mimo wszystko cenię. Więc niby z powodu łaski szefa skaczę jak małpka, podczas gdy - między nami mówiąc - wodzę go trochę za nos. No, przesadzam, wiem, że on jest moim panem i władcą, ale... I czegóż się tak wachlujesz uszami? E, dajże spokój, nie było między nami żadnych epizodów.

Czekaj, wolę trochę powspominać teatr, żeby się podtrzymać na duchu. Coś może w związku z tym graniem w graniu, o którym ci już wspomniałam. Taki na przykład incydencik z tej sztuki, która była naszą wspólną w zespole improwizacją. Otóż siedzimy niby to w łodzi na wzburzonych falach, aż tu taki jeden Wojtek mówi niezbyt głośno, jednak na tyle, że mogła go słyszeć widownia: - Cholera, zapomniałem, co mam mówić. - To ja na cały głos: - A mówże, idioto, co ci ślina na język przyniesie. - A publiczka w śmiech, i brawa, bo myśleli, że to, co zostało powiedziane, to tak ma być. Albo kiedy indziej inspicjent obserwował mnie zza kulis i w pewnej chwili wyłazi na scenę z paluchem wycelowanym we mnie, i krzyczy: - Dobrze mówi, dobrze mówi. - No cóż, zapomniał się biedaczek. Więc ja: - W tył zwrot i odmaszerować. - No to znów śmiech i brawa... Trzeba mówić, mówić cokolwiek, byle tylko nie zamilknąć, bo to oznaczałoby położyć sztukę. Należy więc haftować, czyli pleść byle co, ratując sytuację. Publiczność i tak się nie domyśli, jak miało być naprawdę.

Ileż bym dała za to, żeby tamto wróciło... Nie zawsze dostawałam role widoczne, czasem trzeba się było nawet wykłócać o nie albo, co gorsze, podlizywać, ale jeśli nawet tak bywało, to jakoś mi to nie ubliżało. Pewnie że zdarzały się różne dysonanse, jak to w środowisku artystycznym - no wiesz, ambicyjki, zawiści, urazy. Jednak niczego bym nie odwołała, a obrywałabym chętnie o wiele razy więcej w zamian za trochę tamtych oklasków albo za taki śmiech na widowni, o jakim ci mówiłam. Chodzę po scenie jak w oświetlonej klatce, coś mówię niby to w próżnię, bo przede mną rozpościera się ciemna przestrzeń, ledwie dają się rozróżnić twarze obce, anonimowe - jedno wielkie ciało istniejące oddechem, jedna zogromniała twarz zamieniona w spojrzenie. Czuję, jak się ono do mnie przylepia, jak okrąża mnie zewsząd, za chwilę może powali, zostanę zdruzgotana gwizdaniem albo jeszcze gorszym od niego milczeniem, bo brak odzewu boli, boję się wstydu... I nagle - śmiech i brawa wynagradzające jakieś fajne moje zagranie, i już jestem pewna, że tam są ludzie, którzy mnie uznali i przyjęli, i chciałoby się chodzić na rzęsach, byle jeszcze raz usłyszeć brawa. Mówię ci, jedna taka chwilka wynagradza wszystkie koszmarki radosnego żywota. Ale wolę już o tym nie mówić, zanadto mnie to jeszcze obchodzi, a nie powinno, skoro powierzyłam się Józkowi, to znaczy Ikachowi.

A praca w szpitalu? Jeśli dawała mi zadowolenie, to na zasadzie robienia czegoś dla cierpiących, tak, ale jednak wbrew sobie. Żeby się przełamać. Żeby udowodnić, że stać mnie na wiele. Zasługa? No może, w pewnym względzie. Ale kiedy bywałam na scenie, także coś robiłam dla ludzi. Bardziej dla siebie, niż dla ludzi? Nie, bo obdarowywanie zawsze jest wzajemne. Jakoś samoczynnie i w sposób konieczny wynika ze współbycia i współdziałania z ludźmi i ma wartość nawet jako uboczny czy niezamierzony efekt. Dobrze mówię? Dzięki.

Mówiłam ci już, że w szpitalu uważano mnie za dobrą pracownicę. Może pękniesz ze śmiechu, ale cieszyłam się względami lekarzy i sympatią chorych. Już ci zresztą o tym opowiadałam. Tylko że... Fajnie robić się dobrą, a równocześnie odczuwać odrazę do obiektu dobroci, co? Ale nic nie mogłam na to poradzić, że przy obsługiwaniu chorych brzydziłam się aż do mdłości różnymi odrażającymi przypadłościami. Litowałam się i jednocześnie pogardzałam w duchu każdą z tych nieboraczek, zajętych sobą i swoimi dolegliwościami. Współczułam im, a mimo to odczuwałam nieprzezwyciężoną niechęć, jaką wzbudza ułomność i jakiej wobec kalectwa i wszelkiego obrzydlistwa doznaje ktoś młody i zdrowy - kto przy tym nie może się obejść bez piękna. A tu gdzie spojrzysz, cierpienie, ale i paskudztwo, aż rzygać się chce. Wstręt był mocniejszy ode mnie, choć próbowałam zebrać siły i jakoś się uodpornić. Takie starania wymagają zresztą szczególnych stanów ducha. Powołanie? Myślę, że dla mnie to był niezły trening przed wstąpieniem do Ikachu. Tak więc dziś, kiedy rozważam przed tobą moje wewnętrzne utarczki, rozterki i przezwyciężanie pokus - nie bez melancholii mogę westchnąć: ależ mi się udało, nie ma co...


Adam


W przypadku Adama stan ależ mi się udało znajdował ujście w sposób, jak zwykle u niego, przewrotny. Otóż któregoś dnia Adamowi wydało się, że zdolny jest łamać przeznaczenia, bo sam sobą wiele znaczy. Na pewno jest to zgodne z prawdą, lecz jednak nie wystarcza, by znaleźć dla siebie miejsce w świecie i zapewnić sobie godziwą egzystencję. Dlatego ten czupurny młodzian powinien być zadowolony, że dzięki Glebie znalazł podstawy bytu. Każdy na jego miejscu czułby się wdzięczny i uszczęśliwiony - ale nie on. Mimo to wobec każdej sytuacji ustawia się w opozycji. Takim był zawsze, takim też właśnie chce go zapewne widzieć naczelnik Gleba.

Cóż więc dziwnego, że Adam także i teraz, gdy musi żyć życiem Ikachu, ustawicznie wierzga. Mierzi go niemal wszystko, z czym się tu styka, a zwłaszcza to, co pochodzi od szefa. Tak samo zresztą ustosunkowuje się do zjawisk zachodzących w świecie, aczkolwiek kontakty z nim, siłą rzeczy, miewa raczej nikłe; są - by tak rzec - teoretyczne, a przy tym krótkotrwałe i ograniczone do minimum zetknięć najniezbędniejszych. Niemalże więc nie zna innej niż ikachowska rzeczywistości. Jakże zatem sobie poradzi w realizacji wyobrażeń o światowej rzeczywistości, skoro są powierzchowne i powstają oraz pozostają w kręgu pojęć. Z tych to zapewne względów wierzy w możliwość osiągnięcia idealnego, innego wszakże niż w Ikachu modelu życia, w którym można byłoby w inny niż tu sposób uzyskać pełnię ludzkiej miary; modelu, którego on byłby twórcą, gdyby mu dano odpowiednie ku temu możliwości. Zna zapewne teoretycznie jakieś sposoby poprawienia świata i poprowadzenia go we właściwym kierunku; sposoby, w których skuteczność wierzą młodzi gniewni - w ich poczet Adam chętnie siebie zalicza. Są to gorliwi wyznawcy bezkompromisowości. Przynależność do nich wyraźnie poprawia mu samopoczucie.

Ponadto owa przynależność, owo zaliczanie się do stanu burzycieli i naprawiaczy umacnia Adama w dobrym mniemaniu o sobie i niejako uprawnia go do odczuwania wyższości i pogardy wobec ludzi płaskich i przyziemnych. Do ludzi więc, którzy jeśli wykazują zapał, to jedynie w sprawach dotyczących bytowania; o nich tylko umieją rozmawiać. Nie zamierza nawiązywać z nimi porozumienia, gdyż są to ludzie o innym wymiarze ducha, wąskim zakresie pojęć i ubogiej mentalności. Zdaje sobie jednak sprawę, że nie zdoła poczuć się pełnoprawnym udziałowcem swojego czasu i miejsca (czyli - na razie! - Ikachu), dopóki nie poczuje się równouprawniony z innymi. Będąc wszakże nadwrażliwcem, cierpi z powodu upokorzeń wywołanych rozmaitymi ograniczeniami, częstokroć urojonymi. Niestety, zapomina wówczas o zobowiązującej do wdzięczności, zaszczytnej przynależności do Ikachu i o współudziale w tworzeniu systemu naczelnika Gleby. A przecież przestrzeganie jego zasad mogłoby mu przynieść niedocenione dobro.

Jak wynika z zapisu Kronikarza, utrwalił się w nim nawyk rozważań wiodących do ponurych wniosków, a co gorsza, miewa uporczywie nawracające obsesje, a nawet prześladują go zmory. Jako taki, stanowi wyborny materiał do obróbki w rzeczonym systemie. Co więcej, będąc posłusznym, mógłby przysłużyć się - jako medium - w przekazywaniu środków oddziaływania, a nawet uzyskałby szansę, by stać się współtwórcą Ikachu. Szkoda, że taką szansę marnuje, buntowniczo usiłując zmienić świat i urządzić go po swojemu. Są to, rzecz jasna, mrzonki. Jeden zaś ze sposobów przejawiania swej niezależności Adam zademonstrował w dniu, o którym opowiada, a czyni to w taki sposób, jakby szeleściły i mamrotały wyschnięte usta:


- Ty jesteś zdrowy na ciele i duchu, to nie dowiesz się nigdy, jak przerażającym zjawiskiem może stać się czas - ten jego zastygły ogrom, który zmienia się w zachłannego potwora. Dziś w nocy znów przybrał kształt czegoś nieuchwytnego, a równocześnie jakby materialnego i zagęszczonego, co miażdży, przytłacza i dusi, trwając wokół nieruchomo i wypełniając przestrzeń, tak że jak topielec wciągałem w płuca tę niezwykłą substancję, aż poczułem się kompletnie unieruchomiony. Na szczęście, przyszło potem wyzwolenie w postaci snu, a był czarny jak otchłań - co stwierdziłem po przebudzeniu. Niestety, nastanie ranka było nieuchronne, wraz ze wszystkimi jego następstwami. Znów miała być idiotyczna ceremonia narady, czyli jeszcze jedna bezdenna przepaść czasu; jego ziejący pustką obszar, rozpostarty między granicznymi godzinami, zamknięty w ich trwaniu. Siedziałem, bo za to mi płacą. Wyglądając końca i licząc minuty, obserwowałem ten nasz cyrk - tę groteskową mistyfikację, to jedno wielkie udawanie - i nawet nie usiłowałem tłumić chichotu.

Wziąłem długopis i otwarłem dużego formatu notatnik. Oni pewnie myśleli, że pilnie notuję, a ja bez końca, na dwóch arkuszach papieru, pisałem jedno i to samo słowo, jakie mi się nawinęło: g...o. Niekiedy dla urozmaicenia: szajs. Trochę mi ulżyło jak po wielkim rzyganiu. Bodaj odrobinę poczułem się wyzwolony, gdy wyrzuciłem z siebie to, co mnie przepełniało, stanowiąc sam miąższ mojego samopoczucia. Nie wmawiaj mi, że on tego właśnie po mnie oczekiwał.

Tak, wiem, dlaczego on wziął mnie do siebie, do tego zakichanego Ikachu, a prócz mnie wszystkich tych innych nieszczęśników. Uratował mnie? Może. Mimo to wciąż nie umiem się pogodzić z faktem, że jestem tu za królika czy szczura doświadczalnego; za przedmiot służący do wypróbowywania metody. Powiem ci szczerze, co myślę, i chyba nie tylko w swoim imieniu. Tu od razu chcę powiedzieć, że swoje opinie przedstawiać ci będę w taki sposób, aby były aktualne i symptomatyczne dla kolejno omawianych chwil. Będą więc one zmienne, ujmowane rozwojowo, w zależności od stadium mojej bytności w Ikachu oraz fazy psychofizycznego w nim uczestnictwa. Otóż postępowanie Gleby ośmielam się uznać za przestępczość, aczkolwiek wobec nas nie była ona zamierzona, lecz przybierała charakter czegoś w rodzaju zbrodni popełnionej bez premedytacji. Jej perfidia polegała na tym, że zbrodniczość tkwiła w nim samym, będąc właściwością wynikającą z jego osoby jako faktu dokonanego. Przestępstwem samym w sobie jest po prostu istnienie tego człowieka.

Jeszcze przed naszym dostaniem się w bezpośredni i nieustający zasięg Gleby, czyli w okresie poprzedzającym wstąpienie do Ikachu, własnym przykładem lub słowną interwencją i zachętą rozbudzał w każdym z nas rozmaite ambicje i pragnienia. Celem takich poczynań było wyciągnięcie nas z marazmu czy innych duchowych zapaści - i wciągnięcie w tryby czynnego, ożywionego zapałem życia. No pięknie, tylko że... Siłą sugestii (bo to jednak duchowy mocarz!) - przy różnych okazjach styczności z nim - popychał nas do takich prób tak zwanej samorealizacji, które musiały być skazane na niepowodzenie. A potem, skruszałych i rozmiękczonych, brał do siebie, bo takich właśnie potrzebował. Tylko takich bowiem można podźwignąć - po to jedynie, by zniszczyć, czyli urobić. A potem, niczym bezwolne narzędzia, stosował nas do realizacji swoich celów, czy też używał jako środki pomocnicze - nazywaj to, jak chcesz, nie zmieni to faktów. Zjednywał nas dla swego systemu tak skutecznie, że wkrótce nie poznawaliśmy siebie: stawaliśmy się kimś innym, traciliśmy wolę. Poszliśmy na służbę szaleńca? Tyś powiedział. Ale nie mów przedwcześnie: hop.

A ja, no cóż, dałem się wrobić - sam nie wiem, jak i kiedy. W świetle zaś tego, o czym ci powiedziałem, może wydam ci się cyniczny, gdy dodam, że choć w sobie wierzgam, to jednak akceptuję stan rzeczy. I wcale nie dlatego, że jestem w sytuacji bez wyjścia. Dogadza mi bowiem ona, mam tu pewne widoki, a pozostałe względy wetknąłem sobie, delikatnie mówiąc, do nosa. Nawet i ten, że prędzej czy później może mi się zdarzyć to samo co innym, niektórym spośród nas. On bowiem, dążąc nieubłaganie do swoich celów, dobiera ludzi, by potem, wykorzystanych i już niepotrzebnych, wyrzucić na śmietnik - pod pretekstem, że się rozczarował, że zawiedli jego jego oczekiwania, lub jakimkolwiek innym. Uwierzysz w takie bzdury? Po prostu wyczerpał mu się zasób eksperymentów na owych ludziach, więc stawali się nieprzydatni dla jego tajemnych, nazwijmy tak, zamierzeń czy przewidywań - szaleńczych.

Podczas tamtej humoreski zwanej naradą, spoglądałem po naszych manekinach czy pajacach, nieźle się bawiąc ich kosztem. Siedziałem wśród nich, ale ani trochę nie poczuwałem się do wspólnoty z nimi. Wprost przeciwnie, zastanawiałem się, co ja tu wśród nich robię. Niemal zupełnie pochłaniała mnie ironiczna obserwacja tej szopki, pełnej wygłupów szefa i jego stada. W końcu jednak dotarło do mnie, o czym niby to radzono: mąż opatrznościowy, Józef Gleba, chce wpływać na życie powszechne, i to we wszelkich jego przejawach. A niechże sobie wpływa nawet do kałuży. Tylko że on na życie poza Ikachem wpływu nie ma, choćby go ponosił nie wiem jak szaleńczy optymizm: żagle ma dziurawe. Ubzdurał sobie, że Ikach - to pomniejszone i skondensowane odbicie świata; świat zaś jest Ikachu lustrzanym, bezkresnie powiększonym odbiciem. Cóż za pycha... Myśli przy tym, że przechadza się po pewnym gruncie, a to jest bezdenne grzęzawisko. Mnie nic do tego, ale wnerwiał mnie fakt, że jego przecież po coś powołano na stanowisko, to czegóż zachowuje się tak, jakby sam siebie ustanowił? Chyba że tak jest rzeczywiście? Może działa samozwańczo? Bo w przeciwnym razie - jakichże to sposobów musiałby używać, jaki kamuflaż stosować, by zmylić władze? Skąd w takim razie czerpie fundusze? I wreszcie, kto go upoważnił, żeby rozstrzygać o tym, co słuszne, w dodatku ubierając to w błazeńską oprawę, i jeszcze żeby go ślepo słuchano? Tak wówczas myślałem. Jeszcze do tych spraw wrócę, bo w trakcie uczestniczenia w ikachowskich praktykach - na niektóre z owych spraw trochę mi się zmieniły zapatrywania i stąd możesz odnieść wrażenie niekonsekwencji, wynikającej z moich przeświadczeń.

Przeprowadzasz wywiady i sondaże, to wiesz, jak jest z poglądami na słuszność. Nikt nie ma na nią monopolu, no i fajnie, bo im więcej sprzeczności, tym lepiej. Podpowiadać ludziom też zresztą trzeba, co o czymś sądzić i jak to oceniać, bo nie każdego stać na samodzielne myślenie. Tylko że ze stanowiska podpowiadacza jest już tylko pół kroku do manipulowania poglądami, to raz, a po drugie - do uzurpowania sobie prawa do decydowania o naszych wspólnych, a także pojedynczych losach. W przypadku Ikachu - pomyślnych, bo będących po myśli orzekającego o nich pomyleńca. To on - dla nas i za nas - ma dokonywać wyboru w zakresie rodzajów upodobań, on ma wpływać na nasze samopoczucie, a zadowolenie winniśmy czerpać głównie z racji podlegania tymże wpływom. I on też wskazuje nam sposoby korzystania z różnych możliwości, według niego słusznych i należytych. Jeśli chcesz, spróbuj zgadywać, co to znaczy - w ikachowskim wydaniu... Cholernie nieprecyzyjny sposób wyrażania się stosuje Gleba w swych oficjalnych wypowiedziach. Wystosowywane przez niego ogólniki, pardon, okólniki dopuszczają groźną w skutkach, całkowitą dowolność interpretacyjną. Ale może to i lepiej...

O tym wszystkim rozmyślając podczas owej sławetnej narady, zobaczyłem przez okno grupę robotników budowlanych; szli zapewne na piwo. Jeden z nich miał czapkę zrobioną z gazety. On tę gazetę kupił, przeczytał, dowiedział się, co się dzieje w świecie - i co? Może natychmiast ustosunkował się do faktów, zobaczył siebie w tle wydarzeń? Może rozpoznał swoje wśród nich miejsce i znaczenie, prawa i obowiązki, a także rodzaj i stopień swego uczestnictwa? śmiejmy się z takich przypuszczeń: on, młody trzpiot, z danych mu szans uzyskania świadomości tego, co jest i co się wydarza - sporządził sobie czapeczkę, bo na to mu się to wszystko zdało. Co widząc, uparcie prowadziłem w sobie zacięty spór. Wszak po to - nieprawdaż? - zostałeś, panie szefie, powołany, żebyśmy wiedzę i samowiedzę nosili nie tylko jako ozdobę lub ochronę przed atmosferycznymi wpływami. Więc, na litość, dlaczego operujesz abstrakcją? Czemu wdając się w szczegóły i konkrety naszego bycia, obracasz się wśród oderwanych pojęć? Przecież życie umysłowe, podobnie jak sposoby bytowania czy nawet tworzenie państwowości - są naszą, ludzką domeną; konkretną właśnie rzeczywistością. Przecież państwo i jego instytucje, a także i przede wszystkim społeczeństwo - to my, ludzie. A ty, także człowiek, z ledwością dostrzegasz - człowieka. Czemu obchodzimy cię tylko jako ludzki materiał, zdatny lub niezdatny dla twojego zwariowanego systemu oraz na użytek twojej szaleńczej idei?

Tak zwana narada trwała... Chcę zaznaczyć, aby uśmierzyć twoje wątpliwości, wynikłe być może z twoich pierwszych zetknięć z Ikachem - że mimo owej groteskowej oprawy, było to zebranie rzeczywiste, bo i takie odbywały się czasem w naszym gronie. Jak zwykle, po wprowadzających, bzdurnych ceremoniach i wyjaśnieniach szefa, wypowiadali się poszczególni członkowie zespołu. Wypowiadali się? Trzeba raczej powiedzieć, że recytowali slogany podsunięte im przez szefa, a słyszane z taśmy magnetofonowej. Pani Maria, ta trusia, zdobyła się na samodzielność i bzdurzyła o stwarzaniu pozorów swobody postępowania, czyli o mamieniu i ogłupianiu ludzi - i dostała brawa. Kiedy przyszła kolej na mnie, zrezygnowałem z prawa głosu - i nie dlatego, że udzielił mi go skierowany ku mnie bat...

Coś bzdurnego koniec końców uchwalono i zostało to zaprotokołowane. Zbliżał się koniec narady. Wyrwałem z notatnika o dużym formacie podwójną kartkę, gęsto zapisaną jednym jedynym słowem (przypominam: gie) i sporządziłem z niej czapeczkę na wzór tamtej z gazety. Nasadziłem ją na czubek głowy i przyszpiliłem spinkami wyciągniętymi z fryzury siedzącej obok pani Marii. Wtedy spostrzegłem, że zbliża się ku mnie - on. Popisowy siermiężny ubiorek, wyprężona pierś, uniesione bary, szeroko i jakby w ustawicznym pogotowiu rozstawione ramiona, szeroka twarz, zamaszysty chód - sama szerokość. Sama żywotność. Mocarz. Uosobienie prężności, poczucia siły i radości życia. I tylko oczęta pływające w szparkach powiek. Spojrzał na czapeczkę - i nagle ściągnął brwi sokole: dostrzegł napisy. Czekałem na cios, a bodaj uderzenie, ale on ręce trzymał powściągliwie wzdłuż ciała. Człowieku - prosiłem w duchu - weź tę czapeczkę i włóż ją sobie na głowę, bardzo by ci pasowała, a ja w zamian gotów jestem uścisnąć ci rękę. Ale nie, on powiedział: - Brawo, brawo. - I nie dało się dociec, ile w tym było ironii, a ile aprobaty. I odszedł. Szerokie bary, szerokie czoło, szeroki, rozstawny chód.

Nie zdejmując czapeczki, nie bacząc na znaczące spojrzenia, ruszyłem do sekretariatu. Ewa roześmiała się radośnie i klasnęła w ręce: brawo! Szczerze i pochwalnie. W radiu, cichutko w kącie nastawionym, grano menueta, więc wykonała kilka tanecznych pas, ja próbowałem ją naśladować i nastał karnawałowy bal lub juwenalia. Zwielokrotniony napis na czapeczce zapewniał o istocie chwili, a dzięki lustrom powstał z nas dwojga tłum tańczących. Gdy menuet ucichł, przystanąłem i przybrałem malowniczą pozę. Niewolnik tańczący - powiedziałem trochę za głośno, akurat wtedy, gdy przechodził obok nas on, szeroki pod każdym względem. Spojrzał na mnie z niewysłowioną pogardą, a ja skłoniłem się głęboko odchodzącemu. Oddałem cześć jego potężnym barom i całując Ewę w rękę, odprowadziłem ją na miejsce za biurkiem, podczas gdy on... No nie wiem, być może był świadom znaczenia naszych błazeńskich gestów, lecz uznał je widocznie za jakieś działanie zastępcze - i zignorował. Udał, że niczego zdrożnego w nich nie dostrzegł? Zezwolił, aby jako rodzaj reakcji samoobronnej dały upust naszemu niezadowoleniu, z którego naraz zdał sobie sprawę? Tak czy inaczej, nie zareagował. Zostawił nas w spokoju i poszedł sobie czy zrejterował, unosząc swą doskonałość - czy tylko twarz - w czeluść Ikachu. Byle dalej od nas.

A mnie porwał przypływ radości, że nie jestem taki jak on, że w ogóle nie jestem nim, tylko sobą, człowiekiem, Adamem. Dziś wiem, że sytuacja była zgodna z jego względem mnie zamiarami. Ale wtedy, no cóż, myślałem, że wyrzuci mnie na zbity łeb. Nie zdejmując czapeczki, nie bacząc na znaczące spojrzenia ikachowców, równoznaczne z czynieniem kółka na czole - powielany lustrami - powędrowałem korytarzem w stronę Glebowiska Ćwiczeń Specjalnych. W rytmie trwającego mi wciąż w myślach menueta, lub raczej śpiewającego się we mnie na jego nutę refrenu o wiadomej treści - wraz ze mną wędrował tłum błaznów... Nieco później, ale jeszcze tego samego dnia mignęła mi w przejściu twarz zadowolonego z siebie Józefa Gleby. I nic się nie stało.


Z dziejów pewnego uśmiechu


Czy uda mi się ciebie zjednać? - ten rodzaj uśmiechu, w którym tyleż dopatrzyć się można wątpienia, co nieśmiałej nadziei, jest przeobrażonym i udoskonalonym powtórzeniem fazy dziecięcej. Jak twierdzą świadkowie, przetrwał on do dziś na twarzy naczelnika Ikachu, nacechowanej mądrością zarazem i prostodusznością dziecka, naznaczonej wszakże wiekiem i doświadczeniami życia. Uśmiech ten w okresie, o którym mowa, nabrał szczególnego znaczenia: Józef Gleba osiągnął przecież to, co osiągnąć zamierzał - i wierzył w ciągi dalsze. Rzadko spotykana jedność wykonywanego zajęcia i ustalonych zainteresowań - owa zachodząca między nimi równowaga oraz zgodność prowadząca do utożsamienia - wykluczyła rozdarcie między koniecznością a pragnieniami i doprowadziła Glebę do finału najpomyślniejszego z możliwych.

Jednakże Józef Gleba, jak wynika z przeprowadzonych rozmów, nie czuje się chyba zbyt pewnie na stanowisku, czego dowodem jest to, że ustawicznie usiłuje zjednywać sobie ludzi. Bywa wszakże i tak, że niekiedy utwierdza swą pozycję krzykiem. Rodzajem krzyku bez podnoszenia głosu. Nie wolno mu - a jest to nakaz wewnętrzny - pozwolić sobie odebrać zdobyczy ani też w inny jakiś sposób jej utracić, gdyż zamysł swój widzi ogromnym, a jest nim przekształcenie świata. W tym względzie czuje się kimś niezastąpionym. Doświadczenie jednak poucza go, że wyniki poczynań i spełnienie zamiarów najskuteczniej można osiągnąć szczodrze okazywaną życzliwością. Pozorną? Prawdziwą? Nie ważne, skoro ludzi na ogół zadowalają objawy. Ale głównym, przemawiającym na jego korzyść argumentem jest oddanie się bez reszty sprawie. Szczerość przekonań i czystość intencji - choćby służyły utopii czy szaleńczym zamiarom - bardziej ludzi zjednywuje i zachęca do współpracy, niż nawet okazywana im serdeczność.

Należy przypuszczać, że nie są mu - nawet jemu! - obojętne względy ludzkie. Warunkiem bowiem utrzymania się na stanowisku (a dotyczy to każdego zwierzchnika) jest okazywanie dbałości o ludzi oraz udowodnienie, że należycie wywiązuje się z powierzonych mu zadań, uzyskując tym samym aprobatę czynników nadrzędnych. Także więc Józef Gleba musi liczyć się z ludźmi, którzy mienią się być jego zwierzchnictwem - ależ tak! - bo i on przecież komuś podlega, traktując to zresztą chyba jako formalność... Stan jego psychiki, dominujący w omawianej fazie życia i działalności, odbijał się, rzecz jasna, na jego podwładnych. Nasza wszakże uwaga skupia się na kilku osobach wybranych, stanowiących przedmiot naszego zainteresowania. Warto dowiedzieć się, jak oni ustosunkowywali się do jego zjednujących zabiegów i w jaki sposób odbijały się one na ich osobistych przeżyciach.


Matka


Zjednywanie różne miewa oblicza i bywa obopólne, czego przykładem jest matka Józefa Gleby. Losy tej kobiety godne są współczującego rozważenia, gdyż częstokroć przeżywała ona i nadal przeżywa ciężkie chwile na swoim gospodarstwie. A zatem - mimo że dumna jest z syna i szczęśliwa jego szczęściem, o którym jest przekonana - próbuje go zjednać dla swoich spraw, z którymi została sama. Nie domyśla się, że synowi również jest ciężko i choć może doznaje on szczęścia spełnienia, to jednak wszystko, co przeżywa, to są przede wszystkim mozolne wysiłki, starania, wyrzeczenia i walka z przeciwnościami, jakie składają się na sukces - czy niewątpliwie osiągnięty? Nie, matka nie zamierza bynajmniej utrudniać mu uzyskiwania pozycji w świecie. Chciałaby tylko otrzymać choć trochę pomocy. Jest pewna, że syn jej nie odmówi i pomoże, ile się da, ale jako matka jest w rozterce, bo nie wie, jak pogodzić dwie biegunowe sprawy: nie przeszkodzić mu i nie zatracić gospodarstwa.

Syn z kolei niewątpliwie domyśla się sytuacji podczas kolejnych odwiedzin. Czuje się zagrożony niemniej niż matka, na którą nieraz musiały przychodzić złe chwile, w których wyczuwała, że syn nadmiernie się od niej oddala. Wtedy próbowała go sobie zjednać - ale również on, któremu nieraz kłody waliły się pod nogi, musiał ją dla siebie pozyskiwać, aby jej miłość nie stała mu się jeszcze jedną kłodą.

Matka mimo wszystko przeczuwa, że bezpowrotnie straciła syna. Ileż zatem wysiłku musi dokonywać ten syn wprawdzie nie marnotrawny, lecz za to przeobrażony, i jakże musi się starać, aby matkę przekonać o swym dla niej przywiązaniu, ale i o koniecznościach, którym podlega... Ta kobieta wciąż jest krzepka, bo zahartowały ją warunki, ale już licząca sporo lat, choć nie chce ich ciężarowi się poddawać. Wyobraźmy sobie sytuację, o której mi opowiada. Idzie właśnie przez podwórze, a śnieg jest kopny...


- Idę, wiecie, przez podwórze, a śniegu jest co niemiara, bo napadało go przez noc tak dużo, że Burkowi ino daszek budy wystaje... Idę w buciorach mojego nieboszczyka, z ledwością nogi z zaspy wyciągam i głowię się, jak drzwi obórki otworzyć, bo śnieg nie puszcza. Miotłą nie da rady, no to się za szuflą drewnianą oglądam, ale gdzie ta, widzę, że całkiem ci jest połamana. To brnę do szopy po łopatę jaką albo i motykę - i wtedy żem się wywaliła w ten kopny śnieg. A wszystko przez te wielgachne buciory, co mnie od śniegu miały chronić, a pewnie i przez te schowane pod zaspą, zeschnięte pokrzywska i łopiany, co ich pełno pod ścianami, bo ich wytępić latem nie było komu. No tom się wtenczas na dobre rozżaliła, bo tu Kwiatula porykuje, głodne pewnie bydlątko i mleko je rozpiera, tu kury gdaczą i gęsi wrzeszczą na całą wieś, a ja sama-samiutka i jeszcze żem w tej zaspie ugrzęzła, i nie wiem, kto by mi szuflę naprawił albo i pomógł ten śnieg odgarnąć. Przecie nie polecę na wieś wołać pomocy, bracia to by pewnie przyszli, ale czasu by zeszło co niemiara, a tu Kwiatula ryczy... To siedzę w tym śniegu i pełno mam go w buciorach i pod kieckami, i trochę se popłakuję, a tu słyszę, ktosik na mnie z drogi woła. To ja nic, ino myślę, co za przeklętnik głowę mi zawraca, kiedym ja w tarapatach. A tu znowu zza płota: - Pani Glebina, a pódźcież tu, bo kartkę macie od waszego Józka. - A cóż to za poufałość, myślę, alem się pozbierała, bom po głosie naszego listonosza poznała. Znajomy człek, myślę, to i ma prawo mojego syna tykać. Brnę ci ja w śniegu do płota i kartkę bierę, i mówię: - Bóg wam zapłać, ale chyba żeście się pomylili, to pewnie nie od mojego syna kartka, a dyć on, ten mój Józek ma tu być na święta. - A on: - Tego to ja już nie wiem, alem kartkę wam przyniósł, to ją weźcie, bo już muszę iść.

Kwiatula ryczała coraz żałośliwiej, kury rozgdakały się na dobre, a ja nic, ino siedzę w izbie pod okienkiem i dziesiąty raz odczytuję kartkę, i wiecie, w głowie mi się nie mieści. Bo jakże to tak, do matki we Wiliję nie przybyć? To ważniejsza mu ta jakasik konferencyja dyrektorów w Warszawie? Tom się w sobie zawzięła, a z tego żalu czy złości sił mi jakosik przybyło, tak żem i śnieg starą łopatą odgarnęła, i chudobę oporządziła. Tyle ino, żem z tego żalu chodziła jak pijana i Wilii mi się szykować odechciało.

Przybył, przybył, widać się poczuwał, chociaż tłumaczył się, że ino na jeden dzień, bo zaraz po świętach mają tę konferencję, to musi się przygotować. Ale tak to oni między sobą ustalili: święta rodzinne są, to z rodziną trzeba je spędzić, a konferencję na dzień następny odłożyć. To i tak dobrze, powiada, że w ogóle przyjechał, bo to przecie z drogi, to myślał, że nie da rady i dlatego tę kartkę z życzeniami wysłał. No tom się ucieszyła, że jest, ino mnie to zmartwiło, że cosik z nazywaniem tych świąt kręci, że to niby są święta rodzinne. A czy to on zapomniał, jak się one naprawdę nazywają? Alem mu nic nie rzekła, żeby go nie rozeźlić niepotrzebnym słowem, bo co by to były wtenczas za święta? A że Tyldzia z mężem przyjechała, tośmy wszystko narychtowały, co trza, i Wilija była jak się patrzy.

Żal mi ino w takich razach, że Tyldzia dziecków nijakich nie ma i żeby mnie kto babunią nazywał, bo u Józka to już się całkiem na nic nie zanosi, ale cóż robić, chyba ino życzyć czego lepszego, łamiąc się opłatkiem. Owszem, przełamaliśmy się, ino że Józuś uśmiechał się jakosik i rzekł, że to taki stary obyczaj łamania się chlebem, dla pokazania, że człowiek człowiekowi dobrze życzy. I cosik tam jeszcze o tradycyi gadał, że nie sprzeciwia się, bo... Nie pomnę, co on rzekł, ino mi się markotnie zrobiło, bo jak przyszło do czytania Biblii, to on ci tyle ino że wstał, bośmy wszyscy wstali, ale cięgiem uśmiechał się tak jakosik krzywo a półgębkiem... Alem znowu nic mu nie rzekła, żeby do reszty nie psuć świąteczności. No i przez to jeszcze, że mi szal przywiózł piękny, a Tyldzi perfumę francuską. Ino znów żal mi ścisnął serce, kiedy powiedział: - To może teraz pośpiewamy te stare, tradycyjne, piękne piosenki? - Tak ci on nazwał kolędy.

Korciło mnie to, oj korciło, no to zaraz na drugi dzień, przy śniadaniu, cośmy je suto zastawiły, mówię: - To, dzieci, pójdziemy teraz na Sumę, bo wielkie jest święto, a tak se myślę, że spodoba się kumom ten szal, coś mi dał. - A on: - Ja, mamo, nie pójdę, bo mam katar, a muszę być zdrowy na tę naszą konferencję, bo mam wygłosić referat. A zresztą wkrótce muszę jechać, bo po drodze kolegę jeszcze muszę zabrać. - A ja: - Ty mi tu, synu, nie bałamuć z tą jakąś konferencyją, bo pewnie z jaką dziwą miastową chcesz się spiknąć w tej Warszawie, czy to ja nie wiem, jak to jest z wami? - A on: - Krzywdzi mnie mama. - Tak powiedział: że go krzywdzę. Jakby to mnie nie było krzywdy, żem tu samiutka i rady już nie mogę sobie dać. Tom nie wytrzymała i mówię parę słów o moich tarapatach, tak bez gniewu, bo jakże inaczej w takie wielkie święto i w dodatku przed Mszą świętą. A on zasumował się, a potem mi rzekł, że popróbuje jakoś temu zaradzić. Tom się udobruchała i zaraz uderzyłam w inny ton. Bo przecie za nic bym nie chciała, żeby dla moich tarapatów wyrzekał się tych swoich spraw, które go na pana wyniosły.

Ino mi z głowy nie schodziło to, co mi rzekł, że go krzywdzę. Bo skoro tak pedział, znaczy to, że na nic się u niego nie zanosi. No to pytam wprost: - Nie myślisz, synu, o żeniaczce? - A on mi na to: - A jest to czas, mamo, pomyśleć o tym? - Ale zaraz potem dodał: - Myśleć to ja myślę, lecz nie widzę nikogo, kto byłby dla mnie odpowiedni. - A ja pytam: - A mało to poczciwych dziewczyn? Wybrałbyś sobie którą. - A on: - To, mamo, musi być kobieta taka jak ja, a nie tylko, żeby mi ugotowała czy uprała, bo tego mi nie trzeba, są przecież restauracje, koszulę sam sobie przepiorę, a bieliznę pościelową oddaję do pralni. - No to szczęść ci Boże, synu. - A on ucałował mnie w obydwie ręce i rzekł, że jakoś to będzie. Potem zaś spojrzał w okno i uwidział te zaspy, tę chylącą się obórkę i wykoślawione wrota, i znów się zasumował. Ale zaraz popatrzył mi w oczy, jak to on umie, z obietnicą i pocieszeniem, i z tym swoim uśmiechaniem się, co mnie za serce zawsze chwyta. Tom i ja się uśmiechnęła, bom już wiedziała, że choćby nie wiem co, to nie pokażę mu nigdy, jak mi bywa ciężko i nie będę mu mieć za złe, jeśli tego sam nie wyrozumie. I takeśmy się rozstali: ja na Sumę, a on samochodem do miasta. I tylem go wtenczas widziała.

Aż tu za kilka dni ciężarówka zajeżdża. Patrzę ja przez próg, a tu wysiada kilku ludzi z łopatami i różnymi narzędziami, i pytają: - Czy tu mieszka mamusia pana dyrektora? - Ano tu. - No to dobra, bo właśnie pan dyrektor przysłał nas do pomocy. - Do jakiej pomocy? - A to już nam pani powie, co tu trzeba zrobić. - I zaraz się wzieni do roboty, i robili bez cały dzień, i wszyściutko ponaprawiali, i calutkie mi obejście wyporządzili jak się patrzy. A jam ino mówiła im, co i jak, i strawę żem w izbie dla nich szykowała, i nawet żem się za tym nie musiała nachodzić, bo Józek mięsa mi przysłał i różnych innych dobrości... No to powiedzcież mi, jak tu takiego nie kochać?


Maria


Czy uda mi się ciebie zjednać? Pani Maria w tej to formie obopólnej gry mogła stać się (gdyby powstała sprzyjająca sytuacja) równorzędnym partnerem Józefa Gleby. Pojawiła się bowiem - bo mogła, wręcz musiała się pojawić - chwila, w której ta dzielna kobieta być może po raz pierwszy dostrzegła słabość jakoby niezłomnego zwierzchnika, i to aż tak wyraziście, że zdobyła się na odruch stawienia oporu. Byłby to objaw, w strukturze Ikachu rokujący nadzieje na charakterotwórczy sukces tej instytucji, gdyby nie przekreśliła ich - w ostatniej chwili okazana - zgubna nadgorliwość, wieńcząca pewne pamiętne zdarzenie, lecz także równocześnie przecząca idei ludzi wyrównanych.

Wiek biologiczny tej kobiety zatrzymał się w stadium, w którym prawdopodobnie przetrwa w stanie nienaruszonym aż do okresu znów szybko postępujących zmian. Jej czas postępuje drobnymi kroczkami, tak, ale za to jej niewątpliwe wyrobienie psychiczne, szybko osiągnięte, ma charakter dynamiczny i wciąż podlega zmianom. Proces ten zapewne zakończy się dopiero w chwili wiadomej i nieuchronnej. Pani Maria dawno już odbiegła od niegdysiejszego, wielkiego zagubienia i weszła w szczytową fazę odnajdywania siebie w Ikachu. Żyje więc już nie ona, lecz żyje w niej Ikach, i to w sposób rozwojowy. Takie ujęcie wyższego rzędu zjawiska jest przykładem czerpania pojęć czy przeświadczeń, pochodzących z innych, acz nieobcych nam, wręcz analogicznych kręgów pojęciowych. Owo zaś porównanie i posługiwanie się przykładem czynimy oczywiście na nasz użytek.

Jak pamiętamy, w życiu pani Marii następowały kolejno fazy entuzjazmu, oswajania się i wrastania w fachowe oraz rzetelne wykonywanie obowiązków - i wreszcie faza prób zdobywania się na sądy i oceny, a także na czynny sprzeciw, przygotowywany długotrwale ją nurtującym, wielorakim rozdarciem wewnętrznym. Wszystkie te przemiany były, rzecz jasna, niejako zaprogramowane w niej oraz przewidziane. Jak to wynika z wcześniej już relacjonowanych przez panią Marię przeświadczeń, działo się to wszystko z woli Józefa Gleby, który chciał ją mieć w Ikachu taką właśnie, a nie inną. A co do jej krytycyzmu, to zwierzchnik oceniał go ze wszech miar pozytywnie, gdyż także krytycyzm zalicza się do czynników kształtujących motywację twórczą, acz pod warunkiem, że polega on na świadomym przeciwstawianiu udokumentowanych racji, a nawet na podważaniu czyjejś, jeśli w zamian można zaoferować konstruktywne propozycje. Ale czy tę mimo wszystko słabą, niezbyt pewną siebie kobietę stać faktycznie na posiadanie własnego, ugruntowanego zdania? Zresztą czego mogłoby ono dotyczyć? Cóż rewelacyjnego w dzieło Ikachu może wnieść osoba, której rola - faktycznie i wbrew iluzjom - sprowadza się głównie do pielęgnowania ładu? Ano posłuchajmy:


- Chciałabym tu naświetlić okoliczności pewnego pamiętnego dnia. Jego wygląd odegrał ważną rolę, gdyż kojarząc się z istotą sprawy, pozwala mi przypomnieć sobie szczegółowy przebieg zdarzeń. Otóż, jak się zdaje, pan naczelnik wykorzystał fatalną w owym dniu pogodę, by rozwinąć we mnie i umocnić stany sprzeciwu. Dał mi tym samym możność osobistego rozwoju przez pokonanie zrównujących nas wszystkich wpływów Ikachu. Zostałam zatem w swoisty sposób wyróżniona... A właśnie padały długotrwałe deszcze. Zawsze działały na mnie przygnębiająco, więc i w owym dniu moje aktualne usposobienie dostosowało się do zewnętrznych warunków, stając się ich wiernym odbiciem. Czyli że moja gotowość zbuntowania się przeciw stanowi rzeczy i wszystkiemu, co nie jest mną, napotkała sprzyjające okoliczności, by ów bunt mógł znaleźć ujście. Jeszcze inaczej mówiąc, prowokowanie we mnie sprzeciwu trafiło na podatny grunt, jakim w owym dniu był mój układ psychofizyczny. Gdyby nie słota i wywołane nią rozdrażnienie, być może nie zdobyłabym się na akt odwagi, sprzeciwiając się zdaniu pana naczelnika. Zdaję sobie jednak sprawę, że z mojej strony to był jednak wybryk.

Byłam sobą zaskoczona, gdyż dziwne rozkapryszenie podpowiadało mi wiele niestosownych wobec zwierzchnika pytań i odpowiedzi. Uważam go bowiem za swego dobrodzieja, przewodnika duchowego, pośredniego sprawcę moich kluczowych decyzji, jak też twórcę sytuacji przełomowych - i daleka jestem od niewdzięczności. Niezmiennie też podziwiam jego nieustępliwość w dążeniach oraz żywię szacunek dla jego przejęcia się obowiązkami. Skądże więc wzięły się we mnie wątpliwości co do stosowanych przez niego sposobów zyskiwania powodzenia dla siebie i dla Instytutu? Tak, wiem, że cel poniekąd uświęca środki, ale... No cóż, niestety, czasem rażą mnie owe sposoby. Gdy ktoś wdzięczy się, przymila i czaruje, uważam, że jest to szczególnie niebezpieczny rodzaj stosowania przemocy, bo rozbraja, więc obezwładnia. A poza tym - jakże jest, moim zdaniem, upokarzający, jak poniżający dla kogoś na kierowniczym stanowisku. Więc po cóż mu to? Wszak nasi ludzie byli już na tyle - by tak powiedzieć - opracowani, że poddawali się ochoczo, a przy tym biernie jego metodom. Czemu zatem nadal walczy o utrzymanie pozycji? Skąd się w nim bierze w tym względzie niepewność? I czemuż to on - on! - zabiega, i to gorączkowo, o zachowanie twarzy? To przykre, to bolesne, gdy muszą się rodzić tego rodzaju pytania, a w ślad za nimi pojawiają się podejrzenia, że widać jednak nie czuje się zbyt pewnie. Dlaczego? Co mu zagraża? Czego się obawia? Czy tego, że nabór chętnych do uczestnictwa w Ikachu jest tak nikły, iż wskazuje raczej na ich zupełny brak? Lecz przecież jest to tylko niechęć wynikająca z niewiedzy o nas. Może zatem panem naczelnikiem powoduje nadmiar złowróżbnych przewidywań, przeto niepokój o los Ikachu? Obawa o jego przyszłość, która doprowadza go do stanu ustawicznej podejrzliwości? Może niepewność towarzysząca komuś, kto skalistą ścieżką nad przepaściami wspina się ku przyszłym celom, zdobywanym przebojem - i naraz widzi, że ogromnym zamiarom grozi runięcie - bo zabrakło chętnych ludzi? Jeśli tak, to byłby on kimś, kto musi trzymać się kurczowo wszelkich wspierających dzieło środków, jakie się akurat nawiną, i nie przebierać w nich, byle przeforsować swój genialny zresztą system. W takim razie rzecz należy potraktować w kategoriach heroizmu.

Dramat, który przeżywa ten wybitny człowiek, podnosi wielkość pana naczelnika, ale obawiam się o niego; oby tylko go nie złamał... Świadczą o takiej możliwości niepokojące objawy, które może dostrzec jedynie ktoś jak ja oddany i wnikliwy. Bo to jest tragiczne, że jego wspaniała myśl trafia w próżnię. Wnętrze Ikachu, zasobne w zakrojone na najszerszą skalę wyposażenie, wypełnia, jak dotąd, tylko jego niedoceniony geniusz - bo nie ma ludzi... Bardzo proszę tego nie odnotowywać, panie redaktorze, bo spostrzegam, że trochę za daleko wprowadzam pana w nasze wewnętrzne sprawy, ale liczę na pańską dyskrecję. Albo zresztą - jak pan uważa... Po prostu nie umiem opanować wzburzenia, gdy deformuje mi się wewnętrzny portret kogoś, kogo czciłam uważając za niedościgły wzór; za wyrocznię w orzekaniu o wysokich celach, których nie dostrzegł jeszcze nikt prócz niego. On natchniony jest misją, do której został powołany przez potrzeby naszej przyszłości. Może więc, w konfrontacji z taką to prawdą o nim, za ostro będzie sformułowane to, co teraz panu powiem.

A zatem owego fatalnego, słotnego dnia odniosłam wrażenie, że pan naczelnik mimo wszystko nadużywa władzy. Zwalnia ludzi bez dania uzasadnień i przyjmuje innych z sobie tylko wiadomych powodów, przy czym jest tajemnicą, w jaki sposób ich wynajduje i dobiera zgłaszających się czy wezwanych. Razi mnie też, że podejmuje wobec naszych ludzi - może zresztą tylko pozornie - nieumotywowane, wręcz zaskakujące decyzje, w sposób dowolny przesuwając ich na inne miejsca. Tu nie od rzeczy będzie wspomnieć o czymś, co być może trochę naświetli jego postępowanie. Otóż podobno podpatrzono go, że samotnie grywa w szachy, których pionki naznaczone są naszymi oraz obcymi nam nazwiskami. Stawia też pasjanse, nie wiadomo tylko, czy posługuje się kartami do gry, czy naszymi personalnymi aktami. Polega więc na trafności wyroków losu! Zdaje się na wyznaczony mu przypadek! A jednak, panie redaktorze, ja mimo wszystko wierzę w rozum rozsądek i w szczerość intencji swego zwierzchnika, i ufam mu bezgranicznie. Podkreślam to z całą mocą, gdyż on wie, co robi, także wówczas, jeśli powierza się losowi, podczas gdy my możemy tylko snuć domysły.

A jednak w owym dniu, o którym opowiadam, myślałam w sposób, jaki panu przedstawiłam. Myślałam tak, aczkolwiek wiedziałam, że na pozór bezpodstawne wydalanie pracowników już rozpoznanych, a nawet sprawdzonych, i przyjmowanie w ich miejsce nowych ludzi równa się podejmowaniu ryzyka i ponoszeniu odpowiedzialności za następstwa ewentualnego błędnego wyboru. Pan naczelnik nie może sobie pozwolić na ryzyko wynikłe ze współpracy z osobami - być może! - przypadkowymi, więc niepewnymi. Musi w tym względzie wykazać roztropność, by nie narazić na szwank swego przedsięwzięcia, doprawdy niezwykłego; na uzależnienie go od złej lub dobrej woli ludzi, którym niekiedy po prostu brakuje rozeznania w naszych sprawach; ludzi, których osobowość nader często pozostaje zagadką trudną do rozszyfrowania. Fakt natomiast, że czasem wiele mi się tu nie podoba, świadczy jednak o moim zaangażowaniu w naszą sprawę; o rozumieniu trudności - z czego wynika wyrozumiałość. Mimo to jakoś dotąd, czyli do dnia, o którym mowa, nie zdobyłam się na wyrażenie sprzeciwu, a bodaj na skrytykowanie postępowania zwierzchnika. Jestem bowiem i chcę być zależna od jego dobrej woli, może nawet bardziej niż inni.

Tym razem wszakże sprawa przedstawiała mi się jasno, gdyż szło o pozbycie się faktycznie niesolidnego uczestnika, któremu powierzone zostało kierownictwo Glebowiska Usprawnienia Organizacji i Informacji. Sala ta, ze względu na swój charakter, wymaga szczególnej troski i pracowitości oraz wykazania inicjatywy i pomysłowości w doborze, rozstawieniu i wykorzystaniu pomocy naukowych. Otóż ten człowiek nie zasługiwał nie tylko na pochlebną, ale nawet na życzliwą opinię, bo nie robił nic, literalnie nic w zakresie tak zwanego glebowania. Powinien był, odchodząc, zadowolić się zaświadczeniem, że był, że przebywał u nas. A jednak pan naczelnik polecił mi wystawić o nim przychylną opinię. Czy rzecz polegała na tym, aby mu nie zaszkodzić, gdyby starał się o zatrudnienie w jakimś innym zakładzie? Nie. Odniosłam wrażenie, że panu naczelnikowi, choć zawsze kieruje się sprawiedliwością, tym razem szło o prestiż: starał się uniknąć czegokolwiek, co ujemnie rzutowałoby na funkcjonowanie Ikachu. Zwalniany uczestnik był wszak naszym niejako produktem. I odchodził jakoby nie tyle przez nas wyrzucony, pardon, zwolniony, ani nawet nie na własną prośbę, ile - czy pan zgadnie? - by pełnić misję jako gotowy już, wyszkolony krzewiciel systemu.

Gdyby była inna pogoda, być może potulnie wypisałabym żądaną opinię, swą własną zachowując dla siebie. Ale padał deszcz, dmuchał wiatr, wszyscy byli rozdrażnieni, a ja starałam się wyjaśnić panu naczelnikowi, że tamten człowiek zaledwie raczył do nas przychodzić i wśród nas przebywać. Szef myślał przez chwilę, po czym polecił mi przyjść za jakieś dwie, trzy godzinki, a następnie zniknął w głębi Ikachu. Po pewnym czasie pojawia się u mnie tamten człowiek i pokazuje mi starannie wykonane elaboraty, mające zilustrować jakoby spełnione glebiarskie czynności. Pokłonił się i mówi: - Oto wyglebowałem glemienność, oto moje gleboraty. - Natrudził się człowiek niemało, choć raz się natrudził. Nawet w tworzeniu niby to stosownych, a w gruncie rzeczy błędnych glebozwań, to jest określeń. Korciło mnie, by go zapytać: - I to dla mnie, proszę pana, aż tyle wysiłku?

Byłabym mu w końcu wypisała tę opinię za sam poniesiony trud, ale w tejże chwili struga ulewy zacięła w szyby, aż zadzwoniły, tak że zazgrzytało mi po nerwach, więc mówię: - Proszę pana, czy pan uważa mnie za naiwną? Sporządzić można wszystko. A czy nie przyszło panu na myśl, że to, co pan robi, jest ordynarnym oszustwem i że próba wciągnięcia mnie w te brudne sprawy podciąga się pod miano przestępstwa? Ciekawe, czy pan, będąc zwierzchnikiem, przymknąłby oczy na tego rodzaju postępek?

Nie ma co, po raz pierwszy w życiu aż tak mnie poniosło. On zaś wykręcił się na pięcie i wyszedł obrażony. Tak się nie robi. Stanowczo odstawał od przyjętych u nas sposobów bycia. Zachował się zbyt swobodnie, by nie rzec: swawolnie i arogancko, a tego nie przewiduje nasz regulamin, nie mówiąc już o przestrzeganiu dobrych obyczajów. Niemniej, pan naczelnik uchylił wrota kąciny i mówi: - Co też to pani wyprawia, pani Mario? Tak nie można, przecież człowiek idzie od nas na odpowiedzialne stanowisko. - A ja, zamiast odpowiedzieć, że tym bardziej nie należy wystawiać mu mylącej opinii, wypaliłam: - No to pogratulować tamtej instytucji. A w ogóle jest skandalem awansowanie takiego człowieka. - Pan naczelnik poczerwieniał, potem pobladł, ale opanował się i tylko zacisnął rękę na jakichś papierach, tak że zmiął je trochę. - Niech pani schowa dla siebie uwagi i będzie łaskawa podporządkować się mojemu poleceniu. - Cóż za gra! Wypróbowywał mnie, to jasne. Ciekaw był mojej reakcji. A właśnie deszcz zabębnił w szyby ze zdwojoną siłą, więc mówię: - To proszę pana naczelnika, by zechciał sam wydać opinię, bo ja do tego ręki nie przyłożę.

Zamknął drzwi trochę za głośno, nie na tyle jednak, aby to można było nazwać trzaśnięciem. Na szczęście, nie było przy tym Ewy, bo coś załatwiała, za to Adam przyczaił się w kąciku, cichutko bił mi brawa i zacierał ręce. Nie wiedziałam, co robić, ale wróciła właśnie Ewa. Ledwie zdjęła płaszcz ociekający deszczem, a znów zjawia się pan naczelnik, tym razem z gotowym tekstem opinii i mówi: - Zostaw wszystko, Ewuniu, i siadaj do maszyny. - Tekst ten dyktował wręcz bezwstydnie; już się nie krył z przewrotnym zamiarem fałszowania prawdy dla osiągnięcia samoobronnych niejako celów. Trudno uwierzyć, ile było kłamstwa w fachowo sformułowanych komplementach o jakości pracy tego człowieka: że wykazywał inicjatywę, że odznaczał się poważnym podejściem do pracy i że z oddaniem spełniał powierzone mu obowiązki. Udałam, że nie słyszę, pilnie jakoby pogrążona w studiowaniu jakichś dokumentów. I tylko Adam, siedząc nadal w kąciku i niby to czekając na jakieś polecenia, tłumił śmiech zanosząc się kaszlem i pochrząkiwał, aż to zwróciło uwagę pana naczelnika, ale poprzestał na nieco spłoszonym w jego stronę spojrzeniu. Ja zaś zabrałam się do opracowywania protokołu z niedawno odbytego u nas zebrania.

A potem, gdy Adam się ulotnił, a Ewa zaniosła opatrzony pieczęcią i podpisem dokument kłamstwa tamtemu człowiekowi, który zapewne pocił się z niepewności - pan naczelnik stanął nade mną w milczeniu. Utrwalałam jeszcze przez chwilę wnioski z magnetofonowej narady, po czym podniosłam oczy. - Pani Mario, ja wiem, że to nie było w porządku, ale co robić, takie jest życie, a my tu mamy do spełnienia szczególne powołanie, jakim jest kształtowanie charakterów. - Nie odzywałam się, więc mówił dalej: - Należy ufać, że ten człowiek na nowo powierzonym mu stanowisku nie zawiedzie opinii, którą o nim wydaliśmy. Ludzie zmieniają się, czasem pochwała na wyrost może bardziej dodatnio wpłynąć na postępowanie człowieka, niż nagana i ciągła dezaprobata. To zresztą jest znane zjawisko, że poddany dodatniej lub ujemnej ocenie człowiek skłonny jest wierzyć, że takim jest właśnie, jakim go osądzono. Co więcej, w przypadku pozytywnej oceny stara się podciągnąć swą jakość do pochlebnej o nim opinii, aby na nią zasłużyć także i we własnym przeświadczeniu. - Ponieważ nadal milczałam, skierował się do drzwi swego pokoju, ale zawrócił i znów stanął przede mną. - No jak, pani Mario, zgoda między nami?

Coś się chyba zmieniło w atmosferze, może wiatr odwrócił kierunek, może deszcz osłabił nasilenie - w każdym razie poczułam przypływ wyrozumiałości. A zresztą trzeźwość podpowiadała mi, że nie powinnam go do siebie zrażać, bo i cóż bym zrobiła ze sobą, gdybym musiała stąd odejść? Odpowiedziałam więc szczerym uśmiechem, który oznaczał pojednanie. A wówczas pan naczelnik - coś niebywałego - pocałował mnie w rękę i odszedł z przylgniętym do twarzy uśmiechem, który oznaczał ulgę i odprężenie. Nie wolno mi go martwić - pomyślałam - ze względu na jego twórczą pracę. A ponadto po raz nie wiadomo który zdumiałam się mocą duchową tego człowieka, który na przykład jednym jedynym uśmiechem umie burzyć zastany ład i zaprowadzać nowy, niesłychany porządek.


Ewa


Czy uda mi się ciebie zjednać... Ewa próbowała wspiąć się ku gwiazdom, by złamać horoskopy - i została strącona z nich w wyznaczone jej łożysko. Bywało to dla niej czasem niepojęte; niekiedy nie umiała zrozumieć samej siebie. Naczelnik wszakże częstokroć dawał jej poznać, że wkrótce zrozumie ona swój los. Zawsze czuła potrzebę dawania wyrazu swym stanom wewnętrznym, cóż więc dziwnego, że teraz już jej nie wystarczają skromne okruchy duchowego chleba, gdyż pragnie wiele. Wszak jako aktorka wcielała się w różne, niekiedy tragiczne postacie, a ponadto przebywała nie tylko w świetle ramp i reflektorów, lecz również
w zasięgu blasku człowieka godnego podziwu i naśladowania. Otwarta i szczera, ale łatwowierna, widząc przejęcie się podziwianego człowieka życiową rolą oraz jego całkowite oddanie się przedsięwzięciu, obiera go sobie za wzór postępowania, co pozwala jej pokonać czy przezwyciężyć wstręt do nudnych zajęć. A że zawsze - wnioskując z jej relacji - stawiała sobie wysokie wymagania, co było zgodne z jej burzliwą, skłonną do wzlotów naturą oraz wysoką wrażliwością, tedy czuje potrzebę pełnego wykazania swych możliwości. Pragnie być aktywna, do czego inspiruje ją postępowanie szefa, zwłaszcza w sprawach, w których musi się on przezwyciężać. Wyciąga z tego stosowne wnioski, przeto uwiera ją własna w Ikachu znikomość i chce, aby ją zauważono - ambitną, wielce obiecującą dziewczynę.


- Ze mną jest tak: mierzi mnie nudziarstwo i z trudem poddaję się pedanterii przepisów, choć wiem, że Józek tego ode mnie właśnie oczekuje i wymaga. Ale tłumię w sobie niechęć, gdyż porywa mnie wielka jego idea i fakt towarzyszenia jej powstawaniu i spełnianiu. Dumą mnie napawa obecność przy jej narodzinach i rozwoju oraz uczestnictwo w dziejącej się tu niezwykłości. Postanowiłam więc, że muszę wreszcie przestać być malutka i nijaka; ubliża mi robienie z siebie słodkiej idiotki. Przy takim człowieku każdy mimo woli i siłą rzeczy czuje się kimś lepszym, wartościowszym, a zwłaszcza zobowiązanym do wzorowego postępowania.

Zrobiłam zatem próbę tak zwanego wykazania się. Oczywiście, palnęłam głupstwo, no i od razu dostało mi się w łeb. Wiesz, spostrzegłam, że on ceni Adama za to, że mimo pozorów bimbania, czynnie ustosunkowywuje się do naszych spraw. To wystarczyło, abym zaczęła łamać sobie głowę nad sposobem wciągnięcia się w nie rzeczywistego, pełnego i - zauważalnego. Zachciało mi się więc nie poprzestawać na krytycznej akceptacji wszystkiego, co się u nas robi, ale podsunąć nowe jakieś sytuacyjne rozwiązania. Nie szło mi tylko o pokazanie się z najlepszej strony. Szczerze zapragnęłam otrzymać jakieś zadanie i móc w tym względzie wykazać inicjatywę. Ale nie potrafiłam nic mądrzejszego wymyślić, jak tylko zakwestionować wywyższeniówkę, znaczy, awans Adama: miał zostać uczestnikiem odpowiedzialnym za jakąś tam cząstkę życia w Ikachu, z perspektywą objęcia w niej przewodnictwa. Szef to postanowił i wykluczył - jak to on - możliwość zgody lub sprzeciwu. Taki zresztą sposób postępowania od początku narzucił nie tylko nam, ale i sobie, chcąc zapewne udowodnić, że jest twardym facetem.

Adam, jak się zdaje, o niczym nie wiedział. Zawsze zresztą był przeświadczony, że wszelkie dotyczące go rozstrzygnięcia dzieją się ponad jego głową czy za plecami, a on wnioskować może jedynie z objawów. I miewał o to pretensję do całego świata. Natomiast szef był pewien, że okazując łaskę komuś, kto ciągle ma ochotę wierzgać, gryźć i kopać, i stwarzając mu równocześnie szansę wybicia się - przywiąże go do siebie. Zwłaszcza gdyby ten ktoś, czyli Adam, czuł się kompletnym zerem i stracił nadzieję. Ale Adaś pod zero podciągnąć się nie da, bo sam wie, ile jest wart i żywi przekonanie, że przewyższa nas pod wieloma względami. Józek to uznaje, czego dowodem jest, że rozmaite numery z szefem uchodzą temu chłopakowi bezkarnie. I na odwrót, szef może sobie dowolnie poczynać z każdym innym człowiekiem, ale nie z Adamem. I szef to docenia.

My w sekretariacie siłą rzeczy wiemy o wszystkim, więc i o tym, że sprawa wywyższenia, to znaczy awansu była już przesądzona i ustalona, i rzecz sprowadzała się do zatwierdzenia, więc usankcjonowania tego faktu. I tu właśnie postanowiłam zakończenie sprawy uprzedzić. W swej naiwności chciałam ustrzec Ikach przed zgubnymi następstwami postanowień szefa, niewystarczająco - jak mi się wydawało - zorientowanego w sytuacji. To nie to, żebym chciała zaszkodzić chłopakowi, przecież go lubię, ale wydał mi się niepoważny, mało odpowiedzialny, niezrównoważony - słowem, najmniej odpowiedni do nadsłużebności, czyli pełnienia kierowniczej funkcji. Inteligencji nie można mu odmówić, ma jej nawet w nadmiarze, to faktycznie mądry chłopak, ale - szurnięty... Przekonana święcie, że działam dla dobra Ikachu i wykazuję szczere przejęcie się jego sprawami, poprosiłam szefa o rozmowę.

Kiedy mi - z objawami zresztą lekkiego zniecierpliwienia - udzielił wreszcie posłuchania, poczułam się nieco zmieszana, bo szło o to, by nie postawić się w roli kapusia, a tylko kogoś szczerze zatroskanego. On zwrócił się do mnie jak do naprzykrzającego się dziecka: - No, co tam, Ewa? Cóż tam znowu nowego? - To nic nowego, panie naczelniku, to sprawy nie od dziś wiadome. - Patrzył na mnie, bębniąc palcami po blacie. Więc ja: - Proszę mi wybaczyć, że mieszam się być może w nieswoje sprawy, ale jednak to są sprawy także i moje, bo wspólne. - A on: - No, słucham, słucham? O cóż idzie? - A ja: - Uważam za obowiązek uprzedzić pana o stanie psychicznego zdrowia Adama, o którego planowanym awansie dowiedziałam się z wystawiennictw, które przeszły przez moje ręce. Nie jestem pewna, czy panu wiadomo, że Adam leczył się w zakładzie psychiatrycznym. Przepraszam, że się wtrącam, ale sądzę, że należałoby pana o tym powiadomić, bo... - Wstał i nie dał mi dokończyć. - Rozczarowujesz mnie - powiedział. - Ty się nie zapominaj. To są rzeczywiście nie twoje sprawy, Ewa, i wracaj do swoich zajęć.

No to zadarłam łeb i majestatycznie idę ku wyjściu. Nie ma co, wycięłam niezły numer, nie daruję sobie tego... Oczekiwałam gromów i natychmiastowego wylania z Ikachu, mimo że mnie Józek dotąd faworyzował. Ale kiedym już prawie wyszła, zawołał za mną, po czym rzucił oschle: - Proszę przygotować kawę dla trzech osób, jakieś herbatniki i coś zimnego do picia. - Domyśliłam się, choć nie raczył mi tego wyjaśnić, że spodziewa się gości. Najważniejsze jednak było to, że mnie nadal potrzebuje. Zaczerwieniłam się z wrażenia jak idiotka. A wtedy on zajrzał do skrybowni, by sprawdzić, czy kogoś obcego nie ma, i raptem uśmiechnął się wyrozumiale, zaszczycając mnie popisowym, wzorcowym zastosowaniem naszej rytualnej glebmowy: - Krótko glebżyjesz, Ewuniu, i niewiele masz glebdoświadczenia, ale powiem ci od razu, że niekiedy najlepsze glebwyniki osiąga się przez glebzaskoczenie. W każdym razie dziękuję ci za dobre glebchęci i za szczere, jak sądzę, glebintencje. Glebzapłać! - I serdecznie uścisnął mi łapę.


Adam


Czy uda mi się ciebie zjednać? - Takie to staranie, wyrażane już nie tylko nieśmiałym uśmiechem, ale ostrym starciem poglądów - w sytuacji bieżącej, w relacji zachodzącej między Adamem i jego zwierzchnikiem - znalazło odniesienie tylko do Józefa Gleby. Usposobieniu bowiem Adama obce było staranie o czyjekolwiek względy, aczkolwiek sytuacja zdawała się domagać zabiegania o nie. Mianowicie, coraz to wyraźniej staje się wiadome, że niejako przebił się przez zapory, jakimi są zasady systemu. Tym samym więc przeznaczenie Adama, uosabiane przez naczelnika, zezwala temu chłopcu ulokować się w wyznaczonym mu miejscu ikachowskiej czasoprzestrzeni, a nawet dojrzał on już do tego, by ją współtworzyć.

Jak to wygląda w praktyce? Otóż ten ambitny, zakompleksiały nadwrażliwiec wyczuwa dotkliwiej niż inni wszechogarniającą obecność szefa. Mimo więc błazenady jako jedynego sposobu sprzeciwu, na jaki go stać, z pewnością jest przytłoczony rozmiarem naczelnika. Dlatego wszystko, co od niego pochodzi, odbiera przekornie i na opak. W zaangażowaniu Gleby w sprawy Ikachu, w jego wiernym oddaniu służbie dopatruje się zwykłego, światowego karierowiczostwa. Naturalną przeto reakcją jest przekora właśnie i negacja. Gdy zatem szef coś pochwala, Adam gwiżdże na to. Gdy szef utwierdza się w przeświadczeniu o słuszności, Adam wyraża powątpiewanie. Gdy szef zapala się do nowego pomysłu, Adam wyszukuje w nim nonsensy. Ze zdziwieniem jednakże spostrzega, że mimo wszystko szef wciąż go faworyzuje. Nie wie, że w związku z istotnymi wymaganiami Ikachu został ustanowiony ustawicznym opozycjonistą. W swej przekorze i zaślepieniu nie chce przyjąć do wiadomości faktu, że tutejszy stan rzeczy zgodny jest z przewidzianym czy wręcz ustanowionym porządkiem. Na planowany awans (o ile tak można nazwać to swoiste wyróżnienie) powinien więc odpowiedzieć wierzgnięciem, a jednak czuje się mile pogłaskany. Czemu?


- Nie przeczę, że gdy Ewa napomknęła mi o wywyższeniu do stanu nadsłużebności - czyli mówiąc po ludzku, powierzeniu mi jakiejś kierowniczej funkcji - skrycie ucieszyłem się jak każdy, kogo dostrzeżono i doceniono. A jednak dostrzegłem w tym swoiste zagrożenie, więc kpiłem ile wlezie i jeżyłem się, na ile mi pozwalało nieskąpe uwłosienie czaszki. Bo i czegóż mogło dowodzić to dopuszczenie mnie do wyższego stadium życia i glebownictwa w Ikachu, jeśli nie chęci owładnięcia mną w jeszcze wyższym niż dotąd stopniu? Mimo to, czułem w sobie rozmazanie i rozluźnienie hartu, co było sygnałem alarmowym, gdyż dotąd usiłowałem z moich sprzeciwów sporządzić sobie pancerz obronny, przez co mogłem siebie szanować. Przyjęcie wyróżnienia z rąk Gleby równało się aprobowaniu jego poglądów i programu, a także wszystkiego, czym gardzę w ogóle, a zwłaszcza w tym człowieku.

Zapewne posądzasz mnie o wrodzoną nieufność i podejrzliwość, ale pamiętaj, kim jestem i w jakich warunkach wzrastałem. Uważam więc za konieczne troskliwe osłanianie tego, co w sobie noszę, aby się zbytnio nie uwidaczniało, a także, by nie rozproszyć i nie zmarnować stanu posiadania. No i - by nikt nie domyślił się we mnie słabości, a przecież kryzys zagraża mi w każdej chwili. Chciałbym też móc czuć się człowiekiem do gruntu sprawiedliwym i wiernym sobie. Wiem, że to głupio tak o sobie mówić, ale wyznaję stałość zasad i nie zamierzam tego ukrywać, lecz wprost przeciwnie, szczerze i otwarcie głosić swą wiarę. Tak, zdaję sobie sprawę, że niezmienność sądów i poglądów nie zawsze jest słuszna, gdyż grozi skostnieniem. Sprzeczna jest też z rozsądkiem, który nakazuje pewną elastyczność w tym względzie, czyli umiejętność dostosowywania się do okoliczności. Ale gdybym przyjął względność zasad i uznał nietrwałość wartości, i gdybym poddał się naciskowi sytuacji, to nie tylko sprzeniewierzyłbym się sobie, ale i Gleba by mnie nie uszanował, to chyba oczywiste. Awansowanie mnie na pewno stanu rzeczy nie zmieni. Co najwyżej połaskotać może moją próżność, jak też z pewnością zapobiegnie złowrogiej samoocenie.

Z takich to zatem, wielorakich względów, a także dla zachowania twarzy - nie odmówiłem sobie wygarnięcia Glebie paru spraw. Uległem samoniszczycielskiemu duszkowi przekory. Ot, sprawiało mi gorzkawą przyjemność, że wbrew skandalicznemu zachowaniu, i tak zostanę należycie oceniony - i tym większy będzie wówczas mój triumf, bo wyniknie z mojej faktycznej jakości i będzie oznaką rzeczywistego wywyższenia. Prawda, jakie to powikłane? Ale taki już jestem: cały poskręcany wewnętrznie. To tak daje o sobie znać ta moja cholerna, nadmiernie rozbudzona samoświadomość. Może - pycha...?

Posłuchaj, jak było. Otóż któregoś dnia szedłem do Ikachu, nie wiadomo czemu niesiony niepojętym uczuciem lekkości, jasności myśli i gotowości do jakichkolwiek poczynań, zresztą nieokreślonych. Ponosiła mnie radość, taka bez powodu. Może to było przeczucie? Bo ledwie wszedłem, szef zaszczycił mnie rozmową, uznając za właściwe wtajemniczyć w szczegóły nowej wersji swych pomysłów czy zamiarów, będącej faktycznie rozwinięciem dotychczasowych. Co więcej, zechciał zapytać mnie - mnie, chłopca do wszystkiego - o zdanie. Nie przeczę, że mi to schlebiło, choć tak w ogóle nastawiony byłem wojowniczo. Otóż chodziło o przygotowany w ciszy jego dziupli projekt, którego zatwierdzić nie mógłby nikt trzeźwo myślący, a już na pewno nie nasze zwierzchnie władze. Projekt ten jednak szefuńcio miał bezrozumną nadzieję wcielić w czyn. Chodziło o znane nam już z poprzednich, tak zwanych narad sporządzenie szczegółowo opracowanych wskazań dla rozmaitych instytucji, placówek czy ośrodków. Szefowi szło o to, by w całości zostały przyjęte, gdyż wyklucza to możliwość, że ktoś inny mógłby się zdobyć na wymyślenie innych, równie skutecznych - dla osiągnięcia tego samego celu. Przypominam, że jest nim zrównanie ludzi, jednoznaczne z zagładą indywidualizmu, a zatem - człowieczeństwa.

Sprawa była już przedyskutowana podczas szopki zwanej naradą, ale dla Gleby owa sławetna dyskusja była jedynie formalnością, bo i tak wiadomo, że postąpi po swojemu. Czemu więc znów o to zapytał, i to właśnie mnie? Przecież chyba pamiętał mój wybryk z papierową czapeczką. Przypuszczam zatem, że zechciał mnie poddać kolejnej próbie... Już ci zdaje się wspomniałem, że w moim przekonaniu narzucanie tego systemu było zamiarem nie tylko szaleńczym i utopijnym, lecz też samobójczym. Bo nawet gdyby został uznany przez władze i zatwierdzony (co wydaje mi się nieprawdopodobne), to wyobrażam sobie szemranie, ba, złowrogi, samoobronny sprzeciw wobec demagogicznych zapędów pomysłodawcy.

Powiedziałem mu to. Wtedy on: - Tak? To przedyskutujmy punkt po punkcie, jeszcze raz rozpatrzmy wszystko od początku. Ciekawe, co w tym projekcie może ci się wydawać niestosowne. Zacznijmy od tego, że ludzi dla ich własnego dobra trzeba wziąć za mordy. To pierwsza rzecz, którą należy zrobić, i to bez żadnych ustępstw, bo jeśli nie my, to oni nas. - Spostrzegł się, że zanadto się zagalopował, więc zmiękł nagle i zmienił ton. - Ludzie nie wiedzą, co dla nich jest dobre, po prostu nie rozumieją świadczonych im dobrodziejstw, pojmowanych przez nas wszechstronnie i dostrzeganych perspektywicznie oraz dalekosiężnie. Przez swą głupotę mogą nam uniemożliwić reformę powszechnego życia. Każdy ich sprzeciw to kłoda rzucana nam pod nogi. A teraz wyjaśnij mi, dlaczego uważasz za niestosowne wprowadzenie jednolitości w doborze i układzie wszelkich narzędzi czy przyborów służących jakiejkolwiek pracy? Na przykład, pomocy biurowych w sekretariatach wszelkiego typu instytucji? Przecież byłoby to wielce pomocne, bo ułatwiające i usprawniające ową pracę. - Ja: - Sama zasada zachowania ścisłego ładu i porządku jest dobra i potrzebna wobec często zauważalnych skłonności do bałaganiarstwa. Jednakże nastręcza się tu pewna trudność, a mianowicie niemożność dobrania identycznych w kształcie i barwie przedmiotów w wystarczających ilościach, biorąc pod uwagę niedoskonałości wzornicze i wykonawcze, a przede wszystkim niewydolność wytwórców czy producentów, lub raczej ich ograniczone możliwości w tym względzie. Od strony technicznej rzecz więc zdaje się być niewykonalna, nie mówiąc już o tendencji do produkowania nowości i urozmaicaniu wytworów, by stawały się coraz bardziej atrakcyjne. Należałoby więc wydać stosowne rozporządzenia ( pytanie: kto je zechce wydać?) co do produkowania takich samych przedmiotów, i to w wystarczająco olbrzymich ilościach. Jest to, jak mówię, niewykonalne. Dlatego należałoby w kwestii przysposobienia urządzeń i doboru narzędzi pracy pozostawić pewną swobodę kierownictwu poszczególnych przedsiębiorstw i instytucji. - On: - Swobodę? Tylko nie to. Milimetr swobody to pierwszy krok do podważenia całego systemu. Otwierając furtkę dowolności, narażamy na podanie w wątpliwość sens mojego przedsięwzięcia. Należałoby raczej wpłynąć na wytwórstwo, aby nastawiło się w swej produkcji pod kątem naszych wymagań i by włączyło się w nasze wyłącznie działanie, zdolne zaspokoić wszelkie ludzkie potrzeby. - Ja: - To utopia. - On: - W takim razie może utopią wyda ci się także Instytut? - Ja: - To pan powiedział. Uważam, że dla realizacji pańskich zamysłów potrzebna jest niezbędna doza realizmu. - On: - Ale to przecież właśnie ikachowska trzeźwość dyktuje nam potrzebę stworzenia gatunku ludzi co się zowie przydatnych pod każdym względem dla społeczeństwa, działających sprawnie i posłusznie jak maszyny. Inaczej nie zdziałamy nic w zaprowadzaniu Nowego Ziemiaństwa. - Ja: - Nie przypuszczam, aby to mogło stać się kiedykolwiek. Jest zresztą obojętne, czy uznam pański system, czy się na niego nie zgodzę, lecz mimo to pan powinien sam zrozumieć, że dla przeprowadzenia swoich zamiarów trzeba koniecznie stosować pewną stopniowość w dawkowaniu zmian. Ludzi trzeba z nimi oswajać; przerabiać ich pomalutku. W przeciwnym razie trzeba się liczyć z tym, że stawią opór, i to drastyczny. - On: - Co zatem sądzisz o skuteczności działań podejmowanych w Glebowni Doskonalenia? - Ja: - Czy pan potrafi wymienić liczbę zawodów wykonywanych w naszym mieście? A w kraju? W świecie? I czy wobec tego urządzenia i rozmiary naszych pracowni gwarantują pomieszczenie rekwizytów wszystkich i wszelkich typów działań reprezentujących ludzką aktywność - nie mówiąc już o szkoleniu? - On: - Nooo... Przy naszym obecnym naborze... A co w takim razie sądzisz o Glebowni usprawnienia? - Ja: - System celowego nieładu, zastosowany dla wyrobienia umiejętności zaprowadzania ładu w możliwie najszybszym tempie, kryje w sobie pewne niebezpieczeństwo, a mianowicie: ludzie mogą sobie z tym nie poradzić. A to doprowadzi do utrwalenia nawyku nieporządku, wręcz bałaganiarstwa; do przyzwyczajenia się do niego i uznania go za naturalny stan rzeczy. A nas obowiązuje ostrożność i roztropność. Jeśli w ogóle brany jest pod uwagę celowy bałagan, to powinien on być umiarkowany, to znaczy stosowany z umiarem, ujęty w karby, doprowadzony jedynie do pewnych dozwolonych granic. - On: - Tak? To może od razu stworzyć ludziom cieplutkie, zaciszne kąciki? Wprowadzić ich w przygotowany, specjalnie i z osobna dla każdego, wygodniutki porządek? Stworzyć im warunki, w których nie musieliby się trudzić nawet oddychaniem? - Ja: - Czemu nie? - On: - A wobec tego kto ma się zająć przygotowaniem takiego porządku? Tak przecież nie bywa poza Ikachem - mam na myśli to, co my tutaj robimy. Nikt w świecie nie przychodzi na gotowe, trzeba, ażeby ludzie nauczyli się współtworzyć warunki pracy, wykonywanej także wśród bojowych, puszczańskich i w ogóle zgrzebnych okoliczności życia. - Ja: - Puszczańskich? Zgrzebnych? Co to znaczy? - On: - No bo w świecie jest jak w dżungli: dziko i bezlitośnie. Wszystko splątane, zewsząd coś czyha. Trzeba z tym zrobić porządek. - Ja: - I wszystko to załatwi Ikach? - On: - Oczywiście. Słuchać nas trzeba; każdy, jeden z drugim ma się podporządkować, a jak nie, to my takiego gówniarza... - Ja: - Co, panie dyrektorze? - On: - To się zobaczy. Jeszcze pożałują. No bo gdzie, jeśli nie u nas, jest miejsce na przysposabianie do walki? Na wyrabianie dzielności? Na wyzwalanie inicjatywy, pomysłowości czy samodzielności? Na twardą szkołę życia? Na odbycie jej poprzez uznanie praporządku, praw puszczy i ładu ziemi? - Ja: - Pan wierzy w to, co mówi? Mogę się z pańskim zdaniem zgodzić albo nie, ale pan się myli, pan sam sobie przeczy. Przecież to właśnie podawanie na przykład szczegółowych przepisów w zakresie postępowania, sposobów organizowania pracy i metod jej wykonywania, bez możności uchylenia się od nich, jest lekcją wygodnictwa; jest szykowaniem ludziom gotowej, przetrawionej papki. Właśnie korzystanie z ustalonych form bycia nakłania do nadużywania udogodnień, wręcz do sybarytyzmu; uwalnia od trudu dochodzenia do własnych wniosków, a nawet od samodzielności myślenia. Nie wspomnę już o zabijaniu inicjatywy. Moim zdaniem, należy przekształcić system. - On: - Widzę, że się nie dogadamy. Czy mam ci wyjaśniać sprawy, które znasz aż nadto dokładnie?

Nie będę cię już, Mareczku, zamęczał dalszym wyliczaniem punktów spornych. To, o czym dyskutowaliśmy, było kontynuacją spraw wielokrotnie wałkowanych na tak zwanych zwidzeniówkach i odsiadówkach. Szef zamierzał opublikować teorię swojego systemu - i to w formie książkowej. Ciekawe, kto by mu to wydał i kto by zechciał czytać... No nic. Ważne w tym, co mówię, jest to, że aż tak całkowicie odsłonił przede mną twarz. Zagrał w otwarte karty. Na razie to, co mi przedłożył, było zawężonym do kilkunastu punktów projektem wprowadzenia środków służących tresurze i czyszczeniu mózgów. A co dalej? Powiedziałem: - Proszę pana, pańska metoda jest zanadto apodyktyczna, podczas gdy powinna być tylko formą rady czy propozycją. W każdym razie - czymś w rodzaju kodeksu. Szczegółowe wskazówki postępowania nie mogą być obowiązujące, bo może ktoś opracował lub zamierza wypracować własne sposoby, a w takim przypadku na pewno chętnie zapozna się z pańskim elaboratem, ale jedynie w celach porównawczych i dla wysnucia wniosków lub wzbogacenia doświadczeń - i tyle. Trzeba ludziom stworzyć trochę luzu, zostawić im możność przyjęcia lub odrzucenia czyjegoś punktu widzenia na rzecz własnego, równorzędnego. W przeciwnym razie - cóż się stanie? Gdyby nawet - zakładając, że pan uzyskał taką możność - wyszedł nakaz zalecający powszechne przyjęcie pańskiego systemu, to co dalej? Ludzie się - pozornie! - podporządkują, jakże mogliby się sprzeciwić, przewidując sankcje? Czegóż się nie robi dla ocalenia skóry - nawet wbrew sumieniu, wbrew własnemu pojmowaniu słuszności. Jednakże nie zyska pan w ten sposób popularności, o nie. - On: - Nie jest to ważne, jakoś to zniosę. - Ja: - Stanowczo opowiadam się za udzieleniem adresatom pewnej dozy swobody. Jestem przeświadczony, że nie można bezkarnie narzucać ludziom własnych zapatrywań zarówno na sposoby postępowania, jak i na skuteczność stosowania środków zaradczych celem ochrony świata przed zgubą oraz jego naprawy. Wymuszanie owych sposobów czy bodaj wywieranie w tym względzie nacisków uważam za niedozwolone, gdyż to jest... - On: - Dyktatura? - Ja: - No, to za wiele powiedziane. By móc sprawować dyktaturę, musiałby pan mieć władzę, a więc zajmować stanowisko o wiele wyższe niż pańskie. Ale nazwijmy pana postępowanie demagogią. - On: - Słuchaj, Adam, za wiele sobie pozwalasz. Ty się nie zapominaj. Ponieważ jednak mam do ciebie słabość, więc ci tyle tylko odpowiem, że sądzisz ludzi według siebie. A tymczasem wśród nich niewielu myśli. - Ja: - Zgraja głupców i ciemniaków, co? - On: - To ty powiedziałeś. Wiedz, że niejeden z ulgą przyjmie moją metodę, by się na nią powoływać, gdyż zwolni go to od wysiłku myślenia, a także od podejmowania ryzyka, od błądzenia na ślepo i od odpowiedzialności. Także - od wahań i wątpliwości, jakie zawsze towarzyszą obmyślaniu własnych na coś sposobów. Łatwiej i wygodniej jest poddać się cudzej myśli przewodniej, niż ryzykować swoją. Któż chce narażać się na pomyłki, a bodaj niestosowności - których następstwa mogą okazać się nieobliczalne, łącznie ze zwolnieniem ze stanowiska? Któż ambitny byłby przy tym tak nierozsądny, aby wypuszczać się na być może samobójcze przedsięwzięcia? Przecież jak świat światem, zawsze istniało i nadal istnieje niebezpieczeństwo wynikające z wykazywania własnych inicjatyw. - Ja: - Nie przestanę twierdzić, że propagowany przez pana system, prowadzący jakoby do wydumanego szczęścia ludzkości, polega de facto i z zasady na ordynarnym ogłupianiu oraz na ograniczaniu, a nawet niszczeniu co wartościowszych jednostek. I dzieje się tak wbrew głoszonym przez pana założeniom czy deklaracjom. Przecież pan się z tym nawet nie kryje, że usiłuje trzymać ludzi za mordy. I że domniemana pielęgnacja zabronowanej gleby jest dla pana sposobnością nie lada, by zrównać z ziemią, zniwelować, zniszczyć wszystko, co choć trochę wybija się czy wyrasta ponad zrównany teren. Zawsze się to panu uśmiechało, co?

Zbladł, oczy mu zbielały, ale opanował się i powiedział spokojnie: - Właściwie powinienem natychmiast wyrzucić cię na zbity łeb, ale rozmawiamy bez świadków, więc możemy uznać, że nic nie zostało powiedziane. Jesteś jeszcze okropnie naiwny w operowaniu sloganami i nadużywaniu abstrakcyjnych określeń, które nie przystoją mędrcowi, za jakiego się masz. Jeśli ci więc wybaczam, to jedynie ze względu na twój brak doświadczenia i na stan twoich nerwów, które - jak widzę - nie całkiem jeszcze wróciły do normy. - Ja: - To wcale nie jest powód. Dlaczego mnie pan nie wyrzuca? No jazda, już! - On, podsuwając mi, nie zauważyłem kiedy przygotowaną, lampkę koniaku: - Siadaj i łyknij sobie, to ci dobrze zrobi, bo zaczynasz wpadać w histerię. To nie te czasy, żeby komuś ucinać łeb za to, że myśli samodzielnie. - Ja: - Szkoda, prawda? - On: - Zamknij się, z łaski swojej. Nie wyobrażaj sobie, że zostaniesz męczennikiem swojej głupiej jakiejś idei, która o niczym więcej nie świadczy jak tylko o tym, że kierujesz się przekorą. Powiem ci coś jeszcze: lubię cię za twoją niezależność i cenię za odwagę myślenia po swojemu. Będą kiedyś z ciebie ludzie. Ale na razie wymagam, żebyś skrupulatnie zajął się przygotowaniami związanymi ze swym - tak! - powierzeniem ci funkcji kierowniczej, a także urzeczywistnianiem mojego projektu. Ostatecznie wiem, co robię i nie wezwałem cię tu po to, abyś wpływał na zmianę moich decyzji, bo te, jak dotąd, obowiązują. Nie prosiłem cię też o radę, bo jej nie potrzebuję, lecz chciałem usłyszeć zdanie kogoś myślącego, aby porównać je ze swoim. I utwierdziłem się w słuszności, dziękuję ci za to. A teraz wracaj do swoich obowiązków, tylko nie wyznaczaj ich sobie za wiele, bo się pogubisz. A poza tym nie trzeba, abyś bywał przemęczony.

I uścisnął mi łapę. Skąd wiedział, że po takim geście poddam jednak rewizji swoje dotychczasowe poglądy? No bo tak właśnie jest. Ciebie zaś, Mareczku, proszę, abyś oględnie wykorzystał to, co ci przekazałem. Liczę na twoje wyczucie w tym względzie.


Z dziejów pewnego uśmiechu


Nowy typ uśmiechu, znaczący jakoś to zniosę, może będzie lepiej, ujawnił się podobno nieoczekiwanie, aby dominować w czasie trwania niebezpiecznej choroby naczelnika, a niekiedy i w późniejszym okresie. A przecież musiał być zakodowany już w bosonogim chłopcu jako wyraz ustawicznej utarczki z przeciwnościami stwarzanymi przez warunki trudnego bytowania; jako przeczucia wspaniałej, acz spiętrzonej przeszkodami przyszłości; jako oznaka ufności, że owe przeczucia jakoś się spełnią; jako wreszcie wyczuwanie w sobie potencjalnych możliwości i przejaw gotowości na wszystko, co może się przydarzyć.

Gdy w miarę upływu lat jego uśmiech staje się coraz cięższy w wiedzę o świecie, życiu i śmierci, o którą się otarł; gdy pojawiła się chwila, w której w zatrważający sposób jęło mu ubywać ciała, a zdawać się mogło, że i życia; i gdy oto piętrzą się trudności, brane wprawdzie w rachubę, a przecież zaskakujące poprzez nieprzewidywany rozmiar - czy Józef Gleba nie zaznaje słabości i nie żałuje minionej bezpowrotnie beztroski wiejskiego urwisa, jakim był i jakim poniekąd pozostał? Czy nie tęskni za sobą, młodzieńcem, który pogodnie wypatruje przyszłości?

Jednakże takie pytania, jeśli je sobie zadaje, rozminęłyby się z sensem. Z jego, naczelnika Józefa Gleby sensem? Tak, bo to jest pewne, że on nawet w chwilach najbardziej dla siebie krytycznych, pozornie oznaczających jakiś kraniec - wiedział, że nie mogło być inaczej. Musiał znieść wiele, pragnął i musiał żyć, by wraz z nim nie obumarło dzieło życia, przecież niedokończone. Napięcie nerwowe, wywołane koniecznością ustawicznego przeforsowywania swoich racji i przezwyciężania oporu środowiska, oraz spowodowane działaniem wielu innych czynników destruktywnych - zgubnie wpłynęło na funkcjonowanie organizmu. Podkopywało jego zdrowie, doprowadzając do stanu wyczerpania. Czy Józef Gleba nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia - czy też, wiedząc o nim, nie wierzył w możliwość katastrofy? Faktem jest, że - jak twierdzą wiarygodni, bo wierni mu świadkowie - zdobywał się na ukrywanie swego stanu najpierw przed otoczeniem, a później, już w szpitalu - przed odwiedzającymi go. Tuszował dolegliwości uśmiechem gorzkiego optymizmu. Uśmiech ów wlewał w jego bliskich otuchę, zaś optymizm jemu samemu pomagał, gdyż doznając go, starał się zatrzymać życie.

A ono rzeczywiście zdawało się uciekać. Był jednak aż tak silny, że nawet w stanie krańcowego wyczerpania nie przestawał otaczać się sprawami Instytutu, dla których - w swym mniemaniu - urodził się i żył, i dla których wyrzekł się spokoju; wygodnego egzystowania gdzieś na poboczach życia. Wierzył, że jego choroba nie oznacza końca, gdyż zanadto byłby bezsensowny i niewczesny, przekreślając doprowadzoną zaledwie do jakiegoś etapu drogę swego powołania - tę drogę, w której tylko ludzie złej woli dopatrywali się dążności do uzyskiwania coraz wyższych stanowisk i - władzy, przecież niezbędnej, gdyż tylko jej posiadanie umożliwia przeprowadzenie swego programu.

Podobno, ledwie tylko wzmocnił się pierwszym od wielu dni posiłkiem, zabrał się do czytania. Czytał, co nastręczała potrzeba chwili, zwłaszcza literaturę fachową oraz rozmaite publikacje specjalistyczne, pozwalające mu na bieżąco ogarniać całość problemów życia społecznego i ułatwiać orientację w jego przejawach. Czytywał też dzieła filozoficzne - niekiedy tylko w streszczeniu - gdyż szukał w nich oparcia dla swych teoretycznych założeń. Do tego celu służyły mu też wiersze, bajki i przypowieści, gdyż nawet one przyczyniały się do tego, by mógł we wszelaki sposób czynić przygotowania do nowego etapu twórczych poczynań - których nie był w stanie się wyrzec. Wypytywał odwiedzających o tok zajęć w Instytucie i jak on funkcjonuje, pozbawiony jego fizycznej obecności. A gdy mógł już chodzić - telefonował tam codziennie. Z wciąż niesłabnącym napięciem przejmował się sprawami, które wykraczały poza krąg jego osobistego życia - jeśli je miał. Bo kto wie, może pozbawił się go zupełnie? Może wykluczył wszystko, co nie miało związku ani styczności z Ikachem - gdyż ten był dla niego domem i rodziną. Niewątpliwie był także miejscem kolejnego startu czy rodzajem wyrzutni. Życie tego zbiorczego organizmu było jego życiem, innego nie miał. Wierność służbie okazywała się ważniejsza od zdrowia. Podwładni mówili między sobą: - To imponujące, że naszego szefa stać na aż taki hart ducha. - Ile w tym podziwie było litości, a ile pogardy? Czy miał świadomość tragikomizmu sytuacji, ale i fanfaronady w sprawowaniu władzy z szpitalnej pościeli? I jak przetrwali próbę wierności najbliżsi mu współpracownicy?

Jakoś to zniosę, może będzie lepiej... Ten stan ducha, a jednocześnie rodzaj uśmiechu wszyscy zainteresowani przeżyli w sposób specyficzny dla każdego z nich. Posłuchajmy więc teraz, co mówią nasi rozmówcy o okolicznościach nieszczęścia. Wpierw jeszcze zastanówmy się jednak, jaką rolę odegrało ono w życiu każdego z nich.


Matka


Nietrudno się domyślić, że tę kobietę, która nieraz może i chorowała, ale nigdy poważnie się nie leczyła, a lekarzy bała się jak zwiastunów nieszczęścia - musiała porazić wiadomość o zabraniu jej syna do szpitala. W jej pojęciach zapewne oznaczało to kataklizm. Bo niechby nawet śmierć - ale jeśli we własnym łóżku, zawszeć to było okruszyną dobrego losu, daną człowiekowi w chwili ostatecznej. Ale szpital...? Według jej wyobrażeń, być może mniejszym złem wydawało się umieranie w domu, niż błahy zabieg w szpitalu.

Tak więc, na pewno nie zdając sobie sprawy z powagi schorzenia zwanego zapaleniem trzustki, musiała się poczuć zdruzgotana samym faktem pobytu w szpitalu swego jedynaka. Poczuła się przerażona tym bardziej, że wiadomość tę przyniósł nie żywy człowiek ani nawet nie list - ale wzmagający niepokój telegram - najgroźniejszy zwiastun nieszczęścia. I to w chwili, w której zupełnie się go nie spodziewała; wprost przeciwnie, cieszyła się oczekując przyjazdu syna i obmyślając, jak go ugości, aby mu dogodzić.


- Właśnie żem sypała kaczkom w korytko ziemniaki ubite z otrębami i wymieszane z posiekaną pokrzywą, i upatrywałam, która jest najtłuściejsza, żeby była na poczęstunek dla Józusia, jak przyjedzie. No bo nic tak nie trzyma człowieka w dobrym zdrowiu, jak dobre jadło. I wtedy żem zobaczyła, że listonosz idzie przez podwórze. Ucieszyłam się, wiecie, bom se pomyślała, że pewnie Józek powiadamia mnie o bliskich odwiedzinach i żem w porę upatrzyła tę kaczkę. Cosik mnie przecie tknęło - czemu ten listonosz nie zawołał na mnie zza płota, jak to on, ino idzie ku mnie...? Mało co nie upadłam, jak mi podał telegram i żebym podpisała. - A cóż tam jest, nie wiecie? Pewnie się zabił! - wrzasnęłam, bo mi się uwidziało, że jak telegram, to już nic innego być nie może. A on spokojnie: - Nie zabił się, pani Glebina, nie zabił, tylko w szpitalu leży. - To czytam: - Syn Pani jest w szpitalu... - i napisane, w którym i kiedy są odwiedziny. - A któż mi to przysłał? Jakasik Ewa. A któż to taki?

Alem już o nic więcej nie pytała, bo jak raz była sobota, no to jutro te odwiedziny - tylkom poleciała, tak jak stałam, do brata mojego Staszka, żeby doradził, jak tam dojechać. A on ci też, jak stał, wsiadł na rower i pojechał do miasteczka, do Tyldzi i jej męża... Com przeżyła, nim żem doczekała jutra, to i mówić się nie chce, a pewnie i nie trzeba, bo sami wiecie, jak bywa. A rano zajechali po mnie samochodem Tyldzia z mężem, a w środku już byli moi bracia, Staszek i Władek, obaj na ciemno i pod krawatką, jak na pogrzeb. - Zbieraj się, Weronka. - A ja jużem była od samiuśkiego rana gotowa, bom i do kościoła raniuśko poleciała, tom ino zaparła chałupę i wszystkom oczami ogarnęła, jakbym tu wrócić nie miała inaczej, jak ino nieboszczką. Kwiatula w obórce ryczała, tom pomyślała, że jakby kto ogień podłożył, to i ratować nie było komu. Alem musiała zostawić ją tak zapartą, inom jej jadła nałożyła, bo kogóż to miałam prosić o pieczę? Bratowe może ta i zajrzą tu potem, ale zawszeć to... A Burek wył i wył, póki go nie zagłuszyło warczenie auta. I tak żeśmy się w tym psim rozpaczaniu wybierali w drogę, z której nie wiedzieć kiedy wrócę, tak mi się wydało, choć Tyldzin mąż obiecywał, że na odwieczerz.


Jak widać, reakcja matki szefa na wieść o jego chorobie jest zgodna z oczekiwaniami. A jak ta sprawa wygląda u pozostałych osób, pozostających w ścisłych z nim związkach?

Pani Maria poddana została próbie wątpienia, nie po to jednak, by miała złamać swą wiarę w drogi przeznaczenia, lecz by mogła uzyskać szansę wyjścia z owej próby zwycięsko. Tak, wyszła - wpierw jednak zawahała się, czy nie popełniła omyłki, biorąc za ostateczność to, co było tylko przejściowym stanem. Pojęła więcej niż inni, a dla siebie niewiele się już spodziewa, bo osiągnęła wszystko możliwe. Zapewniono jej to, a wobec tego wszelka zmiana oznacza dla niej tyleż niepokój z powodu możliwości utraty tego, co osiągnęła - co chłodną ciekawość spraw i rzeczy jeszcze nie zaznanych, a mogących pozbawić ją szczęśliwej rzeczywistości Ikachu, poza którą wszystko inne wydawało jej się obojętne. Czemu na wiadomość o chorobie szefa doznała mieszanych uczuć? Nie jest wykluczone, że tego by właśnie chciał; do czegoś byłoby mu to potrzebne... Uprzednie doświadczanie życia zdążyło ją oswoić z przeciwnościami, tak że zaledwie zwykłą koleją rzeczy wydało jej się to, co dla innych bywa dopustem i kataklizmem. Lecz szef w ogóle zdawał się powszechnym prawom nie podlegać, a ponieważ dla niej kilkakrotnie wcielało się w niego fatum, stąd zapewne wynikła ulga, że mimo swej niezwykłości okazał się jednak człowiekiem takim samym jak inni. Stwierdzenie tego faktu byłoby więc rodzajem wyzwolin? Może.

Ewa po raz pierwszy jest kuszona, a wydarza się to w chwilach, w których przypomina sobie, że świat istnieje także poza Ikachem. Jednak odpiera pokusy, wskutek czego utwierdza się jej los. Wszak gorycz doświadczeń - ustawiczne więc poczucie niespełnienia i konieczność ustępstw przed wymaganiami życia w Ikachu (wszak nic nie wskórała!) nie podważyła w niej gorliwej gotowości nabywania coraz to nowych siniaków, a tylko podniosła ich znaczenie do rangi konieczności ponoszenia ofiary. Spoważniała, lecz wciąż wiele w niej jest młodzieńczej egzaltacji i niezmiennie żywej świeżości uczuć; wiele też wiary w sens ludzkich poczynań, w prawdziwość intencji oraz w szczerość demonstrowanych przekonań. Cóż innego powinna zatem wynieść z przeżywania przypadłości, jaka dotknęła szefa, jeśli nie przeświadczenie, że bogowie są śmiertelni? Tak się jednak nie stało. Wyniosła głęboki smutek i wielkie współczucie: oto spotkała kogoś niezasłużona krzywda. Oto człowiek pod każdym względem przerastający otoczenie, ten, który w jej mniemaniu uosabiał najlepszą spośród możliwych postawę ludzką, a jego losu starczyłoby dla wielu - został pokonany, wręcz pobity przez siły bezrozumne i głupie, złośliwe i bezwzględne. Dla innych - ale nie dla niej! - oznaczałoby to ostrzeżenie i wskazówkę, że należy czym prędzej wycofać się w bezpieczne jakieś zacisze, by uniknąć podobnego losu, i że jedyną możliwością przeżycia jest umiejętność poprzestawania na życiowym minimum; na czymś zatem najmniejszym i zaledwie wystarczającym. A jednak powinna domyślić się, że zdarzają się sytuacje, w których wypowiadamy jedno tak, by uniknąć wielu innych i że zdobywamy się na odosobnione nie, aby zapobiec generalnemu zaprzeczeniu. Robimy też niekiedy dobrą minę do złej gry, aby niespostrzeżenie wygrać stawkę główną, którą zna czasem tylko sam grający.

Ewa wierzy w siłę okupującą cierpienia bez winy i w możliwość wymiany na zbawienną nagrodę jego następstw. Jednak nie wie, że niespostrzeżenie i bezwiednie stała się przedmiotem sugestii szefa, który posługując się nią skrycie i niejako w podstępny sposób, wzbrania jej snucia takich domysłów. I dlatego żywi przeświadczenie, że to z własnej inicjatywy skłonna jest otwierać się na przyjęcie wskazań, które pochodzą z najwyższych - by tak rzec - departamentów świadomości. Postanawia wesprzeć Józefa Glebę aktem poświęcenia, pozornie niewiele mającym wspólnego z śmiertelnym jego zagrożeniem; aktem, który wszakże wyrównywuje w świecie bilans winy i zasługi, a także udręki i radości jej przezwyciężania. Rezygnacja ze swych najgorętszych pragnień, z samej więc siebie jest czymś w rodzaju ofiary złożonej w intencji uwielbianego człowieka. Stała się oto bowiem świadkiem wzorowego zmagania się, w którym hart ducha raz po raz pokonuje słabość w walce niewspółmiernej, mając za przeciwnika groźne, ogromnie bolesne schorzenie, jak też możliwości biologiczne organizmu. Czy dla istoty egzaltowanej ten fakt nie stanowi drogowskazu, który kieruje ją w stronę zrzeczenia się wszystkiego, co dogadza jej chęciom i ambicjom? Czy akt samozaparcia nie jest równocześnie - pożądanym w Ikachu! - szczytowym aktem zabicia indywidualności w procesie kształtowania charakterów?

Adam natomiast, ten szaleniec, w samoniszczycielskim zapędzie sam kusił los. Ten wszakże okazywał się wspaniałomyślny. A przecież Adam - który częściej niż ktokolwiek w jego otoczeniu zastanawia się nad przejawami bytu; który chcąc zdobyć się na zgodę z własnym istnieniem, musi nieustannie porównywać; któremu wydaje się, że głębiej niż inni rozpoznał swego szefa - wyciąga negatywne wnioski ze sposobu, w jaki ten przebywa swą chorobę i zmaga się z cierpieniem. Jakże można, jego zdaniem, pozostawać człowiekiem-instytucją wówczas, gdy wypada okazywać się jedynie i wyłącznie człowiekiem? Ale oddajmy głos zainteresowanym.


Matka: Co też to ci było w tym szpitalu... Gmaszysko wielgachne i smród w nim jakisik. Mówili, że to lizol. Szliśmy i szli bez długachne korytarze i po schodach ogromnych, a potem wziena mnie pod rękę jakasik, nie ma co, wiecie, piękna panna, wysoka taka i jasna, ino że chuda. I mówi mi, że jest Ewa. A cóż ci ta do mnie, Ewo? - chciałam jej rzec, ale dobra przecie była i uważająca, tom nic nie rzekła, inom dała się wieść do Józusia. Tyle że nas nie wpuścili na salę. Płotkiem drzwi zagrodzono, a pielęgniarka nakazała nam, żeby nie wchodzić, ino żebyśmy zza tego płotka pogadali z chorym, bo powiada nam, że naniesiemy zarazków. Jak błota do izby - pomyślało mi się, ale nic więcej, bo już na myślenie pora nie była, ino na płacz, kiedy już żem uwidziała mojego syna.

Chryste Panie, Józuś to był czy nie Józuś? Zbierało mi się na płakanie coraz to ogromniejsze, kiedym tego nieboraka w pościeli ujrzała. Blade toto niebożę i chude jak ten Łazarz, i głowy nawet z poduszki podnieść nie może, ino leży na wznak, a przy nim machina wielgachna, wężykiem do ręki przyssana. To uwidziało mi się, że ona życie i krew wypije z mojego syna - i na jeszcze większy płacz mi się zebrało. Ale ta Ewa objęła mnie i odciągnęła od płotka, i szepce, cobym nie płakała, ino uśmiechniętą twarz okazywała. - Bo to choremu może zaszkodzić, jak panią zapłakaną zobaczy - powiada. - A co to - mówię - już własnego syna pożałować nie można? - A ona: - To nie to, że nie można, ale pomyśli sobie, że jest z nim źle, a nic tak ujemnie nie wpływa na zdrowie chorego, jak złe samopoczucie.

I wytłumaczyła mi też, że ta machina zwie się kroplówka i że nie wysysa ona, broń Boże, życia z człowieka, tylko mu je wsącza do żyły, kropelka po kropelce. Tom stłumiła w sobie boleść i tylkom sobie myślała, że ja, stara, nikomu niepotrzebna, żyję i pewnikiem se jeszcze pożyję, a ten nieborak może zemrze w kwiecie wieku... I myślałam se jeszcze, patrząc na tego Łazarza: a skądże mu to choróbsko, to jakiesik zapalenie trzustki? Przecie karmiony był jak trza, a ostatnimi czasy jak pączuś w maśle se wyglądał. I znowu - a na cóż ci to przyszło, synu? Trzeba ci to było tych zaszczytów, którymi chciałeś się utuczyć, a to one cię zjadły? Nie lepiej by ci było, gdybyś nigdy od nas z wioski nie odchodził? Bo, wiecie, mówiło mi serce matki, że nie stałaby się ta bieda, kiejby został i żem źle uczyniła, pozwalając mu odejść. Trza mi było choćby siłą go zatrzymać w chałupie. Niechby mnie zrazu przeklinał, że mu nie daję żyć wedle woli - ale zdrów byłby i cały, i może kiedyś by mi nawet podziękował. Nie darmo żem czuła utratę wieczną, kiedym go żegnała tak, jakby odchodził na zawsze - wiecie, wtenczas, jak szedł do miasta na te swoje egzaminy.

Ale to na nic takie gadanie, bo każden jeden musi iść za swoją dolą. No to stało się, co się stać miało. Męczy ci się on jak ten potępieniec i pewnie teraz dopiero mnie przeklnie, żem mu się kiedysik nie sprzeciwiła... Ale widzę, że nie: wesołą twarz mi okazał z tego łoża boleści, tom uwidziała, że nie ma do mnie o nic żalu i że chce mnie pocieszyć.

Naszło się potem ludzi, a wszyscy do mojego syna. I to mi było pociechą, że taki kochany jest i uważany. Ale trza było krzynę odejść od tego płotka. A tu Ewa skądciś powraca i mówi, że gadała z doktorem i że przyobiecał mojemu synowi zdrowie, bo młody jest i silny, to da rady każdej chorobie, choćby najcięższej. Tom otarła łzy, co mi bez ustanku puszczały się z oczu, i z oddali - bo natłok był przy płotku - patrzyłam na Józusia. I było mi tak, jakby mi go ci ludzie odbierali, rodzonej matce. Alem widziała, jak cięgiem się uśmiecha, jakby chciał rzec, że jakosik to zniesie, a może będzie lepiej. I to samo rzekł też mnie, już na odchodnym, bo nas przecie odegnała wreszcie od płotka ta pielęgniarka, że chory się zmęczył, a to nie jest dobrze. To pomachał mi tą drugą, wolną ręką, jakeśmy odchodzili; pomachał nam wszystkim, ale mnie najdłużej, i to rzekł, co mi się zwidziało w jego uśmiechaniu się: jakoś to zniosę, mamo, zobaczysz, że jeszcze będzie dobrze...

Maria: A zatem i do takich ludzi choroba miewa dostęp? - zdziwiłam się niemądrze, kiedy dowiedziałam się, że pan naczelnik zabrany został do szpitala. To chyba zrozumiałe, że bałam się odwiedzin. Miewam trudności w sytuacjach, w których nie wiadomo, co należy mówić i jak się zachować, aby chorego podtrzymać na duchu i nie dać mu poznać przykrego wrażenia, jakie w odwiedzających wywołuje jego godny pożałowania wygląd. A zwłaszcza, aby nie pozwolić mu się domyślić, jak ciężki jest jego stan. Było to zapalenie trzustki, a jest to przypadek na tyle niebezpieczny, że usprawiedliwia niepokój.

Z lękiem więc szłam na pierwszą wizytę, lecz również i później ulegałam na przemian zakłopotaniu, to znów współczuciu, a nawet zaskoczeniu. Spodziewałam się bowiem zastać pana naczelnika wycieńczonego do ostateczności, a tymczasem on - mimo że wychudzony i naznaczony cierpieniem - wita odwiedzających pogodnym uśmiechem! Co więcej, nader żywo interesuje się naszymi sprawami bieżącymi. Kogóż ze zwykłych śmiertelników stać byłoby na aż taki hart ducha?

Ewa: Szłam wiosennymi ulicami w stronę szpitala, trwało niedzielne popołudnie i cholernie mi było żal naszego Józka. Tu tyle słońca, ruch, odświętność, a on tam poci się śmiertelnie. To było kilka dni po tym, jak stało się wiadome, dlaczego wtedy nie przyszedł do Ikachu. Coś niebywałego. Takie to było do niego niepodobne, że wprost nie do wiary. A najbardziej przykre wydało mi się to, że on tam leży złożony niemocą, ale przecież żywy, a tu już ci nasi, dotąd bezwolni, oddani i posłuszni, należycie więc ukształtowani - ledwie Józka między nimi zabrakło, podnoszą głowy i co prędzej wyzbywają się z takim trudem przecież wypracowanych postaw. Wyłamują się z nich, a co gorsza, układają się już cichaczem co do przyszłości. Takiej bez Józka... Wnioskowałam o tym z poszeptywań po kątach i odwracałam się od spiskowców. To wstrętne, nie lubię tego.

Adam: Najchętniej nie poszedłbym wcale do tego szpitala, w którym kruszono i upupiano Glebę, i gwiżdżę na to, co by sobie pomyśleli o mnie inni, ale byłem ciekaw, jak też to chorują bogowie. Właściwie to współczułem temu wybrańcowi czy potępieńcowi losu, bo cholernie źle musi się czuć facet, gdy dotychczas rozmawiał z ludźmi z wysokości swego stanowiska, nieskazitelny pod każdym względem i nikt nie mógł go zobaczyć inaczej, jak tylko w pełni sił i zdrowia, więc jako kogoś co się zowie mocnego, a ponadto w starannie uładzonym ubiorze. Jeśli przemawiał, to nie inaczej, niż jakby z naczelnikowskiego tronu, a jeszcze życząc sobie potajemnie, żeby ludzie przed nim klękali. Aż to nagle nie tylko że musi się im pokazać w przepoconej, rozchełstanej piżamie, ale w dodatku rozmawiać z ludźmi, przepraszam, z podwładnymi - z poniżającej pozycji rozpłaszczenia w łóżku, powalony na obie łopatki. Więc jak tu takiemu nie współczuć? Po raz pierwszy byłem mu wdzięczny. Za co? Za moją nad nim przewagę. A zresztą... Co tu gadać, rozbroił mnie znamionami bezbronnej wielkości, jakie może nadać tylko śmiertelna choroba. Pomyśleć by można, że po to zachorował, by wykazać, że nawet w tym względzie jest absolutnym panem siebie. Nas zresztą też: jesteśmy zależni od jego stanów jak barometr od plugawej pogody.

Maria: Ta choroba spadła na nas niespodziewanie, stała się przewrotem pojęć. Nikt się po panu naczelniku nie spodziewał, że kiedykolwiek ulegnie załamaniu zdrowia i sił. Nigdy przecież nie okazywał objawów bodaj słabości, nie mówiąc już o dolegliwościach. A przecież musiał ich doznawać, był mimo wszystko człowiekiem. Jego wszakże ambicją było ukazywać się nam zawsze w pełni sił i zdrowia. Jak przypuszczam, zdradzenie się z jakąś cielesną przypadłością równałoby się - w jego mniemaniu - utracie autorytetu. Bał się też zapewne niezdrowych ludzkich apetytów, bo byli i tacy, którzy wracali w swą dawną, sprzed Ikachu postać i przedwccześnie wykluczali jego wśród nas fizyczną obecność... Tu jeszcze dodam, że ukrywanie słabości należy do naszego programu, zgodnie z którym obowiązuje pielęgnowanie wewnętrznej dyscypliny, w tym także stanów zwanych zachowywaniem twarzy - oraz nabycie umiejętności głuszenia w sobie niepokoju. Wobec czego, wystarczającym zaskoczeniem byłaby wiadomość, że pana naczelnika boli głowa. A tu od razu szpital... O tak, wszyscy uznali za stosowne wyrazić przestrach i ubolewanie. Planowano niedzielne odwiedziny i zastanawiano się, czy powinny mieć one charakter spontaniczny, czy też zorganizowany. Ustalono wreszcie, że pójdziemy grupowo, a ja poczułam się zadowolona, że wybawiono mnie z kłopotliwej sytuacji pozostawania w szpitalu sam na sam z szefem.

Ostatnio niewiele się w Ikachu pracowało, bo tak zwykle bywa, gdy gdzieś zabraknie nadzoru. Za to chóralnie wysławiano zasługi i zalety charakteru pana naczelnika, jakby był doprawdy kimś, kto odchodzi. Czy wyczuwał takie nastawienie? To prawdopodobne. Łatwo się go domyślić, nawet na odległość. Cóż zatem dziwnego, że we wszelki sposób chciał zaznaczyć swą wciąż aktualną wśród nas, zwierzchnią obecność. Już będąc w szpitalu, patrzyłam na jego zapadnięte oczy i wyostrzone rysy, na jego bladość i wychudzenie - wszak odbywał głodową kurację - i myślałam: on już wie. To był zresztą mój wyrok przedwczesny, ale mający uzasadnienie. Przerażała mnie nieruchomość pana naczelnika, choć wiedziałam, że jest spowodowana nie tylko osłabieniem, ale i przymusem. Stojąc u barierki umieszczonej przy drzwiach i zagradzającej do niego dostęp, nie umiałam się opędzić od złowrogich myśli. Odejdzie od spraw, które były dla niego przedmiotem starań całego życia. Nie zdąży już niczego więcej osiągnąć i nie doczeka się owoców swego trudu. Świat będzie istnieć ze swym mętlikiem i będą w nim istnieć ludzie próbujący prześlizgnąć się przez życie najtańszym kosztem - a przeogromny wysiłek takiego jak pan naczelnik człowieka sprowadzi się może tylko do wzmianki w gazecie...

Wbrew wszakże takim to moim ponurym myślom i złowieszczym przewidywaniom, rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Bałam się jej - a tymczasem on nie tylko że nas raźnie i radośnie powitał, ale nadal, ku naszemu zaskoczeniu, wciąż się pogodnie uśmiecha... I nagle olśniła mnie myśl, że on może po prostu odczuwa ulgę, gdyż uwolnił się od codziennej szarpaniny, a ponadto ma nadzieję, że nareszcie uzyska spokój, wyzwoli się od trudu ponad siły, umyje ręce z brudu świata... Oczywiście, byłaby to pokusa, na którą sobie nie pozwoli.

Wtem nadeszli jacyś chłopkowie, w których domyśliłam się rodziny. Przyjrzałam im się spod oka: ależ tak, pomarszczona, zapłakana kobieta w chustce - to przecież Glebina. A zdawało się, że nie dalej jak wczoraj, krzepka i urodziwa, biegła z pola do płaczącego niemowlęcia. I ten uśmiech przez łzy... Wtedy znaczył - dobrze, że jesteś. Tu i teraz - jak to dobrze, że jeszcze jesteś.

Ewa: W szpitalnym korytarzu dogoniłam grupkę ludzi ubranych ni to z wiejska, ni z miejska. Pytali w dyżurce o salę, w której leży Józef Gleba. Domyśliłam się w nich rodziny, bo wysłałam do matki telegram, choć nikt mnie o to nie prosił. Spytałam, czy go dostali. Ta kobieta powiedziała: Bóg zapłać. - Więc tak wygląda matka naszego szefa?

Przy barierce - bo nie wolno było wchodzić na salę - tłoczyło się kilka osób od nas, z Ikachu. Wszyscy z uszanowaniem rozstąpili się przed matką... Jakże te kobiety wiejskie nie umieją się opanować! Widząc, że zanosi się na wielki płacz, objęłam ją i odprowadziłam na bok. Wyjaśniłam, że nie wolno jej płakać jawnie, bo syn pomyśli, że jego życie jest przesądzone, a przecież nie jest tak źle. Wprawdzie niejeden - jak to mówią - zjechał na nierozpoznaną trzustkę, lecz tu rozpoznali przecież. Ale ona chlipała nieutulona, aż ogarnęła mnie złość. - Na cóż ci to było, Józek? - powiada. Dobre sobie. A jakże miało być? To jest mentalność ludzi, którzy myślą, że tyle szczęścia, ile sadła na brzuchu. I jak tu jej wyjaśnić, że gdyby on przyjął ich zasady i gdyby się stamtąd nie wyrwał w porę, to byłby z niego chlebojad jak inni. Jednakże ona tego nie potrafiłaby zrozumieć. No to powiedziałam jej tylko, że powinna być dumna z takiego syna. A ona to podchwyciła: - Dumna to ja jestem, ale co mi z tego? - I znowu w lament: - To ja, stara, żyję, a on... - Musiałam jej przytkać usta ręką, leciuchno, żeby to nie wyglądało na brutalność.

Poszłam potem do dyżurki umyć ręce, bo mi je całe uśliniła i obsmarkała. Chciałam się też dowiedzieć co nieco o stanie Józka. Jak mi powiedziano, wiadomo, co jest, ale nie wiadomo, co będzie. Jednak robią, co mogą, i nie powinno być źle. Taką to nowinę zaniosłam matce Józka i rodzinie. Wpierw jednak, póki jeszcze byłam w dyżurce, miałam sposobność odbyć ciekawą rozmowę, przy czym doznałam zaskoczenia. Znałam tu wiele osób, mnie także pamiętano, ale nie przypuszczałam, że aż tak...

Otóż taki jeden młody lekarz (nie pamiętam, czy ci już o nim mówiłam, że się do mnie przystawiał) zapytał: - Nie tęsknisz to do nas, Ewa? - I wziął mnie za rękę. Cóż mu miałam powiedzieć? Powiedziałam: - Może i tęsknię, ale co z tego? Ułożyło się inaczej. - A kim ty teraz jesteś? - pyta. No to powiedziałam mu o sobie i że mojego szefa mają teraz u siebie. Pomyślało mi się: któremu macie teraz sposobność wykazać, kim jest naprawdę i co warte są jego ambicje i osiągnięcia - ale ugryzłam się w język. Przecież powiedzenie czegoś takiego byłoby niedorzeczne i niesprawiedliwe; przecież tu w szpitalu nic o nim nie wiedzą, to dla nich jest przypadek kliniczny taki jak inne. A doktorek: - Szkoda cię, Ewuniu, byłaś zdolną pielęgniarką. W tym twoim Instytucie niewiele chyba znaczysz, a u nas miałabyś pole do popisu. - Zastanowiłam się: tu faktycznie byłabym potrzebna i doceniona, ale w Ikachu też jestem niezbędna, tyle że w inny sposób. Wobec tego odpowiedziałam na odczepne: - Kto wie, może się kiedyś do was zgłoszę. - A on: - No to pamiętaj, że liczymy na ciebie i przyjmiemy cię z otwartymi rękami. - Pokazał, jak chce mnie przyjąć, ale ja wymknęłam się ze śmiechem, tyle że już czułam się przekupiona. I naraz zwidział mi się Józek, może akurat o mnie myślał, i już wiedziałam, że go nie opuszczę, jeśli wyzdrowieje. Taki powzięłam zamiar. A jednak to chyba nie ja, ale Józek we mnie i za mnie postanowił. Takie w każdym razie miałam odczucie. Zresztą kto raz wstąpił do Ikachu, ten nie ma już odwrotu.

Adam: Szefuńcio leżał niemal zdematerializowany i zdawał się już nie należeć do świata. Chyba że to był jego przewrotny sposób na posięście tego świata? Że to duchem go ogarnie, duchowo w niego wniknie... Oczywiście, nie mówię tego serio. Jego zaś wyniesienie się w osobność zaznaczała barierka u drzwi, która do niego nie dopuszczała zdrowych i będących w pełni sił. To nie on więc, lecz oni poczuli się w ten sposób zdyskryminowani. Na cóż zatem mu się zdały próby głoszonego programowo zniesienia wszelkiego dystansu?

Niesmaczne i nie licujące z jego położeniem (tym razem dosłownym) oraz z powagą chwili - było domaganie się szczegółowych sprawozdań z naszych poczynań w Ikachu. Ale no cóż, no cóż... Za wszelką cenę chciał pozostawać panem sytuacji. Tyle tylko, że na czas choroby wyznaczył następcę, którym - to nie do wiary - miałem zostać ja. Nie, nie żartuję. Oznajmił swą wolę wobec licznie zgromadzonych podczas wizyty w szpitalu. A tamtego właśnie dnia - tłoczno, oj tłoczno było przy barierce. Trwała bowiem czołobitna procesja naszych pracowników, a ja na ten widok przeżuwałem przekleństwa. Czegóż ci ludzie zdają się być tak przejęci chwilą, skoro w ostatnich dniach wyczuwało się w Ikachu atmosferkę wręcz niezdrowego, radosnego podniecenia w oczekiwaniu zmian? Uważano je za pewne, choć nikt jawnie o tym nie mówił. Cholera mnie brała, gdy zarówno tu, w szpitalu, jak również w Ikachu dzielono się zdawkowymi wyrazami ubolewania, podziwu i sympatii - a każdy z tych zafałszowanych manekinów czym prędzej zrzucał więzy i kombinował, co może mu z tych zmian kapnąć i jak załapać najlepszy kęsek. Bunt manekinów... Wnerwiało mnie okazywanie pokory i uległości z pozycji górujących, bo jeszcze żywych. Jednak mimo to przyłapałem się na tym, że ledwie wyznaczono mnie na tymczasowego zastępcę, a już sobie wyobrażałem, jak pokieruję Instytutem. Opamiętałem się jednak i wmieszałem w tłumek odwiedzających - głównie po to, by popatrzeć sobie na szefa. Nie, wcale nie z satysfakcją, bo było nad czym podumać.

Maria: Odeszłam w głąb korytarza, bo przy barierce powstał natłok. Usiadłam na ławce i dałam folgę wyobraźni, a ta podsunęła mi różnie niestosowne przypuszczenia. Pogrzeb bez wątpienia odbędzie się wspaniale, jak to należy się komuś zasłużonemu i na stanowisku: trzeba sobie wystawić korzystne świadectwo, aby i nas kiedyś doceniono, gdy przyjdzie właściwa pora. A potem, zapewne wkrótce, nastanie inny zwierzchnik (może będzie nim Adam?) i wyda nowe zarządzenia, aby odgraniczyć epoki: jest to obowiązek każdego następcy. Obowiązek - albo chęć zaznaczenia swej niezależności w pojmowaniu zadań objętej czy powierzonej sobie placówki. Lecz mimo to powinien się wydać - przynajmniej na razie i poniekąd - kontynuatorem, aby ze względów prestiżowych uniknąć skompromitowania linii swego poprzednika. Należy się to przecież zasłużonemu zmarłemu. Ponadto natychmiastowe podważenie systemu wystawiłoby także następcy niepochlebne świadectwo. Szanujmy się! Nieunikniony proces przekształcania odbędzie się zatem stopniowo i nieznacznie. Niemniej, nowy zwierzchnik uzna, być może, idee poprzednika za szalone i bezsensowne, wobec czego zechce nadać instytucji zupełnie nowy profil i inne też wyznaczyć mu cele. Tak więc Instytut zmieni swój charakter. Pomimo to, zakurzone zdjęcie, może nawet portret Józefa Gleby jeszcze przez pewien czas patronować będzie Ikachowi w sali konferencyjnej: był ktoś, kto kiedyś... A potem, z okazji na przykład remontu, zdejmie się tę ostatnią pamiątkę wraz z innymi rekwizytami przeszłości i da się gdzieś do przechowania, po czym, no cóż, zostanie już na stałe w lamusie, by nie psuć estetyki nowego wystroju sali...

Wtem doleciał mnie nikły, stłumiony głos pana naczelnika. Oprzytomniałam: dokądże to zawiodła mnie zdradziecka myśl?

Tłok przy barierce przerzedził się, została tylko rodzina i Ewa. Podeszłam do matki, aby jej dodać otuchy. Słowami zdawkowej pociechy nie tylko wzbudziłam wiarę w tej kobiecie, ale sama uwierzyłam w wyzdrowienie pana naczelnika. On zaś uśmiechnął się do nas z łoża boleści i pomachał pożegnalnie ręką, bo pora już była odejść.

Ewa: Czy moje postanowienie zrzeczenia się wszelkich ambicji miało być ofiarą złożoną w intencji Józka? Może. Zapewne zresztą nawet się jej nie spodziewał ani też nie wymagał. Natomiast jego postawę przyjętą wobec potwornie bolesnej i niebezpiecznej choroby potraktowałam jako dyskretnie udzieloną mi wskazówkę. Otóż jeśli on potrafił zachować twarz w cierpieniu, to dlaczegóżby nie ja, tak przecież jemu i Ikachowi oddana? Wszak musiałabym znosić tylko nielubianą pracę i nic ponadto. Jeśli on, mimo dolegliwości, zdobywa się na wysiłek nieokazywania bólu i uczestniczenia nadal, wbrew niemu, w naszych sprawach, wykazując tym samym niebywałą siłę woli i zdolność samozaparcia - to i mnie stać na to samo, czemu nie? A raczej - nie na to samo, bo na wysiłek bez porównania przecież mniejszy. No widzisz, jak mną owładnął. Wobec niego, własna wola przestaje się liczyć, a co więcej, przeobraża się w szczere chęci. I choćby się nie wiem jak wierzgało, to na nic, bo jego cicha, jakby bezosobowa obecność zdaje się przyglądać spokojnie sprzeciwom, z uśmiechem pobłażania, może ironicznie, by wreszcie powiedzieć: - No, już wystarczy, a teraz weź się do roboty. - I człowiek się bierze, jakby rzeczywiście usłyszał polecenie, i sam siebie nie poznaje, bo jego, znaczy Józka wola staje się własną...

Naraz - zupełnie nieoczekiwanie i jakby dla wzmożenia stanu moich uczuć - targnęła mną gwałtowna tęsknota za teatrem, w ogóle za życiem artystycznym, które mnie jedynie prawdziwie obchodzi. Wydało mi się powietrzem, bez którego chyba się uduszę. Ale - ej, Ewa, nie łam się - powiedziałam sobie i jakoś się przemogłam.

Tamten młody lekarz stał w drzwiach dyżurki, uporczywie i jakby z nadzieją patrząc za mną, więc mu wesoło pokiwałam ręką, jak to ja, i ruszyłam w kierunku sali, powtarzając w myślach i zaciskając pięści, że dla Józka stać mnie na wszystko. Ot, takie zaklęcie, aby umocnić się w niezłomnym postanowieniu, bo cholernie mi zależało, aby utrzymać wysoko podniesiony łeb. A ten nasz nieborak leżał rozpłaszczony w pościeli i uśmiechał się do mnie bohatersko, choć boleściwie. Może mi w ten sposób dziękował? Może nawet wiedział, co mi się snuło po głowie? Odwzajemniłam uśmiech. I tylko tyle, bo właśnie wtedy pielęgniarka szepnęła mi, żeby coś zrobić z tymi ludźmi, bo wizyta się przeciąga, a chory jest wyczerpany. No to wspólnymi siłami przypuściłyśmy ostrożny atak; łagodnie naciskałyśmy na tłumek, dając do zrozumienia, że dosyć tego dobrego. I tak jakoś rozeszliśmy się wśród zapewnień o pomyślności...

Muszę ci się jeszcze przyznać, że jednak natura ciągnie wilka do lasu i że jeszcze tego samego wieczoru poszłam do teatru obejrzeć generalną próbę Hamleta. Miałam tam wstęp o dowolnych porach, gdyż kierownik literacki był moim dawnym kumplem.

Adam: Wszyscy nabożnie słuchali słów Gleby, wypowiadanych cichym głosem i spierzchniętymi ustami, pod presją groźnie zwisającej nad nim kroplówki - i nikt, literalnie nikt nie odważył się zrobić najmniejszej aluzji co do jego sytuacji. Ja odważyłem się. Powiedziałem: - Niechże się pan nie wysila, przecież jest pan osłabiony. Jakoś sobie w Ikachu sami poradzimy. Proszę raczej pomyśleć o swoich dolegliwościach. - Machnął ręką, a ja: - No nie, przecież chętnie posłuchamy. Jakże pan znosi głodówkę? Czy nadal bardzo boli ten gruczoł? A jak z wypróżnieniami? Czy nie dokuczają panu odleżyny?

Szczęściem dla niego, była to chwila sam na sam, bo wszyscy słuchali relacji Ewy z rozmowy z lekarzem. Myślałem, że mnie spiorunuje oczami, ale nie. Były to oczy bardzo już zapadnięte, zmęczone głodem i bezsennością, tak że pożałowałem tego, co mi się chlapnęło. A zresztą nawet taka chodząca, przepraszam, leżąca instytucja, nawet taki człowiek-symbol, człowiek-hart, człowiek-dyscyplina także łasy jest na objawy troskliwości. Wziął więc za dobrą monetę moje pytania, a może je sprowokował, może czekał na nie? Choć więc denerwujący był ten jego jakże dzielny uśmiech, w który ubierał twarz, po raz pierwszy dopatrzyłem się znamion szczerości: udanej próby zachowania zwykłego ludzkiego formatu. Bo to przecież było widać, ile wysiłku kosztuje go ten uśmiech. Na odchodnym ukłoniłem mu się w sposób, który znaczył: Może jeszcze będzie z pana człowiek, panie Gleba.


Z dziejów pewnego uśmiechu


Przepraszam, że żyję - ta postać uśmiechu, tak częsta u ludzi przemykających poboczami świata, a nawet własnej świadomości, Józefa Gleby zdaje się nie dotyczyć. A jednak podobno uśmiechał się tak niegdyś... Być może, obecnie uzasadnia ten fakt konieczność powtórnego włączenia się czy wręcz wciśnięcia w życie Ikachu. Niewątpliwie zdawał sobie sprawę z nieszczerości okazywanego mu podziwu, uznania i współczucia, jakich nie szczędzili mu podczas choroby podwładni. Chyba że również na taką okoliczność zostali niejako zaprogramowani, jeśli można potraktować serio jego zdolność wywierania niemalże magicznego, wychowawczego wpływu na podwładnych. Może miał w tym względzie właściwości hipnotyzerskie - lecz oszczędźmy sobie domysłów. Jedno jest pewne: że dla niego wszystko, co wiązało się z jego powrotem do życia i na stanowisko, i co z owego powrotu wynikało - było próbą pokory, jakiej się dobrowolnie poddał. Na pewno wyczuwał, jak niesmaczna jest konieczność ustawicznego udowadniania mu przez podwładnych uczuciowej więzi. Ale on dawał sobą przykład, jak należy wyrzekać się prywaty czy raczej prywatności, oraz jak przystoi zachowywać się mieszkańcom Ziemi, godnym tego miana. Być może domyślał się, że już go przekreślono, planując przyszłość, w której nie będzie obecny. Zmusił się więc do udowadniania, że tak nie jest i że się co do niego pomylono; przełamał się wewnętrznie. Rezygnując z poczucia swej wyższości - a tym samym z siebie - dla dobra sprawy, której nie mógł poniechać jak własnego istnienia i racji bytu, musiał na nowo zjednywać tych, których (niestety, tak!) rozczarował i zngnębił swym powrotem do zdrowia. Ileż samozaparcia kosztowało go to uśmiechanie się wbrew sobie, przepraszające... Miał nadzieję uzyskać ze strony otoczenia oddźwięk w postaci reakcji zaprzeczającej takiemu rodzajowi uśmiechu. Czy uzyskał?

Jak wynika z relacji świadków, zapragnął spowodować natychmiastowe przywrócenie mu uznania, należnego zwierzchnikowi i jego kompetencjom. No cóż, zależało mu na utrzymaniu pełni władzy. A skoro przewidywał jej trwałość, to może przewidział także i uwzględnił wszystkie omawiane tu warianty sytuacyjne? Może wszystkie wchodziły w zakres należytego funkcjonowania Ikachu? Próby tedy dalszego nadawania Instytutowi tonu - według własnych pojęć i rozumienia sensu oraz celowości działań - tym miałyby stać się intensywniejsze, im dłuższa była fizyczna nieobecność Józefa Gleby. W sytuacji zagrożenia ze strony tak zwanych sił nadrzędnych, nader pilna staje się potrzeba możliwie najszybszego ujęcia spraw bieżących, wzmożona faktem niezawinionego wypuszczenia ich z rąk Nie ustaje więc w usiłowaniach, używając - prócz uśmiechów - dobrotliwej perswazji. Nakłania ludzi do posłuchu drogą stosowania nienatarczywego przymusu, łagodnych represji i nieodpartej stanowczości w podejmowaniu decyzji i rozstrzygnięć. Rzuca się w wir pracy, czyniąc to dla odrobienia straconego czasu czy też odegrania się na życiu, które jakoby chciało go zdradzić. Także - dla odzyskania chwilowo utraconej, bezwzględnej przewagi w zespole, której nie wolno mu było się wyzbyć.

I nie wyzbył się. Co więcej, wkrótce uczestnicy Ikachu wyczuli wcale nie wyczerpaną, a wręcz nasilającą się i wzrastającą z każdym dniem moc swego zwierzchnika. Spotulnieli więc i spokornieli. On zaś bezwzględnie opanował sytuację, i to do tego stopnia, że ani spostrzegł, kiedy wynikła możność i potrzeba zastosowania nowego rodzaju uśmiechu, będącego już ostatnią, najwyższą jego fazą w relacjach zachodzących między naczelnikiem a podwładnymi. Była to jednocześnie faza jego ikachowskich działań i poczynań, w której już nie potrzebował zjednywać nikogo, bo wszystkich sobie podporządkował; już mógł traktować swoich ludzi z pozycji bezspornej nad nimi wyższości.

Stać mnie na uśmiech dla was - w tym pojęciu może się pomieścić stan zarówno określany słowami należy wam się pochwała, jak też jestem wprawdzie zmęczony i zmaltretowany, ale potrafię być heroiczny i wielkoduszny, albo umiem okazać pobłażliwość i zrozumienie, a nawet - mój uśmiech to ja, takim macie mnie przyjąć, a reszta was nie obchodzi. Józef Gleba zdobywa się tedy na uśmiech... Ileż zapewne na ten dowód łaski czy kaprysu złożyło się powściąganych zniecierpliwień, pokonywanego zniechęcenia lub też przełamanych irytacji... Czy również i takie stany wewnętrzne przewidywał w realizacji ikachowskich idei? Wszelakie uciążliwości i dolegliwości, wywoływane między innymi niezrozumieniem w środowisku zarówno dalszym, jak i tym najbliższym - aczkolwiek niby to wciągniętym w problematykę - były ceną wyniesienia Józefa Gleby na upragnione wyżyny. Ileż musiał pokonać nieufności i dystansu, rezerwy i podejrzliwości wobec propagowanych przez siebie metod charakterotwórczych, nim uzyskał uznanie oraz rozumienie meritum sprawy. Jakże samotny w swej wielkości jest ten człowiek, gdy staje naprzeciw opornego indywidualizmu podwładnych, który - zgodnie z programem Instytutu - musi ulec likwidacji; albo gdy musi stawić czoła różnym wrogim, a bodaj tylko nieprzychylnym dla modelu pracy Ikachu poczynaniom, choćby były nimi tylko pokątne szepty. Godziły przecież w jego, naczelnika rację bytu, która być może i w nim samym budziła niekiedy zwątpienie. Również wątpliwe jest, iżby z kolei wysuwano odmienne propozycje w zakresie stylu i charakteru pracy - gdyż nie mogłyby być inne niż te, które Józef Gleba - ależ tak! - uwzględnił jako wersje przewidzianych przezeń, opozycyjnych wariantów.

I dlatego poczytywał za nieposłuszeństwo (cenioną skądinąd) odmienność nawet tylko przeświadczeń, którą, jak można się domyślić, wyjawiono mu podczas ikachowskich zebrań. Z kolei musiał się zmagać z zapędami uczestników, polegającymi na stawianiu oporu poprzez zachowywanie bierności. Zmierzało to nie tyle do skrytego, przewrotnego podważania czy wręcz bojkotowania słuszności zasad, o które opiera się program Ikachu - ile do podawania w ten sposób w wątpliwość środków użytych do realizacji tegoż programu. Stąd więc wynikała konieczność udzielania nagan z powodu nietrzymania się, a nawet lekceważenia ściśle opracowanego zestawu przepisów, które on, mądry i przewidujący, wymyślił i podał jeśli nie do wierzenia, to do bezkrytycznego przyjmowania. Nic więc dziwnego, że pomawiano go o zarozumiałość właściwą komuś, komu się wydaje, że pozjadał wszystkie rozumy i tylko on wie, co jest słuszne. Pokątnie zarzucano mu też nadmierne, kurczowe trzymanie się zachowań protokolarnych czy ceremonialnych - celem stworzenia sobie wobec podwładnych wizerunku odpowiedniego do zajmowanej w Instytucie pozycji oraz podejmowanie wysiłków, aby stale ów wizerunek ukazywać należytym.

Jednakże Józef Gleba, będąc naczelnikiem, znajduje się w sytuacji, w której - sam podległy normom (nie żyje wszak w wyizolowanym świecie, zresztą musi sobą dawać przykład) - chce i musi podporządkować im innych. Jeśli zdarza się, że skądś z góry odbiera nagany, zalecenia i sugestie, to wprawdzie nie zamierza przekazywać ich podopiecznym, lecz musi jednak we właściwej, przetrawionej formie zastosować je wobec nich. A oni domyślają się wiele i odrzucając wówczas powierzchowność manekinów, uśmiechają się zjadliwie: dostał łupnia, więc też nauczył się dawać go innym. Wszelkie zatem osobowościowe przerosty lub nawet tylko objawy samodzielnych zapatrywań uczestników (zaiste, niesłychane w rzeczywistości Ikachu) zwalcza cierpliwością lub zniecierpliwieniem, gniewem lub uśmiechem - lecz głównie przekonującą, umiejętnie sformułowaną perswazją i odpowiednio podbudowaną zachętą. Nauczony bolesnym doświadczeniem, wzięty w dwa ognie, niemało musi dokładać wysiłku, aby wyjść cało z opresji. Postępować więc musi oględnie i roztropnie. Konsekwentnie - ale zawsze zgodnie z okolicznościami i zawsze jednak przy tym w imię nadrzędnego celu, który sobie wyznaczył, któremu poddaje swe dążenia i zamysły, a którym jest jawiący mu się czy wręcz objawiony obraz społeczeństwa przyszłości. Czy w takim to postępowaniu występuje także naginanie siebie do widzianych doraźnie potrzeb? Albo też konieczna być może rezygnacja z niektórych własnych inicjatyw na rzecz ugody z tymi sugerowanymi czy narzuconymi z zewnątrz?

Dla nas wszakże takie dywagacje mają charakter jedynie utarczki z cieniami, gdyż wolno nam snuć tylko domysły, oparte na podstawie podpatrywanych objawów i pokątnie czynionych spostrzeżeń. Cóż można też wiedzieć o rozmaitych uzależnieniach, o konieczności ulegania wydawanym skądś z góry nakazom, przy równoczesnej chęci przeforsowania własnych koncepcji kształcenia charakterów? O wysiłkach czynionych dla ocalenia systemu? Wszak Józef Gleba ma swój obraz spraw, którymi zarządza. Jednocześnie musi wykazać się przed czynnikami nadzorczymi, którym podlega - stwarzając przy tym bodaj pozory należytego wywiązywania się z nałożonych mu zobowiązań. Chcąc żyć z Ikachem i dla Ikachu, nie może ich zignorować. Musi je przyjąć - i spełnić, choćby tylko pozornie. Stosuje więc kamuflaż, niby to korygując program.

Znajduje się w stadium, w którym uśmiechu już się podwładnym czy podopiecznym udziela jako dowodu łaski; jako premii czy przydziału. To dobrze, że dotknięty brakiem zrozumienia ze strony niektórych uczestników Instytutu, puszcza w niepamięć doznane przykrości. Nie zapomina natomiast o konieczności okazywania dobrej woli, gdy trzeba ukierunkowywać czyjąś pracę. Wie, że życzliwe słowo zdziała o wiele więcej niż nagana i dlatego każdą udzieloną podsumowuje pojednawczym wyciągnięciem ręki. Mimo to niektórzy podopieczni skrycie, między sobą, czynią mu zarzuty z powodu apodyktycznych zarządzeń, nie skorygowanych wysłuchaniem racji ludzi, którzy woleliby czuć się raczej współtwórcami metod, niż bezwolnymi narzędziami. - Dlaczego - szemrają te buntujące się manekiny - ostatnio znów, jak przedtem, nie dopuszcza cudzych poglądów, a próby dyskusji ucina w pół słowa? Przecież wszyscy w Ikachu chcieliby stać na równi z nim wobec wspólnej sprawy oraz mieć możność wykazania inicjatywy, jak też uzyskać możliwość dyskusji i współudziału w twórczym wkładzie.

Nie jest też wiadomo podwładnym, co spowodowało, że Józef Gleba zadowala się teraz bardziej wynikiem zgłoszonym czy ogłoszonym niż - rzeczywistym. Ten fakt (jakże łatwo prowadzący do nadużyć) wywołuje zdumienie i złośliwe komentarze co do tworzenia iluzji sukcesu. Ano, odpowiedź zdaje się być prosta: bo go nie ma. Można wszakże wyjaśnić rzecz stwierdzeniem, że takie są prawidła gry w popłaca - nie popłaca. Jak poucza doświadczenie i potwierdzają fakty, dodatnią ocenę uzyskuje się nie za prawdę pracy rzeczywistej, choćby była nie wiedzieć jak twórcza, mrówcza czy burłacka, ale za obrazową i przekonującą z niej relację; za barwne przedstawienie osiągnięć. Tyle że w przypadku naczelnika Gleby dwulicowość staje się swoistym bohaterstwem: zmuszaniem i naginaniem rzeczywistości, jaka jest, by bodaj upodobniła się do tej upragnionej. Dwojakość tedy postępowania i wieloznaczność bycia jest ze wszech miar usprawiedliwiona. Można rzec, że naczelnikowi przyświeca gwiazda, a jest nią przymus, oczywiście wewnętrzny, obronienia swojej słuszności i wywalczenia racji - choćby sposobem węża czy kameleona.

Oto tak więc przedstawiają się okoliczności, wśród których zagubiła się spontaniczność uśmiechu Józefa Gleby. Rozproszyła się wśród trosk, kłopotów i rozterek; wśród gmatwaniny wahań i wątpliwości. Uległa zanikowi, przygnieciona nową wiedzą o świecie i życiu oraz wskutek ustania przyczyn, które szczery uśmiech wywoływały. To prawda, pojawia się jeszcze - ale jakże nieczęsto. Jakże jest inny... Tu pozwolę sobie na ton osobisty, nie wątpiąc, że moje odczucia podzielą wszyscy sympatycy Józefa Gleby. A zatem - powstałe okoliczności stanowczo potępiam za to, że spowodowały zamieranie uśmiechu Józefa Gleby. Przeklęte niechaj będą nadzieje, które go zawiodły. Przeklęte - przyczyny kryzysu uśmiechu, gdyż ich nie rozpoznał. Przeklęte - rachuby, które mogą sprowadzić nań zgubę. I na pohybel zamysłom, ku którym czasami się skradał sprytnie i chytrze, to znów podchodził jawnie, dobrodusznie i z naiwną ufnością. Czy również i taki bieg rzeczy był przewidziany oraz objęty programem systemu (glebizmu!) i czy on także był już zakodowany w losie bosonogiego pastuszka?

Tu trzeba jeszcze dodać, że stan dający się określić słowami przepraszam, że żyję, poniekąd udzielił się najbliższym współpracownikom Józefa Gleby. Obejmował on zatem zarówno samego naczelnika, jak i niektórych jego podopiecznych. Wszyscy oni mieli w owym stanie udział, choć każdy na inny sposób, a wymiana uczuć była obopólna. Natomiast co do uśmiechu, na który stać było Józefa Glebę, to wszyscy pozostali okazali się przede wszystkim biorcami. Jakże inaczej bowiem mogłoby być w przypadku, gdy obdarowywani jesteśmy z pozycji wyższości? - czy będzie nią stanowisko, czy przewaga duchowa.


Matka


Nad stanem uczuciowym tej kobiety, w chwilach choroby jej syna, panowało mgliste przeświadczenie, dające się wyrazić słowami: to ja, stara żyję, a on... Wszakże, zmieniając odcień i ulegając przeobrażeniom, sformułowanie to przetrwało chorobę i przeniosło się na okres powrotu do życia. Przybrało w zamian postać uśmiechu proszącego o wybaczenie, że ona, stara kobieta, żyje w zdrowiu, choć na niewiele, jej zdaniem, jest już zdatna, a on, biedny, ileż się musi teraz namęczyć, by podołać pracy, nadużywając przy tym nadwątlonych sił; ileż musi się natrudzić, aby wszystko tam u niego mogło iść po dawnemu, zwykłym trybem... Od dawna już zaniechała prób ściągnięcia go na gospodarstwo, zwłaszcza gdy przekonała się podczas odwiedzin w szpitalu, czym jest i jakie ma znaczenie jej syn, otoczony tyloma ludźmi, tyloma względami oraz dowodami uznania, szacunku i nieodzowności...


- Od dawna żem już, wiecie, poniechała chętki nawrócenia go na ziemię i namówienia, co by wrócił na swoje i wzion się do gospodarowania. Nie darmom kiedyś mu rzekła: kupiłeś mnie, synu - bo i po prawdzie przerobił mnie on na swoją wiarę, żem siebie poznać nie umiała. A kiedy mi się czasami przypominało, jakam była, tom się nadziwić nie mogła, że kiedysik chciałam czego innego, niż chciał mój syn. Ale całkiem żem już pojęła, jakie głupie byłoby takie namawianie, kiedy żem w szpitalu ujrzała tyle luda, co się cisnęło do mojego syna. Nie to, żeby mu mieli sprawy jakie przedkładać, ale tak ino, z dobrego serca, bo mu to było należne. A może i przypochlebić się chciał poniektóry, tego to ja już nie wiem. A on im tam rządził. I wszystkich też przyjął, choć sam ledwie dychał, i słuchali go z uważaniem wielkim. To gdzież mu to wszystko zostawić, jakże to tak odejść, a toć nawet i nie wolno, skoro on tam taki potrzebny. U nas, wiecie, nigdy by tego nie miał, choćby nie wiedzieć jakie cudeńka wyrabiał na ziemi i nie wiedzieć jakie maszyny sprowadzał. To może ino zeszliby się ludzie pooglądać, a pewnie i pozazdrościć - i tyle byłoby całej parady. To już z tą ziemią będzie, co Bóg da, a Józek postanowi. Ja zaś, póki rękami mogę ruszać, a nogi mnie jeszcze noszą, robić tu będę za nas dwoje, dziękując Panu Bogu, że żyję i robić mogę.

A nade wszystko Mu dziękuję, że żyje mój syn, choć żem go już opłakiwała. Ino to mnie gnębi, że żyje taki jak ja stary gruchot, co to ino ludziom zawadza tymi swoimi wiecznymi strapieniami. I pewnikiem, jak to skrzypiące drzewo, pożyję se jeszcze nie wiedzieć jak długo, a ten mój nieborak, co ludziom potrzebny jest, krzepy nijakiej nie ma, to ile się będzie musiał namordować, nim stanie na nogach, żeby jako udźwignąć Krzyż Pański, a uchylić mu się od dźwigania nie wolno. A przecie - nie obrażając Pana Boga i nie wchodząc w Jego wyroki, widzi mi się, że sprawiedliwiej byłoby, gdyby to mnie On doświadczyć raczył. Tom se nieraz myślała: Panie Boże, a czemuś to mnie zdrowia nie odebrał, ino mojemu Józkowi. A toć dziury w niebie by nie było, gdybyś to moje zdrowie wzion, a dał mojemu synowi, albo gdybyś mnie nawet i zabrać raczył. Ale jego - za co to wszystko spotyka?

A już najwięcej tom bolała, jak Wielkanoc przyszła, kiedym widziała, jak się ludzie weselą. Poszłam ci i ja, poniosłam koszyczek pełen smakowitego jadła, coby je dobrodziej wodą poświęcił i słowem pobłogosławił, ale było mi smutno, kiej nam życzył, żeby nam na zdrowie te pokarmy wyszły, bom cięgiem widziała tego nieboraka w pościeli, co mu bez tydzień jeść zakazali... Spożywali my potem to nasze święcone, a raczej to Tyldzia i jej mąż zajadali se ze smakiem, bo mnie to każdy kęsek rósł w gębie i gorzki się zdawał. Przecie żem pamiętała, że mój Józuś leży tam jak bez życia, trawiony głodem i pragnieniem, i bolały mnie te jego obolałe wnętrzności, jakbym go znów pod sercem nosiła.

Ale przecie wszystko jakosik przeszło. Józka żeśmy do mnie, do domu przywieźli, żeby pod moim staraniem przychodził do siebie. A potem, kiedy rodzina się do mnie zeszła i kiedy my se mało wiele ugwarzali, w sadzie spoczywając przy świętej niedzieli i grzejąc się do słoneczka, to Józuś u mnie w izbie wypoczywał se przy otwartym oknie. Ptaszkom się przysłuchiwał, na młode listeczki spozierał, to znowu cosik se pisał, cosik już se układał. Wracał se pomaluśku do zdrowia pod moim staraniem, a mnie było tak, jakbym go drugi raz urodziła i cały jest mój, matce rodzonej wrócony.

Doktor wszystko powiedział, co i jak, i czym go trza teraz karmić, tom mu a to mlecznej zupki, a to rosołku z młodego kogutka zgotowała i kaszką manną żem zasypała, a to serek świeży żem przysposobiła. A on, nieborak, pożywiał się tym, ino co i raz się uśmiechał prosząc o wybaczenie, że tyle z nim zachodu i że nic mi pomagać nie może. A tu ci się akurat prac wiosennych uzbierało tyle, że aż strach pomyśleć. On zaś nawet tych swoich pracowników podesłać mi nie może, jak wtenczas w zimie, bo się jeszcze tam u siebie nie włożył od nowa w swoje prawa. To uśmiecha się ino swoją wychudłą gębusią i tymi oczami, co pomaluśku jasność odzyskują. Uśmiecha się tak, jakby mi cięgiem chciał mówić: - Przepraszam, mamo, że żyję. - I nie wie on, słoneczko moje złote, ile pociechy mam z tego, co on żyje i u mnie jest, pod matczyną opieką. A choćby i paralitykiem tu do mnie wrócił, choćby kaleką bez rąk i nóg leżał, nie mniej bym miała pociechy, że jest na tym świecie i że mam go znowu, jak żem nigdy jeszcze nie miała. Chyba ino wtenczas, kiedy jeszcze niemowlęciem będąc, leżał se w kolebusi...

Wybaczcie mi, co ja tak ino cięgiem o sobie, ale matce przecie wybaczycie przez to, że odzyskała syna. I lżej mi, com się mogła przed wami nagadać do woli - wyżalić i ucieszyć - i żeście mnie wysłuchali. A teraz pójdę od was na jedną chwilkę, bo trza mi spojrzeć na moje bydlątka. A potem to wam twarożku przysposobię, herbatki zgotuję... I może jeszcze wam co opowiem, jak będziecie chcieli słuchać...


Maria


Pani Maria najciężej została doświadczona, jakby zagarnął ją i porwał wicher, a los tyleż brutalnie, co - jednak! - dobrotliwie z nią sobie poczynał. Poddana została próbom pokory i cierpliwości, wierności i rezygnacji. I wyszła z nich zwycięsko, by móc nadal uczestniczyć w Ikachu - dotąd, dopóki jest tam potrzebna. Na razie wszakże należałaby się jej bodaj odrobina spokoju i powodzenia, gdy już wszystko inne zostało jej przydane. To przykre więc, że ta ze wszech miar godna szacunku kobieta, będąc integralną częścią ikachowskiej zbiorowości, musi podlegać powszechnym nastrojom, wynikłym z powrotu szefa.

Stanu rzeczy nie musi on Ikachowi przywracać, gdyż ten utrzymuje się siłą bezwładu. A raczej - siłą faktu istnienia swego przywódcy, stając się tym samym czymś, co jest nieuniknione. Szef wie jednak, że trzeba ów stan rzeczy ruszyć, gdyż zastygł co nieco; trzeba nadać rozpęd sprawom i rzeczom. Stąd też - nastrój gorączki, wzmożony drażliwością wycieńczonego jeszcze i osłabionego naczelnika. Mimo to, w Ikachu wytworzył się podobno nastrój obopólnej, służbowej zresztą kurtuazji. Niektórzy czuli się winni z powodu ubiegania się o jakieś korzyści, a także uprzedzania faktów lub odrzucania nabytych tu cech. Innym za to samo przypisywano winę, a wszyscy zobowiązani zostali koniecznością, jaką stała się nowa rzeczywistość. Podwładni spotęgowaną gorliwością tuszowali zarówno zaniechanie różnych pielęgnowanych tu przedtem ćwiczeń i zabiegów, jak też - swe niewczesne przewidywania i nie dość uzasadnione nadzieje. Szef natomiast udawał, że nie domyśla się ich przedwczesnej, buntowniczej gotowości, która wyprzedzała rzeczywistość, gdy przyjmowali możliwość stworzenia sytuacji pomijającej jego osobę. Udawał tak, gdyż znał czy też przewidział ich zaślepienie oraz niewiedzę o tym, że nic nowego już dla nich nie wyniknie, a to z powodu niezatartych stygmatów przynależności, jakimi naznaczony został każdy z nich.

Pani Maria, tak samo jak wszyscy, należycie odczuła skutki ponownego dojścia szefa do władzy, ale w końcu doczekała się tego, że przypadła jej rola powierniczki, jak też uśmierzycielki jego cierpień. Czy zwierzając się jej, bardziej ufał jej niż sobie? Trudno rozstrzygnąć, bo tego nie sposób z jej relacji odgadnąć. Może więc tak właśnie było trzeba, by do powiernictwa skłoniło go uznanie rozumu mądrej kobiety? Albo też po prostu, w chwili słabości, zapragnął zwierzyć się komukolwiek, kto chciałby go uważnie słuchać - słusznie przypuszczając, że jedynie pani Maria swym oddanym mu sercem rozpozna jego stany ducha i zrozumie go lepiej niż ktokolwiek. Może trafniej, niż on sam? Czy nie dowiodła tego wielekroć? Ona także nosi w sobie przeświadczenie, że zna swego szefa gruntownie. Taką ją chciał mieć - taką ma. Jej podziw jest szczery, gdy porównuje jego siłę dążeń ze swoją - wytężoną, ale nikłą, więc niewspółmierną. A skuteczność zabiegów wokół wszelakich urzeczywistnień? Przecież ona poprzestawała na marzeniach, wiedząc przy tym, że stała się żywym świadectwem Ikachu; nosicielką jego treści. Co też to jej się nieraz śniło na jawie?


- Łudziłam się, że uda mi się zostać jeśli nie współtwórczynią, to chociaż współkrzewicielką pięknych glebomyśli pana naczelnika i wzniosłych jego przekonań, gdyż tak wyobrażałam sobie zaproszenie do współpracy w posłannictwie. Jednak owo zaproszenie okazało się fikcją, tak że jestem tylko skrybicą i inne przypadły mi zadania. Zresztą nie ma miejsca na osobisty punkt widzenia tam, gdzie w grę wchodzi rola służebna i gdzie działa ściśle zjednoczony zespół ludzi. Co prawda, znajdują się oni u nas na różnych stopniach hierarchii, ale połączeni są wspólnym, ujednoliconym pojmowaniem roli Instytutu oraz wymagań, jakie stawia odrębna nasza rzeczywistość. Jeśli dopuszczalne są różnice poglądów, to bynajmniej nie w zakresie ich interpretacji, lecz jedynie w doborze środków realizacji - i do nich sprowadza się nasza pomysłowość, jak też wykazywanie inicjatywy. Nie do nas więc i nie do mnie należy żywe słowo zjednujące. A szkoda, gdyż chętnie bym się podjęła jego głoszenia, bo szczerze ufam jego mocy, zdolnej podważać błędne lub przestarzałe pojęcia, egzystujące siłą bezwładu. Tak samo zresztą wierzę w przekonująca siłę naszych idei, których treść powinna wszystkim w świecie narzucać się słusznością - jedyną i niezastąpioną.

Stwierdzam więc z całą pokorą, że nie stać mnie już na odrębność przeświadczeń. Nie mogę też sobie pozwolić na samodzielność myślenia, a sądy nie do mnie należą. Zamiast więc kierować się osobistymi jakimiś przekonaniami, referuję gotowe ustalenia, a moja pomysłowość ogranicza się do sformułowań. Ale... Niekiedy odnoszę przykre wrażenie, że tu nie chodzi o to, co rzeczywiście należy robić, lecz jak postępować, by się wydawało, że osiągnęliśmy oczekiwane wyniki. Proszę łaskawie zwrócić uwagę na tę subtelną różnicę. Krótko mówiąc, rzeczywistość brutalnie rozwiała moje dobre chęci, jak też osobiste nadzieje. Nie jestem jednak pewna, czy krytycyzm jako rys charakteru został we mnie dotchniony, czy też powstał przekornie i samorzutnie.

To już teraz nie jest ważne - myślałam, obserwując gorączkową krzątaninę, w trakcie której pan naczelnik zacierał skutki swej nieobecności wzmożoną glebniczą ruchliwością i - taktownym na ogół - nakłanianiem nas do posłuchu. Zmusiły go do tego zapewne potrzeby chwili jemu tylko wiadome, a zaledwie częściowo nam udostępniane. Przecież ciąży na nim odpowiedzialność przede wszystkim za wypełnienie posłannictwa, któremu musi podporządkować i nas, i siebie. I dlatego też musi narzucać swój punkt widzenia, bo tylko w ten sposób osiągnie zamiary.

Mam scharakteryzować ogólną atmosferę, jaka panowała u nas po powrocie pana naczelnika? Otóż w pierwszym dniu nasze zetknięcie z ozdrowieńcem ograniczyło się do rytualnych powitań chlebem, solą i pokłonami mającymi wyrazić radość, uznanie i nadzieję, a następnie, z jego strony, do powierzchownego zapoznania się z bieżącą sytuacją. I dopiero w następnych dniach pan naczelnik wznowił - i to nader intensywnie - sprawowanie swych funkcji. W owych pamiętnych chwilach rzeczywistość dnia wraz ze wszystkim, co niesie, powiała huraganem przez Ikach. Szef, odwykły od takich przeciągów, poczuł się oszołomiony; upity nadmiarem. Rzucił się na załatwianie spraw nie cierpiących zwłoki - natychmiastowe, pospieszne, gorączkowe. Nadążał za straconym czasem, nadrabiał zaległości. Atmosferę ożywienia wzmagała aura dni kwietniowych, kiedy wszystko, co żyje, otrząsa się z drętwoty. Mimo to wszyscy ci, którzy przedtem buntowniczo podnosili głowy, krytykowali szefa i zamierzali zburzyć dotychczasowy ład, by zaprowadzić nowy - teraz nagle spokornieli, a co więcej, pochowali się po kątach, przepraszając za swe istnienie już nie osobę, lecz samą obecność zwierzchnika. I z ukrycia śledzili przemiany, jakim on sam podlegał, oraz zmienny, inaczej już teraz przewidywany i zaprogramowany sposób bycia.

Nim to wszystko nastąpiło, my, wierni i posłuszni, zastanawialiśmy się pokątnie, czy pan naczelnik uzna za wystarczający dotychczasowy stan rzeczy. Lecz wszystko wskazywało na to, że nie jest on na tyle zadowalający, by umożliwić naszemu zwierzchnikowi start ku nowym celom, dostrzeganym przez niego, ale nam nieznanym. Wiedzieliśmy, że pojawią się one na pewno, gdyż w środowisku twórczym, takim jak nasze, mają one tendencje dynamiczne i rozwojowe; niekiedy zmieniają się one z dnia na dzień.

Jak się okazało, pan naczelnik, mimo że przez dwa miesiące przebywał w stanie pozornego oderwania od świata, nie wypadł z obiegu spraw i rzeczy. A co więcej, wykorzystał odosobnienie, by gruntownie, by nie rzec - nadmiernie wgryźć się w istotę bieżącej chwili historycznej. Może nawet zbyt gorliwie to uczynił i dlatego nie uniknął przesady. Nawiasem mówiąc, nowo nabyte spostrzeżenia nie wpłynęły zasadniczo - przynajmniej na razie - na zmianę linii i profilu Ikachu, a w panu naczelniku jedynie pogłębiło się przeświadczenie o słuszności sposobów użytych dla urzeczywistnienia swych dążeń. Przemyślał wszakże dotychczasowe środki i uznał za stosowne wprowadzić innowacje oraz uzupełnienia w zakresie szczegółów. Zastosował więc nowe rodzaje sygnalizacji i innych, umownych znaków porozumiewawczych. Zalecił też wprowadzenie większej ilości eksponatów w poszczególnych glebowniach, a co za tym idzie, zastosowanie nowego rodzaju ćwiczeń w posługiwaniu się nimi. Na glebstołach także mieliśmy teraz o wiele więcej różnorodnych przyborów, co utrudniało, a tym samym udoskonalało sprawność w ustawicznym utrzymywaniu porządku. Wzmagało również stopień ujednolicenia czynności i służących im gestów, a siłą rzeczy - sposobów bycia. Należało też rozwiązać sprawę znajdujących się na terenie Instytutu skrytek, to znaczy uściślić ich skład i zawartość, a także ustalić sprawiedliwe rozmieszczenie znajdujących się w nich przedmiotów. Powinna panować pomiędzy nimi równowaga, dotycząca zresztą wszelkich środków, zarówno więc tych, które służą popieraniu naszej sprawy, jak też tych, za pośrednictwem których można dać wyraz - dopuszczalnym! - formom sprzeciwu. Zachowana zostałaby w ten sposób glebrównowaga. Mnożyły się tym samym w nieskończoność przepisy. Te, które obowiązują u nas, pomyślane zostały jako normy zalecane wszystkim instytucjom, które zgodziłyby się przyjąć nasz system. Do tego właśnie należało dążyć przy użyciu wszelkich możliwych sposobów.

Pan naczelnik prawdopodobnie coś jeszcze zamierzał, ale to pozostawało jego tajemnicą. Oficjalnie natomiast rozważał sprawę utworzenia nowego glebowiska, które przeznaczone byłoby do ćwiczeń fizycznych. Odbywałaby się w nim gimnastyka polegająca na wykonywaniu ruchów naśladujących pracę - co podnosiłoby sprawność, a tym samym wydajność glebtwórców. Z kolei musztra wdrażałaby ich do dyscypliny, a jednakowy strój i te same, przez wszystkich wykonywane ruchy ćwiczebne korzystnie wpłynęłyby na znoszenie przejawów indywidualizmu; na ujednolicenie charakterów poprzez wspólny dla wszystkich sposób bycia. Jak się wkrótce okazało, myśl pana naczelnika była zgodna z zapatrywaniem i z dotchnieniami nadczuwalnictwa, które widać już uległo naszym wpływom. Znalazło to wyraz w formie wydawanych nam zaleceń, potwierdzających zgodność opinii w tym względzie. Jak się domyślam, przyznano nam też na ten cel odpowiednie fundusze.


Jak widzimy, lub raczej jak wynika z kolejnej, udzielonej mi wypowiedzi - wizerunek naczelnika Gleby w chwilach znaczących, wyodrębnionych z codzienności i wyróżnionych którąś z sytuacji kluczowych, jawi się pani Marii w kilku warstwach znaczeniowych. Gdy dostrzega wielorakość jego sposobów bycia, widzi szefa, jakim jest obecnie, poprzez wszystkie jego wcielenia poprzednie, lecz nie wystarcza jej wyobraźni, by przewidzieć, jakie będą przyszłe. Nakładające się, nawarstwione - tworzą one nowy, szczególny układ. Korowód cieni pracował na bieżący wizerunek szefa, przygotowując treść jego współczesnych dni sposobem gromadzenia, wybiórki i odrzucenia - i prowadząc nieomylnie ku chwili obecnej, jedynego więc celu, z którym niepodobna się rozminąć; celu, który wszakże może okazać się etapem. Podobnie jak naczelnik jest nie tylko spadkobiercą siebie niegdysiejszego, lecz przede wszystkim poprzednikiem przyszłego siebie lub przygotowawczym wstępem swych następców duchowych - tak też i jego wychowankowie są zapowiedzią nowych ludzi.


- Wzmożona ruchliwość szefa skrupiła się na mnie: to los skrybicy. - Pani Mario, dlaczego zwleka pani z dostarczeniem mi nowych przesłań? - Tak, panie naczelniku, ale... - Nie ma żadnego ale wobec tego, co nadchodzi: przysługuje mu bezwzględne pierwszeństwo. Dzień zwłoki może spowodować nieodwracalne następstwa. Wręcz rozkład. Proszę to zapamiętać. - Tu muszę dodać, że obficie nadchodzące listy wzbudziły we mnie pewne zastrzeżenia, by nie rzec: podejrzliwość. Zastanawiająca była ich stylistyczna jednolitość, a nawet i nadawców nie umiałam jakoś zidentyfikować. Lecz cóż miałam rzec? Jak się nie zdradzić? Odpowiedziałam: - Ależ ja muszę wpierw ukończyć to pilne skrybieństwo, które mi pan naczelnik zlecił. - Odłożyć, odłożyć. Najpierw posegregować przesłania. - Takie sytuacje można by mnożyć. Narażałam się przy tym na wiele utarczek, bo ponadto przybiegano do mnie z różnymi kłopotliwymi sprawami, a każda była najpilniejsza. Wszyscy bowiem otrzymywali od pana naczelnika niejasne, wieloznaczne rozporządzenia, a wszystko to skrupiało się na mnie, bo doprawdy nie wiadomo było, w czym rzecz. Także - jakich zmian można jeszcze dokonać w naszym ustalonym przecież świecie. Ja zaś byłam ośrodkiem - nikłym, ale niezbędnym, w którym nawet absurdy i paradoksy skupiają się oraz nabierają toku. Zmęczona, skołowana - odsyłałam ludzi na godzinkę, na chwilę bodaj, powołując się na jakieś nie cierpiące zwłoki zlecenie szefa. Oni także powoływali się na niego, też coś pilnego im nakazał, więc - urwanie głowy. A pan naczelnik - może pan redaktor wierzyć lub nie - chodził z batem, popędzał, pilnował... Nie, nie przesłyszał się pan: właśnie z batem.

Tu trzeba od razu wyjaśnić, że niektóre sytuacje przedstawiają mi się metaforycznie. Po prostu odczucia przekładają mi się na symboliczne gesty, których dosłowność jest wątpliwa. Chodzi więc raczej o umowność w obrazowaniu stanu moich odczuć. Dotyczy to również owego trzaskania z bata, którego pan naczelnik - według moich być może przywidzeń - używał jako sygnalizacji, by nie nadużywać głosu lub gdy zmęczył gardło. W tym celu, jak się zdaje, ułożył nawet specjalne abecadło: coś w rodzaju złożonego z trzaskań alfabetu Morse'a. I takim to sposobem nie tylko popędzał nas do pracy lub przywoływał do porządku, lecz też zwoływał narady czy odprawy. Co było ich treścią? Otóż w ich trakcie często nam demonstrował slajdy lub specjalnie zainstalowanym reflektorem naświetlał wycięte z gazet fakty i zjawiska zachodzące w świecie. Czynił to, aby nam ułatwić właściwe ich zrozumienie, lecz także - byśmy w ich tle pojęli słuszność naszej roli i racji bytu. W wyniku takich to kształcących akcji, coraz wyrazistszego sensu nabierała działalność Ikachu, zmierzając - jak to określił pan naczelnik - do kształtowania postaw cechujących nowego człowieka. Zamówił nawet rzeźbiarza, który na poczekaniu, w naszej obecności formował jakiś stosowny, ludzki kształt. Mieliśmy być tym sposobem przygotowani do wyłaniajacych się uzasadnień istnienia jako takiego, które szef z grubsza opracował. Nie, także i tym razem nie przesłyszał się pan.

Któregoś dnia odbyło się nadwidzenie. Dokonało go damskie trójzespolenie. Jeszcze gdy pracowałam w archiwum, miałam sposobność przekonać się, czym bywa taka wizytacja i do czego są zdolne wizytatorki. Teraz wszakże byłam już nauczona doświadczeniem, tak że tym razem wszystko odbyło się inaczej. Kontrola nie zaskoczyła mnie, a jej przebieg nie zadziwił. Dopóki u mnie sprawdzano uzasadnictwo, rzecz szła sprawnie, bo utrzymywanie osobowościówek w jak najstaranniejszym porządku jest moją ambicją. Cenię postawę, którą sama opracowałam i umiem ją przybierać w odpowiednich sytuacjach. Recepta jest nader prosta: trzeba wyważyć proporcję między godnością osobistą, uprzejmością, sprawnością gestów, a zwłaszcza rąk przedkładających żądane wystawienniki, a wszystko to koniecznie należy podprawić odrobiną oschłości - lub wilgoci, zależnie od sytuacji. No i plecy, panie redaktorze, wyprostowane plecy, a głowa do góry. To jest bardzo ważny element postawy.

Byłam obowiązana tylko do ukazania, jak działa skrybownia, nie dotyczyło mnie natomiast meritum. I dopiero gdy panie nadzespołowice zagłębiły się w kącinie, rozpętała się zawierucha. Dochodziły mnie podniesione głosy, zabarwione wszakże przesadną uprzejmością, którą - jak uczy mnie ikachowskie doświadczenie - tłumi się dławiącą wściekłość. Wrzące porywy irytacji powinny znaleźć naturalne ujście w ciśnięciu szklanką, w rąbnięciu pięścią w blat - a znaleźć muszą w pełnym słodyczy uśmiechu, podczas gdy język zasycha, a mózg cierpnie od mrowia zaledwie kontrolowanych impulsów... Wszyscy znamy rodzaj powołania pana naczelnika, jego ambicje, jego szczerą pasję i gorące przejęcie się naszą sprawą oraz narzucone sobie rygory. Ale te panie pokazały, czym potrafią być. Małostkowe, nieczułe, podejrzliwe - żądały udowodnień i udowodnieniówek, uzasadnień i uzasadnieniówek, wciąż i wciąż. A przecież pan naczelnik jest człowiekiem natchnionego czynu: działa, przede wszystkim działa oraz uprawia biorczodawczość, nie zawsze dbając - choć wymaga tego od glebowników - o drobiazgowe uzasadnienia. To prawda, pilnie i metodą niemalże taśmową wygłasza liczne wykłady i przemówienia, sprawdza też i sporządza sprawozdania, co także zalicza się do czynów...

Gdyby połączyć owe wypowiedzi w jedno zmaterializowane pasmo dźwięku, ileż sprawiłoby dobra w świecie i jakież spowodowałoby w nim przewroty, wydostając się jak najszerszym ujściem poza mury Ikachu, by niczym telegraf bez drutu rozpościerać się nad miastem i światem, i jako upostaciowany wgląd czy natchnienie sięgać do wszelkich instytucji - także do nadrzędnych instancji. Ale to są na razie tylko marzenia. Niemniej, pan naczelnik na pewno zostawia liczne ślady swej działalności, które streszczone w licznych hasłach i złotych myślach, już obecnie upstrzyły ściany i sufity kąciny, przylepione do nich jako memento. Niemniej nadmiar spraw, które go pochłaniają, sprawia, że zbyt jest zajęty (wszak doskonali system), by mógł wiele poświęcić czasu udowodnieniom, czyli dokumentacji, która umniejszyłaby jego ludzki format.

Podczas zatem nadwidzenia co chwilę wpadał do mnie to blady, to rozpalony, pytając mnie o takie siakie dokumenty. Niestety, nie zawsze umiałam mu doradzić, gdyż wyszły na jaw spore braki, na co w zupełności nie miałam wpływu. A zresztą nie zostałam dotchniona na taką sytuację. Czyżby pan naczelnik jej nie przewidział...? Te panie wróciły potem do mnie i zażądały osobowościówek poszczególnych ikachowców. I tu już pan naczelnik nie potrafił ukryć drżączki: wizytatorki kwestionowały zajmowane stanowiska podopiecznych od strony ich kompetencji oraz przydatności wynikłej z rodzaju wykształcenia, nie biorąc pod uwagę - ukształtowania. Proszę pamiętać, że te panie do nas przyszły, podkreślam: przyszły; że ani więc trochę nie pochodziły z naszego świata i że wniosły tu do nas ten otaczający wraz z całym jego obrzydliwym realizmem. Ponadto ich żądania podważały autorytet pana naczelnika, bo wreszcie to on jest tu gospodarzem, do niego należą postanowienia w sprawie przydzielania czynności i wyznaczania, czy raczej udzielania stanowisk. Dlatego nie obeszło się bez nader przykrych i pełnych niepokoju chwil; musiało nastąpić brutalne starcie naszej rzeczywistości wewnętrznej z tą z zewnątrz. Lecz wkrótce potem, nareszcie oddaliły się w głąb budynku, a mnie zdawało się, że wessała je jakby próżnia; że zaczęły maleć, kurczyć się, zanikać do rozmiaru zera. I że pozostały po ich tu obecności brudne, acz niewidzialne plamy, z samych zaś, owych paniuś - puste i pomarszczone powłoki, które ponownie nadmie dopiero zasób obowiązujących w pozaikachowskim świecie sposobów bycia; odzyskane ważniactwo.

Stanie się tak wszakże wówczas, jeśli rzeczywiście się tam znajdą. Bo dla mnie wcale nie jest pewne, czy doprawdy poszły później od nas, czy też po prostu zanikły. Śladem jednak potwierdzającym ich bytność u nas był zbiór dotchnień, a wśród nich - wniosków, zastrzeżeń, spostrzeżeń i zaleceń, które odchodząc zostawiły. Tak, z pewnością otrzymały - nim tu przyszły - pouczenia od najwyższego służebnictwa, lecz mimo to wpływ Ikachu okazał się natychmiastowy. Uległy tak zwanym reakcjom szeregowym, rozpatrując nasz szczegółowy i rytmiczny układ rzeczy, czego właśnie następstwem były owe, pod jego kątem wydzielone dotchnienia. Nie wiem, czy wyrażam się dość jasno, ale mam nadzieję, że pan redaktor rozumie, w czym rzecz.

Zdawało się, że przeminęła nawałnica, lecz mimo to słoneczny, kwietniowy nastrój tego przedpołudnia nie miał do nas przystępu, gdyż panowała u nas jakaś wewnętrzna chmurność. Pan naczelnik kazał sobie przyrządzić kawę, mówił, że mu głowa chyba pęknie, więc Ewa skrycie naszykowała klamry i przylepce. Oczywiście, że żartuję. Kiedy osobiście mu tę kawę zaniosłam, pozwolił sobie na chwilę słabości, mimo że nieskłonny bywa dzielić się troskami. Któż się jednak lepiej ode mnie nadaje do wysłuchiwania takich zwierzeń? O, ja umiem słuchać. Niekiedy nawet spełniam rolę chusteczki. - Niechże pani usiądzie, pani Mario. - Usiadłam, pełna dobrej woli, spokojna, pogodna i wyprostowana. Starałam się okazać uprzejmą gotowość, ale i macierzyńską łagodność, bo instynkt i wiek podpowiedziały mi, że z panem naczelnikiem niekiedy trzeba postępować jak z dzieckiem. Może tego właśnie ode mnie oczekiwał i na taki sposób bycia mnie niejako nastawił, skoro matczyna pierś była mu już niedostępna? Usiadłam więc z uśmiechem, któremu, pod zachęcającym spojrzeniem szefa, nadałam kojący wyraz, i mówię: - Słucham pana naczelnika? - Milczał, więc znów się odezwałam najmilej jak umiałam: - Proszę się nie przejmować i nie brać sobie zanadto do serca takich przykrości, bo to może okazać się szkodliwe dla pańskiego zdrowia. - Podziękował mi spojrzeniem i westchnął: - Ano, właśnie. - I przybrał minę tak dziecinnie oczekującą dodania mu otuchy, że mnie to szczerze wzruszyło. Byłam pewna, że przysługuje mi szczególne prawo udzielania pomocy swemu zwierzchnikowi, jeśli potrzebuje wsparcia duchowego i gotowy jest do zwierzeń natychmiastowych, naglących i koniecznych, gdyż przynoszą ulgę, jak wielki płacz. Widać doszła u niego do głosu podświadomość, a na nią nie ma rady, jeśli na moment zawiesi się czujność. - Muszę panią przeprosić za pewne nieuniknione następstwa nadwidzenia... - I urwał, nie kończąc myśli; połknął jakieś słowa - czy straszne? Czy miały mnie zranić?

Unik był wyraźny. Powstało we mnie nikłe podejrzenie, że panie nadzespolice złożyły zażalenie, a nawet zażądały zwolnienia mnie. Tylko - za co? Z jakiego powodu? W jaki sposób miałam ewentualnie wypowiedziane słowa nakazodawcze i niepojęte pragnienie pozbycia się mnie rozumieć, jeśli rzeczywiście się tego domagały? Chyba że zwolnienie miało znaczyć spowolnienie. A przecież nie byłam nadmiernie, by tak rzec, przyspieszona, ani też powolnością nie było i nie mogło być życie w Ikachu, a tym bardziej poza nim. Chyba że pod tym pojęciem rozumieć uległość i posłuszeństwo? Nie wiem, ale tu często bywa stosowana gra słów, dla wykazania wielu obliczy rzeczywistości. Myślę wszakże, iż paniom wizytatorkom zapewne nie spodobała się moja ponadwiekowość. Albo może niedostateczna lub odwrotnie, nadmierna sprawność, gdy nie dość albo nazbyt skutecznie manewrowałam udowodnieniami. Same więc sprzeczności i zagadki wyłaniały się z bytności tych pań.

Jeśli zaś chodzi o pana naczelnika, to nie wiem, jak pojmował określenia przez nie używane ani też, które spośród wielorakich znaczeń wybrał. Na pewno wszakże, stawiając na pierwszym miejscu ważność i dobro Ikachu, zapewne na ślepo przyobiecał im spełnić jakieś żądania, nawet jeśli nie były dla niego jasne i nie wiedział, o które chodzi. Tak czy inaczej, wykorzystał okazję, by pozbyć się mnie, czyli uczestnika, który jako już wykorzystany eksperymentalnie, więc jako zbędny balast, przysparza sobą kłopotu. Zdawał sobie też zapewne sprawę z grozy sytuacji, jeśli postawiono mu warunki albo-albo. Sam też, być może, bronił się przed zarzutami, mnie czyniąc winną za nie moje usterki. Jednak nie mam żalu, bo coraz lepiej rozumiem, dlaczego prawdopodobnie staję się z wolna uczestnikiem niepożądanym czy też niegodnym, by stawiano mu żądania. I proszę nie zaprzeczać. Byłam za stara w chwili, w której poddana zostałam kształtującym wpływom. Tak, zgadzam się z panem redaktorem, że jestem idealnym produktem tutejszych zabiegów, ale nie rokuję już nadziei na rozwój. Przypominam: zabija się indywidualność, by tworzyć nowych ludzi; ludzi przyszłości. Przyszłość - w moim wieku?

Niech mój przypadek będzie wnioskiem dla pana naczelnika, że trzeba inaczej zastawiać sieci, by postarać się o zapełnienie pustych zydli czy stanowisk ćwiczebnych. Nabór więc powinien dotyczyć ludzi na tyle młodych, by mieć wpływ na ich podświadomość i by nigdy nie dochodziła do głosu. Wiem też, że obecnie w ocenach szefa jestem może trochę już niewygodna, bo nadmiernie sumienna, gorliwa i skrupulatna. Stanowię zatem niejako owoc przejrzały; skończony efekt, niezdatny do dalszego rozwoju, hamujący więc dynamikę Ikachu.

Pan naczelnik, opanowany już nie irytacją, ale rozżaleniem czy nawet zgrozą, zmienił naraz kierunek rozmowy: - Nie cierpię, nie chcę cierpieć bab jako zwierzchniczek - pożalił się, mając na myśli wizytatorki i chcąc zapewne osłodzić mi przykrość. - Chłop to huknie jak trzeba, wyłoży kawę na ławę, a te będą dziobać człowieka, krążyć, szarpać. Licho wie, o co im chodzi, a może same nie wiedzą i tylko się wyżywają? - Byłam odmiennego zdania (bo nie wyobrażałam sobie tych pań jako drapieżnych ptaków; prędzej już jako gryzonie) i zdobyłam się na to, aby swą opinię spokojnie wyrazić. Rozmyślając nad powstałą sytuacją i wypowiadając co nieco ze swych przemyśleń, starałam się wyjaśnić szefowi, że te panie są przecież niewtajemniczone w sedno programu i nie rozumieją naszej specyfiki. Uważają Instytut jako zwykły zakład wychowawczy. Niemniej wydaje mi się, że drobiazgowe wskazania i pouczenia oraz wnikanie w sprawy na pozór błahe sprawiają wrażenie zacieśniania rzeczywistości do takiego jej obrazu, który mieści się w zakresie ich pojęć o wyświechtanej i wytartej, popularnie przyjętej prawidłowości i wpojonym im spełnianiu jakichś obowiązujących je, narzuconych przykazań. W takim to świetle, nie może wchodzić w rachubę pomysłowość lub tym bardziej nowomyślność, a odstępca zasługuje na naganę oraz na ocenę niedostateczną. Może dlatego ich cierpkie uwagi spowodowały w nas niemało przygnębienia, a rady i porady - oburzenie zamiast pokornej wdzięczności. Jeśli jednak nadwidzenie stało się sposobnością dla pana naczelnika do rozwagi i do wyciągania odpowiednich wniosków, to wynikłe z owej wizytacji przykrości były niejako ofiarą złożoną Ikachowi, więc konieczną... Ten ostatni wniosek zachowałam oczywiście dla siebie.

Snując takie oto refleksje oraz wtrącając tu i ówdzie jakąś uwagę, słuchałam uważnie wynurzeń szefa, a mimo to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że są one czymś więcej niż tylko zwierzeniami: że stanowią rodzaj dymnej zasłony. Otóż, jak się zdaje, pan naczelnik chce ukryć dotyczące mnie sprawy, nie mając odwagi mi ich wyjawić, lecz mimo to domyśliłam się już na początku rozmowy, w czym rzecz. Wśród gorzkich uśmiechów i rzekomo przyjaznej rozmowy ważyły się zatem moje losy; coś mglistego zbierało mi się nad głową, wyczułam też pod nogami lekkie drgnięcia, zwiastujące rychłe obsunięcie się ziemi. Czy tylko mnie ono dotyczyło? I czy tylko mnie usuwała się ona spod nóg? Otóż to. Tak czy inaczej, czyż miałabym pociągnąć za sobą w przepaść swego dobrodzieja? O nie, za nic. Powinnam zapomnieć o sobie. Muszę sama, dobrowolnie w nią wskoczyć - po to, by on, właśnie on mógł zostać bezpiecznie na ocalałym skrawku pewnego gruntu. Powiada pan, że nie ma celu dość wysokiego, który by usprawiedliwiał poświęcenie dlań oddanego człowieka? Tak, zapewne. Ale takie pomówienia byłyby jednak krzywdzące dla pana naczelnika. Moja ofiara byłaby, powtarzam, dobrowolna, on zaś zawsze był dla mnie dobry. Wszak nieraz ustrzegł mnie od zguby, wielekroć też dawał mi dowody życzliwości, nie oczekując w zamian wdzięczności innej niż posłuszeństwo. Jeśli mimo wszystko obydwoje poczuliśmy się jakoś winni i jeśli nawet wina była tak niejasna, że można było w nią powątpiewać, to nasza rozmowa stała się jakoś oczyszczająca; nabrała charakteru wzajemnego zadośćuczynienia.

To chyba zostało przewidziane w moim, niejako zużytkowującym się dla Ikachu losie, by nic mi nie zostało spośród spraw, o które dla siebie chciałabym zabiegać. Także - bym spokojnie przyjęła fakt bliskiego już chyba kresu. Ale mi nie żal: już odegrałam przydzieloną mi rolę, a ponadto zdaję sobie sprawę, że mój wkład niezbyt był wydatny, gdyż zawsze ograniczał się jedynie do drobiazgów. Ktoś musi o nie dbać, by ktoś inny, kogo na to stać, mógł bez zakłóceń i utrudnień pętających stąpnięcia oraz wszelkie poruszenia - zająć się sprawami głównymi. Na ogół niczego więcej ponad owe drobiazgi ode mnie nie wymagano ani nie oczekiwano jako od skrybicy, a ja nigdy siebie nie przeceniałam ani nie miewałam wygórowanych pragnień. To była moja metoda uniknięcia rozczarowań. W taki zresztą sposób zostałam dotchniona. Pogodziłam się już z faktem, że niczego nie osiągnę, bo nie będąc jak Ewa wysoką, nie sięgnę po coś, co nie zostało dla mnie przewidziane, co mi więc jest niedostępne. U schyłku mojego życia w Ikachu niewiele się już mogę spodziewać i nie oczekuję niespodzianek. Z to mogę śmiało i bez fałszywej skromności stwierdzić, że zawsze byłam niezbędna w sprawach, które wymagają cierpliwości, staranności i zmysłu porządku. A teraz nie tylko wywiązuję się z obowiązków, ale też wyzwalam z krępujących ról.

Jestem zatem z siebie rada. Boli mnie jedynie fakt, że pan naczelnik, mimo iż wciąż jeszcze należę do zespołu nadsłużebnego, niechętnie (poza pamiętnym wyjątkiem) skłania się do wysłuchiwania moich praktycznych rad. A jestem pewna, że nie pozbawione są słuszności: pochlebiam sobie, że będąc kobietą, stać mnie na trochę - często brakującego mężczyznom - rozsądku, jak też trzeźwości myślenia. Moje rady nie naruszyłyby przecież meritum ani nawet nie dotyczyłyby innowacji, a jedynie, na przykład, szczegółów uzupełniających wyposażenie sal czy coś w nim ulepszających. Mogłabym też wskazać możliwość dodatkowego, nie branego pod uwagę sposobu posłużenia się jakimś eksponatem albo też przeprowadzenia drobnych zmian w ich układzie - i temu podobne. Wyczuwam ponadto, że w odpowiedzi na rodzące się we mnie niezadowolenie, wątpienia i niepokoje, siłą sugestii pana naczelnika zostałam ostatnio nastawiona czy przestawiona - zaradczo i zapobiegawczo - na inny rodzaj pogodzenia się z losem. Na optymizm więc - ale inny, bo wynikły nie z osiągnięć w Ikachu, lecz z piękności świata, a także z nadziei na rychły wypoczynek. Na takie to stany wewnętrzne ma mnie przygotować znużenie pracą i pochodzące z niej przykrości.

Piękno świata... O właśnie. Maj rozpanoszył się, pyszni się już rozkwitem i urodą - cóż z tego, skoro nie dla mnie jest przeznaczona. Omija mnie piękno, muszę się go wyrzec, gdyż pędząc tu rano, ledwie dostrzegam, jak cudownie jest wokół. Dlatego w dniu, o którym chcę opowiedzieć, wyszłam z domu trochę wcześniej, aby móc przysiąść na skwerze przed grzędą tulipanów. Nie mogłam wyjść z podziwu, że takie cuda zdarzają się na świecie. Czy pan redaktor przyglądał się kiedy tulipanom? Ten tajemniczy środek kwiatu, nieuchwytny jak drżenie... Te płatki, stopniowo, w miarę patrzenia odkrywające swe znaczenie... Są one bowiem czymś więcej niż tylko barwą, odcieniem, a nawet strukturą; są wyszukanym zjawiskiem, które nie od razu można ocenić. Dlatego długo należy się w te kwiaty wpatrywać, nim rozpozna się i wyodrębni wszystkie ich subtelności... Kontemplowałam zatem tulipany, sycąc się tajemnicą rozkwitu - lecz czyniłam to z niejakim smutkiem, bo wiedziałam, że za kilka dni ten objawiony mi cud kwitnienia przeminie. A ponadto, że na razie przykuta do glebstołu, nie znajdę sposobności oglądania tych kwiatów nawet przez okno, a później, gdy stąd wyjdę, będę już tak zmęczona, że niezdolna do odczuwania radości i niewrażliwa na wszelki urok. Trzeba się też będzie zatroszczyć o sprawy żołądka i inne, codzienne. A co najgorsze, podziwiany rano urok kwitnienia jeszcze dziś zaniknie bezpowrotnie, bo choć nie tylko poranne, lecz też wieczorne słońce umie wydobywać pełnię barw, to jednak właściwy wczesnym godzinom rodzaj światła i wywołane nim odcienie już się dziś nie powtórzą.

Może to właśnie te kwiaty sprawiły, że nie bardzo mnie dotknęło, a nawet było mi na rękę pewne, błahe zresztą wydarzenie, które nastąpiło owego dnia. Trwał już trzeci dzień po nadwidzeniu. Pan naczelnik, opanowany geniuszem pracowitości, miotany był przezeń po Ikachu, to znów chronił się w kącinie, by zagłębiać się w rozmaitym wystawiennictwie, a wówczas nie troszczył się już zbytnio, czym się kto zajmuje. Zresztą niewiele się rzeczywiście w owych dniach glebowało, a jeśli już, to zrywami. Z wyjątkiem mnie, oczywiście. To zaś, co teraz powiem, może pan uznać za metaforę obrazującą stan moich czy naszych odczuć. Otóż było lub mogło być tak, że gdy pan naczelnik stawał gdzieś pośrodku i trzaskając z bicza wydawał jakieś polecenia (ilość wystrzałów była szyfrem) - wszyscy wówczas biegli do mnie po ratunek, bo ja jedna miałam instrukcje. Obmyślałam, a czasem dyktowałam Ewie - by rozdać na piśmie - sposoby wykonania owych poleceń, i byłam rzeczywiście zapracowana. Pozostali ikachowcy trwali w przytajeniu, oczekując, co wyniknie z sytuacji. W pewnej chwili zaszła okoliczność, którą po dotychczasowych nauczkach można nazwać zuchwalstwem.

A zatem naraz powstał rwetes. Otóż pan naczelnik szukał wraz ze mną, najpierw mozolnie, później już niecierpliwie dniowskazaniówki (jest to rodzaj dziennika) sprzed kilku lat, na którą z jakiegoś powodu zamierzał się powołać. Sprawy sprzed lat.. Oszołomiona zmęczeniem, odniosłam wrażenie, że są to sygnały nadawane z zaświatów, które musimy odbierać, bo nie dość jeszcze jesteśmy samodzielni. Ale nie w tym rzecz, lecz w tym, że szukaliśmy bezskutecznie z tej prostej przyczyny, że owego dziennika nie było. Nie, nie zdematerializował się, wszak dążymy do pełnej materializacji, ale jeszcze nas na nią nie stać... O ile pamiętam, szef swego czasu zabrał ów dziennik do siebie, aby go przestudiować celem wysnucia jakichś analogii, a następnie, prawdopodobnie zaplątał mu się pomiędzy jakieś inne dokumenty, nieaktualne bądź znikomej wagi, i wraz z nimi został wyrzucony do kosza. Wówczas to, zdenerwowana, wystąpiłam z niewczesną radą, że wszystkie wystawienniki, natychmiast po przeczytaniu, powinien przekazywać mnie, ponieważ to ja właśnie mam dbać o zachowywanie w nich porządku. A więc - rozmaite pisma posegregować i umieścić w teczkach opatrzonych odpowiednimi znakami, takimi jak - proszę się nie śmiać! - zasuszone liście lub malowane kwiaty. Znaki te, o ile się pamięta ich znaczenie, znakomicie ułatwiają segregację, jak też odszukiwanie - aczkolwiek nie są odpowiednikami umieszczonego jednak na teczkach tytułu i numeru łamanego przez rok. Stanowią też rodzaj szyfru, który uniemożliwia wgląd osobom niepowołanym... A zatem powiedziałam, że będąc fachową ikachowską skrybicą, na pewno zapobiegłabym zagubieniu owego nieszczęsnego dokumentu, jak też wszelkiego innego uzasadnika, gdyby do mnie wrócił. Niestety, zapomniałam, komu udzielam rady. Skoczył na mnie: - To ja mam się tym zajmować? Ja? - Spostrzegłam gafę, bo to przecież ja sama powinnam zgłaszać się do kąciny po odbiór przestudiowanych pism. Mimo to, nie tracąc spokoju, powiedziałam, że nie lubię wtrącać się ani komuś przeszkadzać, a ponadto, że pilnie stosuję wpojone mi zasady zachowywania ładu i że może mieć do mnie w tym względzie pełne zaufanie. A tak w ogóle, to ściśle i lojalnie stosuję się do zaleconego mi postępowania i z ręką na sercu stwierdzam, że wszystko, co owego postępowania dotyczy i co z zaleceń wynika, świadczy o genialnie obmyślonym ułatwieniu wykonywania różnych glebowań wystarczająco skutecznym, aby wykluczyć potrzebę użycia innych.

Tymi słowami próbowałam złagodzić niezręczną sytuację. Jednakże zarówno zbyt pouczającym i ostentacyjnym demonstrowaniem utrzymywanego przeze mnie porządku, jak i uprzednią aluzją do nieładu w jego szufladach, na tyle dotkliwie uraziłam pana naczelnika, że powiedział: - U pani... O tak, u pani rzeczywiście jest wszystko jak należy, ale reszta...? Powinna pani ogarniać całokształt. - To oczywiste, że owo ogarnianie wcale nie do mnie należy; nie wchodzi w zakres moich kompetencji. I również jest oczywiste, że pan naczelnik szukał pretekstu, by nie musieć wycofywać się z tego, co powiedział - skoro już uznał za stosowne natrzeć na mnie, zapewne tytułem próby. Być może, chciał mi też troszkę dokuczyć w zamian za moje uwagi, które w duchu na pewno uznał za słuszne. Powiedziałam: - No, nie bardzo, panie naczelniku. Wprawdzie wszystkie wystawienniki czy udowodnieniówki niejako przenikają przez skrybownię, ale nie we wszystkie mam wgląd. Na przykład w te kierowane bezpośrednio do pana lub do nadczuwaczy poszczególnych glebowisk. A ludzie często gubią, zapominają zwrócić, trzeba by zastosować jakąś dodatkową sygnalizację. - E tam, gadanie. Powinna pani walczyć o ten wgląd, sama dopominać się o swoje prawa. Także więc o należne pani prawo kontroli, sprawdzania więc wszelkiej korespondencji. Wszak z założenia nie ma u nas przesłannictwa prywatnego, a do pani należy skrybiarska nie tylko przenikliwość, ale też wnikliwość. Przecież ma pani odpowiednie urządzenia i chyba zdążyła pani przez tyle lat nabyć wprawy, a jeśli nie, to...

No i widzi pan, panie redaktorze. Zabrzmiało to przecież jak pogróżka. Zupełnie wówczas nie rozumiałam, co się stało panu naczelnikowi, że przemawia do mnie tonem, na który nie zasłużyłam. Teraz wiem, że z wolna przygotowuje mnie do odejścia, obrzydzając mi pobyt w Ikachu i czyniąc go wręcz nieznośnym. Ale wtedy - w swej naiwności chciałam mu wyjaśnić, że czym innym jest archiwum, gdzie leżą odłogiem sprawy o znaczeniu historycznym i skąd tylko niekiedy czerpie się wyjaśnienia dotyczące spraw bieżących - a czym innym przechodzące z rąk do rąk aktualności. Ale pan naczelnik nie dał mi możności wyjaśnień, bo już szedł do siebie i tylko rzucił mi przez ramię uwagę - a był zdenerwowany do ostateczności - że glebuję już dość długo, by mieć czas na uporanie się z doprowadzeniem wystawiennictwa do stanu glebfunkcjonalności.

Ubliżało mi to krzywdzące mnie pomówienie o zaniedbania, ale biorąc pod uwagę szczególne rozdrażnienie pana naczelnika, zmilczałam także kolejną uwagę: że przydałoby się, abym wykazała więcej energii, jeśli chcę się tu utrzymać. Nie, nie powiedział, że potrzebny jest ktoś młodszy. Szef jednak umie być taktownym a być może pożałował też, że mimo propagowanego zdobywania się na uśmiech, zbyt szorstko obszedł się ze mną. Zawrócił bowiem, by mi właśnie z uśmiechem oznajmić: - Czy pani uwierzy? Powiedziałem wprost tym babsztylom, że trudno mi pozbywać się ikachowca na swój sposób wzorowego, przecież jest pani pilna i nie opuściła ani jednego glebodnia.

Skamieniałam. Przepraszam, to nie jest aluzja do miękko i ulegle brzmiącego nazwiska szefa. Oczekiwałam wprawdzie ciosu, a nawet, twardniejąc wewnętrznie, przygotowałam się na jego odebranie, a jednak zabolał. Znów, jak kiedyś, torturowałam się pytaniem, na jakie to żądania nadzespolic pan naczelnik dał odmowną odpowiedź? Zdarzenie z nieodnalezioną dniowskazaniówką okazało się kontynuacją nadwidzenia, a zanik tamtych pań był tylko pozorem czy mimikrą. Stopniowo oswajano mnie z myślą, że nie nadaję się do pełnienia służby oraz nastawiano mnie na samodzielną z niej rezygnację. A jednak uczepiłam się bezrozumnej nadziei, że może to wszystko, co się wydarza, jest tylko złym snem?

Oprzytomniałam - i niemal bezwiednie wysnułam stosowne wnioski. Nie ma rady, trzeba przygotować się na odejście. Co więcej, jęłam pracować nad sobą, by szczerze ode mnie pochodziła gotowość poddania się odesłaniu. Tak właśnie - a nie wydaleniu: takie ujęcie sprawy dowodziłoby brutalności, na którą nie zasługuję. A jednak brutalnością było. Bo i cóż z tego, że pan naczelnik dał mi do zrozumienia, jakoby bronił mnie przed natarciem z zewnątrz? Byłam pewna, że pragnie się mnie pozbyć, lecz jednocześnie chce ułatwić sobie sytuację, starając się uniknąć dramatycznej sceny. Pan redaktor jest dla mnie uprzejmy twierdząc, że jestem na histeryzowanie zbyt wytworna - ale moja gorycz doprawdy nie miała granic. Więc doszło już do tego, że trzeba mnie aż bronić? Wszystko zresztą, co się tu wobec mnie działo, było dotchnione, wiem o tym. Dotyczyło to nawet owej połkniętej wzmianki o kimś młodszym, dotkliwszej niż uderzenie w głowę kamieniem.

Nagle z przeraźliwą jasnością uświadomiłam sobie swoje lata, jeszcze nie wysłużbione, ale już dobiegające kresu. I naraz - wspomniałam tulipany. Czy możliwe, by taki drobiazg mógł człowiekowi dopomóc? A jednak to właśnie tulipany pozwoliły mi oddalić przykrość, i to do tego stopnia, że sprawy tutejsze wydały mi się doprawdy niegodne zmartwień. Zdołałam je sobie obrzydzić i umniejszyć, gdy pomyślałam, jak w porównaniu z nimi pięknie będą te kwiaty wyglądać w słońcu popołudnia, w płaszczących się po ziemi promieniach zachodu. Wkrótce będę mogła przyglądać im się, ile tylko zechcę, o każdej porze dnia. O tak, pan naczelnik, bezwiednie zresztą, wybrał stosowną porę, by skutecznie doprowadzić do kresu swe wobec mnie zabiegi glebnicze. Już wyczerpał się zasób prób i eksperymentów, przewidzianych dla mnie jako reprezentantki danego typu osobowego. Już je na mnie przeprowadzono, osiągając spodziewane wyniki. Już jestem niepotrzebna. Czas najwyższy, bym się z tego tu wszystkiego - łącznie z niemądrym i dziwacznym, stosowanym w Instytucie nazewnictwem - wyzwoliła. I aby dane mi zostało nareszcie cieszyć się do woli, ile tylko możliwe, urokiem świata - póki nie nadejdzie chwila, gdy cieszyć się nim już nie będę mogła, a jedynie pocieszać się trwaniem z dnia na dzień.

Liczyłam minuty dzielące mnie od wyjścia z Instytutu, a następnie - lata służby. O tak, pora odpocząć, już wszystko jest za mną. Naraz zwidziało mi się moje życie jako ciąg sytuacji tworzących logiczną całość, w której każdy element zyskał uzasadnienie, a każdy fakt wynikał z poprzedzających go jako konieczność. Czyli: nic inaczej być nie mogło, niż było. A teraz już na nic nie czekam. Nagle poczułam się wolna. Z tego powodu doznałam tak ogromnej ulgi, że aż stałam się niebywale lekka i niemal szczęśliwa. I wdzięczna byłam panu naczelnikowi, że za jego sprawą przeżyłam taką to, dobrą chwilę. Nie bolało mnie już przewidywane rozstanie, skoro miało stać się wyzwoleniem. Faktem jest, że zdobyłam się na uśmiech (też dotchniony, jak wszystko w Ikachu), spoglądając na zamknięte już drzwi sekretariatu. Jakże promiennie owego dnia powiedziałam panu naczelnikowi do widzenia, wychodząc wbrew obyczajom pierwsza. Wolna, wolna - jakbym już nie żyła. To nic, że najpierw musiałam usilnie przywołać wyobraźnią moją grzędę tulipanów. To dobrze, że przywołać mogłam. I że jeszcze mnie stać nie na wzywanie pomocy, ale na pewność oparcia, jakiego mi udziela piękno świata. Oby mi zostało dane jak najdłużej móc z tego piękna korzystać, bo może... Może ono nie bywa udziałem takich ludzi, jak pan naczelnik?


I tak to nastały dni, w których dopełnił się los pani Marii. Z próby rezygnacji, jako człowiek, wyszła zwycięsko. Czyżby więc ten sprawdzian liczył się jako wartość sama w sobie? Nie, po stokroć nie. Czymże jest ta kobieta wobec ogromu, wielkości i wszechpotęgi Ikachu? Jest wszystkim i niczym, jak każdy tu należący, gdyż proces włączenia staje się nieodwracalny. Jej rola jednak nie wyczerpała się w chwili wszelako rozumianego dokonania. Wszak pani Maria Niekonieczna potwierdziła swym życiem i swą osobą konieczność istnienia Ikachu, jak też celowość dokonywanych tam zabiegów oraz zbawczość tej instytucji; słowem - wszystko, co stanowi istotę systemu naczelnika Gleby. Będąc osobą posłuszną i uległą, biernie tedy zdobyła zasługi, które wszakże stały się wartością trwałą: z tych, co to idą w pokolenia. Ikach bowiem różną od wieków przybierał i przybierać będzie postać, ponieważ jest i pozostanie wieczny nawet wówczas, gdyby po wielekroć ulegał rozbiciu i zdruzgotaniu. Tak samo przyszli jego naczelnicy - nawet gdyby pozornie działali przeciw Glebie - przejmą jego ducha. Tak więc Gleba odradza się i odradzać będzie w każdym z nich, podobnie jak i następczynie pani Marii - w niej samej jako pierwowzorze. Cóż więc z tego, że jej anioł opiekuńczy jakoby zmienił biel na czerń? Może to ona sama przypisała mu tę barwę, po czym z ulgą odżegnała się od niej, wybierając barwy radości i kładąc krzyż na złudzenia?


Ewa


Co do Ewy, to - jak wynika z kolejnego, uczynionego na bieżąco przesłuchania - umie sobie ona poradzić, mimo że w różny sposób zostaje już po raz drugi kuszona i omal się nie poddaje wskutek rozczarowania, rozgoryczenia, zawodu. Wychodzi wszakże z wszelkich prób zwycięsko, nie musząc przepraszać, że żyje: wszak o nic nie zabiega, gdyż to los w postaci naczelnika Gleby upomniał się o nią, a ona chce mu być wierna i posłuszna. A jednak...

Tej dziewczynie o duszy artystki wydaje się, że jest niedoceniona. Czy nie domyśla się, że szef - ten przewodnik w wędrówce ku Nowemu Ziemiaństwu - nie bez kozery wybrał ją i przeznaczył dla jakichś jawiących mu się celów? I że w swych zamiarach uwzględnił jej wrażliwość i inteligencję? Są to pytania retoryczne, gdyż ona z całą pewnością zdaje sobie z tego sprawę. Co prawda, niektórzy uważają Ewę za płochą i lekkomyślną, lecz ona wpatruje się w szefa niczym w słońce. Tyle że ją ono oślepiło zamiast oświecić, i może dlatego przeżywa swoisty dramat.

Stwierdza z bólem następstwa choroby zwierzchnika, co jednak przyczynia się do jej psychicznego i intelektualnego dojrzewania. Jak wynika z zapisu Kronikarza, wydoroślała ostatnio. Mimo wciąż dziewczęcego wyglądu, jest w niej wiele z człowieka przygniecionego wielorakim doświadczeniem. Może świadczy o tym zmarszczka między brwiami, która znamionuje namysł, ale i gorycz? Pojawia się podobno, gdy Ewa jest przeświadczona, że nikt na nią nie patrzy. Zachowała sposób bycia pełen lekkości i wdzięku, i wzorem szefa, stać ją na uśmiech dla wszystkich, lecz służy on prawdopodobnie zachowaniu pozorów dzielności i pogody. Jej młodzieńcza egzaltacja wygasła, albo raczej przerodziła się w trzeźwość, która odziera ze złudzeń, pozwala natomiast widzieć wszechstronnie oraz należycie oceniać mechanizmy świata. Mimo to nie oduczyła się szanować ludzi i uchowało się w niej sporo uczuciowości, która czyni człowieka podatnym na czyjeś wezwanie i gotowym odpowiedzieć odpowiedzieć na nie natychmiast.


- Słońce przygasa, może już jest zachód, a może tylko nadciągają chmury? Widzę je, idąc nagrzanymi wiosennym ciepłem ulicami. W przygaszonym blasku, który nie razi oczu, łatwiej jest dostrzegać ludzi, jak też rozróżniać sprawy i rzeczy, nawet te spoza zasięgu widzenia. Mam na myśli problemy. Co się właściwie stało? Józek wrócił ze szpitala niby ten sam, a przedziwnie odmieniony. Wyczuwam jakiś zgrzyt. Bo jeśli to, co u niego brałam za wielkoduszność, było zawoalowaną dążnością do zniewolenia, choćby czynionego w najlepszej wierze; jeśli próby przerastania własnych rozmiarów miałyby być tylko zabieganiem o najlepsze ulokowanie swej jedyności we własnym mniemaniu i w opinii ludzi; jeśli jego wzniosła dążność do wydobycia z siebie tego, co najlepsze, byłaby tylko grą ambicji, a troska o ludzkość miałaby służyć do wystawienia sobie posągu - to gdzie jest prawda o tym człowieku? Wygląda na to, że zaaranżował chorobę i oddalenie się od nas, by wywołać w sobie pożądane zmiany, polegające na kształtowaniu w sobie nowego rodzaju charakteru. Wiem, że mówię od rzeczy o tym celowym jakoby wywołaniu choroby, ale... Tak czy inaczej, pogubiłam się zupełnie i już doprawdy nie wiedziałam, na jakie Józka oczekiwania mam odpowiedzieć.

Z przykrością na przykład zauważyłam, że ostatnio zbyt szasta się po Ikachu. Taka przedsiębiorcza ruchliwość, właściwa wszelkim powrotom, byłaby chwalebna i zrozumiała, gdyby nie sprawiała wrażenia, że jest tylko zabiegiem wokół czegoś, co Adam nazwał utrzymaniem gęby. Nie chciałam dopuszczać do siebie brzydkich, bo krzywdzących myśli, a mimo to także we mnie obudziło się podejrzenie, że przecież ktoś, kto - mówiąc po ludzku, a nie tutejszym żargonem - uzyskał pewne i trwałe stanowisko, nie musi aż tak usilnie, wręcz histerycznie dbać o podtrzymanie o sobie opinii. Czyżby coś złego przeczuwał? Podczas jego pobytu w szpitalu wytworzyła się u nas szczególna, niezdrowa atmosferka - szło o załapanie się na następstwo. Bo nie przypuszczano, że Józek wyzdrowieje... Ludzie zorientowali się, że coś jest nie tak i że szef wykazał pewną samowolę, no, pozwolił sobie na swobodę tłumaczenia, w sposób nazbyt dowolny, odgórnych zaleceń czy nawet pouczeń. I niektórzy z naszych, jak się zdaje, zamierzali wygrać ten atut; wykorzystać błędy szefa i użyć ich jako broni skierowanej przeciwko niemu. Być może szukali nawet pretekstów, by go do reszty pogrążyć. A Józek, gdy już - jednak! - wrócił, ostro wziął się do rzeczy i udaremnił te zapędy, chcąc za wszelką cenę utrzymać się przy władzy, ażeby móc urzeczywistnić swe, szalone zresztą idee. Czynił to w różny sposób, a między innymi przywoływał nas do porządku przy użyciu specyficznej, by nie rzec zwariowanej sygnalizacji. To przy jej pomocy zwoływał narady i posiedzenia, organizował pokazówki, oczywiście imaginacyjne... A ponieważ (czemu rechoczesz?) z frekwencją było krucho, krzewić musiał swe metody poprzez różne pisma, listy, informacje i oświadczenia, podobno słane do czynników nadrzędnych i do rozmaitych instytucji. Podobno - bo Adam wietrzył w tym mistyfikację, wysyłanie listów do samego siebie i te de, a w ogóle pukał się w czoło, zwłaszcza gdy szef zamierzył popularyzować swój system drogą publikacji. No nie wiem, co o tym myśleć.

Intuicja wszakże podpowiedziała mi, że roją mu się jakieś świeże zamysły. Świadczyło o tym jego nagłe popadanie w zadumę i zamykanie się niekiedy w sobie lub w swym gabinecie, no i niejasne wzmianki o nowym, kolejnym etapie. Były prowokujące, drażniły naszą ciekawość, ale... Nabór adeptów był i jest tak słaby, że praktycznie równa się zeru. Trudno jakoś ludzi przekonać do jego - między nami mówiąc - niedorzecznego systemu, tak że trzeba byłoby chyba siłą ich nakłaniać do uczestniczenia w naszym charakterotwórczym kształceniu. Może wówczas ten i ów zmieniłby pogląd o programie Ikachu. Być może, po pewnym czasie przekonano by się, że dalekosiężne przewidywania Józka są mimo wszystko poniekąd słuszne i mogą przynieść jakieś dodatnie wyniki. Chcę w to wierzyć.

Jednakże udowodnienie tożsamości, czyli Ikach to ja, mogłoby pociągać przykładem, gdyby towarzyszyło mu więcej objawów pokory. Wówczas zapewne szerzej doceniono by oddanie i samozaparcie Józka. Przyjmowano by też bez wyraźnego oporu różne jego, czasem bzdurne wymagania, zwłaszcza te dotyczące bezwzględnego podporządkowania się jego woli. Ale może właśnie trzeba, by pięścią dowodzić swych racji. Albo - samoponiżeniem utorować sobie drogę do pozycji służebnej, która jest tą najwłaściwszą, a którą można znaleźć na samym dole albo gdzieś wysoko, skąd dopiero można świadczyć dobrodziejstwa. Naiwna jestem? Może. Ale nie mów mi, że powtarzam wyuczoną lekcję, bo wierzę w to, co teraz powiedziałam, choćbyś miał pęknąć ze śmiechu. Muszę ufać, że tak właśnie jest, gdyż w przeciwnym razie wszystko straciłoby dla mnie sens. Jednakże gubię się, ponieważ jego mowa jest podwójna i uczynki też. Z tej podwójności zresztą, notabene, uczynił swoistą wartość, przydając jej znamion wielości znaczeń wszelkich - aż po ich nieskończoność. Bo nie widzę ich kresu. Muszę mu więc ślepo ufać, bo inaczej stracę wiarę w swoją rację bytu.

* * *


Czy takich zmian psychiki i przekształceń charakteru oczekiwał od niej Józef Gleba? Jak się zdaje, gotowa jest już na przyjęcie posiewu zdrowego ziarna i nie naszą jest rzeczą rozstrzygać, czy wyda ono żyto, czy pszenicę. Wytworzyła się więc w niej sytuacja, która tę z gruntu wartościową dziewczynę mogłaby zaprowadzić daleko, gdyby powstały sprzyjające warunki. Przytarcie rożków jej wybujałemu indywidualizmowi umocniło ją. Zmężniała, przybierając gotowość przyjęcia nowej formy bycia, wynikłej z samowyrzeczeń i rezygnacji z uprzednich tegoż bycia przejawów. Czy można więc uznać, że poddała się zwrównującym wpływom systemu...? Skłonny jestem zaprzeczyć, gdyż chyba nie w tym kierunku zmierzają jej przeobrażenia. Tylko że, niestety, nadal czuje się całkowicie zależna od stanowienia o niej naczelnika, więc bezsilna, więc zdana na jego zamysły, niezdolna tedy otrząsnąć się z ślepej ufności. Zbyt długo bowiem dostrzegała sens swego życia o tyle, o ile stawało się uzupełnieniem poczynań szefa - by móc zdobyć się na całkowitą samodzielność. Nadmiernie też mu zawierzyła, by w wyniku tego nie ulec rozdrażnieniu, że zawiodła się w rachubach. W każdym razie, zarówno u pani Marii, jak i u Ewy następuje proces stopniowego wyzwalania się, przebiegający drogą rozgoryczeń.


* * *


- Józek rozbrajał mnie zniewalającym sposobem bycia, którym zapewne potrafił - w sposób podstępny czy przebiegły - zdobywać możność decydowania. Ten człowiek nie bez racji przekonany jest o swej jedyności i z tego względu trzeba nam podzielać jego przeświadczenie o słuszności tego, co czyni i o czym myśli. Tylko czemu walczy o tę swoją słuszność jak o utraconą pozycję? Nie walczy się o coś i nie zdobywa czegoś, co się posiada. A tymczasem czynniki nadrzędne w każdej chwili mogły zakwestionować jego posunięcia; zainteresować się, czy poczynania Ikachu idą po wyznaczonej linii doskonalenia charakterów.

I tak się też stało, o czym świadczy niedawna wizytacja. Jak się zdaje, podano w wątpliwość, a nawet podważono metody kształtowania osobowości, jego zdaniem jedynie skuteczne. Nie, nie sądzę, by owe czynniki były dokładnie zorientowane, co się tu właściwie robi. Chyba że już coś wywąchano, może były jakieś przecieki. Wizytatorki łaziły tu wszędzie, rozmawiały z ludźmi, oglądały wszystko, co się dało, no to widziały i wiedziały, co jest. I chociaż w miarę pobytu coraz to bardziej upodabniały się do własnych cieni, musiało je to i owo zadziwić - jak zresztą każdego, kto tu się znajdzie po raz pierwszy. Ty też byłeś zaskoczony, prawda? Kto wie, może Józkowi postawiono ultimatum?

Dziwne tylko, że zostawione po wizytacji wskazówki i zalecenia, które nam szefuńcio poniekąd udostępnił, jakoś popierały jego metody, stanowiąc jakby ich kontynuację drogą ulepszeń i dociągnięć w dotychczasowym stanie rzeczy. Dziwne, bo przecież wiem, że się Józkowi nieźle oberwało... Chyba że on te zalecenia specjalnie dla nas spreparował? A swoją drogą, między nami mówiąc, faktycznie mają trochę racji ci, którzy się na Józka pokątnie oburzają, choć w jego obecności upodabniają się do posłusznych manekinów. Bo niby cóż za uzurpatorstwo mniemać, że się jest wyrocznią? Może i on sam w to już zwątpił? Biedny Józek. Biedny, jeśli nachodzą go chwile, w których przepraszać musi, że żyje. Tylko że on chce i musi utrzymać się w siodle, nie przestając obstawać przy swoim.

Co do mnie, to przecież wiem, że z moim usposobieniem nie stanowię wymarzonego przez Józka wzoru pracownicy. Jednakże jakoś omijają mnie jego zapędy. Mnie jedną pomija wśród wzmożonych przejawów ogólnej, nasilonej biorczodawczości, by posłużyć się naszym żargonem. Nie wiem jednak, czy powinnam się z tego cieszyć, czy żałować. Oszczędzić mnie chce - czy też mnie nie dostrzega? Tak mało znaczę? Zaprzeczasz temu. Utrzymujesz, że jest wprost przeciwnie. No tak, jednak trochę wiem, ile jestem warta sama w sobie i jako przedmiot doświadczalnych procesów. Myślę, a nawet wiem na pewno, że Józek założył w tym względzie różnorodność dla wypróbowania swej metody. Jestem tego w pełni świadoma. Tylko - czy on nie zdaje sobie sprawy, że świadomość może stać się zalążkiem buntu? Tak, pamiętam, że mnie to nie powinno dotyczyć, gdyż zawsze lubiłam Józka i byłam wobec niego lojalna. Ponadto ja także zdaję sobie sprawę, że jestem tu osobliwie wyróżniana. Jednakże były przecież miejsca, gdzie mnie szanowano bezwarunkowo. I byli ludzie, którzy mnie szczerze, prawdziwie doceniali. Coś więc straciłam, coś mnie ominęło i żal mi tego. Powiadasz, że jestem jeszcze młoda? Dziękuję, nie wiedziałam o tym. Ho, ho, i życie przede mną? Coś takiego? Może mnie jeszcze kopnie szczęście... Ale poważnie mówiąc, wiem, że muszę wytrwać, gdyż zostałam wybrana dla innych przeznaczeń - i uwzględniam to.

Któregoś dnia, jak często, odprowadzał mnie Adam. Taki cichy wielbiciel. - Szkoda cię, Ewa - mówi - marnujesz się tutaj. - Zauważ, Mareczku, że takie słowa usłyszałam nie po raz pierwszy, przez kogoś innego wypowiadane. Oczywiście, w odpowiedzi zgrywałam się po swojemu, żartobliwie, żeby go nie urazić; że to niby sama najlepiej wiem, co jest ze mną... Nawiasem mówiąc, to zdolny chłopak i może zajść daleko, jeśli trafi na właściwy grunt. Wart zainteresowania... Do czego zmierzam? Bo to szkoda cię, kilka razy już usłyszane, o mało nie skierowało mnie na - jednak! - niewłaściwe tory. Ale nie zwichnęłam sobie mimo wszystko najważniejszego, ikachowskiego życia, a to dzięki temu, że jeszcze raz potrafiłam się przełamać. To niemało, bo przecież cenię sobie swobodę... A zatem tamtego dnia, o którym mówię, kiedy pozbyłam się towarzystwa Adama, przysiadłam na ławce na jakimś skwerze i ani spostrzegłam, że siedzę na wprost szpitala. Ten fakt, jak też inne, zwykle bezwiedne wymknięcia się z życia Ikachu, były jakby przewrotnie zastosowanym rodzajem odtrutki przeciw wszechobecności Józka. No, powiedzmy, zaczerpnięciem oddechu.

Naraz zobaczyłam w głównych drzwiach tego znajomego, wiesz, młodego doktorka - Staszek ma na imię - i po raz pierwszy spostrzegłam, że doprawdy jest miły i przystojny. Chyba nie jesteś zazdrosny? Pokiwałam mu ręką, przysiadł się natychmiast i mówi: - Widzę, że cię ciągnie do nas, Ewa, co? - Cóż miałam mu rzec? Wyznać wstręt, jaki wzbudza we mnie szpital? Odpowiedziałam, że tęsknię do nich cholernie i że wprost nie mogę się obejść bez szpitala. Wziął to za dobrą monetę i od razu zaczął zastanawiać się nad sposobem wyrobienia mi miejsca. Przypomniał sobie, że ktoś tam właśnie odchodzi u niego na chirurgii, więc niby to wyraziłam gotowość - i wyobraź sobie, że mimo woli niedaleka byłam od prawdy. Bo naraz rozsądnie pomyślało mi się - wiesz, taka teoretyczna możliwość ucieczki - że może jednak warto, tak na wszelki wypadek, zapewnić sobie przyszłość. A ponadto, że dobrze byłoby znaleźć się gdzieś, gdzie by mnie naprawdę potrzebowano. W Ikachu też, wiem, ale w inny sposób; na innej zasadzie.

I w tejże samej chwili, chyba przez przekorę, zwidział mi się teatr. Zawsze mi się tak zwiduje w chwilach rozpaczliwych decyzji, związanych z koniecznością wzięcia na siebie czegoś, co wzbudza we mnie sprzeciw. I ciągnie mnie tam, do teatru, całą duszą, chyba na zasadzie - bo ja wiem? - uzyskania nieosiągalnej rekompensaty za bolesny wybór. Uobecnia mi się dramat zaprzepaszczonych możliwości, dręczą mnie wyobrażenia, jak mogłoby być. Coś w rodzaju utraconego raju. Echa życia artystycznego, aura sceny czy dreszcze emocji nie przestały być dla mnie żywe. Co więcej, tym bardziej stają się upragnione, im mniej jest nadziei spełnienia. A wszystko po to, by tym wyraziściej dało mi się we znaki gorzkie, trudne oddanie się Ikachowi, które trudno nazwać szczęściem. I abym wobec tego tym prawdziwiej doceniła wszystko, co zostało utracone. Co prawda, mój były kolega, obecnie młody reżyser, z którym zetknęłam się, gdy poszłam obejrzeć generalną próbę, uczynił mi niejasną obietnicę. Ale wiedziałam, że nie mogę jej brać poważnie, bo została wypowiedziana nieobowiązująco. Przecież dość już dawno opuściłam scenę, a to oznacza śmierć artysty. Jednakże oto naraz pojawiły się realne możliwości kuszącego poczciwą zwyczajnością życia. Otóż byłabym sobie pomocnicą doktorka, który w owej chwili siedział tuż obok na ławeczce i serio zastanawiał się nad miejscem dla mnie - czy tylko w szpitalu...? Otwierały się więc przede mną wręcz życiowe perspektywy. Mimo to odpowiedziałam wymijająco. Wyjaśniłam, że chętnie bym skorzystała z propozycji, ale nie mogę odejść z Ikachu bez wypowiedzenia. - No to załatw to, Ewuniu, jak najprędzej i postaraj się nie sprawić mi zawodu. - I znów ucieszyłam się, że komuś na mnie samej naprawdę zależy, a co najważniejsze, nie będę już musiała upokarzać się ciągłym nadskakiwaniem komuś, kto - wiem o tym - ledwie mnie toleruje. A doktorkowi przytaknęłam, bo a nuż...? Nigdy nic nie wiadomo.

Szłam później przez rozświetlone blaskiem zachodu miasto i ponosiła mnie radość z powodu samej możliwości odmiany. Bo dla mnie mniej jest ważne to, co się dzieje, niż to, co odczuwam, nawet jeśli wynika jedynie z ewentualności. Podsycałam w sobie zatem tę kuszącą i może nie złudną obietnicę poprawy sytuacji, aż poczułam się faktycznie lepiej, a nawet doprowadziłam się do stanu euforii. Trwała ona wszakże tylko dotąd, dopóki nie wróciłam do siebie. Zaraz, ledwie weszłam, zobaczyłam stertę wielopostaciowych zaniedbań w postaci papierzysków, które zabrałam z Ikachu, by nad nimi w domu popracować. Niestety, znowu ogarnęła mnie rozpaczliwie szara codzienność, na którą nie ma rady. Ale kiedy zabrałam się do pracy, kiedy jęłam się wgryzać w treść dokumentów danych mi do obróbki - z wolna wróciła rozsądna ocen sytuacji. Stopniowo i jakby na nowo wciągać mnie zaczęła rzeczywistość Ikachu - nigdy mnie zresztą na dłużej niż na chwilę nie opuszczała. Było tak, jakbym wskrzesiła realizm myślenia. Na nowo też nabierałam przeświadczenia (bo taki proces nieustannie musiał się ponawiać), że nie ma już dla mnie życia innego niż ikachowskie. Jakby działała jakaś magia. I od razu znów poczułam się trochę lepiej. No wiesz, to była taka dawka optymizmu, rodzaj czy odpowiednik ustawicznych zapewnień o stałości uczuć. Wieloletnich związków nie rozrywa się łatwo, zwłaszcza że istnieje człowiek, wobec którego nie umiem pozostać letnia. Mam na myśli Józka. On mimo wszystko jest dla mnie spośród ludzi najważniejszy, aczkolwiek wobec niego powodują mną sprzeczne, krańcowe uczucia. Jakże tu odejść, jak zostawić kogoś, kto jest taki, jaki jest, bo innym mu być nie wolno? Nakaz wewnętrzny, rozumiesz? Posłuszeństwo wielkiemu wezwaniu. Dotyczy to zarówno jego, jak i mnie. Czasem to nawet we śnie zwiduje mi się jego rozbrajające spojrzenie, w którym jest zarówno obietnica wieczystych jakichś spełnień, jak i prośba o nieodmawianie mu pomocy oraz o nieoszczędzanie siebie dla dobra sprawy. A wtedy doznaję dziwnego ukojenia.


* * *


Nie na tym koniec, gdyż kuszona zostaje po raz trzeci. Odrzucenie jednak pokus nie wybawieniem się staje, lecz przyczyną zguby. Szkoda, że zaprzepaściła szansę, jaką dawał jej talent aktorski. Była to decyzja najbardziej spośród wszystkich zgubna - i to nie tylko dla niej. Wszak pozbawiła siebie miłośników wysokich przeżyć, jakich dostarcza teatr. Czy ta uzdolniona dziewczyna - czyniąc z siebie ofiarę złożoną Ikachowi - doprawdy chce przyjąć jako wyznanie nowej wiary to, co u niej (bądźmy szczerzy) jest chimerą? Czy naprawdę myśli, że w osobie Józefa Gleby doścignęło ją przeznaczenie? Być może. Wszak bywa ono nie tylko wyborem wśród możliwości, ale koniecznością, jeśli wciela się w żywą wyrocznię. Wówczas często kieruje nas ono w układy, z których nie ma wyjścia innego niż katastrofa. Chyba że przezwyciężenie siebie staje się otwarciem na przyjęcie zgotowanego nam szczęścia najwyższego...? A jak się ma do tego kolejne wyznanie Ewy?


* * *


- Często jakoś ostatnio wspominam praktykę w szpitalu i rozmaite epizody, kiedy to nieraz nadarzała mi się sposobność szczerego okazania gorliwości. Jednak dopiero w świetle wspomnień widzę to wyraziście - jak też fakt, że byłam tam wyróżniana w sposób niemal osobisty. Mam nadzieję, że tym wyznaniem nie sprawiam ci przykrości? Bo ja czasem posuwam się nawet do wyobrażania sobie, jak to bywa, gdy się jest żoną lekarza. Życie rozsądne, uładzone, bez wstrząsów... I tylko trzeba byłoby wyrzucić z siebie ten niepokój, to drżenie, gdy do drzwi dzwoni listonosz, a mnie serce skacze do gardła, bo a nuż okaże się, że doręczony list pochodzi od tego znajomego reżysera, z oszałamiającą propozycją obsadzenia mnie w jakiejś nowej jego inscenizacji, do której szuka odpowiedniej obsady... Tak, wiem, że to są zupełnie bezpodstawne nadzieje, wręcz szaleńcze mrzonki, ale... O Boże, czy ja się nigdy z tego nie wyleczę?

Może jednak z czasem - gdybym uniknęła przeznaczenia w postaci Ikachu - wyleczyłabym się u boku człowieka tak miłego, tak pełnego taktu i delikatności, jakim jest doktor Staszek. Tylko że takie wyleczenie świadczyłoby o wygaśnięciu porywów młodości... A nawet - o uśmierceniu w sobie najistotniejszej części mojej osoby. To byłby taki pogrzeb sprawiony sobie za życia. Chyba że mój ewentualny małżonek byłby na tyle wspaniałomyślny, że pozwoliłby mi poniechać pielęgniarstwa i wrócić do teatru? Ale to są tylko rojenia.

* * *


Gdyby więc wyłącznym przeznaczeniem Ewy miał być zawód pielęgniarki, to czemuż nie wsparło go prawdziwe i jedyne powołanie? Myśl o szpitalu odsunęłaby wszakże z ulgą, gdyby nadarzyła się bardziej atrakcyjna, bo teatralna okazja. Wówczas z pewnością wydałoby się jej, że los znów zawołał ją po imieniu, i to z miejsca wśród ludzi, gdzie także jej oczekują i ku którym ciągnie ją natura. Z niesłabnącym więc natężeniem sił duchowych i z niewygasłą nadzieją wciąż nadsłuchuje, czy nie dosłyszy stamtąd wezwania. Bo to przecież teatr, przy pomyślnym zbiegu okoliczności, mógłby stać się jej naturalnym środowiskiem. Stwierdza jednak, że tam jest wobec niej cicho i że nie woła jej nikt. Lecz gdyby nawet odezwało się wezwanie rzeczywiste i konkretne, to i tak marzenie o teatrze prawdopodobnie na stałe pozostałoby w sferze niespełnień, gdyż już skądinąd na nią zawołano. I tylko, niczym kropelka goryczy, nad każdą jej myślą i postępkiem dominować zapewne będzie poczucie zawodu, zaprawione wszakże cierpkim zadowoleniem z powodu poniesienia ofiary - lecz może też bezkształtną i bezrozumną nadzieją. Wszak los, gdy nie stawiamy mu nadmiernego oporu, umie niekiedy wynagradzać. Trudno to zresztą przesądzać; można tylko wnioskować.


* * *


- Niosłam kiedyś w sobie swój nowy wizerunek, idąc do Ikachu, pełna buntu i goryczy. Józek bowiem stawał się coraz bardziej niemożliwy. To prawda, można go usprawiedliwić, gdyż podczas wizytacji zasiano w nas sporo wątpliwości i narobiono zamieszania, więc i on też, siłą rzeczy, robi co niemiara szumu i zamętu wokół jakoby wprowadzania zaleceń w nasze życie, aczkolwiek podejrzewam, że raczej - nowych swych jakichś pomysłów. O nie, nie pomiata nami ani też nie okazuje jawnie swej zwierzchniej wyższości, gdy bierze nas do galopu. Lecz i tak wychodzą wciąż na jaw przerosty jego glebowładztwa. Faktem jest jednak, że wykorzystując je, sposobi nam nowe odmiany glebobycia. Nie usprawiedliwia to wszakże dopuszczania się wobec nas nadużyć, które u niego zwą się uświęcaniem środków. Nie, nie ma z tego powodu wrzasków i awantur, nawet podniesionego głosu; chodzi tylko o natychmiastowe wykonywanie wydawanych nam i nie cierpiących zwłoki poleceń. Ale kogo one dotyczą? Tak, ludzi. Tylko - czy żywymi ludźmi mogą być manekiny? Cóż więc dziwnego, że z ich strony Józek może nie przewidywać sprzeciwu, gdy wydaje nieodwołalne jakieś nakazy. I że może też już sobie pozwolić na czynienie tego tonem wcale nie ostrym czy surowym i oschłym, lecz uprzejmym, a przy tym jednak stanowczym. Ostatnio nie nadużywa głosu i słowa zastępuje wymyśloną przez siebie, umowną sygnalizacją, zawierającą jakby taki kod czy szyfr, albo alfabet Morse'a. Niektórzy żartobliwie przyrównują to do strzelania z bata; takie można odnieść wrażenie, gdyż czujemy się jak konie pociągowe...

Tak, zdaję sobie sprawę, że on tylko poddaje nas, więc i mnie, próbie posłuszeństwa, bo w gruncie rzeczy jest przeświadczony, że uległymi jesteśmy. Jedynie więc wypróbowuje nasz stopień oddania - a mimo to czuję się źle, by nie rzec podle. Nie lepiej od innych. Nieznośne jest poczucie upokarzania. Każdy z nas siedzi cicho, nabrawszy wody w usta, i tylko Adam... Ale temu ostatnio jakoś dziwnie wiele uchodzi płazem - dlaczego? Mniejsza z tym, a najłatwiej to sobie wytłumaczyć tym, że z wariatem - no, przesadzam, raczej z facetem zadziornym i szurniętym - nie ma co zaczynać. Trudno też biedaka wywalać na bruk, bo co on, biedny, wtedy zrobi? Doprawdy, trudno zrozumieć, czego się szef w nim dopatruje... I to do tego stopnia, że - jak pamiętasz - podczas swej choroby uczynił go swym zastępcą.


* * *


A zatem, jak można przypuszczać, w Ikachu celowo tworzone były przez szefa sytuacje wywołujące odruchy sprzeciwu. Lecz na pewno nie wchodziła w grę prowokacja, po której - na wywołane nią przejawy samowoli czy tylko samodzielności odpowiedzieć trzeba byłoby aktami tłumienia nieposłuszeństwa, stosując represje lub nawet terror. Chyba po prostu drażnienie było jednym spośród zabiegów charakterotwórczych. Usprawiedliwiało ono wydawanie nakazów bez odwołania; nakazów nie tylko nie przewidujących apelacji, lecz negujących wszelką myślową niezależność. Temu też celowi z pewnością służy odmowa uwzględniania cudzych zapatrywań, jak również wymuszanie ślepego posłuszeństwa zarządzeniom, bez udzielania wyjaśnień i bez stosowania argumentów. Dlatego Ewa, podobnie jak wszyscy w Ikachu, siłą rzeczy przeżywa w owym okresie - przewidziane zresztą, jak się rzekło - chwile buntu. To prawda, niewiele ma do niego powodów, gdyż jakoś nie dotyczą jej bezpośrednio, lub tylko w znikomym stopniu, te spośród rozporządzeń, które tak bardzo dają się we znaki wszystkim pozostałym ikachowcom. Niemniej, ów bunt odezwał się także i w niej - być może po to, by po ustaniu potrzeby sprzeciwu, tym gorliwszy i żarliwszy stał się powrót do łask. Zwłaszcza że pojawi się przed nią pewien uśmiech. Tym jednak razem ów dowód łaski odbierze już inaczej...


* * *


- O rozmiarze zmian zaszłych we mnie i w środowisku świadczy chociażby to, że nawet mnie, krytycznej zresztą wielbicielce, coraz częściej nie odpowiada ciągłe dyskretne zaznaczanie różnic między rzekomą potęgą, ważnością i w ogóle rozmiarem Ikachu a naszą pyłkowatą wobec niego znikomością; między Józkową zatem wielkością - bo jakoby Ikach to on - a naszym ograniczeniem drobnymi rozmiarami. Musiałby chyba najpierw wchłonąć nas w siebie i przetrawić, by uzasadnić swój ogrom i by uczynić nas godnymi wtajemniczenia... Żartuję. Ale faktem jest, że wielu może go znienawidzić bodaj za jego uśmiechy, łaskawe zarazem i pełne wyższości oraz lekceważenia, by nie rzec - wzgardy. Zrozumiecie później... Jakby był istotą ponadludzką; kimś wszechmocnym i wszechobecnym. Tak czy inaczej, umie po mistrzowsku tworzyć dystans i nie sposób przedrzeć się przez tę zaporę inaczej, jak tylko zdwojeniem gorliwości. Niepodobna też wyrazić swego zdania w formie innej niż aprobata. Dawniej nie do pomyślenia byłaby taka sytuacja i zawsze bodaj udawał, że rad jest usłyszeć czyjąś opinię. A teraz - ani śladu po zachowywaniu nawet tylko pozorów. Co więcej, nieobliczalne w następstwach mogłoby okazać się wyrażenie sprzeciwu, choćby były nim postępki ratujące naszą godność, a nawet tylko zaznaczenie jej wyrazem twarzy. Wesolutkie to, prawda? Nie ten sam człowiek. Chyba dobrnął już do jakiejś ostatecznej krawędzi, którą musi, musi przeskoczyć. Nie może więc dopuścić, aby go cokolwiek powstrzymywało. Albo żeby został zepchnięty w przepaść. Bo przecież wszystko może się zdarzyć...

Dlatego to szłam tamtego dnia do Ikachu - z wizerunkiem doktora Staszka pod powiekami i siebie przy nim, nareszcie uwolnionej od presji wywieranej przez tutejszość. Czułam się zbuntowana przeciw niej i już jakby wyzwolona samą tylko pamięcią o nowych możliwościach czy też świadomością ich istnienia. Idąc, planowałam udzielenie sobie satysfakcji przez oznajmienie zamiaru odejścia, a nawet obmyślałam jakiś rodzaj zemsty... No nie, to jednak za dużo powiedziane, wpierw musiałoby temu człowiekowi, to jest Józkowi, na mnie zależeć. A ja przecież wiem, że jeśli przedstawiam jakąś dla niego wartość, to jako zero dodane do sumy jego doświadczeń. Nic, a zarazem wiele. Tak w tej chwili odbieram jego eksperymentowanie na mnie. Czuję się z tego powodu podle, i to tym bardziej, że kiedyś mnie przecież zjednywał. Może zresztą jestem przewrażliwiona, może się mylę, ale krew mnie zalewa, gdy mnie ostatnio pomija swą uwagą. Ignoruje, nie dostrzega. A przecież pracowałam - pardon, glebowałam dużo, tyle że, no cóż, zrywami. Ostatnio, w związku z przewidywanymi ulepszeniami, należało poczynić sporo zakupów, zakrzątnąć się też wokół zmian w urządzaniu i zagospodarowywaniu pracowni. A ponadto rozesłać, gdzie się da, wezwania i zachęty do przystępowania do nas... Wszystko to wszakże wykonywałam pod kierownictwem czy na komendę pani Marii. Po prostu, jak już mówiłam, znajdowałam się poza zasięgiem Józka uwagi. Wszystkich obejmowała, prócz mnie.

Byłam więc zaskoczona, gdy po coś wchodzę do jego gabinetu, ot tak, jak zwykle, a on naraz zaczyna mi okazywać względy, i to jakie... Najpierw podczas przywitania - a przecież nigdy się ze mną nie witał - uśmiechnął się ach jakże promiennie i pocałował mnie w rękę, a potem zaciekawił się, co mam dziś do glebowania. Powiedziałam mu, a wtedy on: - Zostaw, Ewa, te bzdury, nie przemęczaj się. - To szef tak do podwładnego? A przecież wcale się nie przemęczałam. To normalka, nic uciążliwego, jeśli pominąć napięcie nerwowe w niektórych gorączkowych okresach. A potem dodał: - Szkoda cię, Ewa, do roli, jaką musisz tu spełniać. - Zdębiałam. A więc także i od niego słyszę takie słowa? On zaś znów uśmiechnął się tajemniczo, a we mnie aż serce podskoczyło: więc jednak... Zapytałam: - Czy pan naczelnik coś względem mnie przewiduje? - A miałam na myśli jakąś bardziej liczącą się, no, rolę właśnie, jakiś awans, który z nawiązką wynagrodzi mi poniżenia. Ponieważ milczał, przyglądając mi się z uśmiechem, musiałam ponowić pytanie: - Czy pan ma jakieś zamiary co do mojej osoby? - Tak to jakoś niezręcznie wyszło, ale on patrzył na mnie wcale nie w taki, no wiesz jaki sposób, niemniej dwuznacznie, i mówi: - A mam, mam, ale przyjdzie pora stosowna, aby o tym porozmawiać. - I wyszedł dokądś, zostawiając mnie całkiem ogłupiałą.

Czy muszę ci mówić, co się ze mną działo? Gdy wróciłam do sekretariatu, szurnęłam trzymanymi w ręce papierzyskami - szczęściem pani Maria tego nie widziała, bo akurat jej nie było, coś załatwiała. Adam zaś, który siedział przy telefonie i zapewne podsłuchiwał, bo drzwi gabinetu były niedomknięte, powiedział z przekąsem: - Gratuluję ci, Ewuniu. - I także dokądś wyszedł. A ja stroiłam głupie miny przed lustrem, podśpiewywałam, roiłam wspaniałą przyszłość i z prawdziwą ulgą odsunęłam myśl o wypowiedzeniu miejsca. Wprawdzie nie wiadomo, co Józek mi szykuje, ale może da mi do samodzielnej obróbki coś liczącego się, jakieś na przykład opracowanie, to jest oglebianie z zakresu metodyki, może czeka mnie, by tak nazwać, wywyższenie naukowe? Przecież jestem bystra, raz dwa się dokształcę. Na pewno umiałabym sobie poradzić, a zasady jego systemu znam już na pamięć. Wszystko we mnie śpiewało. Więc jednak coś jestem warta? Więc mogę jeszcze coś znaczyć? Żegnaj, siostro Ewo, gąseczko szara i pracowita, aniele cichy a użyteczny, aniołku cierpliwy, stróżu cierpiących, słoneczko ty moje. Żegnaj, stateczna, pełna cnót i słodyczy pani doktorowo. I żegnaj też gwiazdeczko estrad, scen i ekranów, bożyszcze publiczności, wampie seksu, zawierucho kulis, ofiaro talentu. Żegna was Ewa poważna, Ewa myśliciel, Ewa będąca uosobieniem mądrości. Witaj, Ewo, promyczku w cudzej koronie sławy...

Tak mi się bzdurzyło przed lustrem, oczywiście w myślach tylko, ale i tak wkrótce spostrzeżono, że ze mną coś nie tak. Wróciłam wprawdzie do swych zajęć, ale nie umiałam się opanować, wszystko leciało mi z rąk, nie rozumiałam, co się do mnie mówi, odpowiadałam od rzeczy i w ogóle byłam półprzytomna. Wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę, a niektórzy nawet pytali: - Co ci się stało, Ewuniu? - A ja uśmiechałam się głupkowato, niemniej sposobem podpatrzonym u Józka, i dawałam do zrozumienia, że guzik ich to obchodzi, co jest ze mną; mają mnie przyjąć, jaka jestem, i koniec. Sposobem bycia też wzorowałam się na Józku. O tak, w jednej chwili wybeszczelniałam do tego stopnia, że wyniośle udzielałam dobrotliwych uśmiechów i obdarzałam nimi łaskawie, małpując Józkowe sposoby na ludzi, co prawda jedynie zapożyczone. Zamierzałam bowiem wypracować własny styl, gdy już będę mogła odnosić się do ikachowców z pozycji może wysokiego stanowiska.


Adam


W odróżnieniu od pani Marii i Ewy, Adam - jak się zdaje - bez uszczerbku wyszedł z opresji. Należy się podziw dla niezależności sądów byłego gońca czy posłańca, bo chyba w takim charakterze był tu początkowo zatrudniony. I oto naraz poczuł, że jego zmienne losy doprowadziły go do stadium dojrzałości, w którym gotów jest burzyć zastane struktury Ikachu, gdyż nie wystarcza mu już nawet udzielany stopniowo udział we współtworzeniu treści Instytutu; nie odpowiada mu ona i chętnie by ją zmienił, gdyby uzyskał taką możność. W tym młodym, gniewnym prześmiewcy tyleż jest z dziecka, co z mędrca. Wyposażony został w jasny umysł i ostrość spojrzenia, a jednocześnie w system nerwowy podatny tyleż na wstrząsy, co na olśnienia, lecz za to nieodporny na silne doznania. Nawet dojrzewając intelektualnie, zapewne nigdy nie nauczy się zdrowego rozsądku.

Widomą oznaką głębi duchowej Adama i jego trwałej młodzieńczości - którą zachował i z pewnością nadal zachowa - jest blask oczu oświetlonych wieczystym niepokojem duszy, jak też widzeniem zjawisk, przez niewielu dostrzeganych. Oczy te, osadzone w twarzy okolonej ciemną brodą i długimi włosami - twarzy o głębokich bruzdach wyrzeźbionych wokół ust i naznaczonej kilkoma zmarszczkami wyrytymi na czole - nieustannie i do późnej starości nadawać mu będą wygląd proroka czy hippisa, podkreślany pozornie niedbałym ubiorem. Długie nogi w wytartych portkach i sandałach, czasem w welurach, przemieszczają go niedbale i niezgrabnie, gdy nerwowo wymija ludzi. Ręce wetknięte w kieszenie, gdy idzie, ręce czymkolwiek zajęte, gdy rozmawia, ręce mierzwiące czuprynę, gdy spośród zamętu myśli wychwytuje sens lub logiczny ciąg - luźno zwisają w chwilach szczególnych zamyśleń. A są to często zamyślenia z pogranicza dostąpień, olśnień czy objawień, które go dopadają gdziekolwiek i kiedykolwiek. Któż wówczas odgadnie, co roi się w szalonej, kudłatej głowie? Kiedyś, dawno, chciał stać się podobny do innych - i jako taki, byłby przeciętnym, ale należytym produktem Ikachu. Teraz wie, że tego chcieć mu nie wolno, gdyż groziłoby to zatraceniem się w zalewie miernoty. Nie po to go tu powołano.


- Phephaham, he hyję. Wprawdzie czasem sytuacja się odwraca i to szefuńcio mnie przeprasza, ale jest to jeden z jego perfidnych sposobów na załatwianie nas, ikachowców. W przewrotny sposób udaje pokorę (która jest zresztą zamaskowaną pychą), by nas nią ująć, pozyskać, rozmiękczyć. A wtedy zrobi z nami, co zechce. Mnie to nie grozi, bo mam go w nosie. No, powiedzmy, wolałbym mieć, bo nie mogę, zwłaszcza po ostatniej z nim rozmowie. Potrafię zrozumieć, dlaczego on jako nadglebianin narzuca nam swoje widzenie spraw i rzeczy, ale nie wiem, jakim prawem to czyni. A kimże to on jest - pytam - że poczuwa się być nieomylnym? Wszak rację należałoby przyznać tym, którzy uważają, że ten sam cel można osiągnąć w rozmaity sposób, a niekoniecznie w taki, który on wymyślił, ustanowił i nakazał. Powinno się ludziom zostawiać możność wykazywania inicjatywy. Dla niego jednak byłoby najbardziej cenne, gdyby dali się otumanić na tyle, by świadomie i dobrowolnie, a może i z zapałem chcieli włączyć się w nasz ruch. Kim Józek jest, wiadomo, jak też i to, że przekracza zwykłą ludzką miarę. Ale ten człowiek tyle wobec mnie narozrabiał, że nic nie jest w stanie nakłonić mnie, bym poczuł uznanie dla niego, a tym bardziej je wyraził. Rad byłbym, gdyby to było możliwe, uwolnić się od dobrodziejstw, które mu zawdzięczam i których doświadczałem zwłaszcza wówczas, gdy jako niewidzialna rączka zdalnie mną kierował. Nie ma co, nieźle mnie wrabiał w denne sytuacje, by skruszałego i sflaczałego, niezdolnego samodzielnie o sobie decydować, pod przykrywką dobroczynności wpakować w ten tu szajs.


* * *


Taki zresztą, jaki Adam jest, stał się potrzebny w założonej przyszłości Ikachu, jako swoisty dowód skuteczności kształcenia charakterów. Tu trzeba dodać: jest taki, jaki jest, wyłącznie dzięki naczelnikowi Glebie. Czy byłby inny, gdyby się z nim nigdy nie zetknął? Kronikarz, kimkolwiek on jest, który wszakże miał możność długotrwałej obserwacji Adama, odnotowuje kilka ciekawych spostrzeżeń. Mianowicie - że jeśli ten, wśród poślizgu nieuważnych zetknięć, dostrzega ludzi, to ich wygląd wewnętrzny liczy się dlań o tyle tylko, o ile wyraża autentyczne stany ducha. Według owych stanów jako pochodnych usposobienia, Adam nie tylko ocenia cechy, lecz również usprawiedliwia cudze istnienia. Ci jacyś inni, niegodni uwagi, powinni byliby przepraszać go za to, że ośmielili się pojawić w świecie, a bodaj w bliższym czy dalszym otoczeniu. Czyli że Adam jest już w stadium, w którym udało mu się wyjść zwycięsko z ogniowej próby zabijania indywidualności. Zauważa więc podobno ludzi głównie poprzez wnikliwe poddawanie ocenie ich jakości, wyrażającej się między innymi wagą i znaczeniem wypowiadanych przez nich słów. Rozpoznaje też wartość danego człowieka poprzez wyraz oczu i odruchy, które ujawniają charakter w sposób niezafałszowany. Szczególnie ceni tych, których nurtuje niepokój, i umie ich wykryć, nawet jeśli się maskują. Pragnie, aby i jego w ten sposób dostrzegano. Dlatego gnębi go konieczność przybierania stosownych postaw, cokolwiek przez to określenie rozumieć. Obowiązywały one zwłaszcza po przewrocie, jaki nastąpił w związku z powrotem szefa z szpitalnego wygnania, kiedy to każdym odruchem trzeba było reagować na (jak to określił Adam) samowładcze jego zapędy. A jednocześnie - odwzajemniać obłudne przeprosiny za fakt własnego życia, w ogóle istnienia. Tego już Adam czynić nie był w stanie.


* * *


- Licząc na moją powolność czy uległość jego zapędom, ubzdurał sobie, że mnie cacy urobi i oporządzi. Otóż nic z tego. To dobre z innymi frajerami czy jeleniami, ale nie ze mną. Kiedy spostrzegł, że na nic się nie zdają jego względem mnie - nazwijmy tak - wychowawcze zamiary, raptem zmienił taktykę i zaczął udawać, że we mnie widzi asa. Może faktycznie coś nieprzeciętnego we mnie dostrzegł? A czy ja sam tego nie wiem, jaki jestem, i czy nie widzę, co się święci? Wydaje mu się, że nadal, mimo wszystko, trzyma mnie w ręku, a dając mi pewne fory i sporo swobody, chce mnie wykierować czy wykreować na swego poplecznika; może nawet na ślepo posłusznego pomocnika. Ano zobaczymy, kto kogo... Zwłaszcza teraz. Nie omieszkam wykorzystać pierwszej jakiejś, nadarzającej się sposobności, bo może ona sprawić, że jakoś wyleczę się z guzów. Nie, nie wmawiaj mi, że są urojone, bo sam wiesz, że to są jakby guzy wewnętrzne, niedostrzegalne dla postronnych; coś w rodzaju raka duchowego - i to ja, właśnie ja się go nabawiłem w następstwie sytuacji wleczonych od dzieciństwa, a pogłębionych w Ikachu. Takie guzy, jeśli są w porę, we wczesnych stadiach rozpoznane, bywają uleczalne i gdybym nie wdepnął tutaj...

Tak, masz rację, że to jednak Gleba wyciągnął mnie z zapaści i bez niego może bym sczeznął. Pamiętam o tym i tylko w chwilach wzburzenia zapominam. Nie posądzaj mnie więc o niewdzięczność. Przecież nie zapominam, że sporo od tego człowieka otrzymałem, a między nimi - uwolnienie od kompleksu niższości, aczkolwiek głównie przekorze zawdzięczam wiedzę o tym, że coś jestem wart. No bo jestem; pochlebiam sobie, że jestem wartościowym facetem i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Mówiąc zaś o przekorze, mam na myśli konfrontację z bufonadą swego wybawcy. Tak więc nie oszukujmy się: on po prostu kierował się wcale nie dobrocią, lecz interesem Ikachu, czyli swoim własnym. Jestem przeświadczony, że dopilnował - o ile pamiętasz - stosownej chwili, aby mnie złowić jako cenny łup. Bo on, jak wiesz, dla swoich eksperymentów charakterotwórczych dobiera sobie ludzi chwilowo bezradnych, skazanych na uzależnienie. Wbrew wszakże sugestiom, że zostałem tu uratowany, śmiem przypuszczać, że nie nabawiłbym się psychozy, gdybym niejako od urodzenia nie był skazany na Ikach. Predestynacja. Twierdzisz, że jest akurat na odwrót? I że tu właśnie zostałem od psychozy uwolniony? Wyleczony? No, powiedzmy, że może by tak było, gdybym dostał się w czyjś inny zasięg oddziaływania. Człowieka o mniejszym formacie? To nie to. On mnie nie przytłoczy. Ale powinienem był napotkać kogoś, kto by mi pomógł dla mnie samego, a nie dla swoich racji czy zamierzeń. Dla racji więc mających na celu pomniejszanie mnie - niepowtarzalne zjawisko, jakim jestem. Uznałbym więc za wysłannika losu i realizatora przeznaczeń kogoś, kto wybrałby mnie i wyróżnił dla mnie samego, a nie dla interesownych przewidywań związanych z moją osobą; kto by we mnie dopatrzył się człowieka, a nie tylko materiał do eksperymentów; kto wreszcie zauważyłby i docenił, co naprawdę jest we mnie, i to bez względu na jakieś uboczne cele, jakkolwiek je nazwać. A wówczas, być może, gotów byłbym takiego kogoś uszanować i być mu prawdziwie wdzięcznym. I może też wówczas byłbym kimś innym, niż jestem.

Ale znów - czy tego naprawdę chciałbym? Bądź co bądź, wpływy Ikachu - jak się okazuje - są nieodwracalne, jak i do niego przynależność. A poza tym, zdążyłem się już do siebie jako ikachowca przyzwyczaić, a nawet przywiązać. I dlatego wnerwia mnie parę spraw z zakresu doznawania potrzeb i niedosytów, którym niepodobna zaradzić przez ich zaspokojenie. A w związku z tym - kimże mogę się czuć w tutejszych układach? No bo powiedz: ja jako tworzywo, pionek i narzędzie. Zasób możliwości. Przedmiot użytkowy. Dziękuję uprzejmie. Nie mam racji? Ty byś na moim miejscu nie wierzgał, gdyby ci ktoś próbował nagiąć kark, twierdząc przy tym, że należy się to jakiemuś nieokreślonemu ogółowi, który jakoby jest zjawiskiem nadrzędnym wobec nas, składników tegoż ogółu? Być jego sługą, podczas gdy powinienem zostać współużytkownikiem uprawnień? Chyba nie sądzisz, że ludzkie szlachectwo zasadza się na rezygnacji z siebie i na zdolności czy umiejętności podporządkowywania się i służenia powszechnym potrzebom, jak chce tego Gleba? Bzdury. Wierutne bzdury. Operowanie abstrakcją. Przecież ogół to ja, także ja. Ogólne potrzeby - to są moje, także i moje potrzeby. Wiedziałem o tym już jako dziecko.

Gdzież w takich układach jest miejsce dla rozwoju wybitnych jednostek? Jest miejsce na służbę, tak, ale dotyczy ona również tych wybitnych. Chodzi mi o służbę pełnioną niejako z wyższego szczebla. Z pozycji sprawowanej władzy. Jak Gleba? Zgoda. Władanie, rządzenie, panowanie winno być zawsze służebne właśnie. Na tym ono powinno polegać: na posłudze czy służebności. Tylko czy on tak to pojmuje? Może. Ale on nie ma przecież w tym względzie monopolu ani receptury. Gleba nie może tworzyć sobą wzorca pozbawionego alternatywy. A ponadto zachodzić wszak musi wymiana świadczeń między władcą a władanymi. A jeszcze i to, że jeśli nawet taki facet robi coś dla ogółu, czyniąc to dla własnej, powiedzmy, satysfakcji czy przyjemności, a nie z racji powołania czy nadania - z racji więc namaszczenia przez ów ogół - to i tak efekt jest w ogólnym rozrachunku ten sam. Siłą bowiem rzeczy to, co robi - czy raczej następstwa tego przedostają się do ludzi i wpływają na ich losy przez sam fakt, że oni to odbierają, jak również osobę sprawującego rządy człowieka. Tym samym - niezależnie od wysokości stopnia zajmowanego stanowiska - jest się tylko kimś spośród ludzi, przebywając wśród nich i jakoś z nimi współżyjąc. Nie przypuszczam, by Gleba o tym nie wiedział. Jeśli zaś jest tego świadomy, a mimo to przejawia dyktatorskie zapędy, to tym gorzej dla niego. I dlatego nie ma i nie może być między nami zgody.

No bo jak to się dzieje, że tacy jak on wyznawcy abstrakcyjnego dobra ludzkiego ogółu nie dość że narzucają czy wymuszają owo dobro - ponieważ sami wiedzą jakoby najlepiej, na czym ono polega i co jest niby to dla ludzi dobre - to jeszcze po drodze ku szczęściu ludzkości gubią... człowieka? Na litość, dla kogo ma być to wszystko? Dla mnie? Przecież pracować nad sobą czy swoim rozwojem mogę ja sam i tylko ja, jeśli dojrzeję do takiej potrzeby. Tak, to prawda, że są tacy, co nigdy nie dojrzeją, lecz daremnie jest chcieć nimi pokierować. Czy to jest w ogóle możliwe? To trzeba, powtarzam, samemu... Załóżmy jednak, że mimo wszystko można przełamać czyjeś przywiązanie do siebie. Ale przecież byłoby to samoniszczeniem, a nie kształtowaniem charakterów.

Kolejna sprawa: Ikach - narzędziem zespolenia. Hura. Ale - pytam - jakiego? Tych oczywiście, którzy uznali siebie rzecznikami, wyrazicielami i uszczęśliwiaczami, i którzy - jak mówię - lepiej wiedzą, czego nam trzeba. A przecież to tylko ja wiem, co mi jest potrzebne. A ponadto - ja sam muszę wznieść się do takiego poziomu, na którym chciałbym i mógł zgłosić gotowość służenia swoją osobą - i to czemuś, czemu zechcę. To musi ze mnie się wywodzić. Do mnie też należy wybór, czy w ogóle chciałbym służyć, a jeśli tak, to komu; jakim sprawom czy ludziom. A poza tym - wszak ludzie to ja, także i ja. Dlaczego nikt w Ikachu nie troszczy się o moje osobiste szczęście? Nie zgadzasz się ze mną? Twierdzisz, że niszczę wypielęgnowane przez wieki pojęcie heroizmu, będącego najszlachetniejszym objawem przynależności do ludzi? No cóż, rozbawię cię, ale myślę tak samo. Także i ja sam nie we wszystkim zgadzam się z tym, co przed chwilą powiedziałem. Wiem, rozumiem i pamiętam, że istnieją sprawy wymagające ofiar i poświęceń, ale chęć zrobienia z siebie kozła ofiarnego musi wyjść ode mnie, tylko ode mnie.


* * *

Jak wynika z Kroniki, członków Ikachu obowiązuje równość w pokorze; w jej praktykowaniu. Trzeba zrozumieć i docenić - nalega Kronikarz - zbawcze intencje wyznających i zarazem tworzących zasady, które są racją bytu i fundamentem Instytutu, a których pobudką jest miłość rodzaju ludzkiego oraz wynikające z niej świadczenia na rzecz dobra ogółu, acz dostępnego przede wszystkim uczestnikom Ikachu. Urzeczywistnianie jednak owych celów jest możliwe tylko z pozycji wyniesienia, którego naczelnik Gleba dostąpił, a bez którego byłby bezsilny. To właśnie wysoka pozycja, jak też charyzmatyczne właściwości dają mu możność wszelką, a zwłaszcza bezgranicznego niemal czynienia dobra, którego znakiem widomym są postępki o ważkim znaczeniu i pokaźnym rozmiarze, a przy tym nie ograniczanych wąskością zasięgu. Należy przypuszczać, że Adam zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę. Mimo to powstaje podejrzenie, że skoro jednak bluzga ustawicznie na swego zwierzchnika, mimo iż zaczyna nabierać dla niego szacunku, a nawet ukrytej sympatii, to widocznie obarcza go winą za krytyczne stany swego ducha. W głównej zaś mierze czyni go odpowiedzialnym za swe wewnętrzne rozdarcie, któremu uległ, a którego następstwem jest sprzeczność uczuć. Bo zaiste zastanawiająca, by nie rzec zdumiewająca jest zawziętość, z jaką Adam tępi szefa za dwuznaczność i dwulicowość; za podwójne niejako, zróżnicowane wobec osób i sytuacji sposoby bycia i postępowania. Naczelnik Gleba stał się ulubionym zającem, do którego zawsze i z upodobaniem Adam strzela.


* * *


- Dotąd nie wiem, czy on w swoich wszechogarniających zapędach jest fanatykiem, czy aktorem dell'arte. Coś mnie zawsze odstręczało od tego człowieka, chorego na wygórowane ambicje. Podejrzewam, że skrywa myśli, a na pokaz robi to, co uważa za stosowne, i mówi to, co uznaje za odpowiednie do głoszenia. I że gdy jakiekolwiek słowa głosi, to wcale nie dobro ludzkości, lecz siebie ma na względzie. Właściwie Ikach, ale to na jedno wychodzi. To zresztą jest ludzkie i nie miałbym mu tego za złe, gdyby nie ustawiczne zabiegi czy zwody wokół stwarzania pozorów skutecznych, a przy tym jakoby nowatorskich działań, choć wiemy wszyscy, że są dziwactwem i jedną wielką zgrywą. No widzisz. A ty jeszcze niedawno zauroczyłeś się tym, a nawet dałeś się porwać... Facet ma przy tym niebywałą umiejętność dostosowywania się do okoliczności, gdy jest do tego zmuszony. Rozumiem konieczność posiadania giętkiego kręgosłupa, bo z sztywnym by nie poradził i nie byłby tym, kim jest. Tylko czemu przy tym powoływać się na takie pojęcia, jak służba czy posłannictwo? No tak, musi, bo straciłby rację bytu. Tu w grę wchodzi taka właśnie oczywistość i wiemy, że idzie o utrzymanie za wszelką cenę kierunku ikachowskiej polityki, bo raz zgubiony, doprowadzi Glebę do nicości. Rzecz w tym, by nie zatracił miary, jaką wyznacza poczucie obiektywizmu, a tymczasem on się plącze i gubi, bo widzi tylko siebie jako twórcę niebywałości, i swoją ideę, czyli fiksum dyrdum.

To zrozumiałe, że warunkiem czynienia rzeczy prawdziwie wielkich i ważnych jest posiadanie zwierzchności i umiejętność posługiwania się nią. Trzeba mieć władzę, by móc realizować swoją wizję rozwiązywania problemów politycznych i społecznych, i by zdołać zaprowadzić ład zgodnie z własnym jego pojmowaniem. A jeśli ono różni się od powszechnego, a zwłaszcza jeśli tym gorzej dla powszechności...? No to wtedy już można uznać za słuszne wszelkie użyte środki, bo wówczas jest się ponad nimi i nawet świństwo uzyskuje rangę ognistego miecza. Rozumiemy się? No to zgoda.

Tylko czemu on wyznawanie takich poglądów ukrywa wstydliwie, jeśli uważa je za oczywistość i jeśli mniema, że nie tylko nie przynoszą mu hańby, lecz dowodzą rozmiaru człowieka wyrastającego ponad prawo? Czy on nie rozumie, że ciągłe, małostkowe szukanie uzasadnień i powodów pomniejsza zarówno jego, jak i sprawę? A w ogóle uważam, że za mało jest w nim cech ludzkich; zwłaszcza cech człowieka sprawiedliwego. Zresztą cholera wie, co w nim jest naprawdę. Zważywszy jego intencje i zakładając, że są szczere - może go krzywdzę i błędnie oceniam? Może on, prawdziwie wierząc w swoje posłannictwo, nie jest w stanie zachowywać się inaczej? Nie wiem. Ostatnio spostrzegłem, że dręczą go i niepokoją jakieś nowe pomysły, może już projekty; zapewne jakiś kolejny bzik czy zwariowane olśnienie. Ale nie zdradza się z niczym, na coś czeka. A reformy, mające jakoby dotyczyć przeobrażenia rodzaju ludzkiego i ulepszenia ziemskiego bytowania - u nas sprowadziły się, jak dotąd, do wymyślenia specjalnego nazewnictwa. Dziwacznego? Zapewne tak. Tyle że wszyscy, prócz mnie, już się z nim oswoili. Wolałbym go nie używać, ale tego nie uniknę.

Do rzeczy. Przychodzę tam kiedyś rano, nastawiony na tysiące glebowskazań - krzyżujących się i prowadzących w przeróżnych kierunkach, acz chyba tylko na manowce; na kłębowisko idiotyzmów, czyli dotchnień i glebpoczynań. Mam nadzieję, że już oswoiłeś się z tym bełkotem i wiesz, o co chodzi. Umyślnie się nim teraz posłużyłem, żeby cię wprowadzić w atmosferkę... Nastawiłem się zatem na kolejne jakieś dziwactwa, bo tyle ich ostatnio się namnożyło, że aż stawało się gęsto. Przychodzę - a tu nic; martwy spokój, jak przed burzą. Co jest? Wszyscy przyczaili się, przycupnęli jak zajączki pod miedzą. Raptem rwetes: runęło na nas nadwidzenie w postaci sprawdzeniówek - trzech wyszczekanych babsztyli z zadartymi nosami, a każdy wyostrzony ciekawością, napęczniały chęcią wietrzenia. No dobrze. Przyczaiłem się w skrybowni. Spostrzegły mnie, ale nic. Gmerają w tutejszych szpargałach, które sztywno przedkłada im pani Maria. Patrzę, co z tego wyniknie, ale nic ciekawego nie wynika z porządku przyjętego przez nią jako sposobu na osiągnięcie tu sukcesu. Posłuszna, gorliwa i grzeczna myszka, pragnąca się jednak wykazać... Wyobrażasz sobie? Dla niej sukcesem jest, jeśli szef na nią nie naburczy.

Tak więc tu u niej było okej, i dopiero gdy babole dały nura w szefowską kącinę, rozpętała się nielicha burza w szklance wody. Szefuńcio co i raz wypryskiwał stamtąd w poszukiwaniu zagubionych ogniw - ot, prysznic, a raczej ulewa iskrząca piorunami. Z okrzyków oburzenia, dochodzących zza niedomkniętych drzwi, dało się wywnioskować, że w przepastnych szafach, a pewnie i szufladach zawieruszyło się to i owo spośród szpargałów podległych jego kompetencji, a dotyczących spraw, za które on jest odpowiedzialny. Zaniedbał - on, chodząca doskonałość. Coś niebywałego... Nadstawiłem uszu radośnie i nie bez jawnej satysfakcji, i trwało to dotąd, dopóki babole nie wtargnęły na powrót do sekretariatu - zacietrzewione, rozpalone, z ogniem w oczach i wypiekami na policzkach. Za nimi wślizgnął się szefuńcio, pobladły nieco, z położonymi po sobie uszami.

Zrobiłem oko do Ewy, która przysiadła jak trusia w kąciku, nie wiedząc, czy powinna przyrządzić kawę i czy tej kawy owe furie nie wyleją jej na głowę, ogarnięte szałem, oślepłe z wściekłej zajadłości, opanowane ferworem zaciekłego sprawdzania. Jeden z babsztyli spostrzegł puszczone do Ewy oko, przyuważył mnie, ale jakoś na razie nic. Powędrowałem sobie za płotek i dopiero gdy doszło do wertowania osobowościówek, czyli danych personalnych, one do mnie - bo wyszedłem zza płotka z rękami w kieszeniach. - A pan kim jest? - Ja: - To przecież chyba widać. - One: - Jak to? Co widać? - Ja: - No, wystarczy spojrzeć na mnie, aby domyślić się, że nie jestem ani naczelnikiem, ani glebowniczym, tylko po prostu chłopcem w dżinsach, takim do wszystkiego. - A gdzie to jest napisane? - Co ma być napisane? O tych dżinsach? - Proszszszę pana... Pytam, gdzie jest napisane, czym pan tu jest. - Czym? Raczej kim - poprawiłem, ale faktycznie nie było naskrybienia jak byk, a tylko maczkowate powiadomienie, że jestem glebczuwalnikiem, która to informacja nie wyjaśniała szczegółowo, na czym ta funkcja polega. Bo w rzeczy samej, nie dawała się określić. Chłopiec do wszystkiego? Jakże to tak? Może dozorca lub posłaniec? Zobaczyłem wycelowane w siebie oko szefa, groźne i ostrzegawcze, lecz mimo to brnąłem w kabałę. Gdy babol klarował, oddzielając i rytmicznie bębniąc sylaby, że wszystko ma być jasno i wyraźnie uwidocznione, czym kto tu jest, i to nie gdzieś w środku, ale na wierzchu, palnąłem z miną niewiniątka: - Kim jestem w środku, nikomu nic do tego, a na wierzchu... - Proszę sobie nie kpić, bo... Chodzi o teczkę. Nie wewnątrz teczki ma być napisane, ale na niej. - Aha, to po to, żeby nie trzeba było za dużo myśleć, zawszeć to wysiłek, a i domyślić się można czegoś niepotrzebnie. - Trzasnęła zbiorem wiadomości o mnie i wzięła się do innych tak zajadle, że jakby z chęcią ich podarcia.

Ciasnota poglądów tych paniuś i ich intelektualne ograniczenie, ich świat ubożuchnych pojęć, wyzbyty wszelkiej głębi i pozbawiony bodaj cienia indywidualizmu - wszystko to sprawia, że tymi babami mógłby poszczycić się Ikach. Stałyby się chlubą naszego systemu, gdyby były naszymi absolwentkami. Spełniły tym samym rolę lustra i przelęklibyśmy się swego odbicia, gdyby nie to, że od tej chwili te panie przestały właściwie dla mnie istnieć. Ich obecność zredukowała się do czarnego punkciku, mniej znaczącego niż kropka nad "i". Rozpłynęła się w powietrzu jak smrodliwy obłok... Zostawiły oczywiście powizytacyjne uwagi i zalecenia, które zresztą Gleba nazwał i przeredagował po swojemu, i nam rozdał jako przesłannictwo dotchnień. Poczytaj sobie, jeśli chcesz, bo je noszę na sercu.

(Tu Adam wyciąga z tylnej kieszeni spodni zmiętoszoną karteczkę, zapełnioną tekstem o następującej treści: "Zarzuty nadczuwalnictwa, czyli dowód serdecznej troski o należyty wydźwięk I.K.Ch. - 1. Dlaczego w Glebowisku Ćwiczeń Precyzyjnych kasetki są zróżnicowane? Czemu nie wszystkie długopisy są czerwone? Luka w obowiązującym ujednoliceniu. Dlaczego maszyny stoją pod ścianą, a nie na środku? Dowód lekceważenia postaw glebobytu. 2. Dlaczego w Glebowisku Pokazowym woda na mównicy jest w karafce z rżniętego szkła zamiast w dzbanku? Karafka jest przedmiotem amoralnym, gdyż wzbudza niepożądane skojarzenia. 3. Czemu brakuje przyrządów gimnastycznych i odpowiedniego pomieszczenia dla praktykowania ćwiczeń? Doskonałego zwierzchnika powinna cechować sprawność i elastyczność, a nie tylko dbałość o estetykę wyglądu. 4. Dlaczego w skrybowni istnieje zakątek wydzielony parkanem? Wprowadza to element dwuznaczności, podczas gdy życie w Ikachu powinno być jawne". I tak dalej).

- No co, przeczytałeś? To coś ci powiem na dodatek. Otóż nie wie nikt, jakie były rzeczywiste wnioski, gdyż szefuńcio głęboko je gdzieś pochował i chyba nie w szufladzie, oj nie. Żeby nie zostało po nich śladu. A te, które czytałeś, nie tylko przeredagował, jak ci już wspomniałem, ale sam wymyślił to i owo, i nam udostępnił. Bo coś za bardzo idą mu na rękę, czyli po linii jego, he he, reform; coś zanadto popierają jego zamysły, hi hi, programowe. Są, powiedzmy, pogłębieniem systemu poprzez usunięcie dziesięciorzędnych usterek, czy raczej - wprowadzenie sprzyjających i wspierających, na ogół błahych poprawek. Jestem przekonany, że Gleba, generalnie wziąwszy w łeb, jak zwykle stworzył pozory, żeby ukryć pod nimi główne i zasadnicze zarzuty, a jednocześnie tajemne jakieś swe zamiary.

Według mnie, podważono, ba, podano w wątpliwość, a może nawet wyszydzono jego model wychowawczy - model kształcenia charakterów - a tak w ogóle, to obłąkany wymysł, dotyczący czegoś tak dziwacznego, jak glebownictwo czy glebotwórstwo. Może nawet postawiono go w sytuacji albo-albo, gdyż faktycznie, prócz niego samego, nie wie nikt, do czego Ikach naprawdę zmierza. Wytknięto mu na pewno stosowanie własnego, nie uzgodnionego z władzami - a zwanego przezeń glebodawstwem - stylu pracy wychowawczej i kształcącej, przy zastosowaniu metod, które okazały się tak szalone i dziwaczne, że nie do przyjęcia. Tym samym nie spełnił wyznaczonych mu obowiązków, jak też pokładanych w nim nadziei na wprowadzenie nowatorskich metod edukacyjnych. Podkreślam: prawdziwie nowartorskich, a nie cudacznych i powierzchownych. Miał to być przecież normalny, acz poniekąd eksperymentalny zakład wychowawczy i szkoleniowy... A skoro zawiedziono się na Glebie totalnie, to i stracił do siebie zaufanie. A ponadto grozi mu utrata stanowiska i w ogóle zakaz wszelkich działań w wymyślonym przezeń kształcie - wszystkiego więc, co w jego języku zwie się uziemieniem. Mało? I co on teraz, biedaczek, zrobi, jeśli się nie poprawi? Nie chodzi tu już o jego osobistą, lecz o ikachowską porażkę.

Na pozór pokornie więc przyjmuje zarzuty i stosuje się do zaleceń, i nie wie nikt, jakich użyje podstępów, aby kontynuować swe dzieło. Stworzył pozory, że zalecenia sprzyjają wcześniej podjętym przezeń zamiarom i zamysłom. Czy ktoś prócz mnie już się domyślił, że zmierzają one do wytwarzania stanów wewnętrznych, polegających na powszechnym ogłupianiu? Temu przecież celowi służą tutejsze zabiegi w postaci ćwiczeń, które żywych ludzi przekształcają w manekiny. Po co mu to? To znana prawda, że manekinami łatwo jest rządzić ludziom wybitnym - bo przecież wytworzenie także i takiego gatunku ludzkiego przewiduje program Ikachu. Tylko że Gleba nigdy światem rządzić nie będzie. Chyba że ma kontakty, o których nie wiem i mogę się co najwyżej ich domyślać - z jakimiś grupami czy środowiskami, skąd otrzymuje wskazówki i zalecenia. A w takim razie, jeśli tak miałoby naprawdę być, to - wbrew temu, co przedtem powiedziałem - rzecz jawi mi się w nowym świetle. Otóż chodziłoby o to, by rzeczywiście Ikach stał się światem, a świat Ikachem. Już zresztą mówiłem o tym, ale coraz jaśniej pojmuję, wręcz upewniam się, że do tego się tutaj zmierza, do tego dąży. Ot, czysta utopia - ale czy nie realna...? świat władców i manekinów... Już to przewidywali proroczy futuryści...

Jak na razie, tylko patrzeć, jak Gleba wprowadzi u nas glebrozrywki i inne atrakcje (rzecz jasna, obowiązkowe), by odwrócić uwagę ikachowców od spraw zasadniczych; od bolesnych niedomagań świata - którym żadne glebizmy nie zaradzą. Ikach jest przecież organizmem zamkniętym, nie dopuszczającym lub raczej nie przyjmującym wiedzy o tym, jak bywa w świecie; a przy tym otwartym jak paszcza lwa, rozdziawiona w gotowości pochłonięcia go. Ale ten rozwarty pysk, te wyszczerzone kły mogą pozorować uśmiech: jeden ze sposobów stosowania iluzji i mistyfikacji. Oczywiście, Gleba sporządza też udowodnienia i naciąga glebozdawczość, by sedno systemu mogło pozostać nienaruszone i by ocalała istota Ikachu; ale powtarzam, że nikt o tym nie wie, tylko Gleba. No cóż, to śmieszne, ale gotów jestem uszanować go za ten jego maniacki upór kontynuowania swego dzieła - i zrozumieć, że uciekać się musi do podstępów i wybiegów, by stworzyć pozory, że wziął do serca dotchnienia. Robi więc szum wokół przeglebiania Ikachu. Jak ci już chyba mówiłem, rzecz polega na wprowadzaniu błahych zmian w glebowniach i glebowiskach oraz na wymianie osobowej. Ta jest o tyle ważna, że Gleba zakończył już cykl eksperymentów na obecnym zespole, a chce podjąć nowe. Usuwa więc glebowników nie tyle może niewygodnych, ile już niepotrzebnych, bo wykorzystanych. Przy sposobności daje też upust glebowładczym instynktom, traktując swoich ludzi jak pionki, które ma w rękach - albo mu się tak wydaje... Zabawę tę uzasadnia bowiem wyższymi względami. Słowem, wglebia się na wszelkie sposoby. Upodobnił się do szkodnika żerującego na ludzkiej bezradności; szkodnika, któremu udało się ominąć sidła i zmylić trop. Jak dotąd, pokierował sprawami według swej woli, uznania i zapatrywań. Może mu już gdzieś tam przyklaśnięto...

Słuchaj dalej. Kiedy już sobie te babsztyle poszły, a ślad po nich, niczym smród, rozwiał się w przestrzeniach Ikachu, Gleba wziął mnie do siebie na chwilę rozmowy. - Adam, jak ty się zachowałeś? Doprowadziłeś te wiedźmy do białej gorączki. - A bo co? - zapytałem z głupia frant. A on, spokojnie zresztą: - Słuchaj, przykro mi, że muszę udzielić ci upomnienia, i to właśnie tobie, gdyż to zwłaszcza ty powinieneś zachować się nienagannie i przykładnie. - A czemuż to? - chciałem zapytać, ale nie zdążyłem, gdyż weszła pani Maria i nie zrozumiałem, czy mam się tak zachowywać dlatego, że jestem zagrożony, czy też że mam zostać wybrańcem. Szedłem już ku drzwiom, ale odwróciłem się jeszcze, pełen wątpliwości, a wtedy spostrzegłem, że on patrzy za mną z uśmieszkiem ciepłym i pobłażliwym. Dlatego w tej samej chwili zrezygnowałem ze zgryźliwości... Nie, nie wycofuję tego, o czym ci przed chwilą powiedziałem, bo jest wciąż aktualne. Tylko że... On mnie przecież wtedy swoiście przepraszał za uczynioną mi wymówkę, gdyż była ona nieuniknionym następstwem jego obecnej sytuacji. Zrozumiałem to natychmiast i poczułem się chwilowo rozbrojony, a tym samym zniewolony do odwzajemnienia życzliwości - za co siebie w tej chwili po stokroć przeklinam i chciałbym tamtą chwilę wymazać. Bo to była tylko krótka chwila... Wyzwolić by się nareszcie z podejrzanego stanu; z dwuznaczności bycia kimś ni to wyróżnionym, ni pomiatanym. Ale wiem, że nie ma rady innej, jak tylko na razie podporządkować się oddziaływaniu Gleby, licząc na bieg wypadków, który zasadniczo może odmienić stan rzeczy. Jeśli chcę teraz posiąść jaką taką pozycję, to tylko po to, by móc nareszcie odzyskać trochę szacunku dla siebie i wiary w swój sens. Może kiedyś dopnę swego i przeprowadzę własne koncepcje. Jakie? A to już może o tym kiedy indziej. Bo mam nadzieję, że nie utracimy nawiązanego ze sobą kontaktu, co? Jeśli zaś chodzi o plany, to jednak na razie muszę dostosować się do tutejszości i przyjąć obrażającą mnie grę.

A swoją drogą sam siebie zaskoczyłem, gdy nagle dopatrzyłem się ludzkich znamion w tej chodzącej instytucji, jaką jest nasz Gleba. Bo oto spojrzałem na odchodnym w jego zmaltretowaną przez zgryzotę twarz, nad którą widać stracił na moment panowanie czy kontrolę; twarz, na której wszakże pojawił się ślad uśmiechu, jaki bohatersko starał się wywołać. I wówczas we mnie miejsce poczucia triumfu zajęło obce mi dotąd wzruszenie; ten rodzaj wzruszenia, jakiego u siebie nie podejrzewałem.


* * *


Jak widzimy, Adam pod dyskretnym naciskiem naczelnika uznał go i docenił takim, za jakiego zwierzchnik pragnął uchodzić. Tym samym ten krnąbrny, niepokorny i zakompleksiały chłopak, ujęty okazywanymi mu względami, nareszcie uznał też, docenił i ustanowił sam siebie, przekonany, że zwycięsko wychodzi z ogniowych prób. Nareszcie poczuł się nie byle kim i nie pytajmy już, w jakim stopniu własnowolnym i samodzielnym było uzyskanie takiego stanu rzeczy. Mimo to, może jednak nieco inaczej należałoby spojrzeć na tę sprawę: wszak ów afirmujący proces nie dokonał się samoczynnie. To za przyczyną naczelnika Adam mógł kreować siebie na kogoś, kto wiele zrozumiał.

Ten nadwrażliwiec, ten sceptyczny, gniewny, cyniczny i pełen młodzieńczej świeżości nonkomformista, który bywał wdzięcznym obiektem ikachowskich doświadczeń - aczkolwiek jednocześnie czuł się ofiarą nadmiernie rozbudowanej samowiedzy - w nowo powstałej sytuacji musi przyjmować (bo nie przyjąć nie może) różnorakie następstwa swoistego wyróżnienia czy napiętnowania. Nie tylko bowiem nie został ukarany wygnaniem za ustawiczny bunt, lecz wprost przeciwnie, okazało się, że ów bunt był przewidziany programem, a ostatnie wyskoki zostały ocenione jako pomyślny wynik charakterotwórczych zabiegów. Zyskały uznanie zalety burzliwego i wrażliwego usposobienia Adama i godną przyjęcia okazała się wartość twórcza sprzeciwu, zwłaszcza gdy jest on bardziej stanem niż działaniem. Sprzeciw bowiem Adama tylko niekiedy ujawniał się czynem, podczas gdy chęć podważania i rozsadzania stanu rzeczy okazywała się głównie w sferach myśli i uczuć. Słowami też raczej niż postępkami wyrażało się pragnienie burzenia zastanych struktur pojęciowych i odbudowywania ich na własnych, niedokładnie zresztą uściślonych, wręcz nieustalonych zasadach. Ten niezbyt zrównoważony buntownik naszych czasów, posiadacz wiedzy pełniejszej niż ta, którą zawierają obiegowe poglądy, ograniczył się do wypowiedzenia wobec naczelnika kilku sądów przekornie wyrażających przekonania - i stulił uszy, sam siebie być może pytając: Adasiu, gdzie jesteś? - Lecz zabrakło gęstwiny rajskiego ogrodu, w którym mógłby siebie odnaleźć. Został wszakże odnaleziony, aczkolwiek rzec by należało, że poddał się presji okoliczności. Uległ też zapewne koniecznościom bytowym, ale przede wszystkim - jak wszyscy tu - przemożnemu czarowi szefa i magicznemu wpływowi Ikachu.


- Sam wiem, czego mi trzeba. Ale tutaj - cóż jest możliwe? Co mogę sprawić, dopóki znajduję się w zasięgu zwierzchności człowieka, który sam jakoby najlepiej wie wszystko? Czy ta wszakże wiedza kieruje jego postępowaniem także i ze mną? Czy znajduje w niej słuszny i uzasadniony powód, dla którego foruje i faworyzuje kogoś takiego jak ja, kto mu nieustannie staje ościeniem, a w dodatku przejrzał go na wskroś? Dziwne. Wszak ktoś przejrzany, a w dodatku nękany ustawicznym sprzeciwem - tego nie lubi. Faworyzowanie mnie jest więc - moim zdaniem - jego zabiegiem obronnym, uprzedzającym atak. Nie odpowiada mi taka sytuacja i dlatego zadecydowałem któregoś dnia, że stanowczo trzeba mi stąd odejść. Ale - dokąd? Rozsądek podpowiada mi, że pozbawię się gruntu pod nogami. Cóż będę robił, skoro jedyne, co potrafię, to myśleć? Ale z zarobkowania takim sposobem człowiek nie wyżyje. Dlatego wciąż tu mimo wszystko jestem.

Wiesz? - męczy mnie świadomość nieustannej, lecz niewidzialnej czyjejś - wiadomo czyjej - obecności, postanawiającej o mnie beze mnie, więc jakby wszechmocnej. Bo chwilami mam wrażenie, że on wniknął we mnie i zawładnął mną, kierując moim czuciem i myśleniem, a nawet postępkami. Ta jego domniemana we mnie obecność męczy i skłania do sprzeciwiania się jej, lecz równocześnie działa ona pobudzająco i budująco. A zatem, jak się zdaje, wyniki okazują się raczej pomyślne. Będąc pod osłoną jakoby stałej obserwacji, poczuwam się do obowiązku pokazywania się z najlepszej strony nie tylko wobec innych, lecz także siebie; co więcej - nawet wobec ludzkości jako jej przedstawiciel, którym się nagle i nieoczekiwanie poczułem. Stąd siłą rzeczy wynika konieczność ustawicznej samokontroli; nieustannego sprawdzania i korygowania nie tylko wszystkiego, co mówię, ale także tego, co dzieje się we mnie i ze mną. Kokieteria? Nie, a skądże, przecież nikogo nie zamierzam w ten sposób zjednywać ani też nikomu się przymilać. Myślę, że to jest chyba po prostu takie cholerne poczucie więzi z ziemsko-ludzką wspólnotą. Ot, glebalizm... Może jednak nieźle by było, gdyby wszyscy mieli podobne odczucia i wskutek nich zachowywali się tak jak ja? Byłoby to wskazane ze względu na stosunki międzyludzkie, a zwłaszcza na ukrytą w nas czy wśród nas obecność gości lub najeźdźców, kogokolwiek przez nich rozumieć. Ukrytą - bo chodzi mi o świadomość ich istnienia; o ich zatem nie tylko fizyczną obecność, acz o nią także. Nie drą się pazurami ci, którzy dbają o elegancję uczuć, a nie tylko gestów.


* * *


Jak widzimy i trzeźwo już teraz oceniamy - zarówno Adam, jak i jego zwierzchnik wierzą, że świat może powierzyć się ludziom takim jak oni; ludziom wszakże pokroju każdego z nich z osobna. Obydwaj więc - każdy na swój sposób - pragną tego samego, inaczej tylko pojmując swą misję, inaczej też widząc przebieg procesu powierzania. Odmienną też pragną zastosować metodę wprowadzania powiernictwa. Gdyby ich (czy szalone?) dążenia mogły się zrealizować, zapewne doprowadziłyby ich - choć różnymi drogami - do tego samego celu. Byłoby nim zawładnięcie umysłami - po to, by wyrugować z nich wszystko, co przeczy pojmowaniu słuszności, specyficznemu dla każdego z tych dwóch, oby niedoszłych przywódców. I by na miejsce opróżnione z wyrugowanych poglądów - wprowadzić jednolity sposób myślenia, służący urzeczywistnianiu mglistych chyba zamiarów każdego z tych dwóch, powiedzmy, reformatorów. Różnią się oni jednak w zapatrywaniach dotyczących form, jakie winno to urzeczywistnianie przybierać. Spróbujmy wyjaśnić rzecz, czerpiąc nie tylko, jak dotąd, z rozważań zawartych w Kronice, ale posługując się też ikachowską, również z Kroniki zaczerpniętą terminologią.

A zatem w procesie kształcenia czy kształtowania charakterów Adam odrzuca etap unifikacji i zabijania indywidualności, gdyż - jego zdaniem - tego procesu nie można traktować jako celu ostatecznego; natomiast trzeba go uznać za środek służący pobudzeniu i rozwinięciu indywidualizmu właśnie. Jeśli bowiem upowszechni się hasło: precz z bezosobowością, wszyscy indywidualistami - będzie to także formą, acz biegunowo odwróconą, ujednolicenia, tyle że zróżnicowanego; wzbogaconego różnorodnością ludzkich cech, a zatem podniesionego na wyższy poziom.

Rzecz z kolei w tym, że sposób, w jaki Adam pojmuje zjawisko glebiaństwa i jego wytwór, czyli fakt bycia glebianinem obwarowanym prawami i obowiązkami - niewiele ma wspólnego z zespołem pojęć jego zwierzchnika. Różni się zasadniczo idea dotycząca przedmiotu zabiegów, które jednakowo (bo w oparciu o glebę) nazwali, w czym innym wszakże upatrując słuszność realizacji. Szef nie boi się wielkości dotyczącej określeń tak pojemnych, że aż przechodzących w ogólniki, i nie zamierza przed nimi uciekać. Adam natomiast wzniosłe słowa traktuje zastępczo i umownie, gdyż obawia się ich pustoty prowadzącej do samopomniejszenia ich treści, której ubóstwo chce rekompensować rozproszeniem się w drobiazgach.

Następnie - każdy z nich inaczej rozumie potrzeby glebiańskie, różnić się więc też muszą zapatrywania na niezawodne ich spełnienie. Szef jest pewien, że społeczność nazwana przezeń glebiańską (może byłoby lepiej: glebalistyczną), zdolna jest żyć szczęśliwie - pod warunkiem, że każdy z jej udziałowców zrezygnuje z siebie dla - zresztą abstrakcyjnego - dobra ogółu. Czyli że ów udziałowiec skłoniony zostanie do przyjęcia wzorca ikachowskiego, czyli glebalnego współżycia i współdziałania, z którego wykluczone zostaną wszelkie niezależne przejawy istnienia. Także - osobiste pragnienia i upodobania, zniwelowane na rzecz dobrowolnego podporządkowania się jakoby zbawiennym zabiegom. A Adam? Jego zdaniem, szczęśliwym, więc też zapewne sprawiedliwym stanie się każdy, komu pozwoli się (sic!) żyć przykładnie, po swojemu, we własnej glebie i według osobistego, byle tylko słusznego pojmowania własnego dobra, nie pozostającego w sprzeczności z dobrem innych. Kształcenia charakterów upatruje więc w rozwoju jednostkowym, byleby tylko nie był zgubnie wyrwany z gleby czy z podglebia. Dobór czynników kształtujących powinien być zatem stosowany indywidualnie, a ponieważ Adam nie wierzy w skuteczność oddziaływań biorczodawczych (tzn. wychowawczych - M.H.), jest zdania, że doboru owych czynników powinien dokonywać samodzielnie każdy, kto osiągnął poziom świadomości umożliwiający glebiarskie samozabiegi. I do osiągnięcia takiego poziomu powinno się tu dążyć. Zatem ruchodawczość (działalność - M.H.) Ikachu oraz wszelkie jego nadczynienia (wpływy - M.H.) powinny się sprowadzać głównie do rozwijania glebświadomości. W jaki sposób? Adam musi zapewne dopiero to obmyślić; wachlarz możliwości jest tak różnorodny, że aż nieograniczony.

Jeśli więc Adam akceptuje i toleruje środki służące realizowaniu glebometody (także przy użyciu wyposażenia glebowisk) - to jedynie o tyle, o ile glebozabiegi posłużą ułatwieniu glebobycia. Ułatwieniu temu niewątpliwie przysłuży się zautomatyzowanie czynności glebiarskich, polegające na wykonywaniu przy pracy ruchów tak wprawnych, że nie wymagających namysłu. Nabycie takiej to wprawy uwolni uwagę, którą zawsze pochłania niedostateczne wciągnięcie się w wykonywane czynności; to znana rzecz. Dotąd w rachubę wchodziło glebownictwo, lecz chodzi o to, ażeby obowiązek nabywania automatyzmu ruchów upowszechnić. Osiągnięcie we wszelkich pracach rutyny sprzyjać będzie wyzwoleniu myśli - już swobodnej, nie związanej z czynnościami, zdolnej do wzlotów; do wędrówek wśród wysokich rejonów człowieczeństwa - w którymś spośród dowolnie obieranych, aczkolwiek dokładnie wyznaczonych kierunków.

Posługując się językiem tradycyjnym, rzecz ma się tak: Naczelnik Gleba kładzie nacisk na znak równości między człowiekiem i społecznością, podporządkowując jednak człowieka nadrzędnej wartości, jaką stanowi ogół - pomniejszając tym samym istotę ludzką, i to niemal aż do zaniku (wyjąwszy samego siebie). Adam też stawia ów znak równości, ale niejako zwrócony w odwrotnym kierunku, czyli wskazujący człowieka jako wartość główną; pierwszą i niezastąpioną. A stawiając w ten sposób sprawę, pozostaje w zgodzie ze sobą. Gdy szef myśli: społeczeństwo, to ci inni - Adam jest pewien, że społeczeństwo, to on. Szef nie dowierza ludziom i dlatego ufa metodzie przymusowego wdrażania ich do obowiązku. Skłania ich do przyjęcia gotowych, opracowanych w Ikachu wzorców postępowania, chcę im też wmuszać zasady ustalone przez siebie, więc - jego zdaniem - jedynie słuszne. Obstaje przy swym postępowaniu nawet wówczas, jeśli stanowi ono zaledwie pretekst dla tajemnych, jeszcze nie spełnionych zamysłów. Dla osiągnięcia celu nie cofa się też przed użyciem podstępów. Adam również nie dowierza ludziom, ale zaufał ich naturze, która nie odkryje swych najlepszych stron poprzez grę pozorów, gdyż ludzkie zalety mogą się ujawnić jedynie w prawdzie. Udawanie, krycie myśli, maskowanie przeświadczeń oraz sądów, podawanie pretekstów jako substancji lepiej od prawdy przyswajalnej (podczas gdy prawda bywa jakoby niestrawna), nie są sposobami, dzięki którym zyskuje się zaufanie. Ludzie - jak wyznał Adam na marginesie omawianych spraw - prędzej czy później odkryją fałsz i i zechcą domagać się szczerości; dopominać się o autentyczność w każdym względzie, dotyczącym międzyludzkich czynników. Bo choć prawda jest trudna, to przecież nie za nią nienawidzi się człowieka. Nie kogoś więc, lecz siebie można znienawidzić za lęk przed nią lub jej ukrywanie. Albo też za bezradność wobec sił uniemożliwiających dochodzenie do niej.


* * *


- Tamtego pamiętnego dnia (jak w ogóle ostatnio) czułem się nienajlepiej, mimo że trwała piękna, majowa pogoda. Szedłem sobie w słońcu i rozmyślałem ponuro: Cóż mogę zrobić dla kogoś, skoro nie potrafiłem nawet dla siebie? Zwątpiłem w sens i celowość wszelkich moich starań i poczynań, gdyż wydały mi się daremne, skoro nie dały pomyślnych wyników. Ogarnęło mnie zniechęcenie. Co prawda, nie zanadto się, jak dotąd, wysilałem, wiem jednak, że stać mnie na tworzenie innej niż obecna rzeczywistości. Niestety, odbywa się ono głównie w sferze wyobrażeń o tym, jak powinno być. A potrafię to sobie uzmysłowić, bo zdaję sobie sprawę, jak mogłaby i jak powinna wyglądać owa rzeczywistość. W Ikachu i w ogóle. Ta wiedza, spełniana zaledwie w pragnieniach, daje mi jednak przewagę (czy raczej jakiś jej rodzaj) nad trzeźwo myślącymi i rzeczowo działającymi. W myślach bowiem urządzam świat po swojemu, jak mi się podoba - i nic mnie to nie kosztuje. Ale... Patrząc na ludzi - tych tam gdzieś w świecie, w śmieszny lub zastraszający, acz skuteczny sposób zaradnych - poczułem się przerażony i sparaliżowany bezsilnością. Zazdrościłem im, ale wzgardliwie, więc jednak już nie pragnąłem się do nich upodobnić; już wolałem pozostać, jaki jestem, bo z własnej odrębności mogłem przynajmniej czerpać zachętę do prób odnalezienia dla siebie szansy bycia. Jakiegoś bycia. Wiesz, to jest taki stan pogotowia, przydatny tak na wszelki wypadek, czyli gdyby nadarzyło się coś, co trudno jest przewidzieć.

Zbliżałem się z wolna do Ikachu, a raczej do jego siedziby, bo od niego samego całkiem oddalić się nie można, a nawet nie sposób, gdyby ktoś chciał. Codzienne bowiem odejścia do domu i powroty tutaj - ten ruch wahadłowy - są jak rozciąganie gumy, która nie popuszcza; zezwala jedynie na to, by uzyskać trochę dystansu, i to z dużym wysiłkiem. Zatem jesteśmy niemal dosłownie przywiązani... Zwróć uwagę na sposób, w jaki już rzecz mimo woli i bezwiednie traktuję: odchodzę do domu, a do Ikachu wracam.

Wracam więc oto - i ze zgrozą oraz ze wstrętem myślę o tym, że za chwilę zetknę się z przejawami obecności szefa, udzielanymi nam nie na zasadzie: ludzie ludziom - ale: człowiek ludziom. Zauważ tę zatrważającą różnicę. Nie dostrzegasz jej? No, po prostu władca udziela się swemu ludowi. Niepojęty on jest zaiste i niepojęte są jego uczynki oraz postępki. Każdy przecież, kto oberwie, przeżywa to jakoś inaczej niż on. Pokornieje, jeśli narozrabiał i należą mu się za to cięgi. Stara się to i owo nadrobić, jeśli nie tylko popełnił, ale też uznał swój błąd, zwłaszcza gdy jest słaby, ale ambitny i zależy mu z różnych względów. A jeśli mocny, to gwiżdże i rozgląda się za czymś innym. A ten? Trudno doprawdy powiedzieć, czy w ogóle obleciał go strach, bo niczego nie daje po sobie poznać. Tak, wydoroślał jakoś czy urósł, a może i zmądrzał, ale godności nie nabył, o nie, a nawet powagi, a jedynie przyswoił sobie trochę starannie wystudiowanych gestów. Bo nie jest oznaką godności namaszczone dostojeństwo, by nie rzec - solenność, z jaką wydaje polecenia, ani też uprzejma wytworność, z jaką zaszczyca łaskawym uśmiechem lub... beszta. A o tym, że takie zachowania nie są przejawem jego rzeczywistego stanu wewnętrznego, lecz pozą, świadczy fakt, że zapomina o stosowności sposobów bycia w chwilach rozgorączkowania. I tym się właśnie zdradza: tą nagłą zmianą zachowania, gdy ulegnie jakiemuś impulsowi, wywołującemu niekontrolowane odruchy. A potem nagle przypomina sobie o konieczności wykazywania ogłady i natychmiast uchybienie grzeczności pokrywa przesadną, przeto sztuczną uprzejmością.

No cóż, chce za wszelką cenę ocalić twarz. Tylko którą? Bo ma ich wiele. Tym samym każda jest zastępcza. On chce, żeby uznać, że przedstawia sobą jedność w wielości. A skoro tak, to już doprawdy nie wiadomo, z kim mamy do czynienia. I wobec tego można już nie przejmować się nim ani w ogóle tym, co powie, i to nawet wówczas, jeśli w nader kulturalny sposób daje nam do zrozumienia: - Gie was obchodzi, co jest ze mną. Jestem, jaki jestem, i kwita. Jasne? A oto nagroda dla was: premia uśmiechu. - A szafuje nią chętnie, chyba jako zadatkiem na spodziewane profity, bo w każdym z nas, jak też w każdym przez los mu nadarzonym, wietrzy potencjalny przedmiot eksperymentów. Wystarczy, że ktoś da się złapać na lep. Dobry pan, łaskawy pan. To przecież jest lepsze niż walenie pięścią w blat. Według niego, dobra jest tylko taka metoda, która okaże się skuteczna. W zasadzie jest to słuszne, ale w jego wydaniu - odrażające. Istnieją przecież różne względy, które należy brać pod uwagę...

Dochodziłem już do bramy, gdy spostrzegłem, że idzie mi naprzeciw. Uśmiechał się tak radośnie i tajemniczo, że aż przeszły mnie ciarki. Do diaska, co jest? Czego ode mnie chce? Czyżby za mało mu było skóry, którą już zdarł ze mnie? Ponieważ jednak byłem zaskoczony, gdyż wobec faktów dokonanych człowiek pozostaje bezradny, więc odruchowo uśmiechnąłem się także, a on: - Wiesz co, Adam, tak pięknie jest na świecie, a człowiek nie ma kiedy na to popatrzeć. - Zatrzymałem się, nie wiedząc, co jest grane, a on: - Chodź no ze mną na spacer, posiedzimy sobie chwilę tam na skwerze, robota nie zając, trzeba trochę odetchnąć. - A kiedy już siedzieliśmy, podczas gdy wokół hałasowały bachory, pokrzykiwały babcie, gruchały synogarlice i świergotały wróble, kąpiąc się w piasku i skacząc po krzakach, on najcudowniejszym uśmiechem obdarzył kolejno słoneczny dzień, babcie i dzieci, ptaki, kwiaty, drzewa, a bo ja wiem, co jeszcze było godne jego łaski? I raptem powiada: - Słuchaj, Adam, nie jestem ślepy i wiem, że zawsze trochę boczyłeś się na mnie, ale ja cię mimo to szczerze lubię za to, że jesteś właśnie taki bezpośredni i zapalny. Tacy jak ty mogą zrobić dużo dobrego, byle stworzyło im się warunki i byle dysponowali odpowiednimi środkami.

Zamieniłem się w słup soli, a on: - Wiesz, co ci powiem? To ty, właśnie ty, synu, powinieneś zająć moje stanowisko. - Zdębiałem do reszty, bo to było zupełnie zaskakujące i nawet w marzeniach nieoczekiwane. Czyżby nosił się z zamiarem odejścia? Bo tak to zabrzmiało. Ale ugryzłem się w język i nie zapytałem o to. A on chyba mnie przejrzał, więc w śmiech: - Nie myśl, że mam zamiar umrzeć ani w inny sposób odejść, ani że z ciebie żartuję. Ja ciebie naprawdę bardzo cenię i poważam, Adasiu, i widzę, nie od dziś zresztą, że z tobą nie ma co grać w zakryte karty. - Oniemiały, spoglądałem na niego głupkowato, bo czyżby to nagłe okazanie mi przejawów szczerości, to niegranie ze mną miało być nowym rodzajem gry? Znów się roześmiał i wyjaśnił: - Powiedziałem, że powinieneś mnie zastąpić, ale nic więcej, przynajmniej na razie. Nie wyobrażaj sobie, że łatwo pozbędę się swej wypracowanej w trudzie pozycji i swego dorobku. Niemało się przecież nad nim natrudziłem, i nie po to, aby się go nieroztropnie pozbyć, ale by go przenieść w następne stadium glebiaństwa. Jakie? Zrozumiesz je później, gdy już nastanie. Nie, to nie blaga; nie jest blagą to stworzone przeze mnie pojęcie, ale jeśli cię drażni sama nazwa, możemy jej tu między nami poniechać. Wiem, wiem, co się tam wśród ludzkich nizin bzdurzy o moim karierowiczostwie, ale przynajmniej ty jeden, proszę cię, nie myśl o mnie źle. Ja też byłem kiedyś, podobnie jak ty, zbuntowany i wierzgający; też chciałem burzyć zastaną rzeczywistość, by w jej miejsce stworzyć inną. Nadal zresztą chcę coś dobrego uczynić, lecz zawsze, od początku wiedziałem, że spełnić to będę mógł nie jako pozbawiony znaczenia pionek, ale dopiero wówczas, gdy zdobędę władzę. A co do ludzi, to rzadko kiedy się mylę.

Szczerze przytaknąłem mu głową, a on: - Pamiętasz tamtego faceta, o którego tyle krwi napsuła mi pani Maria? Tego, któremu, wbrew jej sprzeciwom, wystawiłem dobre świadectwo, kiedy od nas odchodził na inną placówkę? Ten człowiek po prostu miał tu u nas nieodpowiednią dla siebie funkcję; nie nadawał się dla nas. A tam? No proszę, już się podobno wybił. - Milczałem kiwając głową, bo mnie trochę, a nawet całkiem zatkało. Nie nawykłem do takich rozmów z szefem, zaskoczył mnie też obiektywizmem. A on: - Ty sobie nie myśl, że ja nie widzę, co ludzie robią, ja nawet wiem, co myślą i co zamierzają. Nie, nie jestem jasnowidzem, lecz uważnym obserwatorem i chyba niezłym psychologiem. Tyle że z racji mojego stanowiska nie wypada mi się z tą wiedzą zdradzać, ani tym bardziej powiedzieć im wprost, że wiem o złośliwym obgadywaniu mnie i wyjaśniać, że się mylą w swych nieprzychylnych dla mnie ocenach. My, przywódcy, musimy kryć się z uczuciami; nie ujawniać ich, a swe rozeznanie w nastrojach podopiecznych, jak też swą wiedzę o faktycznym stanie rzeczy - zachowywać dla siebie. Nie możemy też zważać na opinie o nas, z reguły sprzeczne, a tylko czynić, co uważamy za stosowne i właściwe. To wywołuje poczucie osamotnienia. Nie jest ci ono obce, więc łatwo zniesiesz czekające cię w przyszłości sytuacje. W każdym razie nastaw się na to, co cię ewentualnie czeka. Jeszcze raz uprzedzam, że to bywa czasem gorzkie. Powiem ci jednak w zaufaniu, że jest mi przykro, gdy zdaję sobie sprawę, że nasi mnie krzywdzą. Ale zachowaj te zwierzenia dla siebie. A co do mnie, to nauczyłem się doceniać wolność w głoszeniu słowa, bo bez tego w świecie ani rusz, aczkolwiek wiem, co się pod taką wolnością kryje. Ty sam zresztą pewnie się domyślasz, ale nie wiesz wszystkiego. No tak, między innymi - zamach na moją wolność. Nie, nie obawiam się pogróżek, ale... No, mniejsza z tym. Skoro jednak takie właśnie powstają okoliczności, uważam za stosowne i wskazane również - głosić. Skoro oni mogą, to ja tym bardziej. Co się zaś tyczy naszych ludzi, synku, to cóż robić, muszę wymagać, skoro i ode mnie się wymaga. Ale nie mogę z każdym rozmawiać, jak z tobą; to jest los szefów. Myślisz, że nie wiem, jak bardzo cię drażnię stosowanymi uśmiechami? Jak widzisz, wiem nawet i to, że tak je nazywacie. Was wszystkich one drażnią - tych zwłaszcza, którzy mają intuicję i opornie idą na lep. Ale aprobuję to wasze określenie, bo przecież świadomie operuję wyrazem twarzy. Wiem, że można mi to poczytywać za draństwo, ale pomyśl, co by to było, gdybym pewnego dnia stał się naburmuszoną, wrzeszczącą gębą? Co, bywam czasem? Cóż, jestem tylko człowiekiem i mam nerwy, ale musisz mi przyznać, że umiem trzymać je na wodzy. I tylko ja jeden wiem, ile mnie kosztuje, by się opanować. Jednakże muchy łapie się na miód, nie na ocet, ucz się tego, jeśli czujesz się powołany, by przewodzić tłumowi, boś większy, bo widzisz to, co jest zakryte, bo pragniesz i dążysz. Jak ja. Możesz mi wierzyć lub nie, ale mnie naprawdę zależy na rozwoju Instytutu, gdyż jestem pewny, że tylko mój system zdolny jest naprawić świat. Czyli - stworzyć trzeba pełnowartościowe społeczeństwo, oparte o zasady, które nazwę absolutną i powszechną służbą. Tak właśnie, glebalizmem. Dopiąć tego jest moim gorzkim obowiązkiem. Glebobowiązkiem. Ale jest za wcześnie mówić o czymś, co stanowi dopiero zalążek projektu. I dlatego chcę nadal forsować swą dotychczasową myśl i wynikłe z niej zamiary - do czego dobre są wszelkie sposoby, nawet, no właśnie, drańskie.

Tym razem ja, Mareczku, zacząłem się śmiać, nie wiem czy dlatego, że rozśmieszył mnie taki wyraz wymówiony przez kogoś, kto chce uchodzić za wytwornego pana, czy też że pojąłem śmieszność sytuacji, gdy odsądzałem go od czci i wiary, a on... Powiadasz, że sam siebie odsądził? No, to też, ale chodzi mi o to, że wiedział o tym, na czym polega istota jego postępowania, może nawet bawił się tą wiedzą, lecz nie uznawał za stosowne odsłaniać się przed nikim, a tylko przede mną. A w ogóle okazał się naraz porządnym facetem, który umie poświęcić dobre imię, aczkolwiek dopiero teraz uznał, że nadeszła właściwa pora, by to wyjawić. Co prawda, tylko mnie, a tym samym bodaj wobec mnie to swoje dobre imię chcieć odzyskać. Ot, bohater - bo go musiało zaboleć, gdy spostrzegł, że źle o nim myślałem. Chyba że ma wszystkich - także więc i mnie - gruntownie w nosie, i dlatego obnażył się, a co najzabawniejsze, że właśnie przede mną, który mu najwięcej ubliżałem. Śmiałem się więc jak szalony, a on mnie chyba znów przejrzał i wyczuł, bo zawtórował mi i śmialiśmy się tak gromko i zdrowo, że aż spłoszyły się wróble i dzieci, a babcie spoglądały na nas niepewnie. Dziw, że z tego śmiechu nie powstała wichura, która gnie drzewa i obrywa liście.

Powiedziałem mu wreszcie - wówczas szczerze - że cieszę się z okazanego mi zaufania i z tego, że również ja mogę wreszcie komuś zaufać. Obiecałem mu nawet, że dowiodę tego przy najbliższej okazji. Bo widzisz, doszedłem do wniosku, że wcale nie człowieka nienawidziłem, lecz niektóre jego zachowania, jak też to, że całym sobą był chodzącą instytucją. Znienawidziłem także reprezentowany przez niego system. Tak, bo to nie ja go reprezentowałem, lecz on. Zazdrość? No może. To przecież takie ludzkie... Niechęć zaś do systemu siłą rzeczy przenosiłem na Glebę, przez co osądzałem go niezbyt sprawiedliwie. W trakcie wszakże przytoczonej ci rozmowy doszedłem do wniosku, że coraz bardziej go szanuję, a nawet gotów jestem polubić... Przecież odkąd przestał przede mną udawać, okazał się żywym, prawdziwym człowiekiem, takim z krwi i kości, takim co się zowie. A że również pasjonatem? Szaleńcem swojej idei? Takich należy szanować, bo są rzadkością. Powiadasz, że zjednał mnie sobie? Kupił? Do licha, ależ tak, zwłaszcza gdy mnie trzepnął w plecy jak równego sobie, ot, no cóż, nie wyzbył się wioskowych nawyków, ale to nic. Trzepnął mnie więc i powiada: - Wiesz co, Adam? Teraz nie pora na wódkę, bo musimy już iść do Instytutu i trochę sobie, he he, poglebować, ale później stanowczo powinniśmy uczcić nasze przymierze. Mówiłem ci już? Nie? To wiedz, że chcę cię zrobić szefem nowego działu, którego zadaniem jest czynność polegająca na zrównywaniu. Już tam zresztą teraz robi czystkę głów taki jeden, ale to marna kreatura: za dużo sobie pozwala i zbyt też ostro sobie poczyna. Chce, żeby to jego cziki-cziki było skuteczne, ale nie sądzę, by miało być szczere. Tu zresztą trzeba delikatnie... Być może, daje on upust morderczym instynktom, albo chce mi się przypodobać. Myśli, że w ten sposób zrobi karierę. Ale ja się go pozbędę, a na jego miejsce pójdziesz ty. No, nie rumień się jak dziewica, wywyższenie dobrze ci zrobi. To na razie tyle. Uważasz? - na razie. Bo przewiduję ciągi dalsze. Wprawdzie jest mi tu dobrze i nie zamierzam wyrzekać się Ikachu, ale wcześniej czy później stanie się on zamkniętym rozdziałem. Wtedy będę musiał przejść w następny etap, a ty tu za mnie... Mam nadzieję, że będziesz kontynuował to, co zacząłem? Ale za wcześnie o tym mówić. Bądź jednak pewien, że o tobie, synu, nie zapomnę.

Siedziałem oniemiały jak idiota. Razem tak nadal siedzieliśmy, bo jakoś przestało mu się spieszyć z powrotem do Ikachu. Głupio mi było dziękować, a w ogóle czułem się zaskoczony. Także tym, że nazywał mnie synem, a ja przecież nie znam swoich rodziców. Ponadto na czynione mi propozycje nie przygotowałem się wewnętrznie i nawet nie wiedziałem, czy chcę tego, powiedzmy, stanowiska. A jednak za nic bym już z niego nie zrezygnował. Czy deptałem własne zasady? Chyba nie, po prostu poszerzyłem je, uwzględniając nowy punkt widzenia. Milczałem - i byłoby nad wyraz niezręcznie, gdyby obok mnie siedział ktoś inny, a nie człowiek, który aż za wiele rozumiał. I wiedział o mnie nawet chyba więcej, niż ja wiem o sobie.

Tym bardziej więc wydaje mi się dziwne, że tak bystry i pojętny facet nie zrozumiał pewnej, nader oczywistej i bezpośrednio go dotyczącej sprawy. Ale o tym powiem ci za chwilę i mam nadzieję, że nie pękniesz ze śmiechu... W każdym razie, zaślepienie w tym względzie i naiwną pewność siebie Józka można chyba wytłumaczyć tylko tym, że całkowicie obca była mu sfera, w którą wkraczać chciał zwycięsko: sfera osobistych uczuć. Skąd wiem? Otóż raptem zaczął mi się zwierzać. To najważniejsze zwierzenie zostawił sobie na koniec, a na razie mówił o swych innych problemach i zamiarach.

Najpierw wyznał, że odczuwa skrupuły względem pani Marii, tej na swój sposób zasłużonej przecież i godnej szacunku kobiety. Niestety, musi się jej pozbyć, ale uczyni to dla dobra Ikachu, a nie dlatego, że ci tam u góry okazali z jej powodu niezadowolenie. Rzecz w tym, że choć wzorowo dba o porządek i pilnie pracuje, okazała się nadmiernie ograniczona; zbyt ciasno, a jednocześnie nazbyt gorliwie pojmuje swe obowiązki, które powinny być tylko glebobowiązkami. O właśnie: niewłaściwie pojmuje istotę glebizmu. Innymi słowym cechuje ją wybujała obowiązkowość, gdy wykazywać powinna zaledwie glebobowiązkowość. Gotowy produkt Ikachu, który po zakończeniu obróbki można wypuścić na rynek pracy, nie powinien przejawiać nawet takiego rodzaju zindywidualizowania. Ona zaś nie zrozumiała, na czym polega zabieg zabijania tejże cechy. Wskazania w tym względzie widać podziałały na nią w sposób nadspodziewany, by nie rzec - nadmiernie skuteczny. Czyli że skutek okazał się odwrotny do zamierzonego. Poszła w błędnym kierunku. Zbyt dosłownie przejęła się duchem Ikachu, jak też swą względem niego powinnością; tym samym gotowa jest go wypaczyć. Zanadto też ulegle poddała się naciskom charakterotwórczym, a rzecz przecież w tym, by mimo wszystko nie czynić tego świadomie i dobrowolnie, gdyż tutejsze zabiegi mają działać na podświadomość, czyli by wpływy przyjmowane były bezwiednie. Ogromnie to zawiłe, prawda? Krótko mówiąc - wbrew owym zabiegom należy umieć pozostać sobą. Trzeba wewnętrznie przezwyciężać nacisk okoliczności dyscyplinarnych, wznieść się ponad nie. A tymczasem ona okazała się słabym, więc marnym człowiekiem. Szkoda mi jej. Ale przecież Józek zapewnił, że jako doświadczony glebowładca postara się załatwić wysłużbienie bezboleśnie, a nawet w taki sposób, by odczuła satysfakcję.

Wspomniał też o matce. Jest już wiekowa i nie radzi sobie z prowadzeniem gospodarstwa, a on nie może jej należycie pomóc. Mimo bowiem przywiązania do niej, nie wolno mu poświęcać dla niej spraw ważnych, tym ważniejszych, że nie osobistych, lecz ogólnych. Wyznaczył sobie cel, przed którym muszą ustąpić uczucia rodzinne, gdyż jest to cel dotyczący ludzkości, więc stanowi konieczność. Dodał jednak, że przecież ją kocha, więc postara się uczynić dla niej, co może. Wie, że jest steraną życiem i pracą kobietą, więc ma nadzieję, że znajdzie wreszcie należny jej, przedwieczny odpoczynek w jakimś na przykład pogodnym domu jesiennym. Tak to określił. A że będzie tęsknić za wsią, to trudno. Nie ją jedną to spotyka, przyzwyczai się, a może będzie nawet zadowolona z doznawanych wygód.

A potem nareszcie zwierzył się z tego, co poraziło mnie bezdenną naiwnością i nieznajomością życia. Otóż wyznał, że zamierza się z Ewą ożenić. Omal mu się nie roześmiałem w nos. Skąd u niego tyle zarozumiałości? Skąd pewność, że ona nie tylko się zgodzi, ale będzie zachwycona propozycją? Że poczyta ją za dowód szczególnej łaski, za wyróżnienie, zaszczyt, a bo ja wiem, co jeszcze? Ale niech mu będzie. Zapytałem: - Skąd pan wie, że ona tego chce? - No jak to? Przecież to niemożliwe, żeby miała się nie zgodzić. - Był wyraźnie stropiony; wyglądał tak, jakby spadł z obłoków. - A pytał ją pan o to? - No nie, nie pytałem, ale ona przecież... wie, to znaczy domyśla się mojej, powiedzmy, skłonności, a sama też dawała mi liczne dowody sympatii, przywiązania, podziwu. - Otóż to. Coś, co bierze pan za uczucie, jest czymś może więcej, bo uwielbieniem, może wdzięcznością, czyli uczuciami o zupełnie innym, niż się pan spodziewa, zabarwieniu. Bez wątpienia stanowi pan dla niej wzór człowieka, odpowiadający jej potrzebie wzniosłości i górnych ideałów. Ale jest to wzór nieco abstrakcyjny. A stąd daleko jest do zwykłego, ludzkiego uczucia zwanego miłością. Można uwielbiać przedmiot kochania, ale kochać przedmiot uwielbienia...? Raczej jest to trudne i rzadko idzie w parze. - Pogroził mi palcem: - Ej, Adam, czy ty czasem nie jesteś zazdrosny? Bo w takim razie nie chciałbym ci wchodzić w drogę, zwłaszcza jeśli ona ma do ciebie, a nie do mnie skłonność. Jeśli więc żywisz względem niej jakieś nadzieje lub może masz nawet zamiary, to gotowy jestem się wycofać. - Zaprzeczyłem, bo naprawdę mi już nie zależało. Tyle przecież wrażeń w owej godzinie zwaliło się na mnie, tyle wyłoniło się czy wręcz runęło spraw, na których prawdziwie zaczynało mi zależeć, że te najbardziej osobiste poszły sobie do kąta, usunęły się w cień. Zwłaszcza że tak zwane uczucia, pomijając przyjaźń, chyba nie były ze strony Ewy odwzajemniane. A w ogóle - po cholerę mi to wszystko? Tego by jeszcze brakowało, żebym miał się kierować jakimiś tam bzdurami? Dać sobą powodować byle spódniczce? Mam ważniejsze sprawy na łbie, a wkrótce zapewne zwali się ich jeszcze więcej. I dlatego zaprzeczyłem szczerze. Ucieszył się. - No to w takim razie w porządku. Na pewno uda mi się przełamać ewentualne dziewczęce dąsy, z pewnością zresztą udawane. Bo przecież mój wybór powinien jej schlebiać, wszak stanowi zaszczytne wyróżnienie. - No to wszystkiego najlepszego - powiedziałem, a on jeszcze dodał, że małżeństwo z Ewą ukróci na pewno przejawy jej indywidualizmu, takie na przykład, jak właśnie uwielbienie czy szlachetna skądinąd potrzeba posiadania ideału. Bo choć mu schlebiają takie dowody ustosunkowania się jej do niego i same w sobie są również i dla niego zaszczytne, to jednak muszą być z Ikachu wyeliminowane w imię absolutnej równości w posłudze. Komu lub czemu? - miałem ochotę zapytać, bo nie lubię ogólników, zapewne chodziło o ludzkość, ale nie zdążyłem, bo on już podniósł się i ramię w ramię ruszyliśmy do Instytutu.

Razem też kłanialiśmy się i wspólnie odbieraliśmy ukłony. O tak, już zwietrzono zmianę kursu czy kierunek wiatru; już byłem kimś u boku szefa. A kiedy przypadkiem, już wewnątrz, spojrzałem w lustro (jak wiesz, u nas nietrudno o taki przypadek), zobaczyłem moją obrośniętą gębę i z niedowierzaniem spostrzegłem na niej uśmiech podobny do szefowego. Tyle że nie pasował do mojego niechlujnego oblicza, ale zastanowiło mnie coś innego... Więc zdolna jest ta moja gęba do przyjmowania uśmiechów? Do ich przybierania? Ciekawe, jakiemu ich rodzajowi udzieli najpierw gościny? Trzeba wpierw wszakże zrobić z nią porządek. Pierwszą więc rzeczą, na jaką muszę się zdobyć, to wybrać się do fryzjera. Tylko że... Nie chciałbym jednak naśladować Gleby.


Matka


Starzejąca się Glebina jeszcze nie wie o chmurach gromadzących się nad jej głową. I dlatego cieszy się matczysko, pewnie że się cieszy z wyzdrowienia syna, a my możemy serdecznie i poczciwie z nią współodczuwać. Nieświadoma jego kłopotów, jakie stały się nieodzownym następstwem jego powrotu do zdrowia, lecz tym samym także przecież do Instytutu i do odrabiania nawału zaległych obowiązków - co jest warunkiem odzyskania stanowiska czy umocnienia się na nim - zdobywa się na bohaterskie uśmiechy wobec krewnych i znajomych, gdy haruje słabnąc coraz to bardziej. Pogodę ducha zachowuje zwłaszcza wobec syna, podczas gdy z kolei on zdaje się być nieświadomy jej udręki. To niewesołe, gdy odzyskane zdrowie nie tylko że nie jest powodem radości pełnej i bez zastrzeżeń, ale wywołuje przykre następstwa. No cóż, wielkość zobowiązuje. Oto jej cena, oto jeszcze jeden spośród ciężarów, jakie nakłada licząca się w świecie pozycja. Odnosić sukcesy i cieszyć się dobrym zdrowiem - to za wiele widać pomyślności, jak na jednego człowieka. Gleba może byłby zdrów, gdyby został na wsi, unikając szarpaniny i ustawicznych napięć - ale czy byłby szczęśliwy? Jego zaś matka byłaby zdrowsza i silniejsza, gdyby miała stałą jego pomoc - ale czy odniosłaby największy triumf matki? No i ominęłaby ją ta pomyślna okoliczność, gdy cieszyć się może każdym uśmiechem syna, przeznaczonym dla niej i tylko dla niej. Pewnie zabrakłoby tego, gdyby stale pozostawał przy niej.


- Wyście jeszcze młodzi, to nie wiecie, jak to jest starej matce, kiedy się samiutka zostanie. To nic, ino cięgiem syna wygląda, a tu nie ma i nie ma - aż tu naraz przyjeżdża, pojawia się jak ten anioł z nieba i kiejby po anielsku uśmiecha ci się do matki... Stać go na to, choć przecie wiem, że mu tam nie letko, nie taka ja znowu głupia, co bym myślała, że życie mu tam ściele się pod nogi różami. To jakże bym ja nie miała pokazywać mu uradowanej twarzy, ino skrzywioną od bólu, co się odzywa, kiej się ino ruszę? Ani dźwignąć co, ani się schylić, bo ból rozłazi się po kościach. A tu robić trzeba, bo kto za mnie zrobi? Ale jakże mu pokazować, com umęczona, aże mi się nieraz trza nosem podpierać? Jakże to ja bym mogła truć mu swoją męką jego radość, jak mu się co powiedzie, i dodawać zgryzoty, kiedy mu się nie powiedzie? Przecie za nim nie chcę mu być wyrzutem sumienia, kiej on w niczym nie może matce ulżyć. Ale już chyba nie wydolę, już długo nie pociągnę z tym umęczeniem, a co będzie dalej, to Pan Bóg raczy wiedzieć.

Chcecie, żebym wam pedziała, co mi się przydarzyło przedwczoraj? Sadzę ci ja pomidory dla mojego Józusia, a kącik żem wybrała najcieplejszy, pod samą ścianą chałupy, co by prędko dojrzewały, a pod każden krzaczek podsadzam te placki, co mi je Kwiatula podarowała na pastwisku. No to sadzę i raduję się, no bo synuś będzie miał w tych pomidorach samo zdrowie, a nie jakiesik tam sztuczne nawozy... Aż tu raptem jak mnie nie zamroczy - od tego schylania się pewnikiem, albo i od słonka, bo już od rana dopierało Zamroczyło mnie tak, ażem się na trawie położyć musiała, żeby zaś nosem nie zaryć w ziemię. Leżę se tak, a cały ogródek z chałupą tańcują jak na karuzeli. Ale słyszę, że auto zajeżdża, to pewnie Józuś, myślę i zerwać się chcę, i lecieć na powitanie. I dopiero wtenczas żem rymnęła na ziemię, ale to tak, żem o świecie Bożym nie wiedziała, chyba przez kilka pacierzy. Wreszcie otwieram ci ja oczy, a tu Józuś klęczy nade mną, wodę mi w garnuszku podaje, głowę mi unosząc i podpierając, i mówi: - To na nic tak, mamo, musimy coś na to zaradzić. - To ja, siadając, bo mnie już odeszła ta pomroka: - A cóż my, synu, zaradzimy, kiej taka już widać wola Boska? - A on, siadając przy mnie (i tak żeśmy se potem cały czas siedzieli we dwoje jak ta para gruchających gołąbków): - Już my coś wymyślimy, trzeba się tylko spokojnie zastanowić. Gada mama jak ksiądz, a przecież to nasza sprawa i w naszej jest mocy, żeby zaradzić. - To miała być niby przygana, a on nie wiedział, jak mi przypochlebił, boć przecie wedle mnie nikt tak mądrze jak ksiądz nie gada. Alem ino rzekła: - Nie bluźnij, synku, bo bez woli Najwyższego nic się nie stanie. Trza umieć uwidzieć w przeciwnościach to dobro, które ani chybi z nich wyniknie, ino że nie zaraz, a po czasie, kiedy już insze nastaną trafunki i przypadłości. To tak jak z tym dzieciakiem, co se krzywduje, kiedy mu ojciec czego odmówi albo i pasem doleje, i dopiero jak wyrośnie na porządnego i sprawiedliwego człeka, gotów jest pocałować tę rękę, co go prała. No to ci jeszcze rzeknę, że na nic nasze chcenie, bo Jego to postanowieniem latek mi przybywa, a życia ubywa, no i zdrowia też. A pokąd On nie powoływa nas przed siebie, znaczy to, że jeszcze nam szykuje jakąsik dolę. Bośmy widać za mało dźwigali, to trza, abyśmy w tej naszej męce dali Mu się jeszcze wypróbować. - A Józuś mi na to: - E, dajże mama spokój. - Zmilczał chwilę, nie chciał się ze mną więcej spierać, a potem powiada: - Wezmę chyba mamę do siebie, będziesz mi gospodarzyć. - To mnie aże zatkało, bom ani myślała o takim szczęściu, ale ogarnął mnie strach. No bo cóż bym ja tam u niego w mieście robiła? A jeszcze, jakże to tak, wszystko zostawić na łasce losu? To mówię: - A co będzie z gospodarstwem? Co by się z nim stało, kiej bym zdała je nie wiedzieć komu i poszła sobie w światy? - A on: - To nic nowego, mamo, to przeżywa u nas na wsi każda prawie rodzina, nie bylibyśmy pierwsi ani ostatni. A zresztą gospodarstwo można przecież sprzedać. - To ja: - Co też ty mówisz, synku? Sprzedać gospodarstwo? A cóż by się z tym nieboractwem stało? - A on: - A cóż by się miało stać? Gospodarzyłby tu kto inny, i to pięknie. - To mnie znów, mówię wam, aże zatkało, bom już uwidziała tę moją ziemię, jak sierotką się zostaje, a choćby i kto przygarnął ją za pasierbicę, nie bywa w takim przygarnięciu miłowania, nie bywa, bo każden jeden ino by patrzył, co by tu z niej wyciągnąć. To mówię: - Pięknie, powiadasz? A skądże to można, synu, wiedzieć, w czyje to pójdzie ręce? To tak, jakby dzieciątko własne najmilsze, albo i samego siebie oddać obcemu na dolę i niedolę, bo kto wie, jaki się trafi człowiek? - A on: - No, nie byłoby chyba tak źle, bo już jak ktoś kupuje, to nie po to, żeby tracić i marnować. - To ja: - Za nic, synku, za nic, póki żyję. A toć ta ziemia jest jak moje życie. Jest moja, jak sama moją jestem.

Alem już wiedziała, że mi się ino zabrało na takie gadanie, bo sama widzę, że jak dalej tak pójdzie z moim zdrowiem, to ja, ja sama zmarnuję gospodarstwo, a nie kto inszy. Ale mi się jeszcze w głowie to nie mieściło. A najgorsze to, żeśmy się mało co nie pokłócili. Ale Józek pedział wreszcie cosik takiego, na com już mogła przystać. Bo mówi: - To może by wujkom oddać na jakichś dobrych warunkach? Puścić im w dzierżawę, albo co? Wszystko można jakoś ułożyć, ale tak dalej być nie może, mama nie powinna tu zostać. - A jakże to ja, synku, pójdę do ciebie? Wiem to ja, czy byłabym ci pomocą i wyręką? A toć pewniej utępą bym ci była i zawadą.

Tak żem ta mówiła, bom chciała, co by się sprzeciwił temu gadaniu. No przecie chciałam to usłyszeć, żem mu jest potrzebna, bo i po prawdzie, kto jemu prowadzi to miejskie gospodarstwo, które wszystkiego chyba najwyżej ze trzy razy widziałam. A przecie wiem, że trza, aby w domu była kobieta. I raptem cosik mi się przypomniało. - A nie będziesz się to, synusiu, żenił? - A on zasumował się. - W tym właśnie sęk, mamo, bo trzeba by mi się ożenić. - A z kimże to? - pytam chytrze - czy to nie z tą panną, z tą chudą i wysoką, co się tak wedle mnie uwijała, kiedyś był w szpitalu? Z tą, jakże jej, z tą Ewą?

Nic mi zrazu nie odrzekł, a potem: - I jakże tam w polu, ziemniaki wzeszły? A żyto się pewnie wnet wykłosi, i żeby tylko nie przyszły ulewne deszcze. - A ja wspomniałam znów tę moją mękę, jak przyszło sadzić, a potem okopywać te ziemniaki, a teraz chwastem znów zarosły i na nic to sadzenie. Nie wydolę, i już chyba rychtyk na to wyjdzie, że choćbym nie chciała, to i tak zdać muszę komu ziemię i to moje gospodarstwo. To już najlepiej braciom, bo wtenczas zawszeć to zostałoby w rodzinie... A samej ani chybi do jakiego przytułku się schronić. No bo pewnikiem Józuś żonkę se piękną weźmie, to jakże to tak? Wiejska baba, jaką ja jezdem, wstyd by mu ino przyniesła, kiejby się tam naszło do niego na pokoje kolegów jego, dyrektorów, a bo to ja wiem, kto u niego bywa? Alem mu nic o tym nie rzekła, podołałam zmilczeć, ino mu powiadam o tych ziemniakach, że owszem, pięknie wzeszły i że latko zapowiada się urodzajne. I znów żeśmy się do siebie pouśmiechali, bo między nami tak się zawżdy kończy. Ja daję mu poznać, że nie taka tam znów u mnie bieda i niedola. No bom się przelękła, że on gotów dla mnie zrzec się wszystkiego, co mu tam w mieście radość przynosi, a za nic nie chciałabym mu być przekleństwem, a choćby i kulą u nogi.

A on? Ty jeden, Panie Boże, wiesz, co miał się znaczyć ten jego uśmiech, ale to ino wiem, że był dla mnie, ino dla mnie, choć pewnikiem wiele go musiał kosztować. Bo przecie dobre z niego dziecko, to i sumienie go gryzło, ale pewnie mi wdzięczny był, że mu nie będę ciężarem. Czy ja tam zresztą pojmuję, co mój Józuś tak po prawdzie zamyśla? No to wam jeszcze pokażę list, co go do mnie mój syn napisał.

- Wystosował - uzupełniłem w myśli.


* * *


Pracę wstępną, to jest przepisywanie wybranych fragmentów, można uważać za zakończoną. Drżąc z wyczerpania, red. M.H. decyduje się wyjść na miasto. Wejść w miasto - poprawia się, dygocząc pod lodowatym natryskiem. Odświeżony, staje w drzwiach i spogląda na pobojowisko, jakie przedstawia jego pokój. Sterty kaset i papieru, zwały porzuconych byle gdzie kartek z nieudanymi zapisami - świadczą o szaleńczej wręcz pracy, a ponadto stanowią jakby odpowiednik trzech odmian życia. Nie, czterech, bo prócz pani Marii, Ewy i Adama, włączyło się tu przecież domniemane życie Glebiny. Przez szereg dni tu, w tym pokoju wzrastały one w przyspieszonym tempie, rozwijały się w świetle emanującym z osoby naczelnika, formowały się wśród konfliktów - zagmatwane, powikłane. A teraz oto leżą powalone jakby żniwem czy ciosami topora... Czy po to wyrosły, by polec? Nie. Na pewno wydadzą obfity plon. Gęstwina istnień nadal wypełnia nie tylko wnętrze pokoju i zawartość maszynopisu, ale i jego samego - pogromcę. Jakże bardzo czuje się zwycięzcą, kiedy tak stoi i z góry spogląda na swe dzieło, będące wynikiem wielodniowego trudu. Wszak musiał kilkakrotnie ponawiać przesłuchania, aktualizować na bieżąco i uzupełniać tekst świeżo zaszłymi wydarzeniami, nadającymi nowy sens dzianiu się ikachowskiej rzeczywistości; czy też - nadrzeczywistości...

Stąpając ostrożnie, by nie zaplątać się w porozrzucaną garderobę, nie potknąć się o porozstawiane na podłodze naczynia (posilał się bowiem, nie przerywając pracy) - i by nie paść w chwili ostatniej jako wprawdzie zwycięzca, lecz jednocześnie ktoś jedyny ocalały z pogromu - red. M.H. z wolna przedostaje się ku tapczanowi. Musi trochę wypocząć. Leżąc, rozluźniony i wyciągnięty jak długi (a jest długi, nogi nieomal zwisają z tapczanu), odczytuje list, który jakoby naczelnik napisał, czy raczej wystosował do matki. List ten przeczytała mu owa nieznajoma kobiecina, gdy złożył jej pamiętną, reporterską wizytę. Wówczas brakło mu taśmy, więc korzystając z jej nieuwagi, zwinął go do kieszeni. Ale odeśle przecież, odeśle, przeprosi za nieuwagę. Wpierw jednak trzeba będzie wykorzystać jego treść, wkomponować ją w całość reportażu jako dowód serdecznej, synowskiej troskliwości. Ze względu na dobro sprawy, Gleba chyba wybaczy ten drobny przecież zabieg twórczy. Może nawet nie spostrzeże dokonywania owych zabiegów? Nie domyśli się, że ma do czynienia z tworami wyobraźni? Wszak narzuca się uderzające podobieństwo losów owej kobiety i jej syna - do losów naczelnika i jego matki oraz zachodzących między nimi relacji. A oto treść listu:

Droga Mamo - Wybacz, że piszę zamiast przyjechać, ale chwilowo zatrzymują mnie ważne sprawy. Spieszę Ci donieść, że załatwiłem dla Ciebie pokój w Domu Pogodnej Starości. Jest słoneczny, z łazienką i małą kuchnią, z widokiem na park - nie braknie Ci więc zieleni, do której przywykłaś. Powinnaś czuć się tam dobrze. Będziesz miała stałą opiekę lekarską i nareszcie zaznasz trochę wytchnienia, a przecież należy Ci się ono. O gospodarstwo się nie martw, wszak idzie ono w dobre i pewne ręce. Ufam, że nasi krewni dobrze je poprowadzą i tyle w nie włożą serca, ile Ty wkładałaś. Za kilka dni, gdy już pozałatwiam co pilniejsze sprawy, postaram się przyjechać do Ciebie, aby Ci pomóc w przeprowadzce. Do zobaczenia więc wkrótce. - Twój oddany Ci syn.

Taaak... Redaktor Hałas, ubrany lekko i niedbale, lecz w granicach przyzwoitości (sandały, nieco przybrukane spodnie z beżowego sztruksu, rozpięta na piersi czarna koszulka typu polo), wychodzi na ulicę, uzbrojony w zwykły rynsztunek. Dźwiga też pod pachą bezcenną Kronikę. Z budki telefonicznej (dbając o spokój podczas pracy, nie ma w mieszkaniu aparatu), niespokojny o następstwa wydłużającej się swej nieobecności, dzwoni do redakcji, aby się usprawiedliwić i przyobiecać niemal już gotowy, obfity materiał. Telefon odbiera sekretarka, przemiła panna Krysia, informując go, że nie ma problemu, ponieważ naczelny właśnie wojażuje. Red. M.H. oddycha zatem z ulgą, odwiesza słuchawkę i zmierza do Epokowej, gdzie spożywa kolejno śledzia po japońsku, flaczki (takie mniam-mniam), ragou z kurczęcia oraz smażoną wątróbkę, zapijając czym się da. W trakcie wszakże posiłku, zamiast podnieść się na duchu, nieoczekiwanie traci wyborny nastrój i ponuro rozmyśla, czym właściwie uraczy naczelnego. Zwątpił bowiem. Zapowiedziany obszerny materiał to na razie raczej zadatki na jego - jego! - przyszłą powieść. Skoro jednak jest pewien, że uda mu się ją sporządzić, to przecież jest doprawdy niemało. Głowa więc do góry. Z pokaźnej obfitości tekstu na pewno sporo się wykroi dla czasopisma, a ponadto jest nadzieja, że ów materiał zostanie jeszcze wzbogacony. Może bowiem dziś uda się dorwać naczelnika Glebę; dopaść go, by nareszcie przeprowadzić z nim wywiad. Trzeba jednak uprzedzić o swym przyjściu.

Ogarniając spojrzeniem gmach Ikachu, próbuje się więc tam dodzwonić z budki telefonicznej naprzeciw, by zapytać, czy można przyjść, lecz uporczywie odpowiada mu tylko sygnał. Oglądana przez szklane ścianki fasada wygląda jakoś martwo, jak makieta. Z ulgą więc odrywa od niej wzrok, by dla odmiany i urozmaicenia śledzić wprawdzie niezbyt bujne i liczne, lecz za to niewątpliwe i przy tym ciekawe przejawy życia ulicy. Czyżby świadczyło to o tym, że już odstał od treści Ikachu, którą przez szereg dni żył jak oczadziały, całkowicie przez nią wchłonięty i przyswojony? A więc wystarczyło trochę tylko się oddalić, by uzyskać dystans i wyzwolić się z oddziaływania przemożnych, tajemnych jakichś mocy? Otóż to. Czyż nie były dla niego wystarczającym ostrzeżeniem niepojęte przeobrażenia, jakie wielekroć tam śledził i jakim zadziwiająco ulegali uczestnicy Ikachu, a jego rozmówcy? Czyż nie dość mu było, gdy zauważył, że to nie są ci sami ludzie, jakimi byli w okresie poprzedzającym pobyt w Instytucie? I że ulegali przedziwnej, niezrozumiałej przemianie? Wszak sami wyznawali, że nie poznają siebie i czują się tak, jakby pozbawiono ich woli - niezbędnej, by zachować własną osobowość. A i on sam przecież podlegał przemianom, których istoty nie jest w stanie pojąć. I nie wie nawet, po której stronie rzeczywistości znajduje się teraz oto.

Wnętrze Ikachu, gdy intensywnie o nim myśli, znów jak niegdyś wydaje mu się makietą wypełnioną atrapami. A jednak - wprawieni w tę makietę, osadzeni wśród atrap - przebywają tam żywi i prawdziwi ludzie wraz ze swą wrażliwością i złożoną psychiką, poddawaną dramatycznym doświadczeniom; ze swą dolą i niedolą, którą on, zdolny do najwyższego współczucia, zdążył już uczynić własną. Wie o tym i narasta w nim poczucie niewspółmierności, wynikłej z zetknięcia i połączenia, może nawet swoistego zrośnięcia żywego z martwym, a naturalnego ze sztucznym. To jest niebywałe; na tym chyba właśnie polega zjawisko niesamowitości. Wie też jednak, że to wrażenie zniknie natychmiast, gdy tylko on, wierny przecież, choć trzeźwy, minie bramę Instytutu i gdy znów wchłonie go tamto niezwykłe, fascynujące wnętrze... Co więcej, już teraz cieszy się nadzieją rychłego zaznania bogactwa pikantnych smaczków i spięć, jakich niewątpliwie wkrótce dostarczy mu wieloznaczna ikachowska rzeczywistość. Jako taka, jest - szczerze wyznając - kęskiem nie do pogardzenia w karierze rasowego reportera i wytrawnego profesjonalisty...

Ale cóż to się dzieje? Red. M.H., nie opuszczając budki telefonicznej, na szczęście nieuczęszczanej, raz za razem wybiera numer - i wciąż odpowiada mu tylko sygnał. A przecież widoczne z ulicy okno sekretariatu jest otwarte, słychać nawet, że dzwoni telefon. To zabawne być naraz po obydwóch stronach linii. Lecz czemuż to nikt nie podnosi słuchawki? Naraz ogarnia go niepokój, niemal panika. Czy nie ulegał dotąd omamom? Przywidzeniom tworzącym nieistniejącą rzeczywistość? Czy ten tam gmach nie jest aby złudzeniem optycznym? Czy wobec tego także Józef Gleba w ogóle istnieje? A może jest tylko zjawiskiem? Tak samo - Instytut? Red. M.H. w popłochu wybiega z budki, kłusem przecina jezdnię i popycha masywne, dębowe drzwi, spodziewając się zastać ciszę - i zastaje senne, ściszone pogłosy pracowitego dnia. Zewsząd dolatują rozmaite szmery, dźwięki, szurgoty: to ikachowcy samotnie odbywają codzienną, obowiązkową porcję ćwiczeń Chyba że te zjawiska akustyczne pochodzą z uruchomionej taśmy magnetofonowej?

Z Glebowiska Ćwiczeń Specjalnych wyraźnie wszakże słychać niegłośną rozmowę - która okazuje się monologiem. Jego treść jest jeszcze niezrozumiała, gdyż brzmienie słów jest niewyraźne, ale daje się rozpoznać głos naczelnika. Jak się zdaje, przemawia on do niewidzialnego i niesłyszalnego rozmówcy, oraz - co dziwniejsze - odpowiada na niezadane pytania. Naraz redaktor spostrzega przylgniętą do filaru Ewę Rajską, a po chwili, przy następnych filarach i w takich samych, rozpłaszczonych pozycjach - Marię Niekonieczną i Adama Glebiarczyka. Twarze ich wszystkich przybrały wyraz skupienia, znamionujący kogoś, kto nie tylko uważnie słucha, ale i podsłuchuje. I wszyscy też na jego widok kładą palec na ustach. Staje więc i on przy najbliższym filarze, mimo woli przybierając taką samą jak tamci pozę, i dopiero teraz - już rozróżniając słowa - zaczyna rozumieć, w czym rzecz. Otóż ten wybitny człowiek, zapewne nie wiedząc, że drzwi są niedomknięte, starannie przygotowuje się do przeprowadzenia rozmów ze swymi ludźmi, a może i z nim, redaktorem. Na podstawie tego, co daje się słyszeć, można sobie odtworzyć i przedstawić sytuację, w tejże chwili kreowaną przez naczelnika. Zaprasza właśnie panią Marię i czyni to najuprzejmiej:

- Pani Mario, muszę najpierw poprosić o wybaczenie, że tak długo musiała pani czekać, ale jestem rozrywany. Otóż chcę panią powiadomić o decyzji, jaka zapadła w pani sprawie. (Powiadomić - czy to zostało należycie powiedziane? - mruczy do siebie naczelnik. - Może raczej trzeba użyć określenia, że powziąłem zamiar...). Dostaje pani specjalne odznaczenie! Krzyż pani otrzymuje! (Od tego trzeba by zacząć - szepcze). Wpłynie to oczywiście na wysokość wysłużonej glebozapłaty, która szykuje się wcale pokaźna. Co, nie cieszy się pani? (Diabli wiedzą, o co chodzi - zastanawia się półgłosem naczelnik. - Na pewno się ucieszy, ale trzeba przewidzieć wszelkie ewentualności). Czyżby czuła się pani pokrzywdzona, odchodząc od nas z glebodznaczeniem? Ależ pani wcale nie odchodzi, bo to jest niemożliwe. Pani się tylko oddala. Całkiem od nas odejść się nie da, jeśli się tu już raz wstąpiło. Więc cieszy się pani? To dobrze. Należy się pani zasłużony odpoczynek. Aha, trochę za wcześnie? Proszę pani, ależ to jest wspaniała okazja! Na pani miejscu każdy byłby zadowolony, że może odpoczywać, żyjąc przy tym w godziwych warunkach. Chyba więc doprawdy nie skrzywdziliśmy pani? Proszę się zatem uśmiechnąć, gdyż nareszcie będzie pani mogła nacieszyć się światem, który jest piękny, tak, niewątpliwie, zapewniam panią. Tak więc pozostaje mi już tylko podziękować pani jak najgoręcej za najszerzej pojętą współpracę. (No, najgorsze za mną - wzdycha z ulgą naczelnik). Niechże pani jeszcze nie ucieka, to znaczy nie stąd, z kąciny (a cóż za niezręczność - karci się szeptem naczelnik), ale w ogóle od nas. Jeszcze nie rozwiązaliśmy stosunków służbowych, to znaczy, że jeszcze przez pewien okres będziemy mieli przyjemność cieszyć się pani wśród nas obecnością. Trzeba też panią jakoś uczcić, przewidujemy małą uroczystość, na którą zaprosimy nadczynniki... Niechże się pani nie rumieni, pani Mario. Cóż to, łzy? (Tego by jeszcze brakowało - rozpacza postronnie naczelnik, choć nie wiadomo, czemu przewidział łzy). Czemu, pani Marysiu? Przecież to jest mimo wszystko radosna chwila. Zobaczy pani, że wkrótce poczuje się pani zadowolona, wypoczęta i usatysfakcjonowana. No, dobrze już, dobrze, jeszcze raz dziękuję.

Pani Maria ma rzeczywiście łzy w oczach, kiedy ze zwieszoną głową odchodzi bezszelestnie, na palcach. Oddala się w stronę sekretariatu, czyli ostatniego miejsca postoju, odprowadzana niezliczonym powieleniem lustrzanych odbić: pochód kobiet, które muszą odejść. Natomiast Ewie Rajskiej rozbłysły oczy: znaczy to, że o niej teraz jest mowa. Jak się zdaje, nim ją - tak na niby - wezwał, obmyślił najstaranniej, co jej ma powiedzieć. Teraz jednak się gubi: z pewnością jest trudne to, co ma jej wkrótce i rzeczywiście przekazać. Red. M.H. współczuje mu, z rozbawieniem słuchając:

- Siadaj, Ewa. Od dawna chciałem ci powiedzieć... (Trzeba by to jej jakoś osłodzić. A najlepiej, gleb jej mać, nie wspominać o jakości ten, tego, ale od razu przedstawić jej propozycję. Reszta sama wyniknie, powinna się zgodzić. To się zresztą okaże. Może jakoś się uda, a jeśli nie, to... No to pal sześć. Nie, nie, spróbuję przełamać jej ewentualne opory. To tyle byłoby na razie, a potem na pewno jakoś się wszystko pomyślnie ułoży. Powinna być zadowolona, przecież to zaszczyt dla niej). Myślisz zapewne, Ewuniu... Nie, nie obawiaj się. Nie ma mowy o zwolnieniu, to znaczy tak, ale tylko w pewnym sensie, czyli nie w taki sposób, o jakim myślisz. Bo ja przecież szanowałem cię jako ikachowca, robiłaś, co mogłaś, a że nie robiłaś, czego nie mogłaś... To jest, że nie zawsze wychodziło jak trzeba, no to cóż, nie jesteś do czegoś takiego stworzona, zatem to nie jest twoja wina. Wiem, wiem, że roiłaś życie artystki, powinnaś jednak wybić sobie z głowy te mrzonki. A cóż ty myślisz? Że to łatwe? Że już tam na ciebie czekają? To prawda, masz pewne uzdolnienia, ale pierwszeństwo mają zawodowcy. Co? To nie to? Myślałaś, że u nas...? Że powierzę ci jakieś samodzielne obglebianie? A co też ty mówisz? Cenię twoją ambicję, ale, dziecinko, to nie dla ciebie, od tego są fachowcy. Żałuję, że zawiodłem twoje oczekiwania. Czy doprawdy czujesz się rozczarowana? Nie wiedziałem, że aż tak bardzo ci zależy, ale trudno, nic tu dla ciebie nie mogę zrobić. Chcę w zamian zaproponować ci coś innego. Krótko mówiąc, chcę prosić cię o rękę. Tak ni stąd, ni zowąd? A skądże, ja od dawna o tym myślę, ale jakoś nie było okazji, żeby ci... Powinnaś była sama się domyślić. A czyż nie okazywałem ci zawsze sympatii? Tylko, widzisz, taki jestem zawsze cholernie zajęty, a poza tym... Nie śmiej się, ale nie mam w tych sprawach doświadczenia, po prostu nie znam się na tym, na tych tam, panie, różnych... Zresztą sama wiesz, że nie miałem czasu, no po prostu ani jednej wolnej chwilki. A cóż to znowu? Chcesz mi podziękować i odejść sobie? Dokąd? A cóż ty bez nas zrobisz? Nie lubisz swego zawodu, nie lubisz. Więc chcesz tak na złość mnie, światu i sobie? Ależ dziecinko, nie wyrządzaj mi takiej krzywdy. Nie musisz mi na razie odpowiadać, może za kilka dni. Pójdziemy sobie na spacerek... Aha, chciałem cię jeszcze powiadomić, że przychodzi tu fachowa w pewnym sensie siła, to znaczy ktoś znający się na skrybowaniu, a przy tym odpowiedni dla nas; ktoś więc, kogo łatwiej będzie podporządkować... Mniejsza. Dlatego proszę, żebyś mi jeszcze wyświadczyła ostatnią przysługę i wprowadziła tę osobę w obowiązki. W glebobowiązki. Z udowodnieniówkami zapozna ją pani Maria, ale chodzi o różne drobiazgi, o zwyczaje służebne... Zaczekajże chwilę! (A do cholery, uciekła. Uciekła? Skądże mi takie przypuszczenie? Załóżmy jednak, że tak właśnie będzie. Musi, biedactwo, ochłonąć z wrażenia).

Jakże przewidujący jest naczelnik. Ależ to jasnowidz: Ewa rzeczywiście uciekła. Nie bacząc na czyniony hałas, rzuciła się ku schodom i biegnie, zapewne w ślad za panią Marią, do sekretariatu, przechwytywana przez lustra: ucieczka spłoszonych saren, które uchodzą przed obstrzałem myśliwych.

Kolej teraz na Adama. Z nim rzecz jest już co prawda załatwiona, ale nieformalnie (red. M.H. wie o tym i pamięta), Trzeba go zatem wezwać - a raczej poprosić do gabinetu.

- No, co jest, stary? Jak tam? (powinienem raczej powiedzieć: witam pana kierownika). Już przyzwyczaiłeś się do swojej nowej funkcji? To znaczy, chciałem zapytać, czy oswoiłeś się już z myślą o niej? Nie, nie uwolnisz się ode mnie, chłopie, choćbyś nie wiem jak chciał. Ale pewnie nie chcesz? No widzisz. Cóż to, byłeś u fryzjera? Ano trzeba, trzeba. Wprawdzie do twarzy ci było z tymi twoimi kudłami, ale idąc na stanowisko, jest się obowiązanym dbać o budzącą szacunek powierzchowność. Zawsze więc należy swój wygląd jakoś uładzić. No, może nie zanadto, bo w ten sposób - nawet i w ten - utrzymasz swoją odrębność. A o to właśnie idzie, aby owo stanowisko, które ci powierzam, obejmował indywidualista. No więc chcę ci pogratulować. Tylko co miałem rozmowę z nadczynnikami - to dlatego tak długo musieliście wszyscy czekać. No, co powiesz? - zostałeś zatwierdzony, należy mi się wódka. Dano ci tylko jeden, zresztą błahy i na pewno łatwy do spełnienia warunek, że zrobisz studia zaoczne. Czy podołasz? Nie martw się, nie święci garnki lepią, masz we mnie oparcie, zawsze chętnie służę ci radą i pomocą, zresztą jesteś pojętny, czego najlepszym dowodem jest... Czy ty myślisz, że nie wiedziałem, jak od czasu naszej rozmowy patrzysz na ludzi, a nawet, jak się uśmiechasz? Całkiem inaczej niż dotąd. W ogóle inny się zrobił z ciebie człowiek, pozbyłeś się skwaszonej gęby, bo przedtem to chyba nawet nie umiałeś się uśmiechać - a trzeba, trzeba... No, ty, tylko mnie nie małpuj zanadto, wprawdzie pochlebiałoby mi, gdybyś chciał mnie naśladować, ale stosowane uśmiechy to mój monopol. Wszystko zresztą ma swoje granice, nieraz trzeba huknąć na ludzi... No to w porządku, co? Możesz mi mówić Józek. Teraz to już naprawdę i całkiem szczerze ci to proponuję, zresztą pójdziemy potem na wódkę. Rzecz teraz w tym, abyś się jak najszybciej wciągnął w obowiązki. Tak, tak, jak już mówiłem, musisz się trochę dokształcić, nie ma rady, bo to jest warunkiem twojego awansu, ale podsunę ci odpowiednią lekturę, taką, żebyś się zanadto nie przemęczył. Zresztą ten facet, który odchodzi, musi ci wszystko pokazać i wyjaśnić. On ci powie, co i jak, bo to wciąż jeszcze do niego należy. A głównie idzie o opanowanie - no, powiedzmy - tajników sprawowania kierowniczego stanowiska; tych różnych sposobów i sposobików kierowania ludźmi, wydawania zarządzeń, podejmowania decyzji i tak dalej. Ale w te sprawy to już ja sam cię wprowadzę. O jednym tylko musisz pamiętać, i to od zaraz: że obowiązuje cię, synu, dyplomacja. Wiem, wiem, że to będzie dla ciebie trudne, bo dyplomatyczne postępowanie miałeś zawsze w pogardzie. Uważałeś je dotąd za objaw fałszu, a wszelkie udawanie było ci niemiłe - ale nie ma rady. Cóż jeszcze? Od razu staraj się ludzi zjednywać a to uśmiechem, a to miłym słowem; staną się wówczas podatni jak plastelina. Sam zresztą wiesz o tym, bo zauważyłeś to u mnie. A jeśli idzie o problemy istotne, o te wszystkie sprawy, które stanowią podstawę działań metodycznych i zarazem rację bytu Ikachu - to liczę na twoją łepetynę; na ten ferment, który w niej powstał od dawna i odbywa się w najlepsze - z czego mogą przecież wyniknąć różne ciekawe innowacje. Stać cię na świeże, a nawet śmiałe pomysły, zdolne usunąć przestarzałe zapatrywania. Treść i zakres tego, co zwę dawczobiorczością, nie może skostnieć, inaczej klapa z nami, i to generalna. Liczę więc na ciebie i mam nadzieję, że się nie zawiodę. A teraz idź, synku, bo ludzie mogą tam szemrać, że coś za długo rozmawiamy. I nie okazuj nadmiernej radości, bo to kole w oczy nie mniej, niż zadzieranie nosa. Po co ci mają zazdrościć? Niech są przekonani, że bierzesz na siebie trudny obowiązek. Bo i faktycznie bierzesz.

Na te słowa Adam robi oko do red. M.H. i pogwizdując, z rękami w kieszeniach oddala się niedbale w kierunku drzwi wyjściowych, przekazywany lustrom przez lustra: pochód młodych ludzi, którzy osiągnęli swoje i o nic się już nie troszczą.

W Glebowisku Ćwiczeń Specjalnych trwa w dalszym ciągu rozmowa z osobami, które nie wchodzą w zakres zainteresowań red. M.H., więc, powielany przez lustra, udaje się do sekretariatu: pochód reporterów, którzy przypuścili zmasowany szturm, no, może uczynili najazd na Instytut. Lecz red. M.H. idzie tam tylko po to, aby się przekonać, co się tam teraz dzieje, a ponadto, czy da się dziś jeszcze coś załatwić, aczkolwiek na wywiad z Glebą chyba na razie nie ma co liczyć. Zastaje taką oto scenę, którą, nie wchodząc, ogląda przez szparę w uchylonych drzwiach: pani Maria siedzi za swoim biurkiem z opuszczoną głową i ukradkiem ocierając łzy, spogląda obojętnie na wyczyny Ewy. A ta, rozjątrzona, z wypiekami na twarzy, ze złowróżbnym połyskiwaniem oczu, które z niebieskich zrobiły się raptem granatowe - z narastającą furią, podniecając się tym, czego już dokonała - szerzy zamęt i spustoszenie. Doskakuje to tu, to tam, czyni zamieszanie na półkach z czasopismami, porywczym ruchem zgarnia na podłogę przedmioty, tak starannie dotąd i pieczołowicie układane, dopada do szaf i regałów, wyrywa z nich i ciska na podłogę skoroszyty, segregatory, księgi... Red. M.H. widzi, że pani Maria - wciąż płacząc - najpierw biernie, samym tylko spojrzeniem uczestniczy w rujnowaniu sekretariatu, lecz stopniowo się w nie wciągając, z rosnącym zainteresowaniem przygląda się burzycielskim poczynaniom Ewy. Następnie, ocierając łzy, przybiera twardy, stanowczy wyraz twarzy, po czym z determinacją bierze się do pomocy w powiększaniu bałaganu i demolowaniu pomieszczenia. I teraz już obydwie zaciekle szerzą spustoszenie.

Na ten widok red. M.H. stwierdza, że nic tu po nim. Wsuwa się do wnętrza cichaczem, niespostrzeżenie kładzie na brzegu stołu Kronikę, w której - w niej już tylko! - uchował się nowy ład, po czym, nie zauważony, wycofuje się dyskretnie. Kryjąc się za filarem spostrzega, że obydwie kobiety - ramię w ramię, w milczącej zgodzie i porozumieniu - idą teraz do Glebowiska Ćwiczeń Precyzyjnych i znikają w nim. Weszły do jego wnętrza zapewne po to, by i tam szerzyć dzieło zniszczenia. Faktycznie, po chwili dochodzą stamtąd podejrzane odgłosy - szuranie, łoskot, darcie i inne odmiany hałasu. Redaktor uśmiecha się promiennie, zerkając ku szparze uchylonych drzwi pomieszczenia, w którym chyba nadal przebywa szef, gdyż wciąż stamtąd dochodzą pogłosy jego mozolnych, poczciwych ćwiczeń oratorskich. Nie podejrzewa on widać katastrofy, gdyż nadal, wytrwale i cierpliwie dopracowywuje swe wystąpienia. Red. M.H., niedostrzeżony przezeń, śle mu ręką całusa, po czym na palcach skrada się do wyjścia. Na paluszkach - myśli żartobliwie, spoglądając na swe pokaźne stopy odziane w miękkie obuwie. Pójdzie sobie teraz na spacerek. Wróci za godzinkę lub dwie, a wtedy obejrzy sobie ciągi dalsze niespodziewanego widowiska, które będą zapewne ciekawe.

Wtedy też zorientuje się, co będzie można jeszcze zrobić dla magazynu "Przez Łzy do Szczęścia" - jeśli w ogóle będzie cokolwiek można... Ponieważ właśnie zabłąkał się jakoś w pobliże redakcji, wpadł tam na chwilę, by podzielić się, z kim się da, swym niebywałym połowem sensacji. Zadziwiono się, po czym bez zastrzeżeń wypłacono mu zaliczkę.

Tak więc znów ogarnia go ulica. Kieruje się ku mało uczęszczanym, bocznym uliczkom, gdzie niewielkie grozi niebezpieczeństwo niepożądanych zetknięć ze znajomymi, dużo jest za to swobody dla samotnych rozmyślań. Idąc przed siebie zastanawia się, czy aby jego elaboraty zawierające szczere, ale też krytyczne wyznania, nie staną się czymś w rodzaju donosu na Instytut i jego ludzi. Jest jeszcze inny aspekt. Otóż pisał je wprawdzie dla swego magazynu, lecz także przecież według wskazań naczelnika i zgodnie z jego życzeniem. Czy owe teksty nie będą więc w swym wyrazie przejawem podejrzanej współpracy z człowiekiem, który, to prawda, wciąż go fascynuje i wywiera na niego przemożny wpływ, ale... Ale okazał się przecież kontrowersyjny.

Tu wyłania się kolejne pytanie. Mianowicie, czy rzeczywiście dostarczona Glebie treść wywiadów ma dla niego jakieś znaczenie, czy też ją zlekceważył? A jeśli nie, to czy owa treść wpłynie lub wpłynęła już na jego decyzje? Czy ją uwzględnił, przygotowując się do ostatecznej rozprawy? Red. M.H., bystry reporter, byłby tym usatysfakcjonowany, powinien był wszakże od razu przewidzieć, że należało wywiady ukierunkować także, a może przede wszystkim pod kątem tychże decyzji. Przecież otwierała się przed nim ogromna szansa: możliwość wpłynięcia na kierunek działalności Instytutu i na postępowanie jego naczelnika. Wiele, a może wszystko mogło zależeć od odpowiedniego, bo obiektywnego naświetlenia faktów, a także zdarzeń o podłożu psychologicznym, tak by mogły być przyjęte jako słuszne i właściwe. Czyli - jak? Jak naświetlone? Powinien był to zawczasu wiedzieć; coś konkretnego przewidzieć i podsunąć odpowiednie sugestie. Lecz tak się nie stało. On po prostu słuchał i notował, kierując się głównie pasją poznawczą oraz widokami reporterskiego sukcesu.

Tylko... Po czyjej stronie powinien był się w takim razie opowiedzieć? Stać się obrońcą podopiecznych, a raczej, bądźmy szczerzy, podwładnych - czy też rzecznikiem zwierzchnictwa? Na czyją wiec korzyść - prócz własnej - działał? A czy powinien się opowiadać? Byłoby to tendencyjne, a on przecież, jako dziennikarz, nie może być stronniczy, aczkolwiek trudno uniknąć wyrażania własnych poglądów. Do niego należało jedynie wykorzystanie szansy bezstronnego wglądu w rzeczywistość Ikachu, aby ją przedstawić wszechstronnie w świetle sądów, domniemań, odczuć i poglądów kilkorga ludzi, którzy mu - zwierzając się - jakoby zaufali. I o to chodziło - a nie o działania interwencyjne.

Po raz kolejny przebiega w myśli treść swych starannie opracowanych tekstów reportersko-wywiadowczych, chcąc się utwierdzić w przeświadczeniu, że bez wątpienia starał się być obiektywny. Dokonawszy zabiegu samousprawiedliwienia, doznaje ulgi. Rozluźnia się zatem wewnętrznie i na pewien czas wyłącza ze spraw Ikachu. Znów staje się sobą: reporterem, który odruchowo, z zawodowego przyzwyczajenia podgląda życie ulicy, by poczynić spostrzeżenia dotyczące jego przejawów i by upolować jakiś temat i uzyskać okazję zajęcia się nim, zwłaszcza że tematyka ikachowska zdaje się być na wyczerpaniu.

Gdy po dwóch godzinach wraca do Instytutu, napełniony odzyskaną ciekawością spraw miasta i niemal przywrócony jego codzienności - przed bramą Ikachu widzi karetkę pogotowia. Pielęgniarze właśnie wsuwają do niej na noszach postawnego, starannie w szarą siermięgę odzianego mężczyznę, w którym red. M.H. ze zdziwieniem rozpoznaje naczelnika. Chyba żyje - zaniepokoił się redaktor tyleż o stan tego człowieka, co o los wywiadu. Tak, żyje - stwierdza z ulgą, lecz śmiertelnie blada twarz, ściągnięte i zapadłe rysy oraz obfity pot na czole nie wróżą niczego dobrego.

Redaktor z wolna wchodzi do wnętrza. Już nie musi niczego podglądać, wszystko bowiem stoi otworem. Widzi obraz kompletnej ruiny: cokolwiek tam było, jest teraz podarte, poprzewracane, rozrzucone. Ciemniejące tu i ówdzie na podłodze niewielkie kałuże świadczą, że albo Ewunia śmiała się niepowstrzymanie, albo też pani Maria miała jeszcze kilkakrotnie napady wielkiego płaczu. Tak więc obydwie - jedna wśród szaleńczych, nieprzytomnych paroksyzmów śmiechu, druga płacząc z żalu czy wściekłości - burzyły dotychczasowy ład. Red. M.H. spostrzega Adama, który nie wiedząc, że jest śledzony, stoi w zamyśleniu, z rękami w kieszeniach, i spogląda na ruinę - z miną kogoś, kto obmyśla ciągi dalsze. Jest zatem pewne, że Adam zostanie teraz szefem oraz że po swojemu i od nowa urządzi tutejszość, tak by odpowiadała jego specyficznym stanom wewnętrznym i zaspokajała jego własne, najgłębsze potrzeby. Zaprowadzi też ład zgodny z jego własnym tegoż ładu pojmowaniem. Będzie to więc Instytut tym razem utożsamiony nie z Józefem Glebą, lecz z Adamem Glebiarczykiem - czyli że we względzie owego utożsamienia (Instytut - to ja!) zmieni się tylko osoba naczelnika. Pod każdym innym względem na pewno będzie teraz zupełnie inaczej. Jak? Ano - pożyjemy, zobaczymy.

Redaktor Hałas, kontynuując przegląd pobojowiska, zagląda jeszcze tu i ówdzie, po czym zawraca do holu. Adama nigdzie nie ma, gdzieś zniknął. Nie, jest: w błyszczącej posadzce red. M.H. dostrzega dwa cienie: to Adaś i Ewunia, tulący się do siebie w czułym, intymnym sam na sam. Red. M.H. tego - a skądże! - nie widzi i udaje się na piętro: pochód reporterów, którzy zwietrzyli sensację. Górne pomieszczenia Instytutu także są zdewastowane i opustoszałe. Jakby uczyniło się miejsce, wolne i gotowe na przyjęcie czegoś nowego, co powstaje z ruin i wkrótce zacznie się rozrastać, zapełniając chwilową pustkę. Z nagła ustały jedne możliwości, by mogły powstać kolejne, następne. Już zresztą - jak się zdaje - powstają i trzeba będzie postarać się, aby natychmiast je uchwycić.

Lecz dziwna sprawa: wnętrze, które przedtem, dotychczas wydawało mu się bogate w treść i w znaczenie, i to aż do utraty poczucia rzeczywistości - teraz z chwili na chwilę staje się olbrzymim grobowcem. Czemu tu stało się tak pusto i martwo, jakby z Instytutu została sama tylko jego powłoka? No tak, jeszcze nie zapełniła się nową treścią, ale... Czegoś w tej instytucji, ale i w tym systemie zabrakło - ale czego? Albo na odwrót, czegoś może było za dużo - lecz czego? Być może przyczyną zarówno braków, jak i nadmiarów był sam Gleba wraz ze swymi nietrafionymi poczynaniami.

Fakt pozostaje faktem, że bardziej tu pusto jest teraz i cicho, niż gdyby nastało całkowite wyludnienie. Prawdą jest też, że red. M.H. nie napotkał, i to dosłownie, żadnej spośród znanych sobie osób, które przedstawiały sobą życie Ikachu, współtworząc je, poniekąd stanowiąc o nim i bezsprzecznie przybierając znaczenie istotnej tegoż Ikachu treści. Tamta zaś czuła parka nie wchodzi w rachubę, gdyż poczynała sobie niejako poza Ikachem, choć w obrębie jego murów. Ale może w takim razie potwierdza się domniemanie, że tą treścią był sam naczelnik? Może rzeczywiście zjednoczył się z Ikachem i utożsamił tak całkowicie, że stał się jego duszą? Niemalże jedynym i wyłącznym sprawcą wszystkiego, co się tu w sposób pozorny działo? Dlatego teraz, kiedy go wyniesiono, faktycznie pozostała martwa powłoka; czysty kształt, pusta forma, którą ktoś doprawdy musi - i to czym prędzej - napełnić świeżą zawartością.

Stanie się to niechybnie, chyba żeby Gleba zmartwychwstał? Jednakże wówczas, po tym, co zaszło, z pewnością już nie mógłby powrócić uprzedni stan rzeczy. Już nie zdołałby napełniać Ikachu sobą, czyli dotychczasową treścią, albowiem wyczerpała się i obumarła. I stałoby się tak nawet wówczas, gdyby owo zmartwychwstanie polegało na wcieleniu się w jego domniemanego następcę. Domniemanego? Kim okaże się Adam? Może podpatrzona w holu scenka stanie się symbolicznym zaczątkiem nowego ikachowskiego życia? Jednym spośród wielu nowych środków wyrazu, zastosowanych jako riposta na dotychczasowość?

Jednakże to są tylko takie sobie domniemania. Nie ma już naczelnika. Nie, jest tu wciąż, istnieje i pozostaje jego niewidzialne, lecz nieustannie obecne istnienie. Jest jego cień; nieuchwytny cień jego obecności. Jest mile papierem szeleszcząca spuścizna. I jest też pozostałość po naczelniku w postaci idei, z którą jego duchowemu (czy tylko?) synowi wypadnie się zmierzyć, może i zmagać. Ale są to być może przedwczesne przewidywania.

Red. M.H. wejrzał w siebie i smętnie pokiwał głową. Nikt już nigdy nie zdoła się uwolnić od piętna Ikachu, wyzwolić od jego na stałe utrwalonego wpływu. Na zawsze już - myśli - pozostaniemy ikachowcami, choćbyśmy nie wiadomo jakich dokonywali zmian i przewrotów wokół siebie, a także w nas samych, gdyż nieodwracalne jest nasze uglebienie.

W skrybowni nie ma już ani skrybianki, ani skrybicy. Ciekawe, jak nazwane będą ich następczynie? Nie ma tu zatem Ewy i pani Marii, stoją za to półkolem, jak nad trumną zmarłego, nieznani redaktorowi, dziwni jacyś, bo bezosobowi ludzie. To zapewne ci spośród ikachowców, z którymi nie miał okazji się zetknąć. Na opustoszałym stole leży jakoś wieloznacznie, czy raczej spoczywa w spokoju Kronika i red. M.H. odnosi wrażenie, że to teraz w niej i tylko w niej mieści się wszystko, co było Ikachem. Lub też, że widzi leżącego na tarczy Spartanina, i dlatego otaczający go współwinowajcy stoją w milczeniu żałobnym, znamionującym rozpamiętywanie jego cnót i zasług. W ich postawie widać oznaki czci, zawsze i wszędzie należnej pamięci drogich i szacownych, którzy odeszli. Co pewien wszakże czas zgromadzeni skandują miarowo: - Cóż my bez niego? My bez niego niczym. On był naszym życiem. On był naszym uśmiechem. - Następnie milkną, by pogrążyć się w zadumie, po czym wznowić hymn czy lament: - Instytut nasz pulsował, tętnił i falował wraz z twarzą naczelnika. Gdy jego twarz pochmurniała, stawało się ciemno i głucho. Gdy jego twarz rozbłyskała i promieniała uśmiechem, rozkwitaliśmy w rozlewnym blasku słońca...

Wszyscy ci ludzie czy ikachowcy mają wzrok skupiony i skierowany w jedno jakieś miejsce na przeciwległej ścianie. Red. M.H. idzie za ich spojrzeniem - i cóż widzi? Oto ten właśnie wygłaszany tekst widnieje w całej swej pokaźnej okazałości, wyświetlany z ukrytego gdzieś rzutnika, a oni go po prostu odczytują. Co więcej, ponad owym tekstem wyłania się niejako ze ściany inne, świetliste i barwne przeźrocze. Jest to postać Józefa Gleby w siermiędze i z batogiem. Przeźrocze ożywa, staje się jakby filmem nadawanym z zaświatów - i oto naczelnik unosi ręce i poczyna owym batogiem dyrygować; dyryguje chórem żałobnych czy pochwalnych głosów, kiwając się przy tym z lekka, podrygując miarowo i do taktu, żarliwie, zapamiętale... Po chwili obraz przygasa, by wznowić się w nieco odmiennej tonacji...

Oszołomiony tym widokiem, red. M.H. po kilkakroć szczypie się w nos i przeciera oczy, lecz mimo to obraz dyrygenta uporczywie powraca. Znów więc trze oczy, co żałobnicy chyba biorą za ocieranie łez i bezsłownie, w ten to sposób, wyrażane im współczucie. Przyjmują je więc i milczącym, dziękczynnym skinieniem głowy odpowiadają na gesty redaktora. Ten zaś opamiętuje się i zdobywa na słowa kondolencji, jakie nareszcie - już przytomnie - uważa za stosowne wypowiedzieć. Chyląc głowę, nie szczędzi odpowiednich słów - lecz równocześnie czyni ciekawe i doniosłe spostrzeżenia.

Przede wszystkim zadziwia go fakt, że Gleba zdolny był do wszystkiego i w swej przenikliwości przewidział, przygotował i wyreżyserował nawet okoliczności towarzyszące swej śmierci. Z kolei naraz uderza go szczególne, teraz dopiero dostrzeżone zjawisko, które na zasadzie łańcuchowej reakcji budzi w nim szereg wątpliwości. Bo jakże pogodzić tę sprzeczność, że ludzie Ikachu byli i są, czy raczej pozostali bezwolnymi manekinami, a mimo to niegdyś, w czasie choroby szefa potrafili zdobyć się na to, by walczyć ze sobą o pozycje i stanowiska? Bunt manekinów? Czy też przestali być nimi, stając się ludźmi z chwilą, gdy zabrakło miażdżącej ich człowieczeństwo obecności zwierzchnika? Tak, to teraz jest już jasne: on i tylko on za pośrednictwem swego systemu potrafił czynić ludzi manekinami. A więc aż tyle mógł zdziałać glebizm? Proces ten posunął się, jak widać, tak daleko, że utrzymał się nawet po odejściu (chyba ostatecznym?) inicjatora. Trzeba więc, koniecznie trzeba, by ktoś jak najszybciej tchnął w te maski nowego ducha; co się zowie nowego...

Pozostaje tylko jeszcze jedno pytanie, a mianowicie: po co tu w takim razie ci ludzie wstępowali? Nie wiedzieli, w co wdepną? Czy też ten łapiduch - podobnie jak panią Marię, Ewę czy Adama - otumaniał ich swymi zjednującymi zabiegami? Albo też wciągał ich tu, stwarzając im sytuacje i wrabiając ich w okoliczności, z których nie mieli wyjścia? Wiele też była w stanie zdziałać tutejsza specyficzna, tak dziwna, że wręcz niesamowita aura, i tak przy tym uwodzicielska, że nawet on sam, trzeźwy z natury reporter, chwilowo jej uległ. I to właśnie są właściwości systemów tworzonych przez geniuszy czy ludzi szalonych. To się chyba teraz gruntownie zmieni i może nareszcie ludzie staną się ludźmi...

Lecz oto naraz jeden z manekinów wręcza mu kopertę - dosyć dużą, pękatą, o rozmiarze A-4. Red. M.H. dziękuje dyskretnym ukłonem i w tejże chwili dostrzega, że drzwi gabinetu uchylają się i że Adam kiwa na niego zachęcająco, by wszedł. Sam, w zamyśleniu głaszcząc brodę, przechadza się po trawiastym dywanie, to znów przystaje i niewidzącym spojrzeniem patrząc w okno lub w jakiś punkt na ścianie, zdaje się zaglądać w przyszłość i obmyślać sposoby bycia, stosowne dla niego jako następcy. Przypomina sobie o redaktorze i gestem zaprasza go, by usiadł. Naraz dzwoni telefon. Adam podnosi słuchawkę i włącza przystawkę głośnikową. Słychać pytanie: - Czy pan naczelnik? - Adam robi oko do red. M.H. i odpowiada potwierdzająco, na co ten po drugiej stronie przedstawia się, a red. M.H domyśla się, że jest to ktoś z nadrzędnych czynników. Nadczynników - poprawia się w myśli, jakby nie ustała tu jeszcze obecność Gleby. Człowiek, który zatelefonował, kimkolwiek jest, mówi grzecznie, lecz chłodno, że właśnie otrzymał sprawozdanie pana naczelnika, dotyczące usunięcia błędów i wprowadzenia w życie zaleceń. Wywiązanie się w tak krótkim czasie z tego zadania wydaje się podejrzane i dlatego nastąpi przyspieszenie zapowiedzianej, powtórnej kontroli, celem sprawdzenia informacji podanych w sprawozdaniu. Adam milczy, co rozmówca bierze zapewne za wyraz konsternacji, wobec czego oznajmia, że dzwoni już po raz drugi. Cieszy się, że wiadomość odbiera sam zainteresowany, bo poprzednio odebrała osoba niewystarczająco, być może, zorientowana w sytuacji, a wręcz jakby niezrównoważona, na pośrednictwie więc której nie można polegać w sprawie tak ważnej. Adam mówi drętwo: - Dziękuję - i odkłada słuchawkę. Red. M.H. pyta ściszonym głosem: - Gleba wiedział? - na co Adam potakująco kiwa głową. Po chwili dodaje: - Pani Maria odebrała wiadomość i nie omieszkała natychmiast mu jej przekazać. Uczyniła to, jak się zdaje, nie bez satysfakcji, a nawet z mściwą rozkoszą, odpowiednio podkoloryzując informację, oczywiście dla wywołania upragnionego przez siebie efektu - dodatkowego pogrążenia szefa.

Redaktor Hałas przybiera wyraz twarzy stosowny do tego, co usłyszał, pełen przyjaznego więc zrozumienia - na co Adam poufałym gestem kładzie mu rękę na ramieniu. Ma to oznaczać: - Co się będziemy, stary, przejmować głupstwami? - po czym krząta się przez chwilę, zaglądając to tu, to tam. Wynajduje dyskretnie umieszczony barek i przegląda jego zawartość. Wyciąga ledwie napoczętą butelkę oryginalnej szkockiej whisky i pokazuje redaktorowi. Ten kiwa aprobująco i ochoczo głową, po czym sprawdza, czy drzwi są dobrze zamknięte. Rozsiadają się po obu stronach biurka, przy czym Adam daje do zrozumienia, że pora najwyższa wyjaśnić parę spraw, ot tak, nieobowiązująco, aczkolwiek poważnie. Piją, palą, Adam mówi, co następuje: Otóż chce nawiązać do rozmowy, którą niedawno odbyli na temat tajemniczej i wieloznacznej, acz kontrowersyjnej roli Ikachu. Na wstępie chciałby oddać hołd należny z pewnością geniuszowi poprzednika. (O la la - zdumiewa się red. M.H. zasadniczym, niezwyczajnym u Adama tonem, a jeszcze bardziej z powodu tego hołdu). - Bo niewątpliwym przejawem geniuszu - kontynuuje Adam - było zdobycie się na samodzielną i nowatorską koncepcję tejże, powiedzmy, instytucji, wobec czego można Józkowi wybaczyć rozmaite dziwactwa. Wiadomo jednak, że geniusze nie znajdują zrozumienia, wprost przeciwnie, zwolennicy racjonalnego, czyli ciasnego pojmowania spraw, małostkowo potępiają ich i oskarżają o maniactwo, zboczenie psychiczne, a nawet o złą wolę. To znana sprawa, lecz trzeba ją dopowiedzieć do końca ze względu na dalszy tok wyjaśnień. (Ot, pedant - kręci dobrodusznie głową red. M.H.). Taki los nie ominął i Józka. Lecz on w sposób szczególny, bo charyzmatycznie pojmował swe posłannictwo, tym bardziej więc należy uczcić jego pamięć. (Spryciarz - wtrąca żartobliwie red. M.H.). Niemniej jest oczywiste, że następcy starają się nie bywać wiernymi naśladowcami poprzedników, nie chcą więc też kopiować ich metod.

Redaktor z pełnym przekonaniem potwierdza tę oczywistość, ciekawie czekając na spodziewane zresztą ciągi dalsze, które chyba doprawdy nie będą zaskakujące. I tak jest rzeczywiście. Otóż nowy szef, czyli Adam Glebiarz (bo już chyba nie Glebiarczyk?) serdecznie zaprasza redaktora Hałasa, by zechciał jak najczęściej go odwiedzać celem czynienia porównań. Pierwsze jednak odwiedziny niech nastąpią dopiero za jakiś czas, gdy Adam, już jako nowy szef, zdąży wcielić własne zamiary i gdy zatrze się nieco pamięć poczynań naczelnika. W przeciwnym bowiem razie sprawozdanie, jakiego Adam spodziewa się po drogim Mareczku, a to ze względu na łączącą ich przyjaźń (masz, chłopie, tupet - wykrzykuje z uznaniem red. M.H.), mogłoby razić czytelników zbyt nagłą zmianą orientacji. - Póki co - mówi Adam, wznosząc szklaneczkę i zaglądając przenikliwie w oczy red. M.H. - oddajmy cesarzowi, co cesarskie. - Red. M.H. podejmuje toast, zastanawiając się w głębi ducha, że zaiste z niebywałą łatwością padają w gruzy starania i wysiłki czyjegoś życia. A jest to efekt tym boleśniejszy, im bardziej całkowicie ktoś się im poświęcił.

Podczas rozmowy Adam grzebie niedbale w szufladach. Nagle zmienia wyraz twarzy, na której teraz ukazuje się nieco złośliwe rozbawienie. Kiwa tajemniczo na red. M.H., ten kładzie się na blacie i obydwaj pochylają twarze nad zawartością szuflady. Toż to odkrycie! Rewelacja! Nadchodzące (nadchodzące!) do Ikachu pisma znajdują pierwowzór w stercie brudnopisów, które Gleba zaniedbał usunąć i zniszczyć. A zatem owe pisma pisał sam do siebie, do siebie też i do Ikachu je adresował, i skądś tam, z miasta wysyłał. A brudnopisów nie zniszczył... Taki był pewny swej własnej niezniszczalności?

Nie koniec znaleziskom. Adam, podwinąwszy rękawy, po łokcie zanurza ręce w niższej, głębokiej szufladzie i wygrzebuje z najgłębszego jej kąta zmięte arkusze papieru, pokryte ledwie czytelnym pismem. Od razu widać, że zawierają one bezładnie na papier rzucone, luźno sformułowane jakieś myśli. Notatki te są chaotyczne, a wyrażana myśl jeszcze jest świeża, nie sprecyzowana, nie ujęta w karby stylistycznej poprawności. Ot, wyłapane z powietrza, niedbale powiązane słowa... Adam, uśmiechając się ironicznie (bo tak przystoi), pobieżnie przebiega wzrokiem teksty i chichocze złośliwie (bo tak wypada), po czym wręcza je Markowi: - Chcesz, to sobie weź... - Ten odczytuje treść kartek zrazu uważnie, potem z coraz większym roztargnieniem, gdyż równocześnie świta mu, a po chwili wyraźnie już formułuje się pewien pomysł. Olśniony nim, zapada w fotel, podczas gdy Adam przechadza się niecierpliwie i coraz to niecierpliwiej... Scenę tę tak później Marek Hałas opisze we wspomnieniowej, poświęconej Glebie książce:

"Stojąc ramię w ramię, odczytywaliśmy na zmianę i równocześnie - wśród łkań, nerwowych chichotów i zadyszki - natchnione słowa naczelnika, wychwytane przezeń z przestrzeni, w chwilach nagłego olśnienia, w wielkiej chyba gorączce przeczuć, w zrywie uczuć targanych, rzekłbyś, kosmiczną wichurą. Słowa te były dla nas jakby nakazodawcze. Zawierały się w nich wskazania dla nas, ale i przesłanie, i twórcza inspiracja. I tak to znów, jeszcze raz (czy ostatni?) unosiła się wokół nas nieśmiertelna obecność wielkiego Gleby. Raz po raz tedy wykrzykiwaliśmy: Niezrozumiany! Nieszczęsny wieszcz! Zapoznany prorok! A choć te wszystkie rewelacje nie były przecież dla nas nowiną, to bledliśmy z wrażenia albo płonęliśmy w wypiekach wyciskających nam łzy wzruszenia. Chyba że to tak kurz wiercił nam w nosie, drażnił spojówki, wysuszał język i podniebienie? Ale chyba nie: to owa, co prawda już nam znana, lecz wciąż nas oszałamiająca myśl, zakrojona na miarę ludzkości, przebiła się ku nam wskroś pokładów papieru, ludzkiej obojętności, wzgardy, szyderstwa i niezrozumienia - myśl dobyta, rzec można, z głębin Ziemi i powstałego z niej jestestwa.

A oto wybór owych myśli:

Osiągnąć wyższy szczebel dotychczasowego systemu, gdyż był on przygotowawczym li tylko etapem. Ikach mój widzę ogromny! Wszechogarniający! Reorganizacja: Z glebiarstwa przestawić się na pełną Służbę Ziemi, na wieczną posługę, świadczoną jej i zamieszkującej ją ludzkości. Ziemia dla wszystkich - wszyscy dla Ziemi. Mówi do Was prorok nowej ery. Cała Ziemia to mój, ale i wasz folwark. Jako współgospodarze zakładamy i postanawiamy, że należycie zadbamy o ocalenie Ziemi. Obronimy ją przed wyniszczeniem, jakąkolwiek ono przybierze postać: zarówno więc etyczną, jak i materialną. Zapobiegniemy poczynaniom wszelkich destruktywnych czynników, i to tak skutecznie, że dotychczasowe środki zaradcze staną się zbędne i nieaktualne, gdyż nikt już nie będzie ani zwolennikiem i propagatorem zniszczenia, ani kimś jakoby zniewolonym nieuchronnością zmierzania ku zagładzie; kimś popychanym siłą bezwładu i biernego ulegania biegowi rzeczy. Nie będzie zatem potrzeby przeciw komukolwiek występować, zniknie też konieczność zwalczania przejawów destrukcji oraz przeciwstawiania się próbom samobójczym, za jakie trzeba uznać niszczenie naturalnego środowiska. Wszelka broń, jak też potrzeba walki i współzawodnictwa - zanikną stopniowo i w sposób naturalny. Dlatego należy dołożyć wszelkich starań, by wszyscy (wszyscy!) stali się Ziemianami - uczestnikami Ziemiaństwa - w sposób rozmaity, każdemu inaczej dostępny, realizowany zgodnie z wykonywaniem ziemskich prac. To jest nasza dewiza, ale i deklaracja. Mimo powszechnej technicyzacji, należy wrócić do pierwowzorów zapobiegających wytworzeniu się technokracji. Stworzyć i zalecić stosowanie rytuałów, co umocni więź z Ziemią i zapobiegnie zagładzie. Zasada bycia: zachowuj uśmiech! Rytuał: stosowanie go jest nie tylko znakiem oparcia znajdowanego w przejawach, lecz i sprzyjaniem przeistoczeniu duchowemu, do którego niechybnie doprowadzi, kultywowany systematycznie i konsekwentnie, poprzez łączność z praczasem i praprzodkami. Zatem - nie tyle odnowa (odrodzenie), co powrót do praźródeł. Narodziny nowej ludzkości. Rolnikiem każdy wykonawca wszelkiej roli. Rolnikami wszyscy - nie poprzez posiadanie ziemi czy Ziemi ani też przez odgrywanie na niej ról - ale przez jej poczucie i zakorzenienie w niej; przez głębokie przeświadczenie, że wszyscy jesteśmy jej dziećmi, współposiadaczami i sługami. Powyższa myśl przeciwstawia się nakazowi, aby Ziemię czynić sobie poddaną. A jeśli już, to dla świadczenia jej dobra oraz doświadczania jej dobrodziejstw. Wszyscy więc jesteśmy, jak się rzekło, Ziemianami - w odróżnieniu od rolników, które to pojęcie nazbyt jest szczegółowe, a tym samym cząstkowe. Przejdźmy do realiów.

Projekt (wytyczne) programu pielęgnowania Ziemi: Wyposażenie glebowisk i glebowni (ziemowisk i ziemowni?) - oprócz dotychczasowego, należy założyć pomieszczenie, w którym mają się pojawić, obok rolniczych narzędzi nowoczesnych, także i pradawne, takie jak radła, sochy, koromysła, cepy, przetaki, dzieże, stępy. Trzeba wprowadzić rytuał polegający na tym, że przed przystąpieniem do pracy będącej tyleż uprawą, co pochwałą ziemi i życia na niej - każdy zobowiązany jest do wypowiedzenia kilku słów świeckiej modlitwy, stosownej dla różnych faz roku polnego. Na przykład: "Oj Ziemio, Ty Ziemio sieroto, jest w Tobie dla wszystkich dość chleba, tylko Cię miłować potrzeba". Albo - przy niesprzyjających warunkach atmosferycznych: "Oj, doloż nasza, dolo, biedo niedolo". Lub: "Dla ciebie ja zarazem i dla siebie sieję". Wykonać też należy kilka gestów wybranych z ich zestawu, a związanych z uprawą i pielęgnacją ziemi; stosownych więc na przykład dla siewcy, kosiarza, drwala, woźnicy. Słowa i gesty są ujęte w kilka wzorców. Można w danym dniu wybrać tylko niektóre, natomiast co gorliwsi lub znajdujący się w stanie szczególnego natchnienia mogą i powinni - zgodnie z potrzebą wewnętrzną - posłużyć się pełnym zestawem. I dopiero tak uziemieni (napełnieni treścią Ziemi), stają się godni, by przystąpić do pracy.

Tu trzeba dodać, że podobny, acz stosowny do wykonywanego zajęcia rytuał powinni wprowadzić również ci, którzy przystępują do biurka, maszyny czy innego warsztatu. Wskazane jest też organizowanie pochodów z transparentami, na których widniałyby hasła przypominające, że wszyscy wyrośliśmy z ziemi i z niej też wszystko pochodzi, za co powinniśmy być wdzięczni. A zatem hasła takie jak: "Ziemianie, łączcie się uśmiechem"; "Krawcy, do nożyc, bo Ziemia na nową szatę czeka"; "Z ziemi jesteś i w ziemię się obrócisz, by ją wzbogacić". Kończyć pracę należy słowami dziękczynienia za radość, jakiej ona dostarczyła; słowami zależnymi od nastroju wywołanego wynikami pracy oraz od poziomu intelektualnego pracowników. Na przykład: "Jaki pan, taki kram" lub "Gdzie miłość i zgoda panuje, tam ptaszek swe gniazdko wystawia na próbę pogody". Reasumując: Ziemiaństwem jesteśmy wszyscy poprzez losy, a każdy - przez swój odrębny. Ziemianie dzielą się na dwie zasadnicze grupy: Kowali i Glebian. Kowale sami wykuwają swój los. Glebianom trzeba go wykuć. Pomóc im, dostarczając życiowych możliwości w postaci pługa, łopaty, kilofa czy innych narzędzi obróbki oraz modelowania.

Skończyliśmy i spojrzeli po sobie, i zakrzyknęliśmy równocześnie: Do tego zmierzał! Do tego więc dążył! - Raptem, porażeni ogromem i potęgą myśli tego arcymistrzowskiego bez wątpienia Kowala i niestrudzonego Rolnika, który oto dokończył orki i wywiązał (!) się z roli, tej starannie uprawianej - padliśmy na kolana. Uklękliśmy naprzeciw siebie, ale nie wiedzieliśmy, co mamy robić. Spoglądając więc po sobie niepewnie i bijąc się w piersi w poczuciu winy, że są zbyt wątłe, by sprostały naporowi sprzeczności - uderzaliśmy w pokłony. Następnie symbolicznie padaliśmy sobie w objęcia, szeroko, niczym skrzydła rozkładając ramiona. Lecz nasze chude, nieopierzone ręce zbyt nikły stawiały opór powietrzu, by umożliwić wzlot. Pomachaliśmy tedy nimi nieporadnie, po czym jakoś tam zerwaliśmy się zrywem niezbornym i chaotycznym, bo brakło nam przewodnictwa wielkiego Gleby. Innego zaś, niż jego wiekopomna myśl, nie mieliśmy. Nie mogliśmy wszakże dopuścić, aby okazała się ulotna. Jęliśmy więc na chybił trafił wykonywać gesty koszenia, siania, rąbania, kopania, operowania widłami oraz lania na odlew, co popadnie. Młócone, kopane, ryte i we wszelki inny sposób maltretowane powietrze zawirowało wokół nas wichurą. Zabrzęczało też szkło i osypały się liście roślin doniczkowych, lecz my, niepomni skutków naszych poczynań, zroszeni jadowitym potem, ale odświeżeni i umocnieni wewnętrznie, wykrzykiwaliśmy raz po raz: Nareszcie! Nareszcie nadamy Ikachowi sens godny tegoż nazwania oraz wyznaczymy mu cel słuszny, że hej. Zaprowadzimy też sprawiedliwy podział ról i postaramy się o zbawienną skuteczność naszych poczynań. Ktokolwiek zaś będzie z tego powodu sarkać i psioczyć, to precz, precz - bo nie jest godzien całować pięt superstar naczelnika Gleby, aczkolwiek stał się on już tylko naszym duchem opiekuńczym.

Czułem się uprawniony do uczestniczenia w takim to planowaniu oraz w entuzjastycznych okrzykach. Pozornie bowiem tylko, jako dziennikarz, byłem kimś obcym, bo z zewnątrz. W gruncie zaś rzeczy od dawna już stałem się ikachowcem. A jako człowiek związany z prasą, wiele mogłem dopomóc w szerzeniu tutejszych idei oraz w rozwoju Instytutu, w nowym jego wcieleniu. - W tejże chwili - w chwili szczytu euforii - zadzwonił telefon. Oprzytomnieliśmy, ochłonęli, spojrzeli trzeźwiej. I oto Adam, jakby nigdy nic, podniósł słuchawkę...".

W rzeczy samej, zadzwonił telefon. Adam Podnosi słuchawkę, gestem zapraszając Marka do współsłuchania, lecz ten czyni gest przeczenia i pożegnania, i wycofuje się cicho z gabinetu. Ot, było, co było... Mijając sekterariat, natyka się na zgrupowanie wciąż tych samych osób, pogrążonych w bezmyślnej, sztucznej żałobie, trwających w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń, gotowych przystosować się do każdych i jakichkolwiek. To nie są ludzie, to manekiny - jeszcze raz konstatuje z wyższością red. M.H. Ożywić by ich jakoś? Tylko po co? Tacy łatwiej dadzą się podkręcić i nastawić, zresztą to już jest sprawą Adama. Bo i cóż oni sami wiedzą? Za dużo? E tam. Za mało? Tak. Oto wychodzi na jaw ich marna jakość, której nie są w stanie poprawić czy ulepszyć z chwilą - domniemanej? - śmierci naczelnika, bo owa jakość stanowi ich naturę. Nie potrzebują odzyskiwać człowieczeństwa, bo go nigdy nie mieli. I nawet kiedy buntowali się, to jako manekiny posłuszne jakiemuś pochodzącemu spoza nich sygnałowi. Może nim być na przykład zakodowany w nich impuls, że gdy nastaje zmiana sytuacji, to trzeba na nią jakoś zareagować, między innymi sięgnięciem po zwalniające się stanowisko. Głupstwem tedy byłoby doszukiwać się szczerości w mechanicznym lamencie, który słyszał przed chwilą - który wciąż tam jeszcze rozbrzmiewa, lecz ucichnie, gdy Adam... To nie ludzie, to dotychczasowe produkty Ikachu z utrwalonymi na stałe cechami. Maski, pod które lepiej nie zaglądać, bo a nuż wionie takim smrodem zgnilizny, że chyba się wyrzygać...

* * *


Red. M.H. opuszcza sekretariat, czując ogromny niesmak - i w tej samej chwili ostatecznie trzeźwieje z trzymającej go dotąd w kleszczach fascynacji Ikachem. Dziwi się, że trwało go tak długo i w tak niepojęty sposób działało. Rezerwuje sobie własną opinię, jeszcze raz dokonując przeglądu doznanych tu wrażeń. Oto ich suma: Gleba poddawał laboratoryjnym próbom tych troje, a także innych, nie zdających sobie sprawy ze swej przedmiotowości wobec niego. I co? świadomi swego losu i faktu manipulowania nim, jednak odnaleźli się w sobie, oczyszczeni. Potrafili zdobyć się na to. Zrozumieli, że zabijanie indywidualności i inne zabiegi, polegające na wyrównywaniu charakterów, służyły li tylko umocnieniu systemu. Szkoda więc, że w najlepszej wierze - zbyt długo akceptowali taki stan rzeczy. Inna sprawa, że owe zabiegi jakoby przygotowywały też wprowadzenie dalszych tegoż systemu etapów, polegające na czymś, co nazywało się niwelowaniem gruntu pod zasiew Nowego Ziemiaństwa, mogli się przeto spodziewać poprawy swej sytuacji. Godzili się więc też na przyjęcie owych zmian, pełni nadziei. Pojmowali to zapewne w ten sposób, że muszą wyzbyć się siebie, by wyzwolić w sobie nowych, innych ludzi. I co? Wyzwolili się poniektórzy, ale nie tak, jak przypuszczali. Nawet on sam, trzeźwy co się zowie redaktor, no cóż, także uległ złudzeniom i poddał się działaniu magii Ikachu - lecz czyż nie jest w tejże chwili nareszcie kimś, kto umie się zdobyć na obiektywne spojrzenie, takie z zewnątrz? Kimś, kto umie ocenić rzeczywistość Ikachu krytycznie i z dystansu, mimo że na długo owładnął nim ten magik, Józef Gleba. I kimże to tak owładnął? Redaktorem Hałasem, który zawsze dotąd o sobie mniemał, że jest człowiekiem niezależnym. Jakże mógł dopuścić, aby stać się aż tak łatwym łupem? Ale nareszcie też się wyswobodził. Chociaż... Wpływ naczelnika powinien ustać z chwilą jego śmierci - bo jej fakt jest już chyba pewny - a mimo to jakoś niezupełnie ustał, jakoś działa. Czyżby z zaświatów? Jeśli tak, to może jednak zejście Gleby jest pewne?

Red. M.H. uprzytomnia sobie to jakby nadprzyrodzone działanie, gdy zatrzymuje się na półpiętrze i otwiera wcześniej mu wręczoną kopertę. Zerknąwszy na jej zawartość, znów, jeszcze raz zmienia tylko co uświadomiony sobie pogląd na znaczenie Ikachu. Gratuluje sobie, że nie dał Adamowi, jako nowemu naczelnikowi, żadnej wiążącej odpowiedzi na jego zaproszenie. Bo oto z koperty wysuwają się dwa obszerne teksty. Treścią jednego z nich jest wypowiedź naczelnika, rodzaj przedwcześnie, może próbnie sporządzonego wywiadu. Naczelnik przewidział więc wszelkie ewentualności, może sam chciał ukierunkować rozmowę, nadać jej pożądany, zgodny z jego wolą i życzeniem charakter, by uniknąć wypaczeń i błędnych interpretacji. Kiedy miał zostać redaktorowi dostarczony? Pewnie jeszcze za życia; ot, taka dogodna wyręka. Teraz jest już za późno... E, chyba nie, przecież nic jeszcze nie jest do końca pewne i wiadome, więc jakoś to się wykorzysta. Odwalił za mnie kawał roboty - myśli z wdzięcznością redaktor, zwłaszcza że ten drugi tekst (spuścizna!) to gotowy reportaż o działalności Ikachu. "Malarska estetyka przedmiotów...". Tak, już pierwsze zdanie wskazuje, że jest to tekst nadmiernie entuzjastyczny i gloryfikujący, ale się go dopracuje... Jakże miło szeleści, jak - znów - przyjemny jest w dotyku gotowy dowód istnienia glebizmu. Chciałoby się ucałować i ten plik papieru, i - gdyby to było możliwe - dobroduszną gębę Gleby, choćby z wdzięczności nie tylko za pomoc i ułatwienie, ale też za umożliwienie pobrania w redakcji pokaźnej już zaliczki.

Wychodząc z bramy na ulicę, red. M.H. tkliwie tuli serce, na którym spoczywa portfel, jak też wiadoma koperta - po czym znów doznaje uczucia wyzwolenia. Może już ostatecznego? Niczym po wyjściu ze szpitala lub więzienia, zachłystuje się powietrzem; narasta w nim radość, odprężenie, wdzęczność i inne przyjazne doznania. Dzieje się tak również z tego powodu, że uzyskał cenny materiał, i to niemalże bez wysiłku. Czuje się więc nie tylko wyręczony, ale też nareszcie wolny. I tylko ten dreszczyk, to chłodne jak śmiertelny dotyk mrowienie... Tfu, do licha, a toż to jest głos zza grobu... Nie, to rodzaj testamentu. Dla kogo? No, jak to? Tak czy inaczej, by użyć efektownego określenia, jest to przede wszystkim dziedzictwo, puszczone w obieg, by krążyło wśród międzyludzkich przestrzeni. I nie należy pomijać ani zaniedbywać nadziei, choćby była, powiedzmy, niezbyt realna. Nadziei - na co? Że komuś jednak, choć z innych motywów, uda się wprowadzić w czyn wielkie zamiary Gleby? No nie, przecież jego szalona idea jest stekiem bzdur i byłoby katastrofą, gdyby się urzeczywistniła. Chociaż...? Może coś w tym jednak jest?


* * *


Red. M.H. błąka się wśród ulic i nowym, tylko co uzyskanym spojrzeniem zagląda ludziom w twarze. Chce sprawdzić sposób widzenia Gleby. Przygląda się więc uważnie przyszłym, niedoszłym, choć kto wie, może jednak już teraz potencjalnym Ziemianom. Jakby to było, gdyby powszechnie uznano w sobie wielkie uczestnictwo w ziemskości, które Gleba starał się wypróbować na swych ludziach, zwłaszcza na wybranej trójce? Trudno zaprzeczyć, że również nawet na nim, chłodno myślącym redaktorze? Ano, nie wiadomo, jak by to było. A jednak łatwo to sobie wyobrazić, patrząc na ludzi już teraz ujednoliconych obyczajem ustanowionym i nakazanym przez możnych czy przebiegłych. Bo i cóż oni czynią innego, niż czynił Gleba, gdy sprawdzał swe siły, możliwości i umiejętności w procesie kształtowania charakterów? I gdy wypróbowywał nowe sposoby ziemskiego bytowania, dążąc do zapanowania nad sytuacją, i to aż do posięścia głosu decydującego oraz prawem popartych pełnomocnictw? Wszak nietrudno spostrzec, że możni tego świata, przyznający sobie prawo decydowania o nim, pragną uczynić z niego wszechświatową wioskę i do tego usilnie dążą.

Jakież to zatem cechy - według Gleby - mieliby posiadać nowi Ziemianie? Jacy by powinni być, gdyby się spełniła jego szaleńcza wizja? Wiemy, jacy mieli powstać na etapie ikachowskiego glebiaństwa, w fazie ujednolicających zabiegów. Być może Gleba, gdyby żył, sformułowałby szczegółowo i wyczerpująco wymarzony przez siebie typ nowego człowieka, jak też model ludzkiej społeczności. Nie zdążył. Czy zresztą w grę mogłaby nadal wchodzić uniformizacja? Nie - gdyż wówczas nadal mielibyśmy glebizm, tyle że podniesiony na wyższy poziom. Czyli - jeszcze wyższy stopień zrównania. Ale przecież do tego właśnie dążą owi tajemniczy, nieznani decydenci, zmierzający do ujednolicenia ludzkości, i to pod każdym względem. To im się właśnie roi: narzucenie całemu światu określonego modelu bycia, zachowań i poglądów. A wobec tego może należałoby przeciwdziałać takim tendencjom poprzez propagowanie osiągania najwyższego stopnia indywidualizmu? Zapewne taki zamiar byłby, a nawet musiałby być jeszcze jednym eksperymentem w procesie uzyskiwania nowej generacji ludzi. Jak każdy więc eksperyment, byłby nacechowany niepewnością oraz wielkim ryzykiem. Cóż można byłoby bowiem osiągnąć przez proces zarówno powszechnego zabijania indywidualności, jak też jej nadmiernego rozbudzania i maksymalnego rozwoju?

Mówiło się w Ikachu, że ostałyby się tylko silne jednostki, które stawiłyby czoła zrównującym zabiegom. Ale czym wyróżniałaby się ich siła? Na czym by polegała? I czy nie stałaby się wynaturzeniem prowadzącym do katastrofy ludzkości? Oto niebezpieczeństwa, jakich owa ludzkość uniknęła wraz ze śmiercią Gleby. Lecz - czy doprawdy uniknęła?

Warto tę myśl wykorzystać, trzeba będzie bowiem sporządzić (ewentualnie, lecz to jest wielce prawdopodobne) wzmiankę pośmiertną. I dla siebie zachować przeświadczenie, że idea i teoria Gleby jest nierealną mrzonką, wręcz bzdurą, którą tylko megalomania naczelnika czyniła programem poważnym, zdatnym do narzucania go ludzkości. Przecież nikt w świecie nie potraktowałby poważnie i na serio jego systemu. Chyba żeby Ikach i Glebę uznać za zjawisko? Coś więc, co w świecie istnieje i występuje wszędzie i zawsze, a zwłaszcza ostatnimi czasy? Tyle że w Ikachu - karykaturalnie przerysowane... Tak czy inaczej, póki co, trzeba uporać się z wywiadem, nim wiadomość o przypuszczalnej śmierci Gleby dotrze do prasy i innych mediów.


* * *


Co redaktor Hałas pomyślał, to i uczynił. Rezygnując z wykorzystania pięknej pogody, która kusiła do odpoczynku po wielu dniach wytężonej pracy, natychmiast po powrocie do mieszkania zasiadł do maszyny, by - idąc za ciosem - przepisać dokonany przez Glebę samowywiad. Przepisać - lecz też poniekąd spreparować. Ot, dorobił pytania, naciągnął troszkę odpowiedzi i wygładził co nieco chropowaty styl. Co uczyniwszy, stwierdził z zadowoleniem, że ten sporządzony przez Glebę, daleki od fachowości tekst (studium anatomii i przeprowadzenie wiwisekcji umysłowej!) zyskuje - dzięki Józkowej nieznajomości tajników warsztatu - na takich zaletach, jak świeżość i oryginalność sformułowań, które on, red. M.H., zamierza sobie przypisać.

Z pisaniną uładził się raz dwa i jeszcze tego samego dnia zaniósł do redakcji obydwa teksty: wywiad i reportaż. Dzięki rozmaitym, usilnym staraniom, dowodzącym niezwykłej sprężystości zespołu redakcyjnego, ukazały się one, w specjalnym dodatku, już następnego dnia - a był to dzień, w którym wychodzi kolejny numer tygodnika "Przez Łzy do Szczęścia". Wywiad zatytułowany jest Ej, Józek - z Józefem Glebą, naczelnikiem Instytutu Kształcenia Charakterów - rozmawia Marek Hałas. I tak dalej.

Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść - chichocze red. M.H., siedząc w porannym słonku przy oknie redakcyjnego pokoju, czytając pięknie wydrukowany wywiadzik i dziwiąc się łatwości, z jaką zmienia swe poglądy. Smakuje przy tym wyławiane z tekstu, co celniejsze sformułowania, takie jak: Co do szczerości badanych, to pełni w tym względzie nie osiągnę, bo to jest niemożliwe. Ale i powierzchowne śledzenie zachowań oraz przysłuchiwanie się wypowiedziom wystarczą mi dla zbudowania tez. Cenię przeświadczenia, gdyż są motorem zamierzonych posunięć w rzeczywistości założonej, gdy brakuje możliwości realizacyjnych w rzeczywistości obiektywnej ... Ćwiczę zawodową umiejętność obserwacji oraz skuteczne metody śledcze, gdyż pozwalają zapobiec posunięciom, które godzą w interesy Ikachu. Niestety, nie znam stopnia prawdziwości ludzkich odczuć i reakcji, w domniemaną rzetelność których muszę wierzyć, wiedząc, że bywają one jedynie przykrywką albo nieświadomym kamuflażem, bądź też reakcją niejako zastępczą ... Jeśli zakładam, że stanę się prawdopodobnym odbiciem myśli, pragnień i dążeń moich zwolenników, a nieuniknionym losem oponentów, to jest to dla mnie sposobność zobaczenia siebie z zewnątrz, cudzym wzrokiem, acz korygowanym przeze mnie ... Mąż stanu musi opanować umiejętność przystosowywania się do praw rządzących ludzką naturą i umysłowością, bo ich znajomość jest warunkiem umiejętnego kierowania ludźmi, jak też wykrzesania ich lojalności ... Niech myślą o sobie, ale przeze mnie i w związku ze mną. Niech wpatrując się we mnie, konstruują autoportret. Jeśli widzą mnie takim, jakim chcą widzieć, stąd krok już tylko do utożsamienia się ze mną ... Szukanie motywacji w sferze domysłów i porównań, zapełnianie luk wyobraźnią i przewidywaniami bywa śliska. Jeśli wymyśliłby Pan wizerunki swoich rozmówców na mój, a może i swój użytek, to następstwa mogłyby się okazać co najmniej zgubne. Natomiast nie odpowiadam za pomyłki, bo stoję ponad nimi ... A zatem, jak się zdaje, przypisał Pan rozmówcom własne poglądy? I jak się domyślam, uczynił Pan to po to, by ich takimi przedstawić, jacy powinni być i by w efekcie okazało się, że tacy są istotnie? Nie oponuję, bo cóż to komu szkodzi, jeśli w ten sposób powstają sztuczne, bo niepełne twory, skoro wyłoniły się z tak samo względnej i pełnej niejasności sytuacji? Jeśli zatem otrzymał Pan psychiczne wizerunki moich podwładnych nieco spreparowane, czyli jako twory spekulacji, to w czym rzecz? Otóż w tym, że ma ich Pan takimi, jakich oczekuje, czyli teoretycznie. Innych rezultatów nie należy się spodziewać. Wizerunku Ikachu to nie zepsuje. Tylko że wtłaczając ich w gotowe konstrukcje myślowe, w ten sam sposób i w równej mierze stworzył Pan poniekąd także i mnie: wyobrażenie mojej osoby, powstałe w cudzych umysłach. Ale tak jest dobrze: wielorakość postrzegania mnie jest raczej wskazana, bo wzbogaca mój wizerunek ... Maluczko, a ludzie przyjmą takie to poglądy i wyobrażenia za swoje. Jedność w wielości, ot co. Jeśli ktoś poważyłby się nazwać błędem postępowanie polegające na stwarzaniu pożądanego - wieloznacznego i złożonego obrazu rzeczywistości Instytutu - to jest to błąd programowy, więc usprawiedliwiony. Bo i czyż zależy nam na autentyzmie doznań? Wszak przewidywaliśmy ich umowność. Ze względów taktycznych oraz strategicznych, odrobina przebiegłości jest nieodzowna i nieunikniona, gdy zachodzi potrzeba podciągania faktów do rzeczywistości, a deklarowanych przeświadczeń do myśli przewodniej, czyli sprawy istotnej, a tym samym najważniejszej ... Wolałby Pan nie korzystać z usług ślepoty stosowanej? Spokojnie, redaktorze. Twory pańskich spekulacji, czyli wizerunki uczestników Ikachu, jakimikolwiek by się okazały, przedstawiają ludzi, których Panu wskazałem jako przedmiot obserwacji. Bowiem nie obchodzi nas już... - przepraszam: nie wchodzi w rachubę stan cudzych myśli i odczuć. Wystarczy, że przyjęto do wiadomości sposób, w jaki należy sądzić i oceniać zwierzchnika. Wystarczy mi reżyseria ewentualności pracujących dla moich potrzeb. Poprzestać chcę na fakcie, że ludzie postępować będą tak, jak im zagram. Może: jak im my, stojący ponad tłumem, zagramy w zgodnym duecie na ziemiańską nutę. Liczę na Pana, bo przecież to Pan, redaktorze, kształtuje opinię. Zapewne trzeba, aby mnie widziano ideałem i jego przeciwieństwem, wzorem i antywzorem, bohaterem i kimś walczącym o zachowanie twarzy, męczennikiem i tyranem, bowiem obraz lidera tworzy się w ścieraniu o nim poglądów, w dialektyce postaw, w ogniu sprzeczności. Jest on projekcją nastrojów tłumu i rzecz w tym, aby nie ulegał im potulnie, stając się pociąganym na sznurku pajacykiem, lecz by nad tymi nastrojami zapanował, posługując się bodaj lejcami i batem. Wymknie się spośród poskramianych ten i ów potajemnie, w świat niezależności? Tym gorzej dla tych, których przeraża świt po bezsennej nocy ... Tu szczypta autoironii: miałeś, chamie, złoty róg ... - Chylę przed Panem, naczelniku, głowę. Może ten złoty róg nie będzie pohukiwać w głuszy i pustkowiu, lecz jako róg obfitości, napełni się bogactwem darów wszelkich. Stanie się to wówczas, gdy ludzie - poddani pańskim zabiegom charakterotwórczym i ulegli, bo przekonani do idei przyświecającej pańskiemu systemowi - tańczyć będą, wsłuchani w melodię Chochoła, graną na patykach. Przepraszam za takie porównanie. - Nic nie szkodzi, sam je sprowokowałem ... Wymieniliśmy tyle poglądów, że hej. Jestem niezmiernie zobowiązany. - Och, wystarcza mi w zupełności pańskie zadowolenie. Dziękuję i do zobaczenia.

Ciekawe tylko, gdzie? To zdumiewające: redaktorem, mimo że siedzi w słońcu, wstrząsa lodowaty dreszcz. Wypowiada zapamiętane z Dziadów zaklęcie: a kysz, po czym spluwa przez lewe ramię i wysuwa szufladę biurka, aby móc odpukać w niemalowane drewno. Zabezpieczywszy w ten sposób porcję iks dalszego życia, wyłuskuje kilka lirycznych urywków z opatrzonego licznymi zdjęciami reportażu pod tytułem "Na ciebie, Józku, czekał Instytut": Malarska estetyka przedmiotów, starannie dobranych pod względem kształtu i koloru, jednakowo porozmieszczanych na biurkach, stołach, warsztatach... Efekt szeregowości, tworzony przez plastyczny, ale i muzyczny rytm zastosowany w obrazie, jakim jest wnętrze... Rytm powstały wskutek wielokrotnie powtórzonych, jednakowych składników... Muzyczno-taneczna rytmika ludzi, płynnie i wprawnie powtarzających te same ruchy... Łagodna poezja ludzi działających zgodnie, jednolicie, zwarcie - ludzi, którzy z pogodną rezygnacją zrzekli się osobistych nawyków... Twarda poezja ludzi, którzy krzepną wewnętrznie... Dalej redaktorowi czytać się nie chce, nie ma czasu ani ochoty wgłębiać się w aż nadto sobie znaną treść. Jeszcze tylko czegoś tam życzy ikachowskiemu zespołowi - z całego serca, doprawdy z całego, bijącego w rytmie buu-tup, buu-tup - i jest to właściwym podsumowaniem sensu reportażu.

Wciąż grzejąc się w porannym słonku i słuchając nadawanej przez radio muzyki, red. M.H. powtórnie przegląda pachnący jeszcze farbą drukarską numer magazynu. Uczynił to z ogromną satysfakcją, gdyż dzięki owemu specjalnemu, opracowanemu przezeń dodatkowi, numer nabrał szczególnego, wręcz wyjątkowego znaczenia, by nie rzec, splendoru. Zadowolenie wzmaga fakt, że stało się to za sprawą jego błyskotliwego pióra i wkładu ogromnego wysiłku. Redaktor stwierdził to, rozpierany dumą i ogarnięty wzmożonym przypływem twórczego natchnienia, po czym sięgnął po słuchawkę i począł kolejno wydzwaniać szpitale. W jednym z nich powiadomiono go o śmierci pacjenta Józefa Gleby.

Redaktor Hałas uchylił drzwi sekretariatu, poprosił pannę Krysię o kawę i coś na wzmocnienie, po czym, wykorzystując nie opuszczającą go wenę, niezwłocznie (sic!) przystąpił do sporządzania wzmianki pośmiertnej o naczelniku. Czynił to przy wtórze nadawanej właśnie w radiu, Beethovenowskiej Eroiki, oraz przy wydatnym wsparciu refleksji towarzyszących pisaniu - obficie napływających, a podobnych do słonecznych odblasków i błysków, które skakały mu po papierze. Wzmianka będzie nieodzownym finałem sprawy; jej podsumowaniem i uzupełnieniem. Tym samym skwitowane zostanie życie Ikachu, niejako zawarte czy zawierające się w osobie jego lidera.

Teksty reportażu i wywiadu pozostają wciąż aktualne. Teraz wszakże dopiero - w świetle zaszłych właśnie faktów - ich treść wyjdzie na jaw ze szczególną wyrazistością; nabierze specyficznej wymowy, by nie rzec - smaczku, wobec (potwierdzonego!) faktu śmierci Józefa Gleby. Bez wątpienia, zapewne jeszcze tego samego dnia, powiadomi o niej publikę popołudniowa prasa codzienna, a być może też radio i telewizja. Nie są to więc teksty spóźnione. Zrobione zostały przecież, a nawet ukazały się prawdopodobnie jeszcze za jego życia. Tak więc fakt spóźnienia egzystuje jedynie w świadomości piszącego w natchnieniu redaktora. Jest on również przeświadczony, że obydwa teksty stanowią doskonałe przygotowanie do cyklu reportaży podsumowujących dzieło życia naczelnika, jak to jest przyjęte czynić po śmierci kogoś wybitnego. Przygotują też czytelników do kolejnego cyklu, traktującego o funkcjonowaniu Ikachu pod nowym kierownictwem, które niewątpliwie obejmie Adam Glebiarz. Napisanie obydwóch będzie znakomitą sposobnością do czynienia porównań, tamte zaś pierwsze nabiorą też już historycznego znaczenia. Tak więc należy pogratulować sobie bystrości w wyłapywaniu nadarzających się okazji, których w żadnym przypadku nie wolno zmarnować. Dokona się ogólnej przymiarki okresu minionego z tym rozpoczynającym się - przy czym redaktorowi jest zupełnie obojętne, czy następca będzie kontynuować linię poprzednika, czy też przeciwstawi się jej całkowicie. Grunt, że nadarzy się nowy temat.

Tak, niewątpliwie się nadarzy, a z nim okazja do rozwijania kolejnych spekulacji i snucia domysłów oraz refleksji. Bo może Adam, będąc indywidualistą, nie zechce przyjąć do wiadomości, a tym bardziej urzeczywistniać Józkowych sugestii powszechnego zrównywania Ziemian? śledząc poczynania nowego szefa, zapewne odcinające się od tych podejmowanych przez poprzedniego - mimochodem spychać on będzie nie tylko w niepamięć, ale i w sferę wartości ujemnych ideę Józefa Gleby i jej (nieudolne, jak po pewnych czasie będzie należało mniemać) próby wcielenia w praktykę.

Ostatnie słowa wzmianki pośmiertnej zbiegły się redaktorowi z końcowymi akordami Eroiki, której przejmujące brzmienie wibrowało w duszy piszącego i ustawicznie w nim trwało, tworząc i podtrzymując sprzyjający, stosowny nastrój. Końcowe akordy, jak wiadomo, trwały długo; kompozytor nie umiał się rozstać z tematem, podobnie jak red. M.H. - twórca tekstu. Na koniec wszakże, po pełnobrzmiącym tutti, nastało ostateczne uderzenie zharmonizowanych dźwięków, takie ta ti ta ta, ta ti tata, tatitatitati, bums - które równało się wybiciu na maszynie kropki zamykającej ostatnie zdanie. Wzmianka, rzecz jasna, zawarła hołd należny wybitnemu człowiekowi i bohaterskiemu przywódcy instytucji wprowadzającej w myśl ludzką niebywałe nowatorstwo. Jej przygotowanie zajęło redaktorowi pół godziny wytężonej pracy. Naczelnikowi Glebie wszakże należał się dłuższy artykuł o charakterze wspomnieniowym. Do napisania go redaktor zabrał się już po powrocie do domu.

Z tymże starannie opracowanym i wygładzonym artykułem zgłosił się następnego dnia na rozpoczynające się właśnie kolegium, które prowadził zastępca naczelnego, zażyły przyjaciel redaktora Hałasa. Ze względu na gwałtowny rozwój okoliczności, zgodnie przyjęto tekst jako pilny, wręcz nie cierpiący zwłoki (sic!) i w planie redakcyjnym przewidziano go do następnego numeru tygodnika. W przerwie narady, poszedł umyć spocone od upału, pośpiechu i emocji ręce. Mył je długo i starannie, jakby zmywając niepopełnioną przecież zbrodnię. Spoglądał przy tym z zadowoleniem na swe odbicie w lustrze nad umywalnią (twarz nieco wymizerowana, ale interesująca, a z oczu przebija rozum), a ponadto porozmyślał chwilę nad ewentualnymi aspektami swej rzetelnej przecież, dziennikarskiej roboty. A któż mu już teraz będzie w stanie wykazać niejaką nonszalancję, z jaką preparował teksty, skoro zabrakło tych, którzy mogliby zgłaszać sprostowania czy nawet pretensje, a po drugie - skoro czynił to z rozmachem, z pazurem i polotem? Któż mu udowodni pewną dowolność, kto dowiedzie przytrafiającej się bylejakości, skoro włożył tyleż pracowitości, co swady, zapału i energii w opracowywaniu materiału, nie wyssanego przecież z palca, a przy tym obrobionego jak trzeba? A że tam niekiedy wysnuł jakiś wniosek a priori lub naciągnął nieco i nagiął do niego ten i ów fakt - to i cóż? Któż o tym wie? A ponadto - wszystkie te grzeszki wyrównywuje rzeczywisty zapał, z jakim potraktował temat.

W tym względzie red. M.H. nie wątpi w swą rzetelność, a ponadto w szczerość - nawet jeśli w każdym innym przypadku bywa ona stanem względnym, wręcz wątpliwym. Liczy się też czystość intencji (jakie by nie były) oraz dbałość o popieranie słuszności na zasadzie sprawiedliwego oddawania cesarzowi, co cesarskie. Słuszna bowiem zdawała się być sprawa, którą się niegdyś prawdziwie przejął, i godne usprawiedliwienia też było, że tak się właśnie stało. Wszak jest się kimś zwyczajnie, po ludzku obdarzonym cenną właściwością zapominania, no i rozumem trzeźwo oceniającym rzeczywistość.

A oto treść artykułu poświęconego pamięci naczelnika, a zatytułowanego Józef nieświęty, lecz w aureoli:

"Z prawdziwym żalem i zaskoczeniem dowiadujemy się o śmierci Józefa Gleby - nieodżałowanego, niezapomnianego naczelnika Instytutu Kształcenia Charakterów. Pozwólcie państwo, że upoważniony przyjaźnią, jaką mnie darzył i zaszczycał, powiem o nim z serdeczną poufałością, ciepło i zwyczajnie jak o kimś tyleż bliskim i drogim, co niezwykłym: niepowtarzalny Józek. śmierć jego jest dla nas wszystkich bolesnym ciosem. Tu trzeba wszakże dodać, że była równie chwalebna jak życie, zginął bowiem na posterunku. Bo wprawdzie chwila ostatnia dosięgła go w szpitalu, lecz pogotowie zabrało go z miejsca pracy. Przyczyny nieszczęścia upatruję w czymś, co nazwę wewnętrzną eksplozją lub może raczej implozją. Nastąpiła ona bowiem prawdopodobnie wskutek porażenia objawiającą mu się, niczym błyskawica, ideą Powszechnego Ziemiaństwa. Acz od dawna przeczuwana i poniekąd realizowana, w ostatecznym kształcie spadła na niego piorunem i zapłonęła w nim. Spalił się doszczętnie, a gwałtowny, towarzyszący owej niby-eksplozji podmuch rozproszył - by tak rzec - domniemane popioły po krańce świata, po wsze jego strony, jako rodzaj namaszczenia sypiąc się na pochylone głowy nowo kreowanych Ziemian.

Słów tych nie piszę po to, by upowszechnianiu owej idei przydać znamion zagrożenia, lecz by wykazać, że naznaczona swą pierwszą ofiarą, domaga się głębokiego namysłu ze strony tych, którzy zamierzają oddać się jej w służbę. Nie zamierzam zresztą uprzedzać faktów, a jeśli z dotychczasowych wyciągnąłem pesymistyczne wnioski - wywodzi się to z podejrzliwości uzasadnionej moją obserwacją przejawów ludzkiej nieufności do oficjalnych stwierdzeń. Oporni, bo nie wiedzieli? Czy też: oporni, bo widzieli i wiedzą? Faktem jest, że z powodu małostkowej ostrożności i niedowierzania wiele już razy brały w łeb genialne pomysły. I z tej samej przyczyny, tylekroć różne idee ulegały koniunkturalnym wypaczeniom, a uwznioślona myśl strącana bywała w padół, że nie wiadomo, czy podobny los nie spotka idei Józefa Gleby. Czy więc ostanie się coś nawet tak genialnego w zamyśle i w przewidywanych następstwach, i tak wyposażonego w bogatą, wspaniałą przyszłość - jak glebizm, czyli dotychczasowy system Józefa Gleby? Okaże się to wraz z upływem czasu.

Tak na ogół bywa, że pracownicy, czcząc pamięć szefa, wspominają go z szacunkiem należnym zmarłemu, lecz nie bez przerażenia spowodowanego głównie faktem, że śmierć spotyka ludzi w pełni sił i działalności. Jakże często jednak w zwyczajowych wspominkach, wymagających przyjętego umownie chwalenia nieżyjącego - doszukać się można mimowolnej ulgi, że odszedł ktoś na swój sposób kłopotliwy i męczący. A tym samym, że zniknął spomiędzy nas niewygodny świadek naszej niegodziwości. Lub może raczej doznajemy tylko poczucia winy, jaką jest niechęć znoszenia czyjejś uciążliwej obecności. To zadziwiające, że tak wielu spośród nas nosi w sobie przeświadczenie niezawinionej przestępczości, wynikłej z samego faktu istnienia czy współistnienia oraz z nieuniknionych, wzajemnych uzależnień. A jest to poczucie nienazwane, żywione tajemnie, o którym wzdragamy się nie tylko mówić, ale nawet myśleć. Sądzę, że także uczestnicy Instytutu nie są wolni od tego rodzaju uczuć i przeświadczeń, i to również wówczas, jeśli żywili w stosunku do swego szefa szczerą miłość i szacunek. Zapewne więc - mimo wszystko - każdy z nich z niepokojem przetrząsał sumienie, badając je, czy w jakiś sposób nie przyczynił się do kryzysu. A ponadto - czy aby nie uwłoczył drogiej nam pamięci Józefa Gleby. Jeśliby tak było, to wówczas okazałoby się, że także jego nie ominął los podzielany przez wszystkich wielkich tego świata.

Tylko w takim razie - czy sprawując swą funkcję i wypełniając posłannictwo, zdawał on sobie sprawę, że jego życie w każdym przejawie stawało się mimowiednym oskarżeniem skierowanym pod adresem ludzi, jacy byli, są i będą? W swej prostocie i wielkoduszności zapewne takiego aspektu nie dostrzegał ani się go nie domyślał. Co więcej, mimo surowości okazywanej niekiedy podwładnym, oraz stawiania sobie wysokich wymagań, wiele miał pobłażania dla ludzkich ułomności. Mimo to, przez wielu bywał wewnętrznie odtrącany. Niezrozumiany. Jego nauka, jego reformatorskie zasady były bowiem trudne. Stosowanie się do nich wymagało wyrzeczeń, dlatego też nie cieszył się popularnością. I dlatego cierpiał. Cierpiał z powodu sądów o nim, ferowanych przez ludzi ograniczonych ciasnym widnokręgiem, jaki zakreśla doraźna korzyść lub - wygodnictwo. Chwile nieobecności zwierzchnika wykorzystywano, by podawać w wątpliwość wszystko to, co przedkładał, a przedsięwzięcia, które podejmował, tłumaczone bywały na jego niekorzyść. Wskutek tego powstała potrzeba protestu, nieuzasadniona i krzywdząca. Posuwano się nawet do oceniania jakości Józefa Gleby według obcych mu wzorów, umniejszano czy wręcz ośmieszano jego osiągnięcia i wzniosłe cele, a upragniony przezeń stan rzeczy szacowano małostkowo i prymitywnie, czyli zgodnie z własnym, wątpliwej jakości stanem etyki i umysłowości. Wiec subiektywnie. Więc bez zrozumienia kogoś, kto stojąc wysoko, widzi dalej i szerzej. Ale on przecież wybrał i przyjął stanowisko odpowiedzialności tak jak ją pojmował, i to wraz z wszystkimi jej konsekwencjami oraz nie bacząc na zastrzeżenia. Wiedział bowiem, że każdy z nas bywa zarazem sądzonym i sądzącym, winowajcą i poszkodowanym, krzywdzącym i krzywdzicielem - a są to upostaciowania losu; jego dopełnienia i uzupełnienia. Musiał tedy cudzą głupotę, ślepotę czy złą wolę pokonywać, wszak nie darmo był przywódcą duchowym. A jeśli nawet stosował niekiedy środki brutalne, radykalne, a czasem i podstępne, czyniąc to dla przeforsowania wartości, którym jego zdaniem należy służyć, to przecież było to usprawiedliwione, gdyż kierował się powołaniem, które przedkładał ponad wszystko, powołując się - w najlepszej wierze - na dobro ludzi czy ludzkości. Zwierzchnikiem tedy bywał mu tłum. Tylko że w tej kwestii ujawnia się też odwrotna strona medalu.

Tak bowiem zwykle bywa, że rządzeni na ogół nie znają zakulisowych spraw rządzących. Mają własne zapatrywania na sprawowanie zwierzchnictwa. Mają własną koncepcję zwierzchników. Mają przede wszystkim swoje rzekome dobro na uwadze, a wówczas szef bywa niewygodny, jeśli poglądów na przejawy owego dobra nie podziela. Szef powinien okazać się wszechmocny i wszechwładny, gdy zgłaszają żądania i pretensje. Szef, jak uważają, jest głupi i nieudolny, jeśli ich nie spełnia. Szef bywa człowiekiem złej woli, skoro postępuje sprzecznie z ogólnie przyjętymi poglądami i obyczajem oraz z obowiązującymi w pojęciach rzesz zasadami. Kimś więc, kto działa na niekorzyść podwładnych; złośliwym i bezwzględnym. I oto któregoś dnia szefa zabiera pogotowie...

Oto jak zawiłe są meandry losu czy też ślepej, międzyludzkiej sprawiedliwości. Oto jak bywa względne potocznie żywione jej poczucie oraz przeświadczenie o niej. Niech mi Czytelnicy wybaczą tę gorzką wobec wielu z nich ironię, którą nie chciałbym nikogo obrazić i urazić. Pragnę tylko wskazać na małostkowość wielu z nas - która w żadnym względzie nie jest w stanie umniejszyć wielkości Józefa Gleby, twórcy teorii Ziemiaństwa oraz pierwszego jej realizatora i nosiciela. Pragnę też oddać sprawiedliwość człowiekowi co się zowie, którego dotknął niezasłużony bieg wydarzeń. Śmierć jego stała się oskarżeniem - lecz kogo? Nie bywa tak, aby ktoś w pełni sił zapadał na zdrowiu bez powodu. Ale darmo byłoby szukać przestępcy. Darmo wynajdywać jawnego winowajcę, gdy jest nim samo życie; rodzaj życia, jaki obrał Józef Gleba, spalając się w gorączce swej idei i w ogniowych próbach dochodzenia do jej urzeczywistnień. W naszym zaś, zwykłych ludzi przypadku, owym domniemanym winowajcą jest konieczność spełniania życia w takich, a nie innych warunkach i okolicznościach pracy, współbycia i uzależnień. Wszystko to wyzwala katastrofę, a bodaj dramatyczne następstwa. Pożeramy się bowiem wzajemnie. Nas wszystkich pożera pośpiech, niszczy gorączkowa praca - wyczerpująca, pełna napięć i niepokoju. Rozdziera nas zawiść, tępota, zła wola, zakłamanie; gubi też krótkowzroczność. Z tej więc racji my, dalecy od ideału współziemian, mamy prawo urągać sobie i ludziom.

Przypadek Józefa Gleby zawiera wyjątkową i niezwykłą treść, niemniej daje się podciągnąć pod zaobserwowaną i przedstawioną Państwu prawidłowość. Może dałoby się uniknąć jeśli nie powszechnej katastrofy, to przynajmniej wielu przykrych i godnych ubolewania zjawisk międzyludzkich - gdyby Naczelnik zdążył doprowadzić do skutku swój - utopijny zresztą - zamiar, by uczynić świat Ikachem. Może nie powstałyby też wówczas przyczyny osobistej zguby Józefa Gleby, i inną też formę przybrałyby opinie o bezpośrednich przyczynach wiadomych, bolesnych wydarzeń. Tym samym przestałyby krążyć rozmaite pogłoski, uwłaczające pamięci Zmarłego.

Rozważmy tedy ogromny wysiłek kogoś, kto nie poddaje się biczowaniu opinii i nie zważając na sypiące się zewsząd ciosy, dokonuje donkiszoteryjnych prób osiągnięcia swoiście pojmowanej doskonałości. Uczcijmy pamięć kogoś, kto ogarnięty szaleństwem idei, sięga po tytuł i uprawnienia duchowego przywódcy mieszkańców Ziemi. Przyznajmy, że jest to przedsięwzięcie gigantyczne i zda się niewykonalne, a to z racji ogromu wszelakich trudności, wśród których główną i niemożliwą do pokonania jest nazbyt krótki wymiar życia. Oto więc mamy przed sobą wizerunek obrońcy straconych pozycji; wizerunek człowieka, który dąży, zawsze i tylko dąży, a choć wie, że cel jest nieosiągalny, niezłomnie w jego słuszność wierzy, jak też w konieczność upartego ku niemu zmierzania. Nie nad wynikiem więc trudu, lecz nad samym niewymiernym trudem należy pochylić się z uwagą, kłoniąc z szacunkiem głowę przed tym, który go podjął: przed Józefem Glebą. Co też uczyniłem, czując się tym samym zwolnionym od ferowania ocen, jakże niepewnych wobec nieprzewidzianego rozwoju sytuacji i różnych możliwości, jakie z niego być może wynikną. Pomimo jednak takich to obwarowań, uważam siebie za upoważnionego nie tylko do oddania niniejszym tekstem hołdu wielkiemu człowiekowi, lecz również do obszernego i gruntownego zajęcia się jego życiem i dziełem.

Otóż zwierzę się Państwu, że opracowując problematykę Ikachu, poczyniłem wiele nagrań. Tak wiele, że aż nadto dla potrzeb naszego magazynu. Nadmiar wszakże nie zmarnuje się. Rezultat bowiem mojej pracy zostanie Państwu wkrótce udostępniony w książkowym wydaniu. Już teraz jednak pozwalam sobie zasygnalizować jej przesłanie. A zatem będzie ona świadectwem prawdy, danym wielkiemu człowiekowi, oraz ukoronowaniem jego trudu nad wyzwalaniem w ludziach tego i tylko tego, co jest w nich prawdziwie ludzkie. Tak! Bo czyż niechęć do wyróżniania się innością nie jest właśnie ze wszech miar ludzką reakcją na świat? Czyż owa inność nie bywa poczytywana za dziwactwo, podobnie jak wszelkie odbieganie od wzorców obyczajowych? Czyż ludzie nie przejawiają usilnej chęci do krycia się w tłumie? I czy nie wyczuwa się powszechnej dążności, streszczającej się w słowach: chcę być taki jak wszyscy? Wszak stale w świecie obserwujemy zjawisko, jakim jest powszechna skłonność do wyzbywania się indywidualnych cech i właściwości na rzecz upodabniania się do wzorców powszechnie przyjętych i wręcz obowiązujących, aczkolwiek nie wiadomo, przez kogo ustanowionych oraz w czyim interesie upowszechnianych. Jednakże stale też spośród ujednoliconego tłumu wyłaniają się i wybijają jednostki wykazujące dążność do łamania stereotypów i do tworzenia nowych form bycia. Do nich należy bohater niniejszych rozważań.

Tu uczyńmy zadość sprawiedliwości: to nie ja będę tym, który owe prawdy wydobył na jaw i wykorzystał dla słusznych i sprawiedliwych celów, czyniąc je podstawą swych wzniosłych zamysłów i zarazem narzędziem służącym wcielaniu ich w czyn. Będę natomiast ich rzecznikiem i sprawozdawcą, wyrazicielem i nośnikiem przekazu. Nie ja więc będę autorem książki, lecz poniekąd ci wszyscy, którzy się w tymże temacie wypowiadali, lecz przede wszystkim ten, który stał się dla mojej publikacji natchnieniem. Czytając - jego słowa usłyszycie. To on do Was przemówi, a każdy z Was westchnie albo wykrzyknie: oto mówi Józef Gleba.

Dziwnie zaiste zabrzmi ten dochodzący zza grobu głos Nieobecnego. Wstrząsający będzie ów głos, który dosięgnie nas jakby spoza czasu czy też z jakiegoś niewiadomego miejsca i z niezmierzonej przestrzeni - głos, który rozlegnie się wśród nas, wdzierając się w obecną i trwającą naszą rzeczywistość. Dziwnie zabrzmi, bo przemówi skądś, skąd zwykliśmy oczekiwać tylko milczenia. Niesamowitym więc dla nas doznaniem będzie, gdy rozlegnie się ostrzegawczo, aby uchronić nas przed błędami i by wybawić od losu oskarżonych o przestępstwo. A jest nim niewątpliwie hołubienie w sobie wybujałego indywidualizmu oraz manifestowanie go, co bywa przyczyną spustoszeń czynionych w życiu zbiorowym. Zakładając powtarzalność jego przejawów, przyjmijmy to ostrzeżenie - my, żywi i pozostający w pełni sił twórczych. Przyjmijmy przestrogę, by móc przekazać ją potomnym, nawet tym jeszcze nie narodzonym. Wszyscy bowiem jesteśmy potencjalnymi spadkobiercami i niewykluczonymi następcami niezapomnianego i niezastąpionego Naczelnika. Wszak Ikach jest wieczny, wszechogarniający i wszechobecny".


Wkrótce potem prasa codzienna podała do wiadomości, że cieszący się popularnością redaktor magazynu "Przez Łzy do Szczęścia" oraz członek zespołu redakcyjnego tegoż tygodnika, Marek Hałas (który wznosząc się ponad zaszczyty, częstokroć nadal skromnie podpisuje się lakonicznym skrótem red. M.H.) otrzymał specjalną nagrodę za rzetelną pracę dziennikarską i wybitne osiągnięcia publicystyczne. Nagrodzony został zwłaszcza za publikacje dotyczące Instytutu Kształcenia Charakterów i jego naczelnika. Mają one - jak podkreślano - ogromną wagę, gdyż ich autor trafnie, wręcz z niebywałą celnością wskazał sposoby uzyskiwania wszelkich osiągnięć, a zwłaszcza w zakresie sprawowania funkcji zwierzchniczych. Powołał się przy tym na przykład, jakim jest stosowanie szczególnych i niezwykłych praktyk systemowych, opartych o filozofię glebizmu, stworzoną przez Józefa Glebę, naczelnika rzeczonego Instytutu.

Myśli zawarte w publikacjach red. M.H. są niezwykle cenne ze względu na swą przydatność doradczą. Służyć bowiem mogą za wzór do naśladowania sposobów skutecznego postępowania przywódczego, celem osiągnięcia wielce obiecujących wyników. W ich następstwie rysują się perspektywy o wręcz niebywałym zakresie. Tak więc realizacja wskazówek Józefa Gleby może nabrać znaczenia przełomowego, zwłaszcza gdy poczynaniom zwierzchników czy przywódców przyświecać będzie myśl wiodąca ku nowym formom ludzkiego, a zwłaszcza twórczego istnienia. Proces bowiem, o którym mowa, jest w stanie doprowadzić do zmiany postaci świata.

Nagroda, jak należy się spodziewać, jest zadatkiem następnej, którą redaktor Hałas niewątpliwie - oprócz pokaźnego honorarium - otrzyma wkrótce po opublikowaniu zapowiedzianej książki, która, rzecz jasna, zostanie wydana przez jedno z czołowych wydawnictw. Owa nagroda będzie w pełni zasłużona, gdyż krytycy z pewnością dostrzegą wagę zawartej w książce problematyki i docenią jej znaczenie dla postępów myśli powszechnej i dla rozwoju życia ludzkiej społeczności. Ponadto w treści owej książki, będącej - ogólnie rzecz biorąc - wnikliwym przedstawieniem drogi życiowej naczelnika Józefa Gleby, na szczególne wyróżnienie zasługuje wątek synowskiego przywiązania do Matki, które stanie się budującym przykładem dla wielu skłóconych rodzin.

Co prawda, być może wzbudzi kiedyś kontrowersje osoba czcigodnego bohatera, jednakże pamięć o nim - nawet wśród najbardziej zmiennych, zachodzących w świecie okoliczności - należy uchować od zapomnienia i w szczególny sposób uszanować. Tak więc zarówno sam pomysł stworzenia tej książki, jak też jej zapowiedziana treść i spodziewana wartość oraz znaczenie zasługują na najwyższą aprobatę.

Doniesienia prasowe dotarły oczywiście do Instytutu i były ze zrozumiałym zainteresowaniem studiowane. To samo dotyczyło książki po jej ukazaniu się. Pewne zdziwienie wywołał tylko fakt, że upowszechnianie idei Powszechnego Ziemiaństwa, bez wątpienia rewelacyjnej, redaktor Hałas przypisał głównie sobie, spychając nieco w cień jej rzeczywistego twórcę. Następca wszakże naczelnika Gleby, Adam Glebiarz, skwitował tę nieścisłość przymrużeniem oka: nie zależało mu.


Letnie przedpołudnie. Asfaltową ścieżką, przecinającą starannie przystrzyżony skwer, wśród kwater czerwonych róż, idzie paląc fajkę nobliwy, godnie stąpający pan. Ma na sobie doskonale, według najnowszej mody skrojony, ciemnoszary garnitur z najlepszej, lekkiej jak pajęczyna wełny, a gors bladoniebieskiej, popelinowej koszuli zdobi muszka tego samego co garnitur koloru. Na piersi zwisa mu nowoczesny, najlepszej marki aparat fotograficzny. Przydługie ramię zgrabnie przytrzymuje elegancką aktówkę. Ubiór i akcesoria maskują wady nieco otyłej sylwetki, która mimo tuszy nie utraciła małpich proporcji. Owa tusza nie odebrała też zdolności do odznaczających się zwinnością poruszeń.

Właściciel jednak owych cech, które u zwykłego zjadacza chleba raziłyby anatomiczną niedoskonałością - potrafił uczynić je interesującymi dzięki zajmowanej wysokiej pozycji w środowisku twórczym. A tę z kolei zawdzięczał zręcznym, elastycznym i zawsze trafnym posunięciom natury tyleż zawodowej i warsztatowej, co towarzyskiej. Celował zwłaszcza w doborze tematyki i w interpretacji problemów. Wszystko to sprawiło, że nie musiał się ubiegać o względy wydawców ani troszczyć o rozwiązywanie trudności wydawniczych, gdyż powodzenie, by tak rzec, samo słało mu się pod nogi.

Właściwości etyczne oraz intelektualne, jak też umiejętności i zręczność zawodowa redaktora Hałasa znajdują rezonans i uzewnętrznienie w zgrabnych, elastycznych i pewnych, a przy tym jakże wytwornych stąpnięciach nóg obutych w miękkie półbuciki. W łysinie, tym znamionującym rozum przedłużeniu czoła, połyskuje słońce, co powoduje, że każdy z przygodnie napotykanych przechodniów, gdyby popatrzył uważnie spojrzeniem z rodzaju tych, które pomijają rzeczywistość, to wówczas niewątpliwie nad głową tego niezwykłego uczestnika ulicznego tłumu dopatrzyłby się aureoli, albo może laurowego wieńca, splecionego z rozbłysków intelektu. Natomiast pilni i wytrwali czytelnicy prasy, a zwłaszcza goście autorskich spotkań lub też bywalcy kawiarni Epokowej i innych lokali odwiedzanych przez różne znakomitości, natychmiast rozpoznawali w szacownyn i nobliwym, napotykanym panu - redaktora Marka Hałasa, będącego głównym filarem popularnego magazynu "Przez Łzy do Szczęścia". Wielu z nich, znając stałą trasę i porę przechadzek mistrza reportażu, umyślnie wychodzili na szlaki jego wędrówki, by choć z daleka popatrzeć na uwielbianego redaktora.

Nasz (jakże bardzo nasz!) redaktor zmierza właśnie ku budynkowi o wystroju dziewiętnastowiecznym, który to budynek usytuowany jest przy niezbyt ruchliwej ulicy. Spogląda w okna - a jest to czuła, tkliwa i poufała pieszczota, którą można by wyrazić słowami myśliwego: my do tego zajączka zawsze strzelamy. - W oknie na piętrze ukazuje się nieco już nalana twarz jegomościa, który mimo narastającej tuszy nie utracił młodzieńczego wyglądu, głównie za sprawą żywego temperamentu oraz żwawości i sprężystości poruszeń. Także - dzięki zdrowym zębom, ciemnym, połyskliwym oczom i czuprynie, która nie utraciła obfitości i tylko pojawiły się tu i ówdzie pasma siwizny. Nie trudno się domyślić, że owym żywym obrazem nieprzemijalności jest wieczny Adam. Nie, nie Glebiarz już ani tym bardziej Glebiarczyk, lecz Glebiarski. Zmienił bowiem nazwisko, pozostając jednak wciąż tym samym człowiekiem, albowiem wpływy Ikachu są trwałe i nieodwracalne - jak również ustawicznym przywódcą tej instytucji (wciąż Ikachu!). Zrezygnował jedynie z tytułu naczelnika, zadowalając się czy szczycąc mianem przewodnika, nie wiadomo czy skromniejszym, ale na pewno wiele mówiącym i wieloznaczeniowym. Nie trudno się domyślić, że Adam wyzbył się wprawdzie dawnej buntowniczości, do której zabrakło mu już teraz powodów, lecz mimo to, jak się zdaje, on także trwale został napiętnowany glebizmem. Krótka wymiana spojrzeń między tymi dwoma mężami jest wielce wymowna. To dojna krówka - myśli być może red. M.H. - Oho, kurka znów zniesie złote jajko - myśli zapewne Adam Glebiarski.

Istotnie, red. M.H. ma już u siebie na biurku gotowy szkic artykułu o linii działania Ikachu pod kierownictwem nowego, acz wiecznego szefa. Ten nastawił siebie i Ikach wyłącznie na pracę naukowo-badawczą, która poświęcona jest głównie wynajdywaniu nie tyle ideowych, ile filozoficznych podstaw kształcenia charakterów, uzasadniających przyjęcie stosownego postępowania. Praca ta polega również na przygotowywaniu eksperymentalnych wzorców bytowania. Ponieważ opierać się ono powinno o podłoże dodatnie pod względem zarówno psychicznym, jak też materialnym, tym samym stworzyć należy przede wszystkim odpowiednie warunki, optymalnie sprzyjające kształtowaniu najwartościowszych cech ludzkich. Są to, rzecz jasna, cechy charakteru zgodne z Adamowym pojmowaniem hierarchii wartości. Także - z jego rozumieniem potrzeb jednostkowych i ogólnych, przy czym można domyślić się, że wnioski o istocie owych potrzeb, jak też sposobów ich zaspokajania wysnute są z osobistych jego doświadczeń. I dopiero w kontekście spełnionych, takich to zamiarów mogłoby się odbywać praktyczne doskonalenie w rozmaitych dziedzinach (w formie, rzecz jasna, propozycji), pod kątem zarówno skuteczności pracy, jak i jej etycznego oblicza.

Chcąc zyskać szeroką aprobatę, Adam zrezygnował z nadmiernie szczegółowego opracowania metod realizacji, jak też z roszczenia sobie prawa do wyłączności w ich ustalaniu oraz propagowaniu. Nie chce bowiem tworzyć przeświadczenia, że uważa je za jedyne i niezastąpione, i że pragnie je narzucać czy wymuszać. A takie wnioski niewątpliwie mogłaby wysnuć opinia publiczna, gdyby wdał się w sposoby postępowania swego poprzednika. Wówczas siłą faktu wyniknęłaby sytuacja, w której zostałby uznany za jego naśladowcę, a tego za wszelką cenę pragnie uniknąć.

Zrzekł się tedy wywierania nacisków oraz sankcji, jak też - jak się rzekło - pokusy formułowania szczegółowych wskazówek oraz kierowania ich do jakichkolwiek instytucji. No bo niechże wyniki naukowe mówią same za siebie, niech z nich ludzie, zwłaszcza ci na przywódczych stanowiskach, wyciągają należyte wnioski - i tylko wnioski. System zatem i metody jego urzeczywistniania mają pozostać jedynie propozycją: pozwólmy ludziom myśleć i decydować oraz wybierać to, co uznają za słuszne i wskazane, bo dostosowane do warunków oraz potrzeb lokalnych.

Red. M.H., ilekroć tu przybywał poprzednio, zastawał atmosferę niebywałego ożywienia, przejawiającego się w radosnych i jak się zdaje, beztroskich sposobach zapełniania czasu. Lecz ponieważ był to wciąż jeszcze czas oraz porządek niemal dosłownie ikachowski, czyli ten wywodzący się z poprzedniego okresu - redaktor Hałas przypuszczał, że owa beztroska radość jest zjawiskiem zaprogramowanym. Nie wnikajmy jednak - powiedział sobie - w kwestię, czy osoby, okazujące tu aż tyle dobrego samopoczucia, odczuwają je szczerze i naturalnie, czy też są one nowym modelem czy wizerunkiem ikachowców lub zmodyfikowaną odmianą niegdysiejszych manekinów. W każdym razie we wszystkich pomieszczeniach, a nawet w korytarzach panował bezustanny gwar i ruch, zewsząd rozlegały się śmiechy, śpiewy, pokrzykiwania. Widywał wprawdzie ludzi pilnie czymś zajętych, acz bez objawów zmęczenia czy niezadowolenia - lecz ponadto w różny sposób się zabawiano. Grano w karty, w szachy lub na rozmaitych instrumentach, nawet również tańczono, a w pracowniach, zwanych dawniej glebowiskami, oglądano programy telewizyjne lub te udostępniane za pośrednictwem wideo. Przeglądano też ilustrowane magazyny, pełne pokazów mody, a także przykładów pięknie urządzonych wnętrz mieszkalnych oraz prezentacji kulinarnych przysmaków, lecz również obfitujących w cieszący oko widok gwiazd estrady i piosenki przebojowej. Przede wszystkim jednak interesowano się widokiem kobiecych kształtów, ukazywanych w całej okazałości. Wśród nich dominowała wiecznie młoda Ewa Rajska, która widać w tym kierunku rozwinęła swój charakter i uzdolnienia. Red. M.H. nie zauważył jednak u Adama obrączki, aczkolwiek tego właśnie się spodziewał. Nie uznał jednak za stosowne pytać o to. A pani Maria? Po niej nawet ślad nie pozostał. No cóż, no cóż...

Wszystkie zaobserwowane przez red. M.H. objawy ikachowskiego życia były niewątpliwie pracą, bo w taki sposób - jak się domyślał - opracowywano czy wypracowywano jej styl i modele, przeznaczone do jak najrozleglejszego upowszechniania. Nikt wszakże nie zgadnie, ile w tych formach działalności było pracy, a ile zabawy. Można było jedynie się domyślać, że była to jednak praca, tyle że traktowana pół żartem, pół serio, z przymrużeniem oka, mimo że wkładano w nią wiele zaangażowania, a zapewne i wysiłku. Może musiano się na radość zdobywać? Chociaż nie, wszystko wskazywało raczej na to, że starano się udowodnić, iż praca nie powinna być burłackim czy katorżniczym wysiłkiem, lecz szczęściem i radością. Jak się zdaje, zajęcia mają stanowić dla ikachowców rodzaj odskoczni; wymknięcia się nudzie i szarzyźnie bytowania. Taka to bowiem chyba ma być filozofia wykonywania pracy; taki styl życia zapragnęli (Adam zapragnął!) propagować, zapewne jako odpowiedź daną naczelnikowi Glebie - aczkolwiek ów styl może faktycznie stanowić skuteczną reakcję na wszelkie okropności i horrory współczesnego, chorego na obłęd świata; panaceum na wywołane ową straszliwością następstwa.

Proponowany sposób życia miałby tedy złagodzić, a może nawet zagłuszyć wszelkie rozpacze, przygnębienia, załamania, depresje, zniechęcenia i inne objawy dramatycznie złego samopoczucia, prowadzące do rozstroju psychicznego ładu. Stany powstawania w nim zaburzeń, jak wiadomo, są wywołane nadmiernie intensywnym przeżywaniem i nazbyt bolesnym przejmowaniem się tragicznymi niedomaganiami współczesności, jak też wszelką nędzą tego świata. W imię dobra ludzkości - należy więc za wszelką cenę nie dopuszczać do nich; przeciwdziałać im i zapobiegać. Trudności bowiem życia i niezadowolenie zeń rychło mogłoby doprowadzić do ostrych wobec niego sprzeciwów, a nawet buntów przeciwko panującemu w nim porządkowi - grożących fatalną, bo totalną katastrofą...

Redaktor Hałas domyśla się, że Adam w sposób wielce szlachetny zapragnął walczyć ze stanami, których niegdyś osobiście doświadczył. Jego starania, jak się zdaje, przynoszą dodatnie wyniki. Redaktor bowiem jest świadkiem radosnej, panującej w Instytucie atmosfery. Co więcej, spostrzegł, że nawet ikachowcy zajmujący się w danej chwili pracą naukową (wykonywaną w chwilach wybranych, w przerwach pomiędzy zajęciami służącymi radości) wysilają umysły swobodnie i bez napięcia, wręcz od niechcenia i w taki sposób, jakby wysiłek intelektualny także zaliczał się do rozrywki niwelującej tak zwany ból egzystencjalny.

Wszystko to wynika z założeń programowych, które red. M.H. przypisuje przewodnikowi Glebiarskiemu. I słusznie. Wszak Adam wprowadził przewrót. Jednakże grzecznościowo udaje, jakoby dowiedział się o wadze swoich eksperymentów dzięki temu, że już nieraz o nich pisał drogi redaktor. Teraz Adam uniesioną ręką czyni z okna powitalny gest, co ma oznaczać miłe zaskoczenie. Jednakże nie zbiega - jak to bywało w poprzednich latach - ku drzwiom wejściowym, na powitanie. Tłumaczyć to można tym, że zapewne chce przydać sobie godności, czekając na miłego gościa - jak zawsze zresztą niecierpliwie wyczekiwanego - u siebie w gabinecie. Także - dopilnować, aby przyszykowano suty i wykwintny poczęstunek, pragnie bowiem należycie przyjąć i uczcić swego starego i niezawodnego przyjaciela. Red. M.H. rozumie to i docenia, i z lubością myśli o owych przygotowaniach, jak również o przyjaznej rozmowie, która na pewno będzie serdeczna mimo profesjonalnego jej celu. Jak można się domyślać, rozmowy tej nie poprzedziły - stosowane przez Glebę - intensywne ćwiczenia, gdyż Adam ich nie potrzebuje. Zresztą wymagane w tym względzie umiejętności są już przez wszystkich w Ikachu wystarczająco opanowane i utrwalone.

Niedoszli Nowi Ziemianie - tak chyba trzeba myśleć o ikachowcach, już teraz nieco sarkastycznie, a przy tym z pewną dozą współczucia. Ciekawe, czy także ich stać na trochę autoironii... Tylko czy doprawdy - niedoszli...? Ejże? A może wciąż dochodzący? No tak. Wszyscy jesteśmy Ziemianami, czy wiemy o tym, czy nie, i czy chcemy tego, czy też wcale nie pragniemy. Ale trzeba sobie szczerze i otwarcie powiedzieć, że to propagowane ziemiaństwo jest dość na ogół marnego gatunku. Stanowię wyjątek - konstatuje z dumą red. M.H. - No, może Adam poniekąd też, ale będąc przekorny, wypiera się modelu wymarzonego przez swego wielkiego poprzednika. Wyrzeka się jego przekonań, jakoby dalekich od prawdy. Odcina się od związków z Glebą. Forsuje pogląd własny, inny, wynikły z jego człowieczej kondycji i nie chce przyjąć do wiadomości, że owa kondycja jest i zawsze będzie konsekwencją odwiecznego glebiarstwa; podłoża więc, z którego z którego miał i może mógłby wyrosnąć bezmiar ziemskiego, międzyludzkiego zaufania i powszechnej solidarności, gdyby nie zabrakło naczelnika Gleby. No tak, ale Adam ponadto uważa, i chyba nie bez słuszności, że tu, na tym wycinku Ziemi, i tylko tu jest gleba, z której wyrośliśmy i na której wzrastamy, tedy jesteśmy w niej zakorzenieni. A ten fakt zobowiązuje... Zakorzenionymi więc powinniśmy pozostać? Pewnie tak.

Red. M.H., nim wejdzie do Instytutu, i nie bacząc, że Adam czeka - z westchnieniem błogiej ulgi spogląda w głąb zacisznej uliczki. Próbuje cofnąć czas, odnaleźć, odzyskać dawną atmosferę. I rzeczywiście, na mgnienie powstaje w nim przeświadczenie, że nie zmieniło się nic, że od jego pierwszych tu pobytów wcale nie minęło ileś tam lat i że nie zaszły żadne wydarzenia, które obecną chwilę oddzielają od tamtej, gdy przybył tu po raz pierwszy. Ale wie, że taki to powrót jest niemożliwy. Nie jest już czterdziestoletnim, zapalnym - ależ tak! - młodzikiem, który bez oporu ulega fascynacjom. Ani też Adam nim nie jest, i jak się zdaje, nie żywi co do tego żadnych złudzeń. Nigdy nie żywił. Wrodzona trzeźwość i nabyty sceptycyzm skutecznie zapobiegają pokusie nadania sobie cech prorockiej niezwykłości, by nie rzec - szarlataństwa. Dobrze choć, że wyzbył się kompleksów, że docenił siebie i że nareszcie poczuł się kimś co się zowie. A tak w ogóle, to jednak nie ta sama osobowość, co niezapomniany mimo wszystko naczelnik Józef Gleba.

Ale może to i lepiej. Nada Ikachowi inny, zdrowy i rozsądny kierunek. A ponadto - w pewnym wieku należy już unikać nadmiernych emocji. Co do redaktora, to ceni on sobie teraz równowagę ducha oraz znamiona stabilizacji. I nawet jeśli Adam skutecznie zmieni kurs, co już zresztą zapoczątkował (a jest to nieuniknione, prędzej czy później przerobi tutejszy styl i nada odmienny sens oraz nowe cele, i będzie musiał to zrobić, chcąc być wierny swoim poglądom, jak też zachować Ikach i swoje w nim - tak! - stanowisko), on, redaktor, spokojnie będzie się tego zmienionego kursu trzymał, wiedząc o konieczności, jaką jest przemijalność świata. I nie zapyta nawet: dokąd, Ikachu, zmierzasz? - bo już wie, a prócz tego dla takich pytań zabraknie sensu, potrzeby, a nawet możliwości. Wszak Adam nie zechce rozmawiać o czymś, co jest już ustalone i dla niego oczywiste.

A jednak serce zabiło redaktorowi żywiej, gdy po chwili zwłoki, potrzebnej dla wspomnień i refleksji, począł się wgłębiać w nieco zatęchły cień przytulnej, bocznej uliczki. Wówczas znów całą swą mocą odezwała się do niego przeszłość. Tak się dzieje za każdym razem, ilekroć redaktor tu się pojawia, ale dziś, nie wiadomo czemu, jakby wyraziściej niż zwykle. Okienka piwniczne i mroczne sienie kamienic nadal zieją sympatycznym smrodkiem; to jest zresztą cecha starych dzielnic, w których zatrzymał się czas... Red. M.H. wciąż nie broni się przed zadumą filozoficzną, znalazłszy się w sprzyjającym jej miejscu. Co więcej, ceni ją za to, że wyróżnia go z tłumu przechodniów. Uliczka niemal jest pusta. Może dlatego wydało mu się, że na trotuarze odnajduje niezatarte ślady dawnych swych stąpnięć. Zwłaszcza tych pierwszych - tu, właśnie tu... Red. M.H. poddaje się sentymentalnej nutce, ale kwituje nostalgię zwięzłym, acz raźnym, w duchu wykrzykniętym hej-hej.

Z dachu jednej z kamienic, jak niegdyś, podrywa się tradycyjnie stado gołębi, by rzucić się na obficie im przez kogoś sypany z okna żer. Łopot tęczowych skrzydeł staje się burzą frenetycznych oklasków na cześć drogiego gościa. Red. M.H. - nie, jednak redaktor Marek Hałas - czule śledzi ich powitalny lot i z wdzięcznością pozdrawia je uniesioną ręką, wsłuchując się w spontaniczne brawa. Pogodnie spogląda w pasmo błękitu, wykrojone i uwięzione szczytami wysokich dachów kamienic. Jest u siebie, wciąż u siebie. Za chwilę wejdzie w lustrzaną klatkę schodową i znów zobaczy pochód czy korowód reporterów, tyle że nieco odmienionych. Wspomni niegdysiejsze tu spotkania, niekończące się rozmowy... Wszak zawsze wraca się dokądś, do miejsc czy chwil - po to, aby móc jeszcze raz przeżyć to samo.

Tylko że wszystkiego nie da się już powtórzyć - chociażby dlatego, że miejsca dawne pozostały już tylko w pamięci. Należą do przeszłości, ponieważ trochę już zmieniły wygląd. Ponadto wypełniają je sobą coraz to inni ludzie wraz ze swą właściwą im, więc zmieniającą się otoczką spraw i rzeczy. Także Adam się przecież zmienił. A przeżyte tu niegdyś chwile, no cóż, będąc zmienne jako takie, też napełniły się zupełnie inną jakąś i nie całkiem zrozumiałą treścią.

Redaktor decyduje się wreszcie wejść do Instytutu, bo już za długo zwlekał, a tamci się pewnie niecierpliwią i gotowi się obrazić. Wpierw jeszcze przytupuje, by strząsnąć z bucików uliczny pył. Nim wkroczy do wnętrza, zatrzymuje się przed ciężką, dębową bramą, by z rozrzewnieniem odczytać (jak wita się starych znajomych) umieszczoną obok niej tablicę z wciąż niezmiennym, tylko tym jednym jedynym w świecie napisem: Instytut Kształcenia Charakterów. A zatem - Ikach, wieczny Ikach. Wieczny, bo rządzony odwiecznymi prawami świata. Wieczny mimo napełniających go coraz to nowych, wciąż innych treści.

Miał rację naczelnik Józef Gleba, gdy mawiał, że świat jest Ikachem, a Ikach światem.